Impresje

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 5. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 5. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 21 maja 2013

LAMPART

Tytuł: Lampart (Il Gattopardo)
Pierwsze wydanie: 1958
Autor: Giuseppe Tomasi di Lampedusa
Tłumaczenie: Zofia Ernstowa
Wydawnictwo: PIW
Seria: KIK
ISBN: 83-06-01741-2
Stron: 232
Ocena: 5/5
SPOILERY

Już po przeczytaniu kilku akapitów "Lamparta" uświadomiłam sobie, że tym razem obcuję z Literaturą - właśnie tak, przez duże L. Wprawdzie Giuseppe Tomasi di Lampedusa jest autorem tylko tej jednej powieści (która w dodatku ukazała się dopiero po jego śmierci), ale dojrzałości literackiej mógłby mu pozazdrościć niejeden uznany pisarz.

Ujęła mnie łatwość (zapewne pozorna), z jaką Lampedusa tworzył sceny tak wyraziste i malownicze, że nawet mnie, osobie niemal pozbawionej wyobraźni przestrzennej i zupełnie wypranej z jakichkolwiek zdolności plastycznych, zdawało się niekiedy, że czytam o obrazie, który wisi na ścianie przede mną. Tym tropem poszedł też chyba Luchino Visconti - wiele ujęć ekranizacji  "Lamparta", którą wyreżyserował, można z powodzeniem przenieść na płótno (lub wydrukować), oprawić i podziwiać. 

Nie mogła nie przypaść mi do gustu tematyka powieści. Lubię schyłkowość - w literaturze i w filmie. Akcja "Lamparta" rozgrywa się w dużej mierze na początku lat sześćdziesiątych XIX wieku, w okresie walk o zjednoczenie Włoch. Główną postacią jest książę Fabrizio Corbera i to na przykładzie losów jego rodu, rodu Salina, Lampedusa opisał koniec pewnej epoki i początek nowej. Arystokracja powoli traci na znaczeniu, jej miejsce (i źródła dochodów) przejmują sprytni dorobkiewicze, którzy w porę się zorientowali i poparli zmiany.
"To wszystko nie powinno trwać, a jednak trwać będzie zawsze; oczywiście w ludzkim pojęciu "zawsze" - wiek, dwa, a potem będzie inaczej, ale gorzej. My byliśmy Lampartami i Lwami, zastąpią nas szakale i hieny; i wszyscy: lamparty, szakale, hieny, będziemy się uważali w dalszym ciągu za sól ziemi." [str. 155]
Arystokraci mogli biernie obserwować rozwój wydarzeń zza murów otaczających ich pałace albo wziąć udział w tworzeniu nowego porządku i czuwać, żeby nie odbiegał zanadto od starego. Czterdziestopięcioletni książę Salina wybrał tę pierwszą postawę. Czynne uprawianie polityki nie licowało z jego subtelnym intelektualizmem i dobrym smakiem. Zadowalał się trafnym przewidywaniem rozwoju wypadków, zaskakiwało go tylko tempo zmian. Podziwiał swojego siostrzeńca, Tancreda Falconeri, który na przewidywaniach nie poprzestawał, przeciwnie - starał się być stale w centrum wydarzeń. To właśnie Tancredi wypowiada kluczowe (a w każdym razie bardzo często cytowane) zdanie:
Jeśli chcemy, by wszystko pozostało tak, jak jest, wszystko musi się zmienić. [str. 25]
Zakłada czerwoną koszulę i bierze udział w wyprawie tysiąca Garibaldiego, której celem było obalenie dynastii Burbonów i przyłączenie Królestwa Obojga Sycylii do Włoch, potem wstępuje do regularnej armii nowego króla Wiktora Emanuela II, a z czasem otrzymuje tytuł księcia i prestiżowe stanowisko ambasadora. Równie umiejętnie lokuje swoje uczucia - poślubia piękną Angelikę Sedàra, której ogromny posag rekompensował wyjątkowo złe koneksje i umożliwiał Tancredowi zdobycie wyżej wymienionych zaszczytów, które w minionym porządku społecznym otrzymałby pewnie ze względu na swoje pochodzenie.

Ci członkowie rodu Salina, którzy postanowili trzymać głowy wysoko i nie pospolitować się z nuworyszami, zapłacili za to utratą części majątku i prestiżu. Widać to wyraźnie w ostatnim rozdziale powieści, w którym czytamy o trzech starych już (mamy 1910 rok) i niezamężnych córkach księcia Fabrizia, kurczowo trzymających się resztek dawnej świetności. Przy czym okazuje się, że to, co tak wytrwale pielęgnowały, to fałsz i imitacja. Doprawdy, autor obszedł się z pannami Salina wyjątkowo okrutnie, zwłaszcza z Concettą, meblując jej pokój wszystkimi niespełnionymi marzeniami (szczegóły - w książce). W tej właśnie części szczególnie widać, jak subtelnie, nienachalnie Lampedusa posługuje się symbolami. 

Również przedostatni rozdział nie dotyczy wydarzeń z lat sześćdziesiątych XIX wieku; w całości traktuje o śmierci księcia w 1883 roku. Don Fabrizio ma świadomość bliskiego końca i robi bilans swojego życia, próbuje "wydobyć z olbrzymiego kopca popiołu pasywów złote słomki szczęśliwych chwil" [str. 205].
"Mam siedemdziesiąt trzy lata, z czego licząc  z grubsza żyłem, naprawdę żyłem w sumie dwa... co najwyżej trzy lata. A cierpienia, nuda - ile tego było? Nie warto silić się na obliczenia: cała reszta - siedemdziesiąt lat! [str. 207]
Warto by było przytoczyć ten rozdział w całości - świetna proza o odchodzeniu.

***

"Lampart" to z jednej strony uniwersalna opowieść o upadku starego porządku i budowaniu nowego, ale wszystko to dzieje się w bardzo konkretnym miejscu i czasie, które Lampedusa precyzyjnie i malowniczo opisuje. Sporo miejsca poświecił wyjaśnieniu, dlaczego Sycylia - niemal pionowo padające promienie słoneczne, historia, krajobraz - jest miejscem tak wyjątkowym, determinującym w dużym stopniu życie mieszkańców, którzy mogą wyzwolić się spod jej wpływu tylko pod warunkiem, że opuszczą wyspę przed ukończeniem dwudziestu lat. Opisy przyrody są po prostu świetne - kilka przytoczyłam na końcu wpisu.


Skoro spodobały mi się nawet opisy przyrody, to oczywiste jest, że i styl autora musiał mi przypaść do gustu. Podobno "Lampart" stylizowany jest na powieść dziewiętnastowieczną. W 1958 roku jego "klasyczność" musiała budzić zgorszenie wśród krytyków.
Narracja jest trzecioosobowa, śledzimy wydarzenia z punktu widzenia księcia Salina (oczywiście nie dotyczy to ostatniego rozdziału), nurzamy się w tym wieku dziewiętnastym, ale kilka razy autor wyskakuje z anachronicznym porównaniem w rodzaju:
znowu zaskoczyło go zawrotne tempo historii; wyrażając się bardziej nowocześnie, powiemy, że [...] don Fabrizio poczuł się jak współczesny człowiek, który myśląc, że siada do samolotu starego typu kursującego między Neapolem a Palermo, nagle zdaje sobie sprawę, że znalazł się w samolocie ponaddźwiękowym, którym doleci do celu swojej podróży, zanim jeszcze zdąży się przeżegnać. [str. 82]
Nie, nie, nie. Nie spodobały mi się tego rodzaju metafory i odautorskie aluzje. Niszczyły na chwilę klimat; to jedyna wada, jaką dostrzegam w tej powieści. No, może przyczepię się jeszcze do tego, że podróż ojca Pirrone (rozdział piąty) do rodzinnego domu burzy nieco kompozycję - przechodzimy z arystokratycznego świata i jego problemów polityczno-filozoficznych do nieplanowanej i pozamałżeńskiej ciąży siostrzenicy księdza.

Mimo tych drobiazgów powieść podobała mi się ogromnie. Przeczytałam ją (dwa razy) w tłumaczeniu Zofii Ernstowej, po czym dowiedziałam się, że kilka lat temu ukazało się nowe - Roberta Kasprzysiaka. Myślę, że warto mieć oba. Polecam również wspomniany już film Viscontiego, ale raczej po lekturze. Pojawia się on w różnych wersjach - ja widziałam tę trochę przyciętą, mniej więcej trzygodzinną, z dialogami po włosku. Ostrzegam: już podczas seansu nachodzi człowieka ochota, żeby polecieć na Sycylię. Piękny film. W starym stylu, ale piękny. Kilka fotosów:

Burt Lancaster jako książę Salina (źródło)

Claudia Cardinale jako Angelika Sedàra (źródło)

Alain Delon jako Tancred Falconeri (źródło)

(źródło)

Bal (źródło)

***   ***   ***

I na koniec kilka opisów:
Wenus błyszczała jak ziarnko wyjęte z winnego grona, przezroczyste i wilgotne, lecz zdawało się, że już słychać furkot słonecznej kwadrygi podjeżdżającej stromą drogą do linii horyzontu; niedługo potem napotykali pierwsze stada, popędzane kamieniami przez bosych pasterzy, sunące naprzód leniwie jak mętne wody przypływu; wełniste grzbiety owiec były miękkie i różowe w pierwszym brzasku jutrzenki; po drodze trzeba było uśmierzać gwałtowne zatargi wyżłów z psami owczarskimi; po tych ogłuszających przerwach w marszu, skręcali zboczem wzgórza i zagłębiali się w odwieczną ciszę pasterskiej Sycylii. Nagle wszystko oddalało się nieskończenie w przestrzeni i bardziej jeszcze w czasie. Donnafugata ze swoim pałacem, ze swymi nowobogackimi była odległa zaledwie o dwie mile, lecz jej wspomnienie spłowiało jak dalekie krajobrazy widywane czasem przez wylot tunelu kolejowego; jej troski i przepych wydawały się jeszcze mniej ważne, niż gdyby należały do przeszłości, bo w porównaniu z tym niezmienionym od wieków ustroniem zdawały się być dopiero sprawą przyszłości, nie czymś z kamienia i ciała, ale czymś wysnutym z przędzy marzeń, owocem jakiejś utopii wykołysanej przez wiejskiego Platona; wystarczyłby drobny przypadek, żeby to wszystko uległo zmianie albo przestało istnieć. Tak więc pozbawione tej odrobiny dynamiki, jaką zachowuje w sobie wszystko, co należy już do przeszłości, te troski i ten przepych Donnafugaty nie mogły już przyprawiać o udrękę. [str. 77]
***
Skoro dotarli na szczyt góry, rzadko porośnięty tamaryszkiem i drzewami korkowymi, ujrzeli przed sobą krajobraz prawdziwej Sycylii, w porównaniu z którym barokowe miasta i gaje pomarańczowe są niczym; był to krajobraz wyżarty słońcem, falisty; niezliczone nagie, niemal nierzeczywiste wzgórza ciągnęły się jedno za drugim, bez końca. Niemożliwością było wyobrazić sobie, jak wyglądały ich kontury w natchnionym momencie stworzenia: przypominały morze, które skamieniało nagle, w chwili gdy raptowna zmiana wiatru zakotłowała fale. Donnafugata, skulona, kryła się w jakimś bezimiennym załamku terenu i nie było widać żywej duszy, jedynie rzędy krzewów winnej latorośli wskazywały na obecność człowieka. Z jednej strony, za linią wzgórz, widniała kryształowa plama w kolorze indygo: morze, bardziej jeszcze jałowe od ziemi. [str. 85-86]
***
W sinym świetle godziny piątej rano Donnafugata ziała pustką i przedstawiała rozpaczliwy widok. Przed każdym domem wzdłuż trędowatych murów walały się resztki nędznego jadła; trzęsące się psy pożerały je z nigdy nie nasyconą łapczywością. Niektóre drzwi były już otwarte i smród stłoczonych na noc w ciasnych izbach ludzi dolatywał na ulicę; w chybotliwym świetle lamp matki spoglądały na powieki chorych na egipskie zapalenie oczu dzieci; większość tych kobiet była w żałobie, niektóre były żonami owych widm napotykanych znienacka na zakrętach opustoszałych dróg. Mężczyźni brali w ręce motyki i szli na poszukiwanie tych, którzy, jeśli Bóg pozwoli, zechcą im dać pracę. Głuchą ciszę przerywały od czasu do czasu piskliwe wrzaski histerycznych głosów. Od strony klasztoru Santo Spirito cynowy świt zaczynał podświetlać ołowiane chmury. [...]
Chevalley wsiadł do pocztowego dyliżansu, którego koła miały kolor wymiotów. Wychudzona, pokryta bliznami szkapa ruszyła w daleką drogę.
Dzień wstał zaledwie: tej odrobinie światła, której udało się przedrzeć przez zasłonę chmur, stanęły z kolei na przeszkodzie niewiarygodnie brudne szyby. Chevalley jechał sam; podskakując i odbijając się na wszystkie boki, poślinił czubek wskazującego palca i przetarł mały skrawek szyby. Wyjrzał - przed nim w świetle koloru popiołu podrygiwał nieuchwytny krajobraz, dla którego nie było odkupienia. [str. 154-155]

