Impresje

niedziela, 15 sierpnia 2010

STRZELBY, ZARAZKI, MASZYNY

Tytuł: Strzelby, zarazki, maszyny. Losy ludzkich społeczeństw (Guns, Germs, and Steel: The Fates of Human Societies)
Autor: Jared Diamond
Pierwsze wydanie: 1997
Tłumaczenie: Marek Konarzewski
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
ISBN: 83-7255-115-4
Stron: 545

Ocena: 4+/5

W epoce wielkich odkryć geograficznych (XV-XVI w.) Europejczycy zaczęli wyprawiać się coraz dalej w poszukiwaniu bogactw, nowych szlaków handlowych oraz ziem do podbicia, które można by szybko zamienić na rynki zbytu. Kiedy docierali do nowego kontynentu, zastawali tam zwykle ludzi żyjących - w porównaniu z nimi - bardzo prymitywnie. Autochtoni mieli znaczną przewagę liczebną, znali teren i lokalne warunki, ale i tak Europejczycy nie mieli na ogół większych problemów z ich zdziesiątkowaniem i podbiciem. W 1532 roku w bitwie pod Cajamarca oddział stu kilkudziesięciu Hiszpanów pod dowództwem Francisca Pizarra wyrżnął kilka tysięcy Inków i wziął do niewoli ich władcę, Atahualpę. O ich zwycięstwie przesądziło bezpośrednio przede wszystkim posiadanie koni, stalowego uzbrojenia i opancerzenia, broni palnej. Do czynników pośrednich zaliczyć można groźne dla mieszkańców Nowego Świata zarazki, które przywieźli ze sobą Europejczycy, oraz ich zdecydowaną przewagę technologiczną i naukową.
Wkrótce obie Ameryki, Afryka, Australia i część Azji stały się koloniami europejskich państw.

Dlaczego? To oczywiste - pięćset lat temu Europa była kontynentem o wiele lepiej rozwiniętym niż pozostałe (poza częścią Azji), praktycznie pod każdym względem - nauki, technologii, organizacji życia społecznego, sztuki wojennej, piśmiennictwa. Tu pojawia się następne pytanie - wszyscy ludzie, żyjący na wszystkich kontynentach są tak samo inteligentni i zdolni, skąd w takim razie wzięła się ówczesna dominacja Europejczyków i Azjatów? Jared Diamond odpowiada w ten sposób:
Dzieje ludów toczyły się niejednakowo z powodu różnicy środowisk, w których te ludy żyły, a nie ze względu na biologiczne zróżnicowanie samych ludzi. [str. 28]
Cała ta książka jest próbą uzasadnienia tej tezy i choć autorowi zarzuca się zbytni determinizm geograficzny, mnie, laikowi, jego argumenty wydają się całkiem logiczne. Dodatkowo uwiarygadnia je merytoryczne przygotowanie Diamonda, który jest biologiem ewolucyjnym, biogeografem i fizjologiem, a ponadto interesuje się  też historią, lingwistyką i literaturą. Poniżej przedstawię, oczywiście w wielkim skrócie, jego wywód.

Przede wszystkim, zdaniem autora, nauka, technologia i wiedza, dzięki którym można podporządkowywać sobie inne ludy, mogły wykształcić się tylko w społeczeństwach o odpowiednio dużej populacji, żyjących na dużym obszarze i w wystarczającym stopniu zhierarchizowanych i wyspecjalizowanych. Czyli w społeczeństwach prowadzących osiadły tryb życia i potrafiących produkować żywność. Nie wszyscy łowcy-zbieracze mieli jednak szansę przekształcić się w rolników; zwykle na przeszkodzie stały im cechy środowiska, w którym żyli.

Najwcześniej, ok. 8500 r. p.n.e., produkcja żywności zaczęła się rozwijać w rejonie Żyznego Półksiężyca. Stąd właśnie pochodzi wiele znaczących obecnie upraw i niemal wszystkie gatunki zwierząt hodowlanych, a co za tym idzie - cywilizacja. Inne ośrodki niezależnego rozwoju rolnictwa to Chiny, Mezoameryka, Andy (i być może Amazonia), wschodnia część Stanów Zjednoczonych oraz Nowa Gwinea. Domestykacja lokalnych roślin i zwierząt nastąpiła w kilku miejscach, w różnym czasie, w wyniku zastosowania odmiennych metod; przeważnie zaczynano od uprawy zbóż, roślin strączkowych i włóknistych.

Rolnictwo na małą skalę stanowiło niekiedy tylko uzupełnienie pożywienia uzyskanego w wyniku łowiectwa i zbieractwa, ponieważ jednak przynosiło mnóstwo korzyści, coraz częściej zastępowało dawne metody zdobywania żywności. Ludy parające się rolnictwem wypierały łowców-zbieraczy, o ile ci nie zdążyli się wystarczająco szybko przestawić. Były jednak i takie obszary, gdzie rolnictwo po prostu się nie opłacało i powracano do tradycyjnych metod.

Przede wszystkim produkcja żywności