Impresje

piątek, 31 grudnia 2010

Podsumowanie 2010 roku

W ubiegłym roku nie robiłam podsumowania, może dlatego, że wtedy prowadziłam (ten) blog dopiero od kilku miesięcy. W 2010 roku zamieściłam tutaj 124 posty (łącznie z tym), przy czym w 71 z nich omówiłam 77 książek. Nie znaczy to jednak, że tylko tyle przeczytałam. Bardzo lubię wracać do pozycji, które kiedyś mi się spodobały, więc gdybym i te powtórne lektury uwzględniła, lista przeczytanych w tym roku książek byłaby o co najmniej połowę dłuższa (w wakacje przypomniałam sobie prawie całą "Jeżycjadę" Musierowicz, poza tym "Imię róży", prawie cała Jane Austen, od czasu do czasu jakiś kryminał Agathy Christie, coś Sienkiewicza, część "Pieśni lodu i ognia" Martina, cały "Harry Potter" itd., itp).

Zastanawiam się, czy nie oznaczać niektórych książek dodatkowym tagiem: Styliści. Fabuła jest ważna, ale najbardziej cenię pisarzy, którzy mają własny styl, których stać na oryginalne metafory. W tym roku do tego grona zaliczyłabym (kolejność przypadkowa):

Bardzo duże wrażenie wywarły na mnie również (kolejność nieprzypadkowa):

Owszem, najczęściej sięgam po beletrystykę, ale nie zawsze. Przeczytałam również kilka książek innego rodzaju, które mogłabym oznaczyć wspólnym tagiem: Poszerzające horyzonty. Nie były to lektury łatwe, ale warte zachodu (kolejność przypadkowa):

Poszerzyłam również swoją wiedzę o dynastii Tudorów. Oprócz wspomnianego już "Zakochanego Szekspira" sięgnęłam w tym roku po trzy powieści dotyczące tego okresu:

i dwie książki popularnonaukowe na ten temat:

***

Czytelniczy rok 2010 zaliczam do bardzo udanych, mam nadzieję, że kolejny przyniesie co najmniej tyle samo świetnych lektur, czego sobie i Wam życzę! Dziękuję za odwiedziny i komentarze, miłe słowa i dyskusje.

***

środa, 29 grudnia 2010

MIĘDZY PRAWEM A SPRAWIEDLIWOŚCIĄ

Tytuł: Między prawem a sprawiedliwością
Autor: Paweł Pollak
Pierwsze wydanie: 2010

Wydawnictwo: Oficyna Wydawnicza BRANTA
ISBN: 978-83-61668-26-8
Stron: 377

Ocena: 3+/5

Ostatnio regularnie przysypiam w trakcie lektury "Srebrnych orłów" Parnickiego. P. (znów będzie marudził, że o nim piszę;)) przeczytał kilka powieści tego autora, więc zawzięłam się, że ja przebrnę przez choćby jedną. Ale jestem dopiero w połowie... W tej sytuacji szczególnie ucieszyła mnie przesyłka od pewnego blogera, który chce pozostać anonimowy;) (dzięki!!!). Jeszcze na poczcie sprawdziłam, co jest w środku (zawsze tak robię w przypadku  nieoczekiwanych listów), i przygotowałam się (mentalnie) na wieczór z literaturą rozrywkową. Co za ulga po tych mrokach średniowiecza... 

"Między prawem a sprawiedliwością" to zbiór czterech opowiadań, których akcja toczy się we współczesnym Nowym Jorku. W każdym z nich dwaj doświadczeni policjanci: McWane i Sheppard we współpracy z prokuratorem Harrisonem i jego asystentką Amandą Cooper rozwiązują zagadkę jakiegoś morderstwa. Oczywiście są to sprawy dość nietypowe, nawet jak na Nowy Jork (nie napiszę jednak jakie - w końcu w kryminałach zwłaszcza istotne jest zaskoczenie czytelnika). Konstrukcja wszystkich utworów jest bardzo podobna: morderstwo, śledztwo, sprawa w sądzie. O wspomnianych policjantach i prawnikach nie dowiadujemy się zbyt wiele, raczej tyle, żeby odróżnić jednego od drugiego. Choć są to bohaterowie szablonowi, to jednak niepozbawieni uczuć i własnego zdania - owszem, postępują zgodnie z przepisami, ale czasami żałują, że system prawny nie jest trochę bardziej elastyczny i nawet wielokrotny morderca może się wywinąć dzięki temu, że stać go na dobrego prawnika, który wykorzysta wszystkie możliwe kruczki i drobne potknięcia policjantów.
Wcale się nie dziwię, że autor umieścił całą akcję w USA - u nas śledztwa toczą się latami i trudno je ująć w jednym opowiadaniu. No i rozprawy w polskich sądach nie są chyba aż tak widowiskowe i emocjonujące. W każdym razie tak przypuszczam - nigdy na żadnej nie byłam.

Opowiadania Pawła Pollaka nie porażają może oryginalnością, ale są bardzo wciągające (poszłam spać po pierwszej) i czyta się je przyjemnie. Autor skupia się na zagadce morderstwa, nie epatuje nadmiernie makabrą, co się chwali. Nie wydaje mi się, żeby nawet w Ameryce śledztwo i proces szły tak gładko, jak to tutaj przedstawiono, ale to taka konwencja, a nie podręcznik dla studentów Wyższej Szkoły Policji w Szczytnie. Zresztą autor inspirował się serialami, a tego rodzaju seriale to... wiadomo: z rzeczywistością nie mają za dużo wspólnego.

Nie mogę nie wypomnieć błędów stylistycznych. Na nieliczne pomyłki interpunkcyjne czy literówki (tu ich nie zauważyłam) gotowa jestem zwykle przymknąć oko, ale na styl zwracam zawsze szczególną uwagę. Tego rodzaju potknięć nie było w tej książce zbyt dużo, ale jednak... 
Gdybym stała, tobym upadła. Gdybym siedziała, to spadłabym z krzesła. Na szczęście leżałam, kiedy na stronie 275 przeczytałam takie oto zdanie:
Kurtkę ubierał już na schodach.
W dialogu ten regionalizm aż tak bardzo by nie raził, ale w narracji... 
Albo takie zdanie z blurba:
Opowiadania toczą się w realiach Nowego Jorku.
Powinno być chyba: "Akcja opowiadań toczy się w realiach Nowego Jorku".

***

Polecam ciekawy wywiad Matyldy z Pawłem Pollakiem.


środa, 22 grudnia 2010

SAMOLUBNY GEN

Tytuł: Samolubny gen (The Selfish Gene)
Autor: Richard Dawkins
Pierwsze wydanie: 1976 (ta wersja: 1989)
Tłumaczenie: Marek Skoneczny

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Seria: Na ścieżkach nauki
ISBN: 83-86868-15-5
Stron: 472 (w tym przypisy, literatura i indeks)

Ocena: 4+/5


Snułam się między bibliotecznymi półkami, nie mogąc zdecydować się na nic konkretnego. W końcu przyszło mi do głowy, żeby zapytać o jakąś książkę Dawkinsa. Dostępny był "Samolubny gen" i chyba dobrze się stało, że od tej właśnie pozycji zaczęłam poznawać twórczość, a właściwie dorobek naukowy tego autora. W ostatnich latach postrzegany jest, mam wrażenie, raczej jako "wojujący ateista" niż wybitny zoolog, etolog, ewolucjonista i popularyzator nauki.
"Samolubny gen" został po raz pierwszy wydany w 1976 roku i podobno wywołał duże poruszenie w środowisku naukowym i wśród pozostałych czytelników. W 1989 roku ukazało się kolejne wydanie - z nową przedmową Dawkinsa, poszerzone o dwa rozdziały i sporo przypisów zamieszczonych na końcu książki (w polskiej wersji zajmują ponad 80 stron!). W trzydziestą rocznicę opublikowano jubileuszowe wydanie, zawierające kolejną przedmowę autora oraz fragmenty recenzji. Ja czytałam wersję drugą, ale Prószyński i S-ka wydali również najnowszą.
Oczywiście od 1976 roku w genetyce dokonano olbrzymiego postępu, a jednak książka Dawkinsa nadal jest wznawiana, co chyba najlepiej świadczy o jej wyjątkowości.

Jeśli chodzi o lekcje biologii w szkole, to najbardziej wbiła mi się w pamięć fotografia najedzonego kleszcza z podręcznika do którejś tam klasy podstawówki. Oględnie mówiąc nie był to mój ulubiony przedmiot, obawiałam się więc, że mogę nie przebrnąć przez "Samolubny gen", a jednak się udało:). No, nie będę twierdzić, że wszystko a wszystko pojęłam, ale wydaje mi się, że główne tezy autora zrozumiałam. Naturalnie jako laikowi trudno mi się do nich ustosunkować, nie czuję się w żaden sposób upoważniona do polemizowania z naukowcami, zwłaszcza z tak uznanymi[1]. Spodziewam się, że niedługo poczytam sobie o ewolucji człowieka z zupełnie innego punktu widzenia - w moim prezencie urodzinowym (z lipca), czyli w "Nonzero" Roberta Wrighta. Sprawdzę, która perspektywa naukowa bardziej trafi mi do przekonania.