piątek, 14 grudnia 2012

KSIĄŻKI NAJGORSZE

Tytuł: Książki najgorsze i parę innych ekscesów krytycznoliterackich 1975-1980 i 1993. Wydanie trzecie, ulepszone
Autor: Stanisław Barańczak
Pierwsze wydanie: 1981
Wydawnictwo: Znak
ISBN: 978-83-240-1083-7
Stron:199
Ocena: 5/5

Jak dowiadujemy się ze wstępu, w 1975 roku na łamach dwutygodnika "Student" zaczęły ukazywać się recenzje duetu krytyków: Feliksa Trzymałki i Szczęsnego Dzierżankiewicza. Zamierzali przedstawiać - na wzór Antoniego Słonimskiego, który w okresie międzywojennym prowadził w "Wiadomościach Literackich" rubrykę pod takim właśnie tytułem - "przegląd bieżących osiągnięć polskiej grafomanii".
(...) "Książki najgorsze" będą się opierać na najlepszych wzorach tendencyjności, napastliwości oraz całkowitego braku dobrego wychowania; z metod krytycznych w szczególnie częstym użyciu będzie bicie w słabiznę literacką, strzelanie w plecy (nawet jeśli autor ma je mocne) oraz wyrywanie zdań z kontekstu. [str. 6, "Zamiast wstępu"]
Jak zapowiadali, tak zrobili. Ociekające ironią recenzje publikowali w "Studencie" przez osiem miesięcy, dopóki ktoś "życzliwy" nie ujawnił prawdziwej tożsamości autorów, a właściwie autora - wówczas pracownika Instytutu Filologii Polskiej UAM. Barańczakowi pozostał wtedy drugi obieg: "Biuletyn Informacyjny KOR" i "Zapis" - krąg czytelników może się zmienił, ale za to w teksty nie ingerowała już cenzura. Ukazywały się tam do 1980 roku, potem Barańczak wyjechał do Stanów. Walkę z rodzimą grafomanią wznowił jeszcze na chwilę w 1993 roku na łamach Gazety Wyborczej, ale szybko zdał sobie sprawę, że "wobec bezmiaru współczesnego kiczu III Rzeczpospolitej jest zupełnie bezradny".

Wydaje mi się, że i motywację mógł mieć już słabszą, niewystarczającą do tego, żeby świadomie sięgać po złą literaturę, poświęcać czas na jej czytanie i krytykowanie. Przypuszczam, że wolnorynkowa grafomania nie prowokowała i nie mierziła już tak bardzo jak ta "z państwową pieczątką". W czasach PRL nędza intelektualna, artystyczna i schematyzm fabuły miały, jego zdaniem, zaspokajać potrzeby mas i przydusić w nich potrzebę indywidualnego myślenia. Oficjalnie wydawano wtedy tylko to, co przedostało się przez sito redaktorów i cenzorów. Było ono odgórnie zaprojektowane i gęste, a mimo to (i właśnie dlatego) na półki księgarń trafiały literackie potworki, jeśli tylko reprezentowały obowiązującą ideologię.

Krytycy przeważnie nie zniżali się do pisania o literaturze, powiedzmy, najpopularniejszej (a blogerów książkowych wtedy nie było;)), według Barańczaka - niesłusznie, bo "o obliczu literatury decydują utwory ambitne i wybitne; o mózgach czytelniczych decydują jednak kryminały wydawane w stutysięcznych nakładach" [str. 14]. Głos krytyka powinien choć trochę zakłócać  bezrefleksyjne chłonięcie tej papki.

Wydaje mi się, że do opisywania "książek najgorszych" dopingowało Barańczaka nie tylko poczucie misji, sądzę, że go to po prostu bawiło. W każdym razie mnie by bawiło, bo z powodu wrodzonych predyspozycji do malkontenctwa i szyderstwa artykułowanie krytycznych opinii przychodzi mi o wiele łatwiej niż wyrażanie pochwalnych. Zjechać złą książkę - to takie proste, a jaka okazja do wykazania się elokwencją i ironią! I właśnie dlatego bardzo rzadko (są wyjątki) celowo czytam złą literaturę. To strata czasu i pójście (w tym przypadku pójście blogera) na łatwiznę.
A przecież są i blogi w całości poświęcone analizowaniu zdanie po zdaniu opowiadań autorstwa nastolatków, którzy z beletrystyką mieli dotąd tyle wspólnego, że przeczytali, i to bardzo nieuważnie, "Harry'ego Pottera" i cykl Stephanie Meyer. Te analizy bywają rzeczywiście zabawne, ale mnie by się, szczerze mówiąc, nie chciało regularnie wyżywać w ten właśnie sposób.

Nie dziwi mnie jednak to, że wtedy chciało się Barańczakowi. Nie można było oficjalnie krytykować systemu i jego wytworów, ale czasami dało się przemycić mniej lub jawną kpinę. Nie przypadkiem to właśnie w okresie PRL powstawały kabarety i komedie, do których poziomu współczesne produkcje nawet się nie zbliżają. I chyba w ten właśnie nurt wpisują się "ekscesy krytycznoliterackie" Barańczaka: błyskotliwie, zabawnie i z wdziękiem tępił idiotyczne, nielogiczne fabuły, natrętne wstawki ideologiczne, błędy stylistyczne i językowe.

A było co krytykować. Powieści milicyjne, szpiegowskie, kryminały, fatalna poezja, utwory Władysława Machejka, teksty piosenek, w zbiorze omówiony też został np. "Scenariusz manifestacji młodzieży polskiej z okazji 35-tej rocznicy Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej".

Z książek tych wyłania się osobliwy obraz polskiego społeczeństwa. Intelektualiści to degeneraci i dewianci, a często i zdrajcy - jeśli popełniono zbrodnię, to winnym jest najpewniej ktoś z tego środowiska. Na ich tle szczególnie rzuca się w oczy szlachetność i kultura osobista milicjantów, żołnierzy i pracowników służb bezpieczeństwa.
Być może spotka te recenzje zarzut, iż w wyborze ofiar powodują się one kryterium "politycznym", uderzając - zwłaszcza w fazie publikowania ich w "Biuletynie Informacyjnym" - przeważnie w tzw. pisarzy reżimowych. Przysięgam jednak, że nie to było moim naczelnym zamiarem i że jeśli Władysław Machejek opublikuje kiedyś powieść literacko, a choćby tylko gramatycznie poprawną, będę pierwszym krytykiem, który to doceni; z drugiej strony, zawsze  gotów będę napiętnować chałę literacką, jeśli ją popełni, powiedzmy, Tadeusz Konwicki. Powodowały mną - czy kto uwierzy, czy nie - przede wszystkim kryteria literackie; byłoby zresztą moralną krzywdą dla wielu sponiewieranych autorów, gdyby czytelnik automatycznie zakładał, że znaleźli się ni w tej książeczce "za karę" z powodu jakiejś swojej postawy czy działalności pozaliterackiej. Bynajmniej: niektórzy z nich uprawiają istotnie czystą, bezinteresowną, autentyczną grafomanię i nie mam zamiaru imputować im niczego ponad to. [str. 8-9, j.w.]
Dwukrotnie wspomniany został Władysław Machejek (prozaik, publicysta, polityk i działacz PZPR), zresztą niektórzy mogli się też gdzieś w prasie natknąć na termin "machejkizm" ukuty własnie przez Barańczaka. Dobrze wiedzieć, o co chodzi:
"Pewne", "różne", określone", "konkretne"... Ale jakie? - chciałoby się spytać. To właśnie stanowi o istocie machejkizmu: nic nie powiedzieć, sugerując jednocześnie, że coś się wie albo że sprawa jest powszechnie znana i oczywista. [str. 111, "U źródeł machejkizmu"]
Wypisz, wymaluj: Jarosław Kaczyński.
Z połączenia tych dwóch cech: głęboko zakorzenionej ostrożności i pozorowanego na użytek czytelników animuszu, rodzi się typowa osobowość PRL-owskiego publicysty. Specyfika Machejka polega jedynie na tym, że obydwie te sprzeczne cechy są u niego krańcowo spotęgowane.
  Stąd właśnie niepowtarzalność owych pereł stylu, w jakie obfituje twórczość naszego ulubionego autora. Nie, nie chodzi nam w tym przypadku o używane przezeń słówka  w rodzaju "zapostulować", "usocjalistycznienie", "centralniak", "uterenowić czy "wodociągizacja", o zwroty typu "ferować zatrudnienie" czy "w aspekcie odkrywania rezerw", o rozumienie  słowa "sensat" w sensie "łowca sensacji", a "abnegat" w sensie "renegat". Tego rodzaju klejnociki leksykalno-frazeologiczne i półinteligenckie błędy stanowią normalny element partyjnej nowomowy i nie Machejek je wymyślił. Bardziej typowe dla machejkizmu są większe całości zdaniowe, w których chłopsko-partyzancka pieprzność i dosadność zderza się z partyjno-urzędniczym brakiem logiki i pustym frazesem. Produktem końcowym jest bełkot, przy którego pomocy tworzy się pozór jakiejś aktywnej i samodzielnej interwencji publicystycznej w "określonych" sprawach, jednocześnie zaś nie mówi się nic określonego, co pozwala skutecznie uniknąć kłopotów. Zdania takie tworzą prozę, która przeznaczona jest przede wszystkim do zapełniania wyznaczonego miejsca w gazecie czy czasopiśmie; nie należy jej natomiast czytać, a już zwłaszcza - wgłębiać się w nią i próbować zrozumieć, o co chodzi i jakie jest stanowisko autora. Nie jest to nawet język ezopowy, wypowiedź dla wtajemniczonych, pisanie między wierszami: jest to raczej język, którego ideał stanowi pustka znaczeniowa, zupełna asemantyczność. Język zrodzony przez rzeczywistość, która od trzydziestu kilku lat produkuje miliardy słów i jednocześnie niszczy każdy napotkany okruch sensu. [str. 112-113, j.w.]
Barańczak zaprezentował kilka stosownych cytatów z najnowszego wówczas dzieła Machejki pt. "Nasze dzienne sprawy (Z mojego obserwatorium II)". Mój ulubiony:
To nie mnie rozognia lubość, gdy w jednej formule naród mieści wszystko i jeszcze przelewa się do uzurpacji (113).
Niestety, odnoszę wrażenie, że wielu innych współczesnych polityków i dziennikarzy (zwłaszcza tych najbardziej polskich i niepokornych) twórczo rozwija ten styl. Oby pisarze czerpali inspirację z lepszych źródeł. Grafomania bywa intratnym zajęciem, ale jej autorzy szybko odchodzą w zapomnienie. Czy ktoś poza koneserami gatunku kojarzy dziś Barbarę Nawrocką-Dońską, autorkę książki pod jakże oryginalnym tytułem "To nie prawda, że umarł Tristan", "urokliwej opowieści o miłości dwojga młodych, rzuconej na malownicze tło elektrowni w Koninie" [str. 64, "Przez miłość do dobrobytu"]. Nie. Nie sądzę też, żeby większości z nas cokolwiek mówiło nazwisko Henryka Gaworskiego, który w 1978 roku opublikował kryminał pt. "Jelenie jedzą klejnoty" - szajka przemytników zamierza przetransportować za granicę hinduską broszę, która należała kiedyś do Radziwiłłów, poprzez umieszczenie jej w paśniku dla jeleni. Hm.