(Jak zwykle: kursywą oznaczam własne przemyślenia, wszelkie pogrubienia również są moje. W komentarzu zasugerowano, że brzmi to dwuznacznie, więc precyzuję: chodzi mi o to, że jeśli w cytacie tekst jest pogrubiony, to pogrubiłam go ja, a nie wydawca albo autor).

Lektura "Samolubnego genu" zmusza czytelnika do spojrzenia na siebie, na ludzkość z zupełnie nowej perspektywy. Dla niektórych będzie to prostsze, dla innych trudniejsze - myślę, że to w dużej mierze zależy od światopoglądu. Istnieje, jak sądzę, spore prawdopodobieństwo, że osoby o silnym zacięciu antropocentrycznym rzucą książką o ścianę już po przeczytaniu pierwszego rozdziału:).
Otóż Richard Dawkins twierdzi - w wielkim skrócie - że człowiek (i każdy inny organizm) jest tylko maszyną przetrwania, nośnikiem dla swoich genów, optymalnym, wielofunkcyjnym opakowaniem. Kiedy umiera, umiera definitywnie. Nawet mój hipotetyczny klon nie byłby mną - będzie po prostu identycznym zestawem genów (właściwie chodzi oczywiście o ich kopie), ale jednak zupełnie inną osobą, z innymi wspomnieniami, poglądami, uczuciami. Połowę genów otrzymujemy od mamy, połowę od taty, tak jak nasze rodzeństwo. Potem połowę własnych genów przekazujemy dzieciom. W porównaniu do długości życia ludzkiego organizmu - geny są niemal wieczne, wiernie replikują się w kolejnych pokoleniach (choć zdarzają się mutacje). "W długim okresie wszyscy będziemy martwi", przetrwają tylko kopie naszych genów.

piątek, 17 grudnia 2010

ZŁODZIEJKA

Tytuł: Złodziejka (Fingersmith)
Autorka: Sarah Waters
Pierwsze wydanie: 2002
Tłumaczenie: Magdalena Gawlik-Małkowska

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
ISBN: 978-83-7469-461-2
Stron: 464

Ocena: 2+/5

Zaczęłam już wczoraj pisać o "Samolubnym genie" Dawkinsa, ale dziś nie jestem w stanie skupić się na tak poważnej tematyce, więc opiszę swoje wrażenia po lekturze "Złodziejki" Sarah Waters. 

Gdyby autorka poprzestała na napisaniu części pierwszej, liczącej ok. 150 stron, to "Złodziejka" byłaby niezłym krótkim czytadłem z intrygującym zakończeniem. Niestety powstały jeszcze dwie kolejne części (wszystkie mieszczą się w jednym tomie), w których występuje więcej niespodziewanych i nieprawdopodobnych zwrotów akcji niż w kilku sezonach "Mody na sukces" razem wziętych. No, może trochę przesadziłam, ale nie aż tak bardzo. 

Mamy rok 1862. Siedemnastoletnia Susan Trinder mieszka w Londynie u pani Sucksby, która zajmuje się dziewczynką niemal od dnia jej narodzin, ponieważ matkę Sue powieszono za morderstwo. To środowisko złodziejaszków, paserów i żebraków, od których Susan uczy się kilku pożytecznych sztuczek. Pewnego zimowego wieczoru składa im wizytę Dżentelmen - młody i przystojny uwodziciel, hazardzista i oszust, podobno wywodzący się z bogatej rodziny, która się go wyrzekła - i składa jej intratną propozycję. Otóż planuje on uwieść i poślubić pannę Maud Lilly, również siedemnastolatkę i sierotę, przebywającą pod opieką wuja - naukowca w ponurym domostwie na odludziu. Co prawda dziewczyna nie jest zupełnie zdrowa psychicznie (jej matka leczyła się w zakładzie dla obłąkanych), ale odziedziczy spory majątek. Susan ma zostać jej pokojówką i pomóc Dżentelmenowi w realizacji jego niecnych planów, oczywiście nie za darmo.
W części pierwszej narratorką jest Susan, druga opowiada o tych samych wydarzeniach, ale z perspektywy Maud, trzecia traktuje o dalszych losach wszystkich bohaterów. 

Wiktoriańska Anglia jest w "Złodziejce" ukazano dość ciekawie,  Sarah Waters oprowadza czytelnika po przeróżnych jej zakątkach: niebezpiecznych zaułkach Londynu, dziupli pasera, ponurym niszczejącym dworze, szpitalu psychiatrycznym, ale jednak w porównaniu np. ze "Szkarłatnym płatkiem i białym" Fabera wypada to wszystko cokolwiek blado. Również styl pisarki pozostawia, moim zdaniem, trochę do życzenia.
O ile w pierwszej i drugiej części udało jej się nieco zróżnicować sposób mówienia Sue - drobnej złodziejki i analfabetki "awansowanej" nagle na pokojówkę, oraz Maud, która odebrała, co prawda, nieco "nietypowe" wykształcenie, ale jednak była damą, o tyle w trzeciej części chyba zupełnie o tym zapomniała.
Uczucie, relacja między głównymi bohaterkami są całkiem wiarygodnie i subtelnie ukazane, ale już tzw. portrety psychologiczne każdej z nich osobno są miejscami niedopracowane, niekonsekwentne, dlatego Sue i Maud nie zdobyły mojej sympatii, mimo że zwykle kibicuję kobietom uciskanym i krzywdzonym przez brutalny męski świat. Sarah Waters właściwie opisała miejsce kobiety w patriarchalnym wiktoriańskim społeczeństwie, ale nie była pierwsza, a poza tym inni zrobili to, jak sądzę, lepiej.

Przesadny melodramatyzm ostatniej partii "Złodziejki" zupełnie przyćmił, niestety, nieliczne zalety tej powieści. Podsumowując: odradzam.

wtorek, 14 grudnia 2010

Insygnia Śmierci i in.

Szablon bloga. Znów go zmieniłam. Poprzedni, po dodaniu gadżetu LinkWithin, wydał mi się zbyt kolorowy. W dodatku dopiero teraz oświecono mnie, że da się ustawić inny kolor linków w postach i komentarzach, a inny w reszcie strony. Usunęłam jedną z dwóch kolumn i poszerzyłam stopkę bloga. Mam nadzieję, że jest w miarę czytelnie i łatwo wszystko znaleźć.

Tak nawiasem mówiąc, to dziękuję twórcom czytników RSS i bardzo użytecznego rozszerzenia/wtyczki do chrome o nazwie Readability. Dzięki nim jestem w stanie wyłuskać treść z najbardziej zaśmieconej strony, nawet jeśli jej autor/autorka preferuje maleńką czcionkę na czarnym tle.

Harry Potter. Wybrałam się do kina sama, P. filmy o czarodziejach ma w pogardzie;). Para po lewej prawie cały czas coś jadła: menu mieli zróżnicowane - na przemian chrupali i szeleścili. No naprawdę, czy nie można zjeść w domu albo PRZED seansem?! Musiałam też jakoś przeżyć dwudziestominutowy blok reklamowy (spot Coca-Coli Zero był koszmarny).

SPOILERY

Twórcy filmu nie mieli łatwego zadania - W "Insygniach Śmierci" Rowling sporo się dzieje, ale akcja w pierwszej połowie książki, po upadku Ministerstwa, nie jest zbyt widowiskowa. W dodatku poszukiwanie horkruksów sprowadza się głównie do czytania książek i myślenia, co w tego rodzaju filmie trudno przedstawić. Ale da się. "Dwie wieże" też traktowały głównie o wędrowaniu, a moim zdaniem wypadły o wiele lepiej niż "Powrót króla".
W "Insygniach" podobały mi się przede wszystkim aktorstwo (nawet Daniel Radcliffe zagrał całkiem nieźle), scenografia (pisał o niej niedawno cedroo), efekty, muzyka też była w porządku. Świetnie zmontowano scenę w lesie, kiedy Harry, Ron i Hermiona próbują uciec przed szmalcownikami. Tylko niech mi ktoś powie, dlaczego ani w książce, ani w filmie oni się nie deportowali??
Za to scenariusz był beznadziejny. Jeśli ktoś nie czytał książki, to nie połapie się, o co chodzi. Sceny dynamiczne przeplatają się ze spokojniejszymi, ale brakuje napięcia, w ogóle jakoś nie widać, żeby trójce głównych bohaterów bardzo zależało na odnalezieniu i zniszczeniu reszty horkruksów. Nie odczuwałam prawie w ogóle tej grozy, jaka podobno opanowała świat czarodziejów. Nie dowiedziałam się, co się dzieje w Hogwarcie. Zakończenie wypadło raczej blado - może dlatego, że wcześniej wątek Różdżki Przeznaczenia był bardzo słabo wyeksponowany. Generalnie - niby kluczowe wydarzenia z książki są tu pokazane, ale kupy się to wszystko raczej nie trzyma, choć początek zapowiadał coś innego. Twórcy filmu powinni trochę więcej czasu poświęcić scenariuszowi i akcji, a nie szukaniu malowniczych krajobrazów (dlaczego Harry, Hermiona i Ron wciąż rozbijali namiot na jakichś opoczystych pustkowiach?).
Są świetne sceny: "konferencja" śmierciożerców i Voldemorta w dworze Malfoyów, wizyta Harry'ego i Hermiony w domu Bathildy Bagshot, śmierć Zgredka, wspomniana próba ucieczki przed szmalcownikami. Ciekawa była animowana wersja "Baśni o trzech braciach", ale kiepsko powiązano ją z całą resztą. Sympatycznie wypadł taniec Harry'ego i Hermiony, który podobno wzbudził tyle kontrowersji. Wydaje mi się jednak, że ten film mógł być dużo lepszy. No cóż, czekam na drugą część.


niedziela, 12 grudnia 2010

Kobieta w literaturze VII

(W nawiązaniu do poprzedniego wpisu).