"Książki najgorsze" przeczytałam dwa razy, za każdym z taką samą przyjemnością. No, psuły ją może nieco informacje o nakładach tych pereł literatury: kryminały i powieści szpiegowskie wydawano w co najmniej stu tysiącach egzemplarzy. Obecnie grafomania też sprzedaje się dobrze, ale rolę państwa przejęli marketingowcy.


Fragmenty książki można znaleźć tutaj.

czwartek, 16 sierpnia 2012

FRANZ KAFKA. KOSZMAR ROZUMU


To ostatnie zdjęcie, na którym uwieczniono Franza Kafkę. Miał wtedy czterdzieści lat, zmarł w następnym roku. Jego poważne, skupione spojrzenie może onieśmielać, podobnie jak otaczajacy go nimb autora wybitnego, nie dla każdego, ale Ernst Pawel skupił się w swojej książce nie na pisarzu, ale na człowieku - przebił się przez te wszystkie warstwy ubrań noszonych przed stu laty przez ludzi uchodzących za przyzwoitych i nie zatrzymał się nawet na Kafkowych czyrakach.

Nie pominął zupełnie jego twórczości, ale biografia to nie miejsce na dogłębne analizy literackie, zwłaszcza gdy związek między życiem autora i jego utworami jest dla wszystkich poza nim samym tak trudno uchwytny i nieoczywisty, jak w tym przypadku. Zresztą mnie Kafka wydaje się o wiele bardziej interesujący niż jego twórczość, przynajmniej po części go rozumiem, czego np. o “Zamku” nie mogę powiedzieć.

Sam Kafka bardzo ułatwił Pawelowi zadanie, bo najwyraźniej lubił (i/lub musiał) pisać o sobie. Zachowała się część jego dzienników i wiele listów. Pawel korzystał również ze wspomnień innych osób, zwłaszcza Maksa Broda - przyjaciela Kafki i jego pierwszego biografa.


Praca Pawela zawiera wszystkie typowe dla porządnie napisanych biografii informacje. Autor szczegółowo omawia koligacje rodzinne Franza Kafki, jego relacje z rodzicami i rodzeństwem, lata edukacji, przyjaźnie, romanse i związki oraz pokonywanie kolejnych szczebli kariery. Udało mu się również w bardzo interesujący sposób pokazać pisarza na tle epoki. Kafka urodził się jeszcze w dziewiętnastym wieku, przeżył I wojnę światową i upadek Austro-Węgier, załapał się też na wielką inflację w Niemczech. Największy wpływ miała na niego jednak sytuacja społeczna i polityczna w Pradze, w której mieszkał prawie całe swoje życie.

Był synem żydowskiego kupca działającego w stolicy Czech, które były wówczas częścią monarchii austro-węgierskiej rządzonej przez niemiecką dynastię. Czesi krzywo patrzyli na Niemców, Niemcy na Czechów, jedni i drudzy - na Żydów, natomiast Żydzi byli podzieleni, wielu wybierało syjonizm, niektórzy emigrację.
Herrmann Kafka nazwał swojego pierworodnego na cześć cesarza Franciszka Józefa, a kiedy w 1917 roku Niemcy zaczęli przegrywać wojnę, zrezygnował z drugiego "r" w swoim imieniu, żeby wydało się mniej germańskie prawdopodobnym słowiańskim zwycięzcom. Nie wpoił Franzowi przywiązania do religii ani jakiejkolwiek narodowości, bo sam utożsamiał się tylko z ludźmi o podobnym statusie majątkowym.

Franz Kafka mówił po czesku i po niemiecku, edukację odebrał w tym drugim języku i w nim też tworzył. Zazdrościł Ostjuden, którzy - zwłaszcza podczas wojny - przybywali do Pragi, religijności i osadzenia w tradycji. Sam uważał się za Żyda, ale zachodnioeuropejskiego, który nigdzie nie jest u siebie i nawet język musi zapożyczać od innych narodów. Już jako dorosły człowiek zaczął się uczyć hebrajskiego, bo zamierzał osiąść w jakimś kibucu w Palestynie albo (to już pod koniec życia) otworzyć małą restaurację w Jerozolimie czy Tel Awiwie, w której Dora Diamant byłaby kucharką, chociaż nie umiała gotować, a on pracowałby jako kelner, mimo że od lat chorował na gruźlicę, musiał nawet zrezygnować z pracy i przejść na rentę.


À propos pracy. Nie, nie utrzymywał się ze swojej twórczości. Literatura bardzo rzadko jest intratnym zajęciem, zwłaszcza jeśli napisanie powieści zajmuje autorowi kilka lat. Kafka był, proszę sobie wyobrazić, urzędnikiem, nie takim znowu nieważnym trybikiem w biurokratycznej machinie, której istnienie i działanie - jak to się interpretuje - tak obrazowo i krytycznie przedstawiał w swoich najbardziej znanych utworach. Po skończeniu prawa przez wiele lat pracował w Zakładzie Ubezpieczeń Robotników od Wypadków Królestwa Czeskiego w Pradze, gdzie jego kompetencje i zaangażowanie nagradzano kolejnymi awansami i podwyżkami. Co więcej - początkowo praca interesowała go naprawdę i był dumny ze swojego udziału w sukcesach Zakładu. Z czasem znienawidził to zajęcie, bo wysysało z niego siły, które mógłby spożytkować na pisanie.

To ono utrzymywało go przy życiu, nadawało jego egzystencji sens, cel, może ją usprawiedliwiało. Nigdy nie był do końca zadowolony z tego, co stworzył, wiele swoich utworów zniszczył, wielu nie ukończył, chyba wszystkie wielokrotnie poprawiał. Nie mógłby sobie na to pozwolić, gdyby nie przyzwoita, comiesięczna pensja, ale raczej nie doceniał tego aspektu biurowej męki. Mógł pisać tak, jak chciał, i wtedy, kiedy chciał. Potrzebował do tego ciszy, świętego spokoju i natchnienia. W jego sytuacji rodzinnej i zawodowej trudno było o te dwa pierwsze katalizatory twórczości; na trzeci nie miał wpływu. W efekcie zdarzały się długie, klilku- lub kilkunastomiesięczne okresy, w których nie pisał wcale, nawet nie prowadził dziennika. 15 grudnia 1910 roku informował w liście Maksa Broda:
Samo jądro mego nieszczęścia nadal istnieje: nie mogę pisać. Nie udało mi się stworzyć jednej linijki, którą chciałbym zapamiętać, wręcz przeciwnie - wyrzuciłem wszystko, co napisałem od powrotu z Paryża, a nie było tego dużo. Całe moje ciało ostrzega mnie przed każdym słowem, a każde słowo najpierw rozgląda się na wszystkie strony zanim pozwoli się zapisać. Zdania dosłownie rozsypują się w proch w moich rękach, a ja, widząc ich wnętrze, natychmiast muszę przestać pisać. [str. 273]
W innym liście (Pawel nie informuje, kto był adresatem) z 7 października 1914 roku Kafka stwierdził:
Piszę inaczej niż mówię, mówię inaczej niż myślę, myślę inaczej niż powinienem i tak dalej do najgłębszej ciemności. [str. 349]
Stan nieobcy nikomu, kto próbował ująć w słowa myśli i uczucia, rzadko jednak spotyka się autorów, którzy są najbardziej wymagającymi krytykami swojej twórczości i otwarcie się do tego przyznają. Franz Kafka analizował siebie i swoje postępki z precyzją chirurga, któremu babranie się we wnętrznościach sprawia nawet pewną sadystyczną satysfakcję, ale ten jego chłodny racjonalizm bywał od czasu do czasu zakłócany przez strach, marzenia, złudzenia.
Niewiele mnie z Kafką łączy, ale wśród tych drobnostek jest właśnie to rozchwianie: od głębokiego pesymizmu po nieśmiałą nadzieję, od chłodnego sceptycyzmu po zawstydzające mnie samą przeczucie, że na wyciągnięcie ręki czai się coś... coś więcej. Dlatego ze zrozumieniem czytałam o tym, jak chodził na wykłady i konsultacje do różnej maści szarlatanów, w których obietnice właściwie nie wierzył, ale przecież nie zaszkodzi sprawdzić, bo a nuż; jak uważał swój stan fizyczny za zbyt zły, żeby zawrzeć związek małżeński czy pełnić obowiązki wydawcy, ale wystarczający, żeby walczyć na frontach I wojny światowej; jak się zaręczał, choć nade wszystko cenił sobie samotność.

Kafka był typem człowieka, który nie umie żyć bez problemów, a im są one poważniejsze, im bardziej go przygniatają, tym on mniej musi - uwalniały go od konieczności podejmowania wielu decyzji czy dokonywania wyborów. I tak na przykład gruźlicę - chorobę bardzo poważną, ale w jego sferze często uleczalną - powitał z ulgą i wykorzystał jako pretekst, żeby zerwać zaręczyny i ostatecznie pozbawić swoją rodzinę co poniektórych złudzeń co do swojej osoby.

Gdybym miała ocenić Kafkę tylko na podstawie fragmentów jego dzienników czy listów, które Pawel często cytuje, wydałby mi się osobą niezbyt sympatyczną, a jednak w jego sposobie bycia musiało być coś ujmującego, bo był na ogół lubiany - w pracy i poza nią. Co innego w domu - matka i siostry (przede wszystkim Ottla) kochały go na swój sposób, ale ojciec uważał go w najlepszym razie za dziwaka i leniwego, wydelikaconego megalomana.

W tej rodzinie nie szafowano czułością, więc Franz próbował znaleźć ją gdzie indziej. Podobnie jak wszyscy mężczyźni z jego sfery korzystał - bez zażenowania i sentymentów - z usług prostytutek i dorabiających w ten sposób kelnerek czy panien sklepowych, a podróże - służbowe i prywatne - umilał sobie flirtami lub wręcz romansami. Był zaręczony z dwiema kobietami, ale żadnej z nich nie poślubił - oba związki przerodziły się w farsę. Tym lepiej dla narzeczonych: Kafka byłby fatalnym mężem dla każdej kobiety, która nie owijałaby się wokół jego stóp jak bluszcz. Może się mylę, ale nie mogę się oprzeć wrażeniu, że traktował kobiety bardzo przedmiotowo. Wiele od nich oczekiwał,  nie dając właściwie nic w zamian, może poza możliwością odgadywania i spełniania jego życzeń. Przynajmniej ja tak to widzę, z głębi mojej feministycznej natury:).