Charlotta Lucas (Lucy Scott)
i pan Collins (David Bamber)
W najkrótszym czasie, jaki pomieścić mógł długie mowy pana Collinsa, wszystko zostało uzgodnione ku obopólnemu zadowoleniu, a kiedy wchodzili do domu, pastor z całą powagą prosił Charlottę, by wyznaczyła dzień, który uczyni go najszczęśliwszym z ludzi. Choć na ową niebiańską chwilę trzeba było jeszcze trochę zaczekać, młoda dama wcale nie miała zamiaru igrać ze szczęściem pastora. Głupota, jaką wyróżniła go natura, musiała odjąć jego zalotom wszelki wdzięk, dla którego kobieta pragnęłaby przedłużyć okres narzeczeński. Tak więc panna Lucas, która przyjęła go z czystej i bezinteresownej chęci urządzenia sobie życia, nie dbała o to, kiedy ów fakt nastąpi.
Jak najszybciej zwrócono się do sir Williama i lady Lucas o wyrażenie zgody, która została udzielona z najwyższym zadowoleniem i pośpiechem. Już w obecnej sytuacji życiowej pan Collins był pożądaną partią dla ich nieposażnej córki, a w przyszłości miał jeszcze otrzymać wcale niezłą fortunkę. Lady Lucas zaczęła od razu obliczać z większym zainteresowaniem, niżby ta okoliczność mogła dotychczas w niej wzbudzić, ile jeszcze lat może pożyć pan Bennet, a sir William oświadczył z całym przekonaniem, iż kiedy pan Collins wejdzie w posiadanie Longbourn, będzie bardzo stosowne, by wraz ze swą małżonką został przedstawiony u dworu. Krótko mówiąc, cała rodzina cieszyła się z powodu tego wydarzenia niezmiernie. Młodsze córki radowały się myślą, iż wejdą w świat o rok czy dwa wcześniej, niż to było zamierzone, a chłopcy przestali się bać, iż siostra umrze starą panną. Sama Charlotta była zupełnie spokojna. Osiągnęła swój cel i teraz miała czas nad wszystkim się zastanowić. W sumie jej wrażenia były raczej dodatnie. Wprawdzie pan Collins nie jest ani mądry, ani miły, towarzystwo jego jest nudne, a miłość do niej wyimaginowana, zostanie jednak jej mężem. Zawsze pragnęła wyjść za mąż, choć nie miała wysokiego pojęcia ani o mężczyznach, ani o małżeńskim pożyciu. Małżeństwo to jedyne przyzwoite wyjście dla wykształconej młodej damy bez majątku, a choć rzadko można w nim osiągnąć szczęście, jest z pewnością najprzyjemniejszym środkiem zapobiegającym biedzie. Ten środek zdobyto nareszcie. Zdawała sobie sprawę, że ma szczęście - skończyła już dwadzieścia siedem lat i nigdy nie była ładna. [str. 133-134]

Tytuł: Duma i uprzedzenie
Autorka: Jane Austen
Tłumaczenie: Anna Przedpełska-Trzeciakowska
Prószyński i S-ka 1998
Pierwsze wydanie: 1813

Zdjęcie pochodzi z serialu "Duma i uprzedzenie" z 1995 roku w reż. Simona Langtona.

***

piątek, 10 grudnia 2010

Kobieta w literaturze VI

PICKERING
Słuchajcie, Doolittle, dlaczego wy nie weźmiecie ślubu z tą waszą kobitą? Nie pochwalam tego rodzaju niemoralności. 

DOOLITTLE
Stanley Holloway jako
Alfred P. Doolittle
Niech prezes jej to powie, nie mnie. Ja jestem gotów. To przecie ja cierpię, nie ona. Żadnej nie mam władzy nad nią. Kawalera muszę przed nią odstawiać, prezenta dawać, sukienki kupować... po prostu grzech. Za parobka przy niej jestem, a wszystko dlatego, żem nieślubny chłop. Dobrze ona to wie - kto by ją na małżeństwo nabrał! Prezesunio mnie posłucha i żeni się z Elizą, póki młoda i nie zna się na rzeczy. Bo jak nie, to prezes pożałuje, a jak tak - to ona pożałuje. Ale z dwojga złego niech już ona sobie w kaszę pluje, a nie pan. Zawszeć pan chłop, a ona tylko baba, co i tak na przyjemności się nie wyzna. 
[str. 71, Akt II]

***   ***   ***


(Po imprezie w ambasadzie - przyp. Elenoir)

Audrey Hepburn jako
Eliza Doolittle
ELIZA
Słyszałam, jak pan się modlił: "Dzięki Bogu, że to już koniec..."

HIGGINS niecierpliwie
Czyż nie słusznie? Czy ty sama nie czujesz zadowolenia? Od dziś jesteś wolna i możesz robić, co ci się podoba.

ELIZA starając się opanować, z rozpaczą
Ale co?! Czego mnie pan nauczył? Do czego jeszcze jestem zdolna? Gdzie mam iść? Co mam robić? Co się ze mną stanie?

(...)

HIGGINS, któremu przychodzi do głowy dobra myśl
Tak, tak, przychodzi mi na myśl, że moja matka może cię wyswatać za kogoś odpowiedniego.

ELIZA
Pod tym względem stałam wyżej, gdy byłam kwiaciarką uliczną...

HIGGINS
Nie rozumiem, co chcesz przez to powiedzieć?

ELIZA 
Sprzedawałam kwiaty bez myśli o sprzedawaniu siebie... Teraz, gdy pan zrobił ze mnie damę, nie mam nic innego do sprzedania oprócz siebie. Ach, trzeba było mnie zostawić, gdzie mnie pan znalazł... 
[str. 112-113, Akt IV]

***   ***   ***

środa, 8 grudnia 2010

LETNI DESZCZ. KIELICH, LETNI DESZCZ. SZTYLET

Tytuł: Letni deszcz. Kielich
Cykl: Saga o zbóju Twardokęsku, tom 3
Autorka: Anna Brzezińska
Pierwsze wydanie: 2004

Wydawnictwo: Runa
ISBN: 83-89595-04-4
Stron: 591

Ocena: 4/5

Tytuł: Letni deszcz. Sztylet
Cykl: Saga o zbóju Twardokęsku, tom 4
Pierwsze wydanie: 2009

ISBN: 978-83-89595-57-7
Stron: 598

Ocena: 5-/5


Wreszcie! Wreszcie w ubiegłym tygodniu dostałam maila z biblioteki z informacją, że mogę odebrać trzeci tom cyklu Anny Brzezińskiej. Czwarty miałam już wypożyczony, więc mogłam doczytać sagę do końca, dowiedzieć się, jak potoczyły się losy bohaterów wykreowanych w dwóch pierwszych częściach.

Nie będę, wyjątkowo, streszczać czy zarysowywać fabuły - "Letni deszcz" zawiera kontynuację poprzednich wątków, domknięcie opowieści. Ma te same zalety co "Plewy na wietrze" i "Żmijowa harfa": interesujących i zróżnicowanych bohaterów, ciekawą i oryginalną fabułę, bardzo obrazowe opisy, świetna strona językowa, epicki rozmach... jak widać - jestem pod wrażeniem. Ma też drobne wady, właściwie maleńkie ryski - niepotrzebne niekiedy (moim zdaniem) opisy i trochę za dużo pobocznych wątków, które nie mają znaczenia dla całej historii - ubarwiają ją, ale czytelnik traci często z oczu główne nici fabuły. Trzeci tom wydał mi się też miejscami nieco chaotyczny, natomiast w czwartym wspomnianych wadek (jeśli nawet nie ma takiego słowa, to powinno być) prawie nie ma, więc oceniłam go najwyżej. Akcja toczy się w nim znacznie szybciej, bohaterowie trochę mniej mówią, a więcej robią, poszczególne wątki silniej się ze sobą splatają, wszystko konsekwentnie zmierza do wielkiego finału. No i wreszcie przestali mi się mylić ci bogowie i krainy, w których ich czczono. Myślę, że mapka i jakiś mały indeks ułatwiłyby zrozumienie tych powiązań i powinny się one znaleźć w następnych wydaniach. 

wtorek, 7 grudnia 2010

Uwaga: rusza Klub czytelniczy!