Najbardziej kuriozalny był jego związek z Felicją Bauer. Poznali się w Pradze, ona mieszkała i pracowała w Berlinie, co sprzyjało ćwiczeniu się w epistolografii, ale nie pomagało tej parze lepiej się poznać. Przez pięć lat Kafka nie mógł się właściwie zdecydować, czy ją poślubić, czy nie. Musiał jej się bardzo podobać, skoro nie puściła go kantem już po pierwszych oświadczynach, wyrażonych, oczywiście, w liście, w którym - jak zauważa Pawel - prośba o rękę Felicji ginie wśród argumentów przeciwko temu małżeństwu.


Wydźwięk utworów Kafki jest zdecydowanie minorowy, niektórzy dostrzegają w nich zapowiedź wielu smutnych wydarzeń z dwudziestowiecznej historii i egzystencjalnej pustki następnych pokoleń. Może. A jednak życie Kafki nie było jednym długim pasmem nieszczęść, poznaczonym tu i ówdzie supłami tragedii.

Max Brod i Franz Kafka
Zanim zachorował, a czasami nawet i potem, miewał względnie niezłe okresy i dobre dni. I mimo jego eremickich ciągot, w ostatnich, bardzo trudnych chwilach, towarzyszyła mu kobieta, która go kochała, i przyjaciele, którym na nim zależało.


***
Tytuł: Franz Kafka. Koszmar rozumu (The Nightmare of Reason. A life of Franz Kafka)
Pierwsze wydanie: 1984
Autor: Ernst Pawel
Tłumaczenie: Irena Stąpor
Wydawnictwo: Twój Styl
ISBN: 83-7163-342-4
Stron: 567
Ocena: 5-/5


Nie jest to może książka dla każdego, ale koneserów ciekawych osobowości na pewno zainteresuje. Mnie zafascynowała. Zamierzam sięgnąć do bezpośredniego źródła informacji o Kafce, czyli do jego dzienników i listów. Żaden biograf nie jest do końca obiektywny, przeważnie zbyt fascynuje go opisywana postać, więc wolę wyrobić sobie ostateczną opinię o Kafce na podstawie jego osobistych zapisków. Pawel, co zrozumiałe, po swojemu zinterpretował niektóre fakty, ale pewne jego wnioski wydały mi się trochę zbyt daleko idące (np. te oparte na wyrazie czyjejś twarzy na zdjęciu). Poza tym nieco za często, moim zdaniem, przywoływał terminy z zakresu psychoanalizy, którą ja uważam za zwykłe szalbierstwo, ale z drugiej strony czasy Kafki to jednocześnie czasy Freuda, więc może autor chciał po prostu nadać swojej opowieści odpowiedni klimat. Mimo to "Koszmar rozumu" to pozycja godna polecenia: szczegółowa, pełna cytatów, z bibliografią, indeksem osób i mapą ówczesnej Pragi.

***
Skoro zaczęłam od zdjęcia, to zdjęciem zakończę. Oto kilkuletni Franz Kafka (fajne reformy).



czwartek, 5 kwietnia 2012

REFLEKTOREM W MROK

Tytuł: Reflektorem w mrok. Wybór publicystyki
Autor: Tadeusz Żeleński (Boy)
Wybór, wstęp i opracowanie: Andrzej Z. Makowiecki

Wydawnictw: PIW, 1978
Seria: Biblioteka klasyki polskiej i obcej
Stron: 653

Ocena: 5/5


Tadeusz Żeleński odczuwał, wydaje mi się, nieustającą potrzebę zabierania głosu, wygłaszania opinii, zajmowania stanowiska. Postawa często spotykana, zwłaszcza w naszych czasach, kiedy opinia "eksperta" albo celebryty właściwie zastąpiła już informację.

Również Boy poruszał tematy, w których nie był fachowcem. Robił to z pozycji człowieka wykształconego, doświadczonego, nieobojętnego na to, co się wokół niego dzieje, racjonalisty. Przecież nie trzeba się specjalizować w prawie karnym, żeby krytykować karę śmierci, tak jak nie trzeba być pedagogiem, żeby uznać, że nauka religii w szkole nie ma sensu. Oczywiście - niektóre zagadnienia trochę spłaszczał, ale przecież co do istoty problemu miał na ogół rację.

"Reflektorem w mrok" to wybór artykułów/felietonów/esejów Żeleńskiego, które w okresie międzywojennym ukazywały się najpierw w prasie, a potem większość z nich wydawano w postaci książek. Tu podzielono je na bloki tematyczne:
  • Młoda Polska, Przybyszewski, Wyspiański
  • Dziewice konsystorskie i okupanci w sutannach
  • Piekło kobiet i zaułki paragrafów
  • "Ludzki obyczaj ciekawy jest nadzwyczaj..."
  • Literackie prowokacje
  • O języku nie całkiem serio
Z tekstów skupionych w tym pierwszym bloku wyłania się obraz Młodej Polski zupełnie inny niż ten zapamiętany przeze mnie z lekcji polskiego. "Istotnie, mówić o oddziaływaniu Przybyszewskiego nie mówiąc o alkoholu, to byłoby tyle, co pisać dzieje Napoleona, a nie wspomnieć o wojsku". Właśnie.
Żeleński wspomina barwną cyganerię krakowską z przełomu wieków, klimat ówczesnych kawiarni, działalność Zielonego Balonika, premierę "Wesela". Wiele miejsca poświęca Stanisławowi Przybyszewskiemu, którego przyjazd do Krakowa w 1898 roku zelektryzował miasto. W "Znaszli ten kraj?..." przytacza taką scenę:
Oto melodia, która mi się przyplątała mimo woli i która mnie prześladuje od chwili, gdy zamierzyłem dalej snuć swoje wspomnienia na marginesie Moich współczesnych Przybyszewskiego. I widzę bardzo wyraźnie taką scenę. Świt, filująca lampa dogasa, okno balkonu otwarte na ogród, z którego wnika chłód poranka i ćwierkanie ptaszków. Stach śpi głęboko w fotelu, cała jego gromadka, z zielonkawymi twarzami, kipi porozkładana, gdzie tam któremu padło, a w środku, pod stołem, leży młody medyk Szyszka, muzykalny jak Cygan, i rżnie może od godziny na skrzypcach Znaszli ten kraj Moniuszki. Gra leżąc z głową wspartą o pustą flaszkę i raz po raz trąca smyczkiem o blat stołu, co oryginalnie rwie na strzępy tę płynną melodię, bogacąc ją kaprysem niespodzianek. Obok mnie Ludwik Janikowski, ze swoją genialną trupią czaszką, zanosi się od płaczu siedząc na podłodze. Zdaje się, że popłakujemy wszyscy, ale on szlocha, ryczy... A Szyszka gra i gra, aż wreszcie zmęczona ręka grajka wypuściła smyczek, zrobiło się cicho, Janikowski siorbał tylko nosem, i tylko ćwierkanie ptaszków, i chrapanie Stacha... [str. 75]
I jeszcze jeden cytat:
Kawiarnie miały rozmaite stopnie. Jedne sale otwarte były dla wszystkich, inne tylko dla wybranych, jak ów słynny „Paon”. Tam było pianino, były przybory malarskie, tam Przybyszewski genialnie fuszerował Szopena, a Wyspiański, zawsze poważny, zamyślony, zwykł był przypinać papier do blejtramu i kreślić swoje uduchowione portrety.
Ale nadmiar życia nie dał się zamknąć w ciasnej sali, przelewał się na ulice. I dopiero od czasu, jak wdarła się do niego sztuka, pokazało się, że ten i mały, smutny Kraków jest cudownym miastem, że trudno by wymarzyć piękniejszą ramę dla tych nocnych biesiad i wędrówek. Młodzi cyganie nie umieli się rozstać z sobą o żadnej godzinie, koczowali po kawiarniach, snuli się, mówiąc wiersze, nocami po starych zaułkach i ulicach, tłukli się do bram Wawelu, zmieniali, dzięki uprzejmości gospodarza, w swoje obozowisko skład fortepianów w Krzysztoforach, gdzie długie rzędy czarnych zwierzów szczerzyły w nocy fantastycznie swoje białe uzębienie... „Świt już, świt... już gasną latarnie... Ta noc czy mi ujdzie bezkarnie, czy nie sięgnie za zapłatę po życie...” – pisał młodziutki wówczas i wątły Perzyński. Czasem rewolucjonizowano mieszkania szanownych obywateli krakowskich, czasem zapraszano przez okno obcych ludzi z ulicy. Czasem zdarzało się, że jeden z wędrowców, obejmując rękami gruby kasztan na plantacjach, wołał drugiego na pomoc naiwnymi słowami: „Potrzymaj drzewko, bo się chwieje...” Z nastaniem nocy Kraków zmieniał się w miasto z nieprawdziwego zdarzenia. Kraków odrabiał cyganerię za cały wiek i za całą Polskę. 
[Cygan nieznany, str. 57-58]
Nie uznaję pijaństwa, ale z dwojga złego wolałabym, żeby wieczorem po "plantacjach" włóczyli się schlani artyści niż - jak obecnie - pijana smarkateria i brytyjska żulerka. No ale dość dygresji. Żeleński upstrzył relację o tamtych czasach anegdotami o ludziach, którzy współtworzyli krakowską bohemę. I wcale nie byli to sami artyści. Np. taki Zdzisław Gabryelski - "meloman, filozof i oryginał, zarazem właściciel największego w Krakowie składu fortepianów", ciekawie opisany w "Fortepianie Stacha".

Żeleński przytacza te wspomnienia nie tylko z sentymentu do lat młodości. Te felietony to, jak sądzę, kolejny element prowadzonej przez niego kampanii odbrązawiania pisarzy. Nie chciał, żeby i jego znajomi jawili się kolejnym pokoleniom zastygli w pomnikowych pozach.
Polska była podobno zawsze krajem „indywidualistów”, mamy też w każdym pokoleniu indywidualności ciekawych sporo i życie artystyczne dość bujne, ale ubożymy je nie umiejąc się z nim obchodzić. Z dwojga złego raczej „plotka” niż kanonizacja, raczej artysta w szlafroku niż w brązie na co dzień! Z pewnością szlafrok będzie bliższy prawdy od pomnika i lepiej pozwoli nam zrozumieć żywego człowieka. Historia bez anegdoty, to kuchnia bez soli. Nie umiemy żyć z literaturą po prostu, jak z przyjacielem, jak z kochanką; obcałowujemy ją po rękach jak matronę albo biskupa. Każde proste słowo, każdy żart brane są za złe i wykładane opacznie, jak gdyby uśmiech nie był bardzo naturalną formą obcowania duchów. [Cichy jubileusz, str. 51]
Najsłynniejsze były obrachunki Boya z Mickiewiczem i Fredrą. Poproszono go napisanie przedmowy do "Dzieł" Mickiewicza. I wtedy, i teraz wiadomo, że Mickiewicz wielkim poetą był, więc Żeleński zajął się tymi fragmentami jego życiorysu, które dotąd przeważnie skrzętnie pomijano, bo nie pasowały cokolwiek do wizerunku wieszcza.
Mickiewicz był to posąg z brązu w naszym narodowym kościele: czuwano pilnie, aby na tym posągu nie było rysy. [str. 463]
[...]
Życie ma swój patos i ma swój komizm, i dopiero te dwie rzeczy razem dają pełnię prawdy.
Tak, jednolitość posągu osiągnięto nieco sztucznie. Tymczasem wspaniały tragizm jego życia leży nie w jednolitości, ale w jego walkach i rozdarciach. Nie ma potrzeby go powiększać ani upiększać; jest dość wielki i piękny. Mickiewicz to nie posąg; to człowiek ze swymi wzlotami i upadkami, to wielki twórca, którego nieszczęścia ojczyzny wzbiły na najwyższy szczyt i złamały go na nim [str.466]
[Mickiewicz a my]
Nieco inaczej Boy postąpił z Fredrą - zajął się nie tyle jego życiorysem, ile raczej analizą  twórczości. Współcześni literaturoznawcy nie znajdą w niej pewnie niczego odkrywczego, ale mnie, amatorce, wydały się orzeźwiające.