Cytuję pomysłodawczynię, czyli Annę:
Zasady są proste: wybieramy jedną książkę, czytamy w określonym czasie (4-8 tygodni) i dzielimy się wrażeniami. Dobrze by było, gdyby wybrana pozycja była szeroko dostępna i niezbyt długa;). Gatunek literacki jest dowolny.
Na wzór ww. wspomnianej Cornflowerbooks na swoim blogu będę zamieszczać wstępną notkę dotyczącą danej książki, a w ustalonym terminie - wrażenia po lekturze. Celem każdego "posiedzenia" klubu jest dyskusja - nie zdawkowe uwagi i komentarze, jakich w sieci jest pod dostatkiem, ale wymiana głębszych przemyśleń. Mnie takich dyskusji brakuje, stąd też po części wziął się pomysł na obecne przedsięwzięcie. Zamieszczając notkę podsumowującą postaram się taką dyskusję sprowokować;).
Nie trzeba się rejestrować, nie trzeba prowadzić własnego bloga - kto ma ochotę, ten czyta i komentuje. Naturalnie chętni mogą zamieszczać pełne recenzje na swoich blogach, z zastrzeżeniem, żeby nie wyprzedzać podanego terminu;).

Na początek: "Jądro ciemności" Conrada. Dyskusja rozpocznie się 22 stycznia, więc czasu mamy mnóstwo. 

Szczegóły organizacyjne trzeba jeszcze chyba dopracować, ale to akurat jest najmniej ważne. Inicjatywa mi się podoba, zapisuję się, a i Wam polecam:).

piątek, 3 grudnia 2010

BÓG REKIN. WYPRAWA DO ŹRÓDEŁ MAGII

Tytuł: Bóg Rekin. Wyprawa do źródeł magii (The Shark God. Encounters with Ghosts and Ancestors in the South Pacific)
Autor: Charles Montgomery
Pierwsze wydanie: 2004
Tłumaczenie: Dorota Kozińska

Wydawnictwo: Świat Książki
ISBN: 978-83-247-0507-8
Stron: 400

Ocena: 4/5

Miałam ochotę na książkę o podróżach. Blurb wyglądał zachęcająco, więc zdecydowałam się na egzotyczną wycieczkę do Melanezji. Oczywiście chodzi o wycieczkę czytelniczą - w realu wolę popijać gorącą herbatę w zasypanym śniegiem, biało-szarym Krakowie niż umierać z gorąca na malowniczej plaży, opędzając się (zapewne bezskutecznie) od stawonogów. (Uwielbiam klimat umiarkowany!).

Charles Montgomery, kanadyjski pisarz, dziennikarz i fotograf, wyruszył do Melanezji śladami swojego pradziadka, Henry'ego Montgomery, biskupa Tasmanii. Celem podróży Henry'ego było nawracanie pogan, natomiast Charles chciał zmierzyć się z rodzinną legendą i utwierdzić się w swoim racjonalizmie (takie odniosłam wrażenie). Obaj przelali wspomnienia na papier. "The Light of Melanesia" (1896) to panegiryk na cześć działalności misyjnej, w którym tubylcy przedstawieni są jako kanibale parający się w dodatku czarną magią (dziełem szatana), a duchowni - jako bohaterowie, herosi z narażeniem życia niosący kaganek oświaty i prawdziwej wiary. "Bóg Rekin" (2004) to próba bardziej obiektywnego i właśnie racjonalnego spojrzenia na dawną i współczesną Melanezję.

środa, 1 grudnia 2010

Pozytywka

Patrzyłam na tumany śniegu wirujące między blokami i przypomniała mi się ta piosenka:



"Pozytywka" - Szymon Zychowicz

sobota, 27 listopada 2010

STOWARZYSZENIE MIŁOŚNIKÓW LITERATURY I PLACKA Z KARTOFLANYCH OBIEREK

Tytuł: Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek (The Guernsey Literary And Potato Peel Pie Society)
Autorki: Mary Ann Shaffer, Annie Barrows
Pierwsze wydanie: 2008
Tłumaczenie: Joanna Puchalska

Wydawnictwo: Świat Książki
ISBN: 978-83-247-1444-5
Stron: 255

Ocena: 3-/5


Również tę powieść wypożyczyłam sobie pod wpływem blogowych recenzji. Przeczytałam już eseje Orwella, utknęłam w okolicach setnej strony "Srebrnych orłów" Parnickiego, potrzebowałam zatem jakiegoś lżejszego przerywnika i "Stowarzyszenie miłośników literatury..." sprawdziło się w tej roli. 

Fabuła. Jest rok 1946, Anglicy dochodzą do siebie po II wojnie światowej, a Juliet Ashton szuka tematu do nowej książki. Przypadkowo nawiązuje korespondencyjną znajomość z kilkorgiem mieszkańców Guernsey, jednej z Wysp Normandzkich. Zaintrygowała ją historia SMLIPZKO, które, jak się dowiedziała, założyli podczas wojny. Wkrótce Juliet zainteresowała się samą wyspą i losami jej mieszkańców podczas okupacji niemieckiej. Zamierzała napisać na ten temat artykuł, najpierw jednak postanowiła poznać ich osobiście, wybrała się zatem na Guernsey, zakochała się i żyła długo i szczęśliwie.

To powieść epistolarna, napisana - w dużej części - lekuchnym, przeważnie przyjemnym stylem - coś pomiędzy Agathą Christie a pamiętnikiem egzaltowanej nieco i trzpiotowatej dwudziestolatki. Nawet wciąga i czyta się dość szybko.

Ale. Tak, teraz sobie trochę ponarzekam, nie unikając przy tym spoilerów, w końcu nie piszę tu blurba.

piątek, 26 listopada 2010

ANGLICY I INNE ESEJE

Tytuł: Anglicy i inne eseje
Autor: George Orwell
Pierwsze wydanie: prawie wszystkie teksty ukazywały się w prasie brytyjskiej w latach czterdziestych, a konkretnie: w latach 1940-1947; pisarz zmarł w styczniu 1950 r.
Tłumaczenie (i część przypisów): Bartłomiej Zborski

Wydawnictwo: Muza
ISBN: 83-7319-221-2
Stron: 375

Ocena: 4/5


Tę książkę wypożyczyłam przypadkowo: ot, stała sobie na półce z bibliotecznymi nowościami. Co prawda została wydana w 2002 r., ale ma pieczątkę: "Książka podarowana przez czytelnika", co widocznie miało miejsce niedawno. Ja tam bym jej nie oddała, po pierwsze dlatego, że nie pozbywam się żadnych książek, nawet tych, których bardzo nie lubię, po drugie - podobała mi się i chciałabym jeszcze do niektórych tekstów kiedyś wrócić. Do tej pory Orwell (a właściwie Eric Arthur Blair) kojarzył mi się przede wszystkim z "Folwarkiem zwierzęcym" i "1984", a gdzieś w księgarni widziałam z daleka jego "Dzienniki wojenne".  Po lekturze omawianego tu zbioru esejów oraz zapoznaniu się z najważniejszymi faktami z jego biografii postrzegam go jako człowieka ciekawego świata, niespokojnego ducha, postać zdecydowanie wartą zainteresowania (muszę sobie o nim kiedyś poczytać).

Ten wpis jest w jeszcze mniejszym stopniu recenzją niż większość zamieszczanych tu przeze mnie tekstów. To raczej notatki z lektury, napisane po lekturze. 

Tematyka esejów Orwella jest bardzo zróżnicowana, niektóre wydały mi się bardzo interesujące, inne mniej, o czym za chwilę. Teraz może kilka słów o stylu. Zazdroszczę Orwellowi precyzji i przejrzystości, dzięki którym jego teksty, pisane ponad sześćdziesiąt lat temu, nadal czyta się bardzo dobrze. Być może są zbyt długie jak na preferencje wielu współczesnych czytelników i wymagania większości współczesnych redakcji, ale mnie to nie przeszkadzało. Podziwiam go jeszcze za jedną rzecz - potrafi krytykować bez zacietrzewienia, rzeczowo, co mi się rzadko udaje, niestety.