Nie samą literaturą Tadeusz Żeleński żył. Choć my nazywamy czasy, w których trudnił się publicystyką, dwudziestoleciem międzywojennym, to dla Boya i jemu współczesnych był to okres powojenny, lata odbudowy i scalania niepodległego wreszcie państwa. Żeleński obserwował i z entuzjazmem opisywał gwałtowne przemiany obyczajowe, wierzył w jakiś ogólnonarodowy, zgodny, wspólny pęd ku lepszemu, ramię w ramię...
Takie rzeczy to nie u nas.

W granicach II Rzeczpospolitej znalazły się ziemie należące do niedawna do trzech zaborów, a więc podlegające trzem różnym systemom prawnym, mniej lub bardziej restrykcyjnym. Ich ujednolicaniem zajmowała się Komisja Kodyfikacyjna. Jej działalność, zwłaszcza w zakresie tworzenia przepisów dotyczących ślubów cywilnych, rozwodów, aborcji i kary śmierci, była szeroko komentowana, również przez Boya.

Uważał on, że prawo powinno nadążać za przemianami społecznymi i dopuszczać możliwość ślubów cywilnych, rozwodów i aborcji - również ze względów społecznych. Co więcej: państwo i prawo powinny być świeckie! Nawet dziś dla wielu osób, zwłaszcza duchownych, to wcale nie jest takie oczywiste, a co dopiero wtedy! Żeleński nie krył się ze swoim antyklerykalizmem.
Ewolucja, którą przechodzimy, zasługuje na to, aby ją śledzić z cała bacznością. O k u p a c j a  kraju, o której nieraz mówiłem, postępuje. Dzieje się to zwłaszcza dzięki osobliwej konfiguracji frontów politycznych. Jeżeli Sienkiewicz w Potopie porównał Rzeczpospolitą do postawu czerwonego sukna, które sobie wydzierają królewięta, to dziś można by powiedzieć, że wszystkie bez wyjątku partie wydzierają sobie czarną połę sutanny.
[Ku czemu Polska idzie..., str. 226] 
Czy to nam czegoś nie przypomina?
Jednym z najpospolitszych sposobów, używanym od niepamiętnych czasów, jest wmówienie w publiczność, że nie to jest niemoralne, co niemoralne stosunki stwarza, ale że niemoralny jest ten, który je ujawnia i wskazuje. A drugi sposób to utożsamienie sprawy księżej ze sprawą Boga, kleru z religią. Ale to zużyty sposób.
[Rozmyślania wielkopostne, str. 193] 
I tu się Boy mylił. Sposób ten nadal stosuje się, i to z powodzeniem.

Żeleńskiego oburzała buta, hipokryzja i pazerność duchowieństwa, które uzurpowało sobie prawo do wpływania na każdy niemal aspekt życia wiernych (i niewiernych). W cyklu felietonów pt. "Dziewice konsystorskie" piętnował obłudę i groteskę tzw. rozwodów kościelnych (właściwie: unieważnień małżeństwa), które ludzie zamożni mogli sobie po prostu kupić, choć rozwodom cywilnym kościół ostro się sprzeciwiał, w domyśle - bo łamały jego monopol na orzekanie o tym, co na ziemi jest nierozerwalne. Boy podpadł kościołowi również serią artykułów o aborcji, wydanych potem w zbiorze pt. "Piekło kobiet" (w poprzednim wpisie zamieściłam kilka cytatów). W dwóch tekstach ("Przedwiośnie" i "Literatura mniejszości seksualnych") wspomniał też o homoseksualizmie (choć tylko w męskim wydaniu), ale potraktował to zjawisko raczej jak ciekawostkę obyczajową.

Tadeusz Żeleński nie stronił również od mniej poważnych spraw. Pisał np. o karnawale "wczoraj i dziś", o zmianach w dziedzinie savoir-vivre'u, o ogłoszeniach drobnych, o zazdrości w małżeństwie, podrwiwał sobie z kodeksu honorowego Boziewicza, który regulował zasady pojedynkowania się (wznowiło go niedawno Wydawnictwo Bona, można go również przeczytać w PBI).

Zresztą, nawet jeśli kogoś nie interesują podejmowane przez Boya tematy, jeśli czasami irytuje go trochę nazbyt kokieteryjny styl czy pobrzmiewająca nieco fałszywie przesadna skromność, to i tak polecam mu lekturę tekstów Żeleńskiego - choćby dla przyjemności płynącej z obcowania z piękną polszczyzną. Zapewne to kwestia wprawy nabytej podczas tłumaczenia wybitnej literatury francuskiej, kwestia wyobraźni i słuchu; takie zwroty nie biorą się znikąd:

nieustanny głód podrażnień (str. 64)
ciekawy przykład "mimetyzmu" (czy jak się to nazywa), zawsze reprodukował czyjąś indywidualność, zwykle nie na jego miarę (str. 87)
tajemnicza czepność słów drastycznych (624)

 Itd. Pozazdrościć.

Pierwszy tekst w zbiorze to wygłoszony przez Tadeusza Żeleńskiego w wielu polskich miastach odczyt pt. "Jak zostałem literatem". Był kimś znacznie więcej - jedną z najwybitniejszych osobistości polskiej kultury.
Od początku roku jego twórczość należy do tzw. domeny publicznej. "Reflektorem w mrok" można sobie przeczytać w CBI lub kupić na allegro za parę złotych. Mam nadzieję, że wkrótce wszystkie teksty Boya będą równie łatwo dostępne.

***

Raz po raz w trakcie lektury trafiałam na uroczo staroświeckie nieznane słówko: eskamotować (zręcznie coś ukryć lub skraść), pazdur (1. pazur, 2. w budownictwie ludowym ozdoba z drewna umieszczana na szczycie dachu), sztrozak (?), rzadzizna (1. pot. o czymś bardzo rzadkim, 2. wada wewnętrzna odlewu w postaci drobnych pustek), butada (ekstrawagancki żart lub pomysł), fakunda (gadatliwość), fatydyczny (proroczy), preferans (rodzaj gry w karty), kraszuarka (spluwaczka), ażiotaż (spekulacja), prostracja (1. skrajne wyczerpanie nerwowo-psychiczne, 2. leżenie na brzuchu z rozłożonymi rękami, będące w chrześcijaństwie wyrazem pokory wobec Boga i głębokiej modlitwy), zaakaparować (przeciągnąć na swoją stronę), zaszłapane (?) itd. A wiecie, że w dwudziestoleciu międzywojennym garsonka była "popularnym określeniem dziewczyny wyemancypowanej i nowoczesnej (od tytułu powieści V. Margueritte'a La Garçonne, Chłopczyca, 1924)"?

środa, 16 listopada 2011

AUTOBIOGRAFIE

Tytuł: Autobiografie (Autobiographische Schriften)
Pierwsze wydanie: informacja w tekście
Autor: Thomas Bernhard
Tłumaczenie: Sława Lisiecka

Wydawnictwo: Czarne
ISBN: 978-83-7536-239-8
Stron: 445

Ocena: 5/5

Prawdę, myślę, zna tylko ten, kogo ona dotyczy, a gdy pragnie się nią podzielić, automatycznie staje się kłamcą. Wszystko, co komunikujemy, może być tylko fałszem i zafałszowaniem, tak więc zawsze komunikowano tylko fałsz i zafałszowania. Wola prawdy to, jak każda inna wola, najszybsza droga do fałszu i zafałszowania danego stanu rzeczy. A próba zapisania czasu, okresu życia, istnienia, bez względu na to, jak bardzo jest odległy, i bez względu na to, czy był krótki, czy długi, jest gromadzeniem setek, tysięcy i milionów fałszów i zafałszowań, które opisującemu i piszącemu znane są wszystkie jako prawdy i tylko jako prawdy. Pamięć dokładnie trzyma się zdarzeń, trzyma się dokładnej chronologii, ale to, co z tego wychodzi, jest czymś innym, niż było w rzeczywistości. [str. 120]
Owszem, opis nigdy nie odzwierciedli w pełni złożoności istnienia osoby, przedmiotu czy wydarzenia, którego dotyczy, ale słowa "kłamca" i "zafałszowanie" wydają mi się tutaj nie na miejscu - oba oznaczają działanie świadome i celowe, podczas gdy komunikujemy się tak, a nie inaczej, bo lepiej - na tym etapie ewolucji - się po prostu nie da. Zastanawiam się, co właściwie Bernhard chciał przez to powiedzieć: czy to tylko jeden z wielu momentów, w których popada w skrajności i przerysowuje (czego nie mam mu za złe, ja to robię permanentnie), czy może stworzył sobie w ten sposób swego rodzaju alibi, na wypadek gdyby ktoś przedstawił inną wersję przytaczanych w "Autobiografiach" wydarzeń.

Książka składa się z kilku części, które pierwotnie były publikowane osobno:
Przyczyna. Przypomnienie (1975)
Suterena. Wyzwolenie (1976)
Oddech. Decyzja (1978)
Chłód. Izolacja (1981)
Dziecko (1982).

Thomas Bernhard (1931-1989) opowiedział w nich o swojej wczesnej młodości i o dzieciństwie, właśnie w tej kolejności. Opisał opresyjną, tłamszącą atmosferę Salzburga; terror psychiczny i fizyczny w kierowanym najpierw przez oficera SA, a potem przez księdza internacie; system oświaty, który zamiast uczyć, ogłupia; praktykę w sklepie znajdującym się w najgorszej dzielnicy miasta; pobyty w szpitalach i sanatoriach, niekompetencję lekarzy i ich pogardę wobec pacjentów; wreszcie - swoje skomplikowane relacje rodzinne. Wiele miejsca poświęcił dziadkowi, który miał na wnuka ogromny wpływ, od którego Thomas Bernhard przejął wiele poglądów i postaw. Przede wszystkim nonkonformizm i przekonanie, że zdecydowanie wyrasta ponad przeciętność.