niedziela, 21 listopada 2010

Relikwie

Dzisiaj nie na temat książek, więc przynajmniej zacznę i zakończę cytatem z literatury. Fragment "Imienia róży" Umerto Eco (tł. Adam Szymanowski, Kolekcja Gazety Wyborczej, str. 421 i 423, pogrubienia - moje)
— Patrzcie — powiedział [Mikołaj, przyp. Elenoir] — oto ostrze włóczni, która przebiła bok Zbawiciela!
Chodziło o złotą, opatrzoną kryształowym wieczkiem szkatułkę, w której na purpurowej poduszeczce spo­czywał trójkątny kawałek żelaza, strawionego już przez rdzę, lecz doprowadzonego do żywego splendoru przez długie działanie oliwy i wosku. Ale to jeszcze nic. W innej szkatule, tym razem ze srebra wysadzanego ametystem i mającej przezroczyste wieczko, zobaczyłem kawałek czcigodnego drewna ze świętego krzyża, dostar­czony do opactwa przez samą królową Helenę, matkę cesarza Konstantyna, udała się bowiem w pielgrzymce do świętych miejsc, dobyła na powierzchnię ziemi wzgórze Golgoty i święty grób, a potem zbudowała tam katedrę.
Następnie Mikołaj pokazał nam inne rzeczy i nie o wszyst­kich umiałbym powiedzieć, a to z przyczyny ich ilości i rzadkości. Był tam, w relikwiarzu całkowicie wyko­nanym z akwamaryny, gwóźdź z krzyża. Był, w ampułce spoczywającej na podłożu z małych zwiędłych róż, kawałek korony cierniowej, a w innej szkatułce, tak samo na całunie zeschłych kwiatów, pożółkły strzęp obrusa do Ostatniej Wieczerzy. A dalej sakiewka świętego Mateusza, ze srebrnych ogniwek; i w walcu przewiązanym fioletową wstążką, wystrzępioną od upływu czasu i zapieczętowaną złotem, kość z ramienia świętej Anny. I ujrzałem, cud nad cudy, pod szklanym dzwonem i na czerwonej poduszeczce wyszytej perłami — cząstkę żłóbka z Betlejem i piędź purpurowej sukni świętego Jana Ewangelisty, dwa spo­śród łańcuchów, które ściskały w kostce nogi apostoła Piotra w Rzymie, czaszkę świętego Wojciecha, miecz świętego Stefana, piszczel świętej Małgorzaty, palec świętego Wita, żebro świętej Zofii, podbródek świętego Eobana, górną część łopatki świętego Chryzostoma, pierścionek zaręczynowy świętego Józefa, ząb Jana Chrzciciela, rózgę Mojżesza, rozdartą i zetlałą koronkę z sukni ślubnej Maryi Panny. (...)

piątek, 19 listopada 2010

SAGA SIGRUN

Tytuł: Saga Sigrun
Cykl: Północna Droga
Autorka: Elżbieta Cherezińska
Pierwsze wydanie: 2009

Wydawnictwo: Zysk i S-ka
ISBN: 978-83-7506-351-6
Stron: 400

Ocena: 3/5

Ja jestem Sigrun, wdowa po Reginie. Matka Bjorna i Gudrunn, córka Apalvaldra.
Jestem w jesieni życia. Opadły ze mnie liście. Kora nadkruszona. A jednak pień niezmurszały, wciąż trzymam się prosto. Może korzenie, którymi wrastałam w tę ziemię, bez pośpiechu, powoli, są aż tak rozległe, że wciąż mnie w niej trzymają, choć już nie ma po co. Soki krążą we mnie coraz wolniej i wolniej, i nie wiem, czy dostrzegę chwilę, gdy ustaną. Więc stoję. Czekam, aż mgły opadną. Wtedy syn mój jedyny znajdzie drogę do domu. Co dzień patrzę w stronę fiordu, lecz mgła wciąż trzyma się mocno. Wokół mnie pędzą wichry, śnieżyce i burze, a ja stoję bez drgnienia. Liście straciłam dawno, więc o cóż się lękać? Z wiosennymi wiatrami przylatują ptaki. Tulę je do wyschniętych piersi, kołatanie serduszek coś mi przypomina. Dotyk lekkich piórek ogrzewa palce jak niegdyś dotyk żywych. Chyba ściskam je zbyt mocno, bo szamocą się i, kwiląc, uciekają.
Widać czasy, w których wszystko, co żyło, lgnęło mi do łona, odeszły bezpowrotnie. [str. 5]
Tak zaczyna się ta powieść i po przeczytaniu tego akapitu miałam nadzieję, że trafiłam na fantastyczną prozę kobiecą. Kobiecą nie dzięki telenowelowatej fabule i treści, ale raczej dzięki pewnemu typowi wrażliwości właściwemu niektórym pisarkom, który przelewają one na swoje bohaterki. I myślę, że tej wrażliwości pani Cherezińskiej nie brakuje, a jednak książka ma pewne wady, które zadecydowały o takiej, a nie innej ocenie, nieco niższej niż na wielu innych blogach. Wypożyczając tę książkę z biblioteki, kierowałam się właśnie entuzjastycznymi recenzjami blogerek.

środa, 17 listopada 2010

LubimyCzytać i różności

Założyłam sobie konto w serwisie lubimyczytac.pl. Łatwo mnie znaleźć (o ile ktoś będzie szukał;)), ponieważ i tam występuję jako Elenoir. Zamierzam jednak zachować konto na goodreads.com, przynajmniej dopóki na jego polskim odpowiedniku nie będzie ładniejszych gadżetów na bloga (te dostępne obecnie są trochę siermiężne i w ogóle nie da się wyedytować ich wyglądu w html). Mam nadzieję, że pojawi się również możliwość komentowania cudzych tekstów.

Nie mam zamiaru, oczywiście, porzucać moich Impresji, przeciwnie - na lubimyczytać będę wrzucała raczej kilkuzdaniowe opinie o książkach, ewentualnie z linkiem do tego bloga. Tam wypada się ograniczyć do typowej recenzji/opinii, a tu mogę sobie pisać, o czym mi się żywnie podoba, niekoniecznie na temat, dodawać obrazki, formatować tekst itd. Zresztą chyba nie chciałabym, żeby niektóre moje wpisy (choć nie przeceniam ich jakości) zagubiły się w tamtejszym tłumie.

***

Tematyczny news mam już z głowy, więc teraz czas na różne różności (oby mi się z tego bloga nie zrobił jakiś pamiętnik...).

TVN. Oglądam te ich "Fakty" kilka razy w tygodniu i prawie zawsze w ogromne zdumienie wprawiają mnie wydumane pointy, podsumowujące niektóre newsy. Te teksty są na ogół po prostu głupie i bzdurne. Postuluję mniej pseudoelokwentnej błyskotliwości, więcej merytorycznych informacji!

Kult relikwii. Zastanawiam się, czy nie napisać  na ten temat, choć pewnie wiele osób moja wypowiedź mogłaby oburzyć;) Chcecie?

Egzemplarze recenzenckie. Niedawno na blogu Stara szafa przeczytałam ciekawą dyskusję  mniej więcej na temat szczerości recenzji książek otrzymywanych od wydawnictw.
Subskrybuję sporo blogów o tematyce "książkowej" i widzę, że problem rzeczywiście istnieje. Nie dotyka mnie może jakoś osobiście, bo wydaje mi się, że potrafię nieszczere recenzje wyłapać, ale jednak trochę razi.

Wyobrażam sobie, że to bardzo miło otrzymywać za darmo egzemplarze recenzenckie i że tak obdarowany "mól książkowy" może próbować, nawet podświadomie, jakoś się wydawnictwu odwdzięczyć za tak wspaniały prezent. Tylko że, bądźmy szczerzy, firmy nie wysyłają samych arcydzieł.

środa, 10 listopada 2010

DZIENNIK 1954

Tytuł: Dziennik 1954
Autor: Leopold Tyrmand
Pierwsze wydanie: 1980

Wydawnictwo MG
ISBN: 978-83-61297-05-5
Stron: 367

Ocena: 5/5



Właściwie już po przeczytaniu kilkunastu pierwszych stron byłam niemal pewna, że ocenię tę książkę na piątkę, a dalsza lektura tylko mnie w tym utwierdziła. Spodobał mi się przede wszystkim błyskotliwy styl Tyrmanda oraz bardzo obrazowe i bardzo bezczelne pokazanie obyczajowości lat pięćdziesiątych, których był chyba najbarwniejszą postacią.

Chcę od razu podkreślić, że oceniam tutaj wersję poprawioną, przeredagowaną przez autora w latach siedemdziesiątych, a nie oryginał. Różnią się podobno dość znacznie, nie tyle może treścią, przesłaniem - raczej stylem. Wersja oryginalna (oparta na rękopisie) ukazała się w Polsce w 1995 roku nakładem wydawnictwa Tenten i w 1999 roku nakładem Prószyński i S-ka. Może i ona zostanie wznowiona? 

Leopold Tyrmand zaczął prowadzić dziennik 1 stycznia 1954 roku i prawie codziennie go uzupełniał; aż do 2 kwietnia 1954 roku, ponieważ następnego dnia Czytelnik zaoferował mu kontrakt na napisanie "Złego". 
Po zamknięciu "Tygodnika Powszechnego" w 1953 roku utrzymywał się m.in. z udzielania korepetycji, pisania nowel filmowych. Z jednej strony istniał, podobno, nieoficjalny zakaz publikowania jego tekstów, z drugiej - sam Tyrmand nie chciał pisać tak, jak tego wymagano, nawet pod pseudonimem, choć mu to proponowano. Dziennik był dla niego surogatem prawdziwej twórczości - dziennikarskiej i pisarskiej.

sobota, 6 listopada 2010

Targi

Wybrałam się dzisiaj na Targi książki w Krakowie po dwóch latach nieobecności. Organizacja nieco się poprawiła, ale pewne rzeczy będą się chyba zawsze powtarzać: tłumy, zaduch i prawie zupełny brak sensownych rabatów.

Jestem osobą raczej drobną i niewielką, toteż trudno mi się było przepychać między tymi wszystkimi ludźmi. Alejki między stoiskami wydawały się całkiem szerokie, ale jeśli w jakimś miejscu podpisywał książki znany pisarz, to niestety kolejka blokowała prawie całe przejście. Chyba nie da się skutecznie rozwiązać tego problemu. 