To właśnie dziadek zadecydował, że chłopiec zamieszka w nazistowskim internacie i będzie uczęszczał do nazistowskiej (innych zapewne wtedy nie było) szkoły w Salzburgu. Z miastem tym Thomas Bernard czuł się potem przez całe życie związany - z powodu traumy, nie miłości.
Salzburg stanowi perfidną fasadę, na której świat nieustannie odmalowuje swoje zakłamanie i za którą wszystko, co jest twórcze (lub każdy, kto jest twórczy), musi zmarnieć, sczeznąć i obumrzeć. Moje rodzinne miasto to w rzeczywistości śmiertelna choroba, wrodzona i wszczepiona jego mieszkańcom, jeśli więc nie odejdą w decydującym momencie, to wprost lub nie wprost, wcześniej czy później będą musieli we wszystkich tych odrażających warunkach albo popełnić nagle samobójstwo, albo też, wprost lub nie wprost, nędznie i powoli zmarnieć w tej w gruncie rzeczy na wskroś wrogiej człowiekowi architektoniczno-arcybiskupio-tępo-narodowo-socjalistyczno-katolickiej ziemi. [str. 10]
(...) to miasto jest miastem przez wieki nikczemnie batożonym przez katolicyzm, a przez dziesiątki lat brutalnie gwałconym przez narodowy socjalizm, co ma swoje konsekwencje. Młody, wrośnięty w nie i rozwijający się w nim człowiek wyrasta w swoim życiu nieomal w stu procentach na katolika albo narodowego socjalistę, toteż mając w tym mieście do czynienia z ludźmi, zawsze mamy do czynienia wyłącznie z (stuprocentowymi) katolikami albo z (stuprocentowymi) narodowymi socjalistami, nienależąca do nich mniejszość jest śmieszna. Zatem duch tego miasta to przez cały rok katolicko-narodowosocjalistyczna bezduszność, a wszystko inne jest kłamstwem. [str. 69]
Bernhard właściwie, na pewnym poziomie, zrównuje katolicyzm z nazizmem, oba nazywa "złośliwą chorobą". Przekonał się na własnej skórze, że metody wychowawcze oficera SA i prefekta katolickiego internatu były w gruncie rzeczy identyczne, zmieniły się jedynie dekoracje.
Pochłaniane teraz i połykane każdego dnia, a więc w przybliżeniu około trzystu razy w roku, ciało Chrystusa przypominało jota w jotę codzienne tak zwane oddawanie hołdu Adolfowi Hitlerowi, w każdym razie, pomijając fakt, że chodzi tu o dwie zupełnie różne wielkości, miałem wrażenie, że ceremonia ta ma ten sam cel i skutek. A podejrzenie, że teraz w obcowaniu z Jezusem Chrystusem chodzi o to samo, o co jeszcze rok czy pół roku temu chodziło z Adolfem Hitlerem, niebawem się potwierdziło. Jeśli przyjrzeć się pieśniom i śpiewom chóralnym, jakie musieliśmy wykonywać w internacie zarówno w czasach nazistowskich, jak i po czasach nazistowskich w celu wielbienia i czczenia tak zwanej niepospolitej osobowości, wszystko jedno jakiej, musimy powiedzieć, że są to ciągle te same teksty do ciągle tej samej muzyki, a w sumie wszystkie pieśni i śpiewy chóralne świadczą wyłącznie o głupocie, podłości i braku charakteru tych, którzy śpiewają te pieśni i chorały z takimi tekstami, jedynie głupota nakazuje je śpiewać, a głupota jest wszechogarniająca i powszechna na całym świecie. Przestępstwa wychowawcze zaś, które wszędzie na całym świecie popełnia się w zakładach wychowawczych na podopiecznych, są zawsze popełniane w imię jakiejś niepospolitej osobowości, bez względu na to, czy ta osobowość nazywa się Hitler czy Jezus i tak dalej. [str. 67-68]
Głupota jest powszechna, bo społeczeństwa i rządy na przestrzeni wieków wypracowały sprawny system ogłupiania ludzi, unicestwiania indywidualizmu jednostek.
Nie ma w ogóle rodziców, istnieją tylko przestępcy płodzący nowych ludzi, którzy z całą swoją głupotą  i tępotą występują przeciw tym nowym spłodzonym przez siebie ludziom, a w owym przestępczym działaniu wspierają ich rządy, niezainteresowane człowiekiem oświeconym, czyli naprawdę dotrzymującym kroku swojej epoce, ponieważ naturalnie jest to sprzeczne z ich celami, toteż miliony i miliardy półgłówków raz po raz, prawdopodobnie jeszcze przez dziesiątki, a może i setki lat, będą produkowały kolejne miliony i miliardy półgłówków. Rodziciele albo ich zastępcy w ciągu trzech pierwszych lat życia nowego człowieka robią z niego to, czym będzie musiał być przez całe swoje życie i czego nie zdoła  nijak zmienić: nieszczęśliwą naturę, czyli totalnie nieszczęśliwego człowieka (...) [str. 56-57]
Autor pisze, że potrzebował trzydziestu lat, żeby otrząsnąć się ze skutków popełnionej również na nim zbrodni wychowania, tak zwanego wychowania, ale swoje "Autobiografie" doprowadza tylko do 1951 roku, więc nie śledzimy całego tego procesu. Rozpoczął się on chyba w momencie, kiedy piętnastoletni Thomas zatrzymał się w drodze do znienawidzonego gimnazjum, zawrócił i udał się do urzędu pracy, gdzie wystarał się o praktykę w sklepie w najgorszej z dzielnic Salzburga. Chciał pójść w przeciwnym kierunku, a chyba żadne miejsce nie mogło być bardziej odległe od dotychczasowej ścieżki prowadzącej na artystyczne wyżyny niż osiedle Scherzhauserfeld.
Mieszkać w osiedlu Scherzhauserfeld znaczyło mieszkać w centrum brudnej plamy i plamy na honorze, tutaj, według opinii całego miasta, żyli trędowaci, a mówić o osiedlu Scherzhauserfeld nie znaczyło nic innego, jak mówić o przestępcach, a ściślej o kryminalistach i pijakach, w gruncie rzeczy zaś o upijających się kryminalistach. Całe miasto omijało Scherzhauserfeld z daleka, pochodzić z Scherzhauserfeld i czegoś pragnąć, oznaczało wyrok śmierci. Określane gettem przestępców Scherzhauserfeld ciągle było osiedlem, z którego do reszty miasta mógł się przedostać jedynie występek, a jeśli ktoś przybywał z osiedla Scherzhauserfeld, znaczyło to tylko, że do miasta przybywa przestępca. [str. 116]
Bernhard skupia się na swoich wewnętrznych ewolucjach i przemyśleniach, ale, co oczywiste, były one ściśle powiązane z okolicznościami zewnętrznymi. Dziadek wpoił mu zainteresowanie filozofią, jednak wnuk nie zawsze chodził z głową w chmurach, był bystrym obserwatorem otoczenia, co znalazło odzwierciedlenie w "Autobiografiach". Bardzo mi się podobały naturalistyczne relacje z pobytu Bernharda w szpitalach i w sanatoriach (chorował na gruźlicę), np. ten:
Mijając mnie, ludzie ci, niewątpliwie ostatecznie wypchnięci poza nawias społeczeństwa, odkręcali z obrzydzeniem, żałośnie i jakby urażeni w swojej świętej dumie, brązowe butelki do odpluwania i odpluwali do nich, z perfidną podniosłością wydobywali tu wszędzie, bezwstydnie i z sobie tylko właściwą wyrafinowaną sztuką, plwocinę z nadżartych płuc i odpluwali ją do butelek. Korytarze wypełniał ten uroczysty pochód wielu tuzinów zżartych płuc i człapanie filcowych pantofli po linoleum nasączonym karbolem. Odbywała się tu procesja, która kończyła się w leżalni, w tak uroczystym nastroju, z jakim spotykałem się dotąd tylko na katolickich pogrzebach, każdy uczestnik tej procesji niósł przed sobą własną monstrancję: brązową butelkę do odpluwania. Kiedy ostatni wchodził na werandę i układał się tam w jednym z długiego szeregu zardzewiałych okratowanych łóżek, kiedy wszystkie te ciała, od dawna już zeszpecone przez chorobę, o długich nosach, o długich rękach i krzywych nogach, o dusząco zgniłym zapachu, zawinęły się w wytarte, wyszarzałe, stęchłe, w ogóle nie dające ciepła pledy, które ja mogłem nazwać jedynie derkami, zapadała cisza. (...) Wszyscy pacjenci nieustannie produkowali plwocinę, większość z nich w dużych ilościach, wielu miało ze sobą nie tylko jedną, ale kilka butelek, jak gdyby nie istniało dla nich pilniejsze zadanie  nad produkowanie plwociny, jak gdyby zagrzewali się wzajemnie do coraz większej produkcji plwociny, współzawodnictwo odbywało się tu codziennie, a zwycięstwo odnosił ten, kto był najbardziej skoncentrowany i odpluł najwięcej do butelki. [str. 272-273]
Liczba cytatów, które tu zamieszczam, świadczy o tym, że spodobał mi się styl autora. Początkowo irytowały mnie częste powtórzenia, te wszystkie uściślenia - "czyli", "tak zwany" itd., nieco emfatyczna kursywa. Nieznośna pewność siebie, pewność swoich przekonań, opinii i sądów, zwłaszcza że poglądy na wiele spraw miał, łagodnie mówiąc, radykalne. A jednak w trakcie lektury zaczęłam coraz lepiej rozumieć, dlaczego Thomas Bernhard stał się właśnie takim, a nie innym człowiekiem, po przeczytaniu ostatniej części pt. "Dziecko" poczułam do niego nawet coś w rodzaju sympatii pomieszanej ze współczuciem.

"Autobiografie" to interesująca opowieść o trudnym dzieciństwie, trudnej młodości i trudnych czasach. Nie jest to lektura z gatunku lekkich, łatwych i przyjemnych, może z wyjątkiem przyjemności płynącej z czytania bardzo dobrze napisanej książki. To moje pierwsze spotkanie z Bernhardem, ale z pewnością nie ostatnie. O wielu sprawach myślimy podobnie, no ale ja nie mam tak nieprawdopodobnie wysokiej samooceny:).

Ludzie, którzy wiedzą, że umierają, niczego drugiemu bardziej nie zazdroszczą niż takiej szczęśliwej śmierci bez umierania. Pomyślałem sobie, kiedy wynosili przekupnia z Mattighofen, że śmierć taka leżała w jego naturze, Ten człowiek nie mógł umrzeć inaczej. Złapałem się na tym, że zazdroszczę przekupniowi jego śmierci, sam bowiem nie mogłem mieć pewności, że kiedyś odejdę w przeszłość, przeminę tak nagle, w jednej chwili, tak zupełnie bezboleśnie. W końcu śmierć bez umierania przypada w udziale jedynie nielicznym. Umieramy od momentu narodzin, ale o umieraniu mówimy dopiero pod koniec tego procesu, chociaż czasem koniec ten ciągnie się jeszcze koszmarnie długo. Umieraniem nazywamy ostatnią fazę naszego procesu umierania, trwającego całe życie. A kiedy chcemy się od umierania wykręcić, wzbraniamy się przed zapłaceniem rachunku. Myślimy o samobójstwie, trzymając przed oczami ów rachunek przedstawiony nam pewnego dnia, i szukamy wówczas schronienia w całkiem niskich i płaskich myślach. Zapominamy, że wszystko, co nas dotyczy, jest hazardem, i wskutek tego dokonujemy naszych dni w rozgoryczeniu. U kresu życia  tylko beznadziejność stoi dla nas otworem. Rezultatem jest pokój śmierci, w którym się umiera, raz na zawsze. Wszystko to zwykłe oszustwo. Całe nasze życie, jeśli przyjrzeć mu się dokładnie, jest tylko marnym kalendarzem zdarzeń, z którego została wreszcie zerwana ostatnia kartka. [str. 228-229]

"Ale najpierw żyjemy". (To akurat nie jest cytat z Bernharda).


sobota, 7 maja 2011

NA PLEBANII W HAWORTH

Tytuł: Na plebanii w Haworth. Dzieje rodziny Brontë
Autorka: Anna Przedpełska-Trzeciakowska
Pierwsze wydanie: 1990

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
ISBN: 83-7180-233-1
Stron: 512

Ocena: 5-/5



Sobotni poranek 8 lipca 1848 roku George Smith spędzał, jak zwykle, w pracy. Stosunkowo niedawno odziedziczył po ojcu wydawnictwo, którego siedziba mieściła się w Londynie i którego sytuacja finansowa nie była najlepsza, musiał więc poświęcić mnóstwo czasu i energii, by ten stan zmienić. Dopingował go zapewne fakt, że był jedynym żywicielem rodziny - na utrzymaniu miał matkę, trzy siostry i młodszego brata, który jeszcze się uczył. Firma Smith i Elder złapała wiatr w żagle dzięki wydaniu w październiku 1847 roku powieści "Jane Eyre". 