Wybraliśmy się na spotkanie w sali seminaryjnej, w którym uczestniczyli Jacek Dukaj, Inga Iwasiów oraz Jarosław Lipszyc. Ależ w tym pomieszczeniu było duszno! Dobrze, że wzięłam coś do picia.

Rozmawiano o roli oraz wpływie nowych mediów i nośników na proces tworzenia literatury i na jej odbiór. Jacek Dukaj powiedział ciekawą rzecz: literatura XIX-wieczna pełna była rozbudowanych opisów, ponieważ ówczesny przeciętny czytelnik nie mógł z innych źródeł dowiedzieć się, jak wyglądało jakieś miasto czy krajobraz na innym kontynencie, w jaki sposób tam się ubierano, jak mieszkano itd. Natomiast dziś, w dobie kina, telewizji, internetu, wiemy mniej więcej, jak się żyje nawet w odległych krainach, a jeśli nie wiemy, to w ciągu kilku minut możemy to sprawdzić. I przydługawe opisy stają się zbędne, chyba że chodzi o przedstawienie świata wymyślonego przez autora. Niby to wszystko oczywiste, ale jakoś nigdy o tym nie pomyślałam.
Jarosław Lipszyc podkreślał, że obecne zmiany są niskopoziomowe, tzn. że w powstanie internetu jest o wiele mniej znaczące niż samo upowszechnienie się pisma tysiące lat temu. Stwierdził też, że autorzy muszą brać pod uwagę zmiany zachodzące w czytelnikach. Podobno korzystanie z nowych mediów (zwłaszcza internetu) zmienia nam nieco budowę mózgu (to chyba jakieś uproszczenie?) i inaczej odbieramy i analizujemy dostarczone nam treści. Zdaniem Lipszyca książka w formie papierowej raczej nie zniknie, stanie się natomiast produktem niszowym.
Dukaj stwierdził, że wszystkie opowieści i tak są linearne i to się raczej nie zmieni, choćby jakaś historia była pokazywana w czterech wymiarach.

środa, 3 listopada 2010

W KOMNATACH WOLF HALL

Tytuł: W komnatach Wolf Hall (Wolf Hall)
Autorka: Hilary Mantel
Tłumaczenie: Urszula Gardner
Pierwsze wydanie: 2009

Wydawnictwo: Sonia Draga
ISBN: 978-83-7508-272-2
Stron: 656

Ocena: 4/5


Właściwie raczej rzadko kupuję nowości. Wolę nabywać książki sprawdzone, przeczytane, do których będę jeszcze wracać. Czasami jednak recenzje są tak entuzjastyczne albo tematyka tak ciekawa, że nie mogę się powstrzymać. Nie kupiłam "W komnatach Wolf Hall" dlatego, że Hilary Mantel otrzymała za tę książkę Nagrodę Bookera. Musiałam ją mieć, bo traktuje, między innymi, o Tudorach, w dodatku widzianych oczyma Tomasza Cromwella. Owa postać często występuje na kartach powieści i naukowych książek traktujących o Henryku VIII; zwykle właśnie "załatwia" coś dla kardynała Wolseya albo (później) dla samego króla, brudzi sobie ręce w ich zastępstwie (choć oczywiście nie za darmo). Cromwell nie cieszył się dobrą opinią ani u jemu współczesnych, ani u historyków, ani u dramaturgów, powieściopisarzy i scenarzystów. Tym bardziej byłam ciekawa jak wyobraziła go sobie Hilary Mantel.

***

Akcja powieści rozpoczyna się w 1500 roku w Putney, które wówczas (pół tysiąca lat temu!!!) było cieszącą się wątpliwą sławą miejscowością niedaleko Londynu. Walter Cromwell, kowal, piwowar, pijak i awanturnik, właśnie leje swojego niespełna piętnastoletniego syna czym popadnie, do krwi i do nieprzytomności. Nie zdarza się to po raz pierwszy i, jak przypuszcza Tomasz, nie po raz ostatni, toteż przy pomocy siostry i szwagra postanawia opuścić Anglię. Jest inteligentny, potrafi czytać i pisać, umie i lubi się bić. Z tym kapitałem wyrusza na kontynent.

Do Anglii wraca po kilkunastu latach, ale nikt nigdy nie będzie w stanie tak do końca dociec, co właściwie porabiał przez cały ten okres. Oczywiście Cromwell uchyla od czasu do czasu rąbka tajemnicy, wspomina, że był żołnierzem, zaopatrzeniowcem w armii, handlował tkaninami, pracował dla bankierów z północnych Włoch. Ale napomyka o tym jakby mimochodem i trudno powiedzieć, czy do końca serio, co jeszcze dodatkowo wzbudza zainteresowanie jego osobą, a nawet coś jakby strach.

niedziela, 31 października 2010

Jesiennie

(Chwilowo trzeba od razu rozwinąć cały post, żeby widzieć wklejony pokaz slajdów i filmiki na youtube. Nie wiem, dlaczego).

Pogoda w Krakowie była dzisiaj przepiękna, toteż wybraliśmy się na spacerek. Z pętli autobusowej Zakamycze, przez Lasek Wolski, Kopiec Piłsudskiego i zielonym szlakiem na Kopiec Kościuszki. Szkoda, że tak wcześnie zaczęło się ściemniać.
Zdjęcia można też obejrzeć na picasie.




***   ***   ***


Jesień to moja ulubiona pora roku. I zapewne nie tylko moja, przecież napisano na jej temat milion piosenek. Oto kilka z nich:

piątek, 29 października 2010

OSTATNI WYKŁAD

Tytuł: Ostatni wykład (The Last Lecture)
Autor: Randy Pausch oraz Jeffrey Zaslow
Tłumaczenie: Jan Kabat
Pierwsze wydanie: 2008

Wydawnictwo: Nowa Proza
ISBN: 978-83-7534-052-5
Stron: 289

Ocena: 2+/5


Trudno mi było ocenić tę książkę. To przesłanie, credo, rozrachunek z samym sobą, niemal ostatnie słowa, które schorowany, umierający człowiek kieruje do swojej rodziny, przyjaciół, współpracowników i uczniów. Czy można oceniać testament? Oczywiście, zwłaszcza gdy został opublikowany.

Randy Pausch (1960-2008) był profesorem informatyki w Carnegie Mellon University w Pittsburghu, współpracował również z takimi firmami jak Adobe, Google, Walt Disney Imagineers. W życiu prywatnym również mu się powiodło - miał wspaniałych rodziców, siostrę, a później również kochającą żonę i trójkę dzieci. Tę wspaniałą passę przerwał w 2006 roku rak trzustki i przerzuty.

Uczelnia zaproponowała mu wygłoszenie wykładu. Dawniej o "ostatni wykład" proszono, jak rozumiem, starszych profesorów, którzy zechcieli podzielić się swoim życiowym i naukowym doświadczeniem z kolejnymi pokoleniami, potem zmieniono nieco formułę i tematyka miała być związana z osobistymi i zawodowymi podróżami.

Randy Pausch się zgodził, mimo obiekcji żony. Kiedy zastanawiał się nad tematem wystąpienia, dowiedział się, że terapia zawiodła i pozostało mu tylko kilka miesięcy życia. Postanowił mimo wszystko wygłosić ów wykład, pożegnać się w ten sposób ze wszystkimi, coś po sobie pozostawić.

Jego wystąpienie pt. "Prawdziwe spełnienie dziecięcych marzeń" było nagrywane, opisał je również Jeffrey Zaslow, felietonista Wall Street Journal. Wydarzenie stało się głośne. Ta książka jest nieco poszerzoną wersją wykładu, który można obejrzeć w internecie, np. na youtube. Randy Pausch poprosił o pomoc w jej napisaniu właśnie Jeffreya Zaslowa, ponieważ chciał maksymalnie dużo czasu poświęcić swojej rodzinie.

"Ostatni wykład" nie ma żadnej literackiej wartości i chyba też do tego nie pretenduje. Autor chciał opowiedzieć o tym, jak zrealizował swoje dziecięce marzenia (oprócz jednego - grania w NFL), co miało zachęcić innych ludzi (a zwłaszcza jego dzieci) do podejmowania prób w tym kierunku.

piątek, 22 października 2010

POŻEGNANIE Z AVONLEA

Tytuł: Pożegnanie z Avonlea
Autorka: Lucy Maud Montgomery
Pierwsze wydanie: 1920
Tłumaczenie: Ewa Fiszer

Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
ISBN: 83-10-09616-x
Stron: 143

Ocena: 2/5


Przy innej okazji wspominałam już na tym blogu, że "Ania z Zielonego Wzgórza" to jedna z ukochanych i najważniejszych dla mnie książek. Czytałam ją naprawdę wiele razy, często też wracałam do innych pozycji z tej serii. Oprócz jednej. Wiedziałam o istnieniu "Pożegnania z Avonlea", ale z niejasnego dla mnie samej powodu przeczytałam ten zbiór opowiadań dopiero teraz. W wydaniu, które wypożyczyłam sobie z biblioteki, znajduje się 13 historyjek, podczas gdy w oryginale było ich 15. Ciekawe, czy w innych edycjach (np. tej Wydawnictwa Literackiego, która ukazała się przy okazji setnej rocznicy opublikowania "Ani z Zielonego Wzgórza") znajdują się te dwa brakujące.
Tematyka i styl tych opowiastek w żaden sposób nie odbiegają od innych publikacji Lucy Maud Montgomery, przynajmniej od tych, które znam. Natomiast jeśli chodzi o jakość, to są to rzeczy słabsze. Zresztą tego samego zdania była sama autorka, ale wydawca nie wziął jej opinii pod uwagę.