Jej autor, Currer Bell, miał jeszcze dwóch kuzynów parających się piórem: Ellisa i Actona. Ta trójka w maju 1846 roku wydała własnym sumptem tomik poezji, który okazał się artystyczną i finansową porażką. Lepiej powiodło im się z prozą - w lipcu 1847 roku Tomasz Cautley Newby, właściciel niewielkiej firmy wydawniczej w Londynie, postanowił opublikować powieść "Agnes Grey" Actona Bella i "Wichrowe wzgórza" Ellisa Bella. Zrobił to jednak dopiero w grudniu, gdy "Jane Eyre" odniosła sukces, a na nazwisku Bell można było zarobić. 
Umowa między panami Bell i panem Newby była tak skonstruowana, że autorzy ponosili całe ryzyko, a do wydawcy trafiał praktycznie cały zysk. "Agnes Grey" i "Wichrowe wzgórza" sprzedawały się dobrze, ale Acton i Ellis nie zarobili nawet pensa. Mimo to ten pierwszy zdecydował się wydać u Newby'ego kolejną powieść pt. "Dzierżawca dworu Wildfell". Również ta książka spotkała się z uznaniem czytelników. 

Trzeba przyznać, że pan Newby robił wszystko, aby sprzedaż książek obu panów Bellów była jak najlepsza - posuwał się nawet do sugerowania, że "Agnes Grey", "Wichrowe wzgórza" oraz "Dzierżawca dworu Wildfell" wyszły spod jednego pióra - pióra autora "Jane Eyre", a nawet więcej - że to on, pan Newby, tego autora reprezentuje. Taką właśnie informację przekazał przedstawicielom amerykańskiego wydawnictwa Harper Brothers, z którymi negocjował wydanie w Stanach Zjednoczonych "Dzierżawcy".
Sęk w tym, że jednocześnie George Smith przedstawiał się Amerykanom jako reprezentant autora "Jane Eyre", ci poprosili go zatem o wyjaśnienia. 
George Smith zaczynał podejrzewać, że wszystkie książki napisała jedna osoba, która część swej twórczości powierzyła jemu, a część innemu wydawcy, każdego z nich zapewniając o wyłączności. Nigdy nie spotkał się osobiście z Curerrem Bellem, bo wszystkie sprawy związane z publikacją "Jane Eyre" załatwiali korespondencyjnie.
Kupiecka renoma George'a Smitha była zagrożona, napisał więc do Currera Bella list, w którym prosił o dostarczenie dowodu, który potwierdziłby nieprawdziwość informacji podanych przez Newby'ego.

Kilka dni później, właśnie w ów sobotni poranek, wszystko się wyjaśniło. George Smith mozolił się właśnie w swoim kantorze, kiedy kancelista powiadomił go, że jakieś dwie damy pragną z nim pomówić w prywatnej sprawie. Po latach tak opisał to spotkanie:

Od lewej: Anna, Emilia,
Branwell (zamazany), Charlotta Brontë
Autor: Branwell Brontë


"Do kantoru weszły dwie osobliwie odziane drobne damy, blade i niespokojne; jedna podeszła bliżej i wręczyła mi list adresowany moim własnym pismem do pana Currera Bella. Zauważyłem, że list był otwarty, więc spytałem dość ostro: <<Skąd to pani wzięła?>> <<Z poczty - odpowiedziała - to list adresowany do mnie. Przyjechałyśmy tu obie, aby pan mógł się przekonać na własne oczy, że jest nas co najmniej dwie>>. A więc stał przede mną Currer Bell we własnej osobie. Nie muszę mówić, że ogarnęła mnie natychmiast gwałtowna ciekawość i podniecenie. Poprosiłem panie do siebie i przedstawiłem im pana Williamsa, po czym zacząłem robić projekty, jak by tu najdogodniej podjąć naszych gości". [str. 331-332]

Wprawdzie George Smith podejrzewał - jak sam twierdził - od początku, że "Jane Eyre" napisała kobieta, ale chyba się nie spodziewał, że okaże się ona ubogą, nieładną, niemodnie ubraną i zupełnie pozbawioną uroku 32-letnią starą panną, córką pastora z Haworth - niewielkiej miejscowości gdzieś w barbarzyńskim Yorkshire. A jednak.
Charlotta Brontë przybyła do Londynu, by bronić swego dobrego imienia. Towarzyszyła jej Anna Brontë alias Acton Bell, natomiast Emilia Brontë alias Ellis Bell została w domu. Charlotta i Anna odwiedziły również pana Newby'ego, ale nie zachował się żaden opis tej wizyty.

Z czasem George Smith lepiej poznał Charlottę, ale jego pierwsze spotkanie z Anną było zarazem ostatnim, a Emilii nie widział nigdy.

***

Nie mogłam sobie odmówić przyjemności przytoczenia tej anegdoty oraz całego jej kontekstu; teraz przejdę do omówienia książki Anny Przedpełskiej-Trzeciakowskiej. Muszę przyznać, że czytałam ją z ogromnym i stale rosnącym zainteresowaniem, bo o rodzinie Brontë nie wiedziałam dotąd prawie nic.

Autorka przybliża jej dzieje, skupiając się przede wszystkim na losach Charlotty, Branwella, Emilii i Anny. Opisuje ich dzieciństwo, młodość oraz - w mniejszym stopniu - twórczość, podkreśla te wydarzenia z ich krótkiego życia, które mogły stać się genezą poszczególnych utworów czy scen.
Najwięcej miejsca poświęca Charlotcie, zapewne dlatego, że to ona żyła najdłużej, ona zawarła najwięcej znajomości i ona prowadziła najobfitszą korespondencję, która stała się potem podstawowym materiałem źródłowym dla biografów.

Szczególnie zaskoczyły mnie informacje o dzieciństwie rodzeństwa Brontë, zwłaszcza opisy ich zabaw i rozrywek. Cała czwórka czytywała gazety, interesowała się polityką, poza tym - latami snuła i zapisywała historie o wymyślonych przez siebie krainach, zamieszkiwanych przez przedziwnych bohaterów, a wydarzenia w nich się rozgrywające traktowała z taką samą powagą jak te, które miały miejsce w prawdziwym życiu. Co jak co, ale wyobraźnię miały te dzieciaki niepospolitą.

Anna Przedpełska-Trzeciakowska przedstawia czytelnikom również kontekst wydarzeń: sytuację i stosunki panujące wówczas na angielskiej prowincji, podziały wewnątrz kościoła anglikańskiego, przemiany gospodarcze.

Wszystko to autorka czyni w wybornym stylu, znanym choćby z przekładów powieści Jane Austen. Często cytuje listy czy wspomnienia rodziny Brontë i osób z nią związanych, przytacza również recenzje powieści Charlotty, Anny i Emilii, a na końcu książki znajdziemy spis wybranych pozycji bibliograficznych. Anna Przedpełska-Trzeciakowska korzystała m.in. z materiałów zgromadzonych w Muzeum Rodziny Brontë w Haworth, spacerowała po tamtejszych wrzosowiskach, a zdjęcia ze swojej wyprawy zamieściła - jak wynika z informacji wewnątrz książki - w swoim dziele, ktoś jednak ograbił mój biblioteczny egzemplarz ze wszystkich fotografii; w takich chwilach google i internet bardzo  się przydają.

Podsumowując: "Na plebanii w Haworth" polecam wszystkim, a zwłaszcza miłośnikom twórczości sióstr Brontë. Warto, by sięgnęli po tę książkę również wydawcy i redaktorzy - można się z niej dowiedzieć, jak wygląda wzorowa współpraca między wydawnictwem i autorem. Pozycja ta pocieszy niewątpliwie debiutantów, których pierwsza powieść spotkała się z miażdżącą krytyką - "Wichrowe wzgórza" Emily Brontë doceniono dopiero po latach. Hmm... właściwie to jej przypadek chyba jednak nie doda im otuchy...

***

Pozwolę sobie przytoczyć jeszcze jedno wydarzenie, które postronnemu obserwatorowi może się wydać zabawne, ale Charlotcie Brontë i Williamowi Thackerayowi nie było wtedy do śmiechu.
Pan William Smith Williams, lektor i recenzent wydawnictwa Smith i Elder, który pierwszy dostrzegł talent Charlotty, wysłał kilka egzemplarzy pierwszego wydania "Jane Eyre" do kilku wybitnych pisarzy i krytyków. Jednym z nich był Thackeray. Powieść Currera Bella (wszystko to wydarzyło się jeszcze przed autodemaskacją Charlotty) bardzo mu się spodobała, o czym poinformował wydawnictwo w liście. Pan Williams przesłał go do Haworth. Pochwały Thackeraya ogromnie pochlebiały Charlotcie, bo uważała go za najwybitniejszego z ówczesnych angielskich pisarzy. Postanowiła mu się odwdzięczyć dołączając do drugiego wydania "Jane Eyre" następującą dedykację:
Wielmożnemu panu W.M. Thackerayowi książkę tę z szacunkiem dedykuje - autor.
Nieoczekiwanie to niewinne zdanie wywołało w odległym Londynie wielki skandal. Pogrzebana na prowincji Charlotta nie mogła wiedzieć tego, co było doskonale znane towarzystwu ze stolicy. Okazało się, że Thackeray, podobnie jak bohater "Jane Eyre" - pan Rochester, miał chorą psychicznie żonę. Jej leczenie nie przyniosło rezultatów, zamieszkała zatem na prowincji, pod opieką pielęgniarki.
W wytwornym, a zapewne i w mniej wytwornym towarzystwie londyńskim rozeszła się plotka, że autorką "Jane Eyre" jest była guwernantka córek Thackeraya, którą wziął za model swojej Becky Sharp w "Targowisku próżności", a z którą łączył go romantyczny związek. Po zerwaniu tego związku nieszczęsna guwernantka, wiedziona czy to miłością, czy chęcią zemsty, napisała "Jane Eyre", a Thackeray przedstawiony został jako Rochester. [str. 321]
Oczywiście nie było w tym słowa prawdy, ale plotki mają długi żywot i cała ta historia latami wlokła się za Thackerayem.

poniedziałek, 28 lutego 2011

MÓWI SIĘ

Tytuł: Mówi się. Porady językowe profesora Bralczyka
Autor: Jerzy Bralczyk
Wybór, adaptacja i redakcja: Irena Sroczyńska-Niwicz
Pierwsze wydanie: 2001

Wydawnictwo: PWN
ISBN: 83-01-13543-3
Stron: 233

Ocena: 5/5

O tym, dlaczego od czasu do czasu sięgam po poradniki językowe, pisałam już dwa miesiące temu we wpisie dotyczącym książki profesora Jana Miodka, nie będę się więc powtarzać. Trzy osoby skomentowały tamten wpis i wszystkie rekomendowały mi zapoznanie się z poglądami profesora Jerzego Bralczyka. Nie omieszkałam tego zrobić i od tamtej pory subskrybuję filmiki publikowane na jego blogu, a ostatnio wypożyczyłam sobie poręczną, żółciutką książeczkę, która powstała na podstawie programu "Mówi się..." emitowanego przez Telewizję "Polonia" w latach 1996-2000. Nie oglądałam, ale audycja ta polegała, zdaje się, na tym, że profesor Bralczyk odpowiadał na pytania zadawane przez telewidzów. I taką też formę ma ta książka: pytania i zwięzłe odpowiedzi. Niektóre zagadnienia poruszane były również przez profesora Miodka, ale dobrze było sobie to i owo przypomnieć:).

Wybrałam kilka porad, które chciałam sobie szczególnie utrwalić, może komuś też się przydadzą.

Nadużywanie słowa osobiście (np. ja osobiście uważam, że...)
Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy: mówię tak, choć wiem, że nie powinnam. Pocieszam się jednak, że profesor Bralczyk również przyznaje się tu do nadużywania tego zwrotu i obiecuje poprawę;). Osobiście stosujemy tylko wtedy, gdy chcemy podkreślić, że robimy coś osobiście, bez pośredników. 

Podejrzewać
Znów biję się w piersi. Profesor Bralczyk pisze, że kiedy coś "podejrzewamy", to sugerujemy jednocześnie, że to coś nam się nie podoba. Zaleca zastąpić ten czasownik innymi: "myślę", "sądzę", "wydaje mi się".

Dokąd i gdzie
Profesor Bralczyk i jedna z telewidzek (podobno nie ma takiego słowa, ale co tam) ubolewają, że coraz rzadziej używamy słowa dokąd i zastępujemy je słowem gdzie.
Dokąd stosowano w pytaniach o kierunek, cel poruszania się, np. Dokąd idziesz...? jedziesz...? zdążasz...? Gdzie używane było w sytuacjach, w których nie występował ruch, np.  Gdzie jest...? stoi...? zatrzymał się...? Postaram się o tym pamiętać.

Unikatowy i unikalny
Jeśli chcemy powiedzieć, że coś jest oryginalne, rzadko spotykane, wyjątkowe itd., lepiej użyć przymiotnika unikatowy. Oba określenia są uznawane za poprawne, ale końcówka -alny w słownie unikalny może sugerować, że chodzi nam o coś, czego można uniknąć (bo np. osiągalny oznacza coś, co można osiągnąć).

Pasjonat
Właściwie wiem, że pasja może oznaczać również silny gniew, jednak jakoś nie przychodziło mi do głowy, że pasjonat to nie tylko miłośnik czegoś, ale i człowiek gwałtowny, łatwo wybuchający gniewem. Okazuje się, że to drugie znaczenie było pierwotne, a hobbystę nazywamy pasjonatem dopiero od niedawna i jeszcze nie wszystkie wydawnictwa poprawnościowe takie zastosowanie tego słowa zaakceptowały.

sobota, 5 lutego 2011

JĄDRO CIEMNOŚCI

Tytuł: Jądro ciemności (Heart of Darkness)
Autor: Joseph Conrad
Tłumaczenie: Aniela Zagórska
Pierwsze wydanie: 1899

Wydawnictwo Literackie
ISBN: 83-08-02597-8
Stron: 135

Ocena: 5/5

To pierwsza lektura w ramach Klubu czytelniczego (od 25 lutego rozmawiamy o "Malowanym ptaku" Kosińskiego), pisałam już sporo o tym utworze na blogu Anny, ale chcę jeszcze i tu o "Jądrze ciemności" wspomnieć, żeby pod koniec roku mi się statystyki zgadzały;).

Miałam na to opowiadanie ochotę już od jakiegoś czasu, choć obawiałam się trochę, że okaże się strasznym nudziarstwem. Kilkanaście lat temu siostra narzekała na przerabianego w szkole "Lorda Jima" i zraziła mnie do twórczości Conrada. Może rzeczywiście w wieku nastu lat trudno docenić jego pisarstwo?

W "Jądrze ciemności" najbardziej podobały mi się: nastrój, relacja między Marlowem i Kurtzem, symboliczność i niejednoznaczność. 

Marlow snuje opowieść o swojej podróży w głąb Afryki, którą odbył jako kapitan rzecznego parowca należącego do firmy handlującą kością słoniową. Wspomnieniami dzieli się z kilkoma przyjaciółmi (?), z którymi wyruszy następnego dnia na jakąś morską wyprawę niewielkim jachtem. Na jego pokładzie czekają na odpływ gdzieś w pobliżu ujścia Tamizy. Za nimi - Londyn, przed nimi - "przestwór oceanu". Po pogodnym dniu zaszło słońce, wokół ścieliła się mgła, zapalono światła na brzegach i na mijających ich statkach. 
Opowieść o afrykańskich tropikach, dzikiej, obezwładniającej dżungli i umierających z wycieńczenia tubylcach musiała się w tych okolicznościach wydać towarzyszom Marlowa nieco egzotyczna. Marlow przypomniał im, że przed wiekami stara, dobrze znana Tamiza musiała się wydawać Rzymianom równie tajemnicza i niepokojąca jak współczesnym Europejczykom rzeka Kongo.

Natomiast Kurtz uchodziłby za osobę niezwykłą w każdych realiach i w każdej epoce. Na blogu Anny napisałam:
"Kurtz był postacią bardzo charyzmatyczną, wszechstronnie uzdolnioną, wywierał na ludziach silne wrażenie nawet na odległość i nawet po śmierci. Do Afryki wybrał się przede wszystkim dla pieniędzy, ale pojechał tam przepełniony szczytnymi ideałami, które zamierzał wcielić w życie.
Marlow uważał, że tylko idea i prawdziwa, “altruistyczna wiara w tę ideę” może odkupić zło wyrządzone przez kolonializm. Sądzę, że zaaplikował sobie taki pogląd, żeby jakoś znosić, jakoś sobie wytłumaczyć codzienność wypełnioną widokiem bezsensownej śmierci, brutalnej przemocy, niekończących się absurdów. Marlow nie mógł się doczekać spotkania z Kurtzem, bo spodziewał się, że na zarządzanej przez niego stacji będzie wreszcie inaczej, będzie normalnie. Nie było, było gorzej niż gdzie indziej.
A jednak nawet po latach uważał go za człowieka wybitnego, choć z obłąkaną duszą. Ostatnie słowa Kurtza zinterpretował w sposób dla umierającego najpochlebniejszy, najlitościwszy, choć było tyle innych możliwości".
Oczywiście możliwe jest, że ja niewłaściwie zinterpretowałam interpretację Marlowa:).

Mnie się ta wyprawa wydała podróżą w głąb ludzkiej natury. Autochtoni przypominali Marlowowi prehistorycznych przodków współczesnych białych ludzi. Gardził ich prymitywizmem. Pociągały go ich rytuały. Czy jednak kolonizatorzy okazali się bardziej cywilizowani? No właśnie że nie. Wieki postępu we wszystkich dziedzinach nauki i kultury nie zdołały przezwyciężyć "dzikiej" natury człowieka. Używanie strzelb i karabinów jest przecież tak samo okrutne jak wypuszczanie z gąszczów zatrutych strzał. Chyba to właśnie przestraszyło Marlowa (a wcześniej może też Kurtza): zło czające się gdzieś w nim samym, ciemność skupiona w zakamarku jego serca.


Poznałam "Jądro ciemności" w tłumaczeniu Anieli Zagórskiej, spokrewnionej z Conradem. Podobało mi się, choć czytałam, że zawiera "nalot młodopolski". Zamierzam jednak sięgnąć  kiedyś w przyszłości po inne przekłady, ciekawa jestem zwłaszcza nowego tłumaczenia Jędrzeja Polaka.


Zacytowałabym tu najchętniej z jedną czwartą utworu, ale ograniczę się z konieczności do jednego zdania:
Żyjemy tak, jak śnimy - samotni... [str. 48]

sobota, 1 stycznia 2011

JAKA JESTEŚ, POLSZCZYZNO?

Tytuł: Jaka jesteś, polszczyzno?
Autor: Jan Miodek
Pierwsze wydanie: 1996

Wydawnictwo Uniwersytetu Wrocławskiego
ISBN: 83-229-2007-5
Stron: 195

Ocena: 5/5

Przeważnie unikam wszelkich patriotycznych uniesień, zwłaszcza celebrowania rocznic związanych z bitwami i wojnami, jest jednak jeden element naszej kultury i historii, z którego jestem dumna: język polski. Nie twierdzę oczywiście, że nasza mowa jest w najmniejszym choćby stopniu lepsza niż jakakolwiek inna; cenię ją przede wszystkim za elastyczność oraz skomplikowane reguły ortografii i interpunkcji;). Nie oznacza to, że zasady te pilnie studiuję, ani że sama nie popełniam błędów - po prostu lubię od czasu do czasu zajrzeć do jakiejś książki popularnonaukowej traktującej o języku polskim.

Większość obywateli nie podziela jednak moich zainteresowań, toteż świetny program "Ojczyzna polszczyzna" profesora Jana Miodka zniknął z ramówki TVP. W końcu "Jaka to melodia" czy "Barwy szczęścia" lepiej realizują misję publicznego nadawcy.

Profesor Miodek w sposób może nieco zmanierowany, ale przecież z ogromną pasją i znajomością tematu opowiadał o zawiłościach naszej gramatyki i ortografii oraz odpowiadał na pytania telewidzów. Jako dziecko często oglądałam ten program, potem jednak zaczęto go nadawać w godzinach rannych, więc nie miałam już tej możliwości. Właśnie z "Ojczyzny polszczyzny" dowiedziałam się na przykład, skąd się wziął zwrot "kamień węgielny"; wcześniej byłam przekonana, że ma on coś wspólnego z węglem:).

Może ktoś w TVP pójdzie po rozum do głowy i zacznie nadawać powtórki, np. w niedzielne przedpołudnia?

Zanim do tego dojdzie, możemy się dokształcać czytając publikacje profesora Miodka. "Jaka jesteś, polszczyzno?" to zbiór tekstów, które ukazywały się we wrocławskiej gazecie "Słowo Polskie" w latach 1991-1995. Były one reakcją na ówczesne zjawiska językowe, toteż niektóre trochę się zdezaktualizowały. Na przykład obecnie raczej nie nadużywa się słowa "jakby", a epitet "ekologiczny" nie dziwi już w żadnej konfiguracji - wszak dziś wszystko, od budownictwa po zabawki, jest ekologiczne. Z drugiej strony zwrot "dokładnie" jest równie często, co w latach dziewięćdziesiątych, błędnie stosowany i mogę się założyć, że większość Polaków nadal nie wie, co to znaczy "samotrzeć".

Profesor Miodek szczególną wagę przykłada do dobrego stylu wypowiedzi, przez co rozumie dostosowywanie konstrukcji językowych do konkretnych sytuacji życiowych, to znaczy m.in. nieprzesadzanie z potocznością. Przypuszczam zatem, że nie może bez abominacji oglądać telewizji i przeglądać prasy, że o większości portali internetowych nie wspomnę.

Ja lubię kolokwializmy i stali czytelnicy Impresji niewątpliwie to zauważyli. Zresztą co tam kolokwializmy, skoro na tym blogu aż roi się od emotikon! Nie mam jednak zamiaru tego zmieniać, bo wszystko to dodaje moim wpisom autentyczności i nieco je odróżnia od profesjonalnych recenzji.