"Ania z Zielonego Wzgórza" ukazała się po raz pierwszy w 1908 roku nakładem wydawnictwa L. C. Page & Co. z Bostonu. W kontrakcie znalazł się warunek, zgodnie z którym każda książka Lucy Maud Montgomery o tej samej tematyce, napisana w ciągu następnych 5 lat, również będzie wydana przez tę firmę. Pisarka nie przejmowała się wtedy tym zapisem, ponieważ nie spodziewała się, że jej powieść odniesie tak wielki sukces i że czytelnicy będą żądali kontynuacji. Tak się jednak stało i w ciągu kilku kolejnych lat w "the Pages" ukazały się kolejne książki o Ani Shirley. W latach 1908-1939 praktycznie co roku albo co dwa lata Maud coś publikowała.
Akurat w 1912 roku nie przygotowała niczego nowego do druku, więc wydawca poprosił ją o przysłanie napisanych wcześniej opowiadań. Wybrał najlepsze z nich i wydał jako "Opowieści z Avonlea" ("Chronicles of Avonlea").

czwartek, 21 października 2010

POKÓJ LUDZIOM DOBREJ WOLI...

Tytuł: Pokój ludziom dobrej woli... Teksty niewydane
Autor: Leopold Tyrmand
Pierwsze wydanie w formie książkowej: 2010

Wydawnictwo MG
ISBN: 978-83-61297-90-1
Seria: Biblioteka wykształciucha
Stron: 204

Ocena: 3+/5


"Pokój ludziom dobrej woli..." oraz kilka innych książek Leopolda Tyrmanda ("Filip", "Życie towarzyskie i uczuciowe", "Dziennik 1954", "Siedem dalekich rejsów") otrzymałam od Wydawnictwa MG, za co bardzo dziękuję! Uwielbiam dostawać książki:).

"Pokój ludziom dobrej woli" zawiera teksty publikowane wcześniej tylko w polskiej prasie, a teraz wydane po raz pierwszy w formie książkowej. Najstarszy pochodzi z 1944 roku, najmłodszy - z 1963. 

Opowiadania z lat czterdziestych dotyczą II wojny światowej i, jak sądzę, są w pewnej mierze (choć kto wie jak dużej, w końcu kto jak to, ale Tyrmand potrafił się kreować) oparte na osobistych przeżyciach i wspomnieniach autora. 
Leopold Tyrmand nie był żołnierzem, partyzantem, ani powstańcem. Na początku wojny wyjechał do Wilna. Latem 1940 roku (po wkroczeniu do miasta wojska radzieckich) podjął pracę w wydawanym po polsku dzienniku pod znaczącym tytułem "Prawda Komsomolska", w którym zajmował się tematyką sportową i kulturalną, ale też publikował teksty polityczno-propagandowe. Ja osobiście nie mam mu tego za złe. Była wojna, chciał ją jakoś przetrwać, a w jego przypadku było to jeszcze o tyle trudniejsze, że był żydem; rodziców Tyrmanda wywieziono do Majdanka, gdzie zginął jego ojciec. 
Jesienią 1940 roku Leopold Tyrmand nawiązał kontakt (cokolwiek to znaczy) z AK, a w kwietniu 1941 roku został aresztowany przez NKWD i skazany na 8 lat więzienia za przynależność do antyradzieckiej organizacji. Udało mu się wraz z kolegą uciec ze zbombardowanego przez Niemców transportu kolejowego i wrócić do Wilna. Zdobył dokumenty stwierdzające, że jest obywatelem francuskim i zgłosił się dobrowolnie do pracy w Niemczech. Imał się tam bardzo różnych zajęć, m.in. był kelnerem, tłumaczem i marynarzem. W 1944 roku próbował przedostać się ze statku, na którym pracował, do neutralnej Szwecji, został jednak schwytany i osadzony w obozie koncentracyjnym w Grini na terenie Norwegii, gdzie przebywał do końca wojny. Tyle mniej więcej wyczytałam w Wikipedii
Można zatem powiedzieć, że wojnę przetrwał w dość nietypowy sposób.

środa, 13 października 2010

Ankieta: Czym jest obciach?

(GŁOSOWANIE ZAKOŃCZONE)

W ostatnim numerze Tygodnika Powszechnego sporo miejsca poświęcono obciachowi (czytałam tylko artykuły już dostępne w sieci). Oczywiście obciach to pojęcie bardzo względne. Postanowiłam zaprezentować swoje zdanie na ten temat, a przy okazji "zbadać" preferencje osób, które czasami odwiedzają mój blog. Ja wszędzie zaznaczyłabym "Tak";).

Ankieta zawiera dwadzieścia sześć punktów, po cztery na stronie. Aby przejść do kolejnych, należy kliknąć przycisk "Continue".



Wyniki poprzedniej ankiety, w której pytałam o "idealną recenzję", znaleźć można TUTAJ.

wtorek, 12 października 2010

EUROPA - niedokończona przygoda

Tytuł: Europa - niedokończona przygoda (Europe An Unfinished Adventure)
Autor: Zygmunt Bauman
Pierwsze wydanie: 2004
Tłumaczenie: Tomasz Kunz
Wydawnictwo Literackie
ISBN: 83-08-03702-X
Stron: 215

Ocena: 4/5

Wypożyczyłam sobie tę książkę jako kontynuację "Strzelb, zarazków i maszyn" Jareda Diamonda. Diamond dowodził w swej książce, że decydujący wpływ na tempo oraz sposób rozwoju społeczeństw zamieszkujących różne kontynenty miały, ogólnie mówiąc, lokalne warunki geograficzne. Miażdżąca przewaga Europejczyków (zwłaszcza militarna) w epoce wielkich odkryć geograficznych nie była, jego zdaniem, przypadkowa, ale jej źródłem nie były jakieś wyjątkowe przymioty intelektualne naszych przodków, lecz czynniki środowiskowe, które stworzyły im lepsze "startowe" możliwości niż mieszkańcom Australii, Afryki, Ameryk i większej części Azji. 
Wówczas, w XV-XVI wieku, rozpoczęła się ekspansja Europejczyków, europejskiego stylu życia i systemu wartości we wszystkich możliwych kierunkach. Bardzo długo "cywilizowany" równało się "europejski" lub "zgodny z europejskimi standardami". Ostatnio to się zmienia. Powstaje pytanie: co dalej? 
Zygmunt Bauman, znany i uznany socjolog i filozof, próbuje odpowiedzieć na to pytanie w tej właśnie książce. 

Zaczęłam ją czytać chyba w lipcu, a skończyłam dopiero przedwczoraj. Jest bardzo przystępnie napisana, a jej lektura nie sprawia problemów nawet osobie, która z socjologią nie ma na co dzień nic wspólnego (mówię tu choćby o sobie;)). Skąd zatem ta zwłoka? Otóż zirytowało mnie nieco przedstawione na pierwszych stronach jakieś takie idealistyczne pojmowanie naszego kontynentu, jako misji, oraz opisywanie pierwszych eksporterów europejskości jako wędrowców, "awanturników", poszukiwaczy przygód, niespokojne duchy. Przecież to byli najpierw: żołnierze, kupcy i księża, działający w imieniu i na rzecz europejskich monarchii i organizacji handlowych, a potem: nadwyżki z przeludnionej Europy, szukające szczęścia i chleba poza jej granicami. Z zastanymi w nowym miejscu autochtonami, ich stylem życia i tradycjami, z tamtejszym środowiskiem naturalnym jedni i drudzy robili, co chcieli. Zyski w dużej części transferowano do Europy. No i gdzie ta szlachetna misja?

piątek, 8 października 2010

PLEWY NA WIETRZE, ŻMIJOWA HARFA

Tytuł: Plewy na wietrze
Cykl: Saga o zbóju Twardokęsku, tom 1
Autorka: Anna Brzezińska
Pierwsze wydanie: 2006
Agencja Wydawnicza Runa
ISBN: 978-83-89595-28-7
Stron: 576

Ocena: 4/5




Tytuł: Żmijowa harfa
Cykl: Saga o zbóju Twardokęsku, tom 2
Pierwsze wydanie: 2007
ISBN: 978-83-89595-31-7
Stron: 521

Ocena: 4/5



W Esensji ukazał się niedawno ranking 50 najlepszych polskich powieści fantastycznych. Oczywiście większości z nich nie znam, ale na miejscu 21 figuruje "Saga o zbóju Twardokęsku" Anny Brzezińskiej, a ja właśnie skończyłam czytać drugi tom. W sumie składa się ona z czterech części:
1. Plewy na wietrze
2. Żmijowa harfa
3. Letni deszcz. Kielich
4. Letni deszcz. Sztylet
Chwilowo nie mam dostępu do trzeciego tomu, bo ktoś go podstępnie wypożyczył przede mną. "Podłość ludzka nie zna granic", jak mawiała Bożena Dykiel w "Wyjściu awaryjnym". Toteż dzisiaj napiszę o dwóch pierwszych częściach.

Głównym bohaterem tego cyklu jest zbój Twardokęsek, herszt bandy grasującej w okolicach Przełęczy Zdechłej Krowy, w Górach Żmijowych. Przeczucie zbliżającego się kryzysu wieku średniego skłoniło go do porzucenia dotychczasowej profesji i rozpoczęcia nowego życia na południu. W Krainach Wewnętrznego Morza ubezpieczenia emerytalne (ani żadne inne zresztą) nie istniały, toteż Twardokęsek wyruszył na nową drogę życia zaopatrzony w skarbczyk będący własnością całej kompanii. Bez wiedzy owej kompanii, toteż podróżował nader prędko i chyłkiem.

czwartek, 7 października 2010

Różne różności

Śniło mi się, że czytam na jakimś książkowym blogu bardzo krytyczną recenzję mojego opowiadania, które zamieściłam gdzieś w internecie. Zarzutów pod jego adresem padło sporo, ale zapamiętałam tylko dwa: nadużywanie młodzieżowego slangu oraz posługiwanie się stereotypami. To był oczywiście tylko sen, majak i ułuda, bo nigdy w życiu nie napisałam żadnego opowiadania, a gdyby nawet - wątpię, czybym je komuś pokazała. 
Zastanawiałam się kiedyś nad swego rodzaju wyzwaniem, nie czytelniczym, ale dla czytelników - osoby na co dzień krytykujące cudzą twórczość podjęłyby próbę napisania opowiadania na dowolny temat, które byłoby opublikowane na specjalnym blogu czy forum, a pozostali uczestnicy mogliby je tam ocenić. Przekonalibyśmy się wtedy na własnej skórze, jak trudno wymyślić interesującą fabułę, ciekawych bohaterów i sensowne dialogi. 
Tylko czy to by miało sens? Dość jest już grafomanii w internecie, zresztą - wszędzie. Po co ją jeszcze dodatkowo mnożyć? Ze smutkiem konstatuję, że nawet na blogach książkowych zdarzają się błędy frazeologiczne... (Mam nadzieję, że na Impresjach nie, ale w razie czego zwróćcie mi, proszę, uwagę).

***

Nie napiszę o Nagrodzie Nobla, bo wszyscy już to zrobili, a poza tym czytałam tylko jedną książkę zwycięzcy i wcale mnie nie urzekła. Z drugiej strony lepszy już taki news, niż wałkowanie non stop tematu dopalaczy. Naród i władza pospołu zapłonęły świętym oburzeniem. Niedługo prawy obywatel będzie się czuł uprawniony, ba! - zobowiązany do polowania na sprzedawców tego świństwa i do podkładania bomb pod inkryminowane sklepy. 

***

Postanowiłam zmienić szablon bloga, bo tamten mi się znudził.

***

Odwiedziłam w tym tygodniu Muzeum Archeologiczne w Krakowie. Była to już druga moja wizyta w tym miejscu. Znajduje się ono w samym centrum miasta, więc jeśli ktoś w Stołecznym Królewskim Mieście będąc, ma wolne dwie czy trzy godziny i nie wie, co z nimi zrobić, to polecam. 

Lubię muzea, bo lubię starocie. Nie jestem w stanie dostrzec pewnych niuansów w malowidłach na sarkofagach egipskich mumii z różnych dynastii, ale jest coś fascynującego w oglądaniu z tak bliska przedmiotów sprzed tysięcy lat, które kiedyś tkwiły w głębokich grobowcach, a teraz są na wyciągnięcie ręki. 

wtorek, 5 października 2010

DOM SIÓSTR

Tytuł: Dom sióstr (Das Haus des Schwestern)
Autorka: Charlotte Link
Pierwsze wydanie: 1997
Tłumaczenie: Ryszard Wojnakowski
Wydawnictwo: Świat Książki
ISBN: 83-7391-266-5
Stron: 637

Ocena: 4-/5

Miło by było spędzić święta Bożego Narodzenia w wiekowym domku w Yorkshire. I nawet gdyby ogromne opady śniegu odcięły mnie na pewien czas od świata, nie cierpiałabym za bardzo z tego powodu, o ile miałabym ogrzewanie, wystarczającą ilość jedzenia i trochę książek. Mogłabym sobie wyobrażać, że jestem uwięzioną Cathy Heathcliff;)
Barbara i Ralph Ambergowie, para niemieckich adwokatów, która wynajęła na okres świąt Westhill House, nie mieli czasu na takie głupstwa. Podróż do Anglii była ostatnią próbą ratowania ich małżeństwa. Od dłuższego czasu łączył ich jedynie wspólny adres, a teraz musieli nagle razem poradzić sobie w dość ekstremalnych warunkach: na skutek intensywnych opadów śniegu nie mieli prądu, wystarczających zapasów jedzenia, nie działały telefony, a żeby całkiem nie zamarznąć, musieli nauczyć się rąbać drwa na opał. Nie jest to sytuacja, która by sprzyjała rozwiązywaniu problemów, raczej przeciwnie.
Zresztą żadne z nich paliło się jakoś specjalnie do tzw. poważnych rozmów. Barbara przypadkowo odkryła coś w rodzaju pamiętnika Frances Gray, dawnej właścicielki domu, i większość czasu poświęcała tej lekturze. Nie musiała wtedy myśleć o sytuacji, w której się znalazła.
Ralph rąbał drwa.

Frances urodziła się pod koniec XIX wieku, uczestniczyła w protestach sufrażystek, pracowała w szpitalu polowym podczas I wojny światowej, potem sama zarządzała farmą.

czwartek, 30 września 2010

DZIENNIK POWROTU

Tytuł: Dziennik powrotu
Autor: Sławomir Mrożek
Pierwsze wydanie: 2000

Wydawnictwo: Noir sur Blanc
ISBN: 83-86743-84-0
Stron: 264

Ocena: 4/5

Gdzie nie spojrzę, tam Mrożek. Wydawnictwo Literackie tak zintensyfikowało kampanię reklamową związaną z opublikowaniem pierwszego tomu jego Dziennika, że aż boję się otwierać lodówkę, bo a nuż... Gdyby wydali trochę mniej na marketing, to może wtedy książka nie kosztowałaby prawie 70 zł.

W tym miejscu pozwolę sobie na krótką dygresję (mogę, w końcu ja tu rządzę;)). Może ktoś z Was, "którzy tu wchodzicie", pracuje w jakimś wydawnictwie i mnie oświeci - dlaczego wiele książek ukazuje się tylko w wersji deluxe? Dlaczego np. po miesiącu czy dwóch od premiery książki nie wydaje się jej w miękkiej oprawie, na trochę mniej białym papierze, ale w przyzwoitej cenie? Nie wiem, może to się firmie nie opłaca, w końcu nie jest instytucją charytatywną.
Całkiem dobrze mi się czytało "Mgły Avalonu" Marion Zimmer Bradley w starym, przeciętnym wydaniu - książka była o połowę chyba mniejsza, a już na pewno znacznie lżejsza... A tę nową ledwo wtaszczyłam na czwarte piętro, w dodatku nie da się jej czytać leżąc na plecach, bo na brzuchu tego tomiszcza przecież nie oprę, ani godzinami trzymała nie będę... Koniec dygresji.

poniedziałek, 27 września 2010

Podziemia Rynku w Krakowie

Parę zdjęć z podziemi Rynku Głównego w Krakowie.

sobota, 25 września 2010

UCIEKINIERKA

Tytuł: Uciekinierka (Runaway)
Autorka: Alice Munro
Pierwsze wydanie: 2004
Tłumaczenie: Alicja Skarbińska-Zielińska

Wydawnictwo Dwie Siostry
Seria: Własny Pokój
ISBN: 978-83-608-5072-5
Stron: 392

Ocena: 3+/5

Książkę tę poleciła mi Anna, za co jej niniejszym dziękuję, bo zamieszczone tu opowiadania przeczytałam z przyjemnością:) Niektóre z nich to właściwie mini-powieści, liczące sobie po kilkadziesiąt stron.
Główne role powierzono kobietom w różnym wieku i w różnych sytuacjach życiowych, wszystkie je łączy potrzeba miłości i obawa przed samotnością; akcja niektórych utworów toczy się parę dekad temu, kiedy brak mężczyzny u boku był powodem do wstydu (co za czasy!). Kiedy w ich życiu pojawia się już jakiś pan, to (na ogół) trzymają się go kurczowo, jakikolwiek by on nie był. Szczęście żadnej z nich nie trwa, oczywiście, zbyt długo, ale cierpią przeważnie w milczeniu i biernie. Nie zawsze z powodu mężczyzny - czasami na skutek własnych pomyłek, błędów, zaniechań. Podejmowane przez niektóre z nich próby "ucieczki" kończą się porażką albo tylko połowicznym sukcesem. Przecież nigdy nie można tak do końca odciąć się od przeszłości, prędzej czy później zaczyna uwierać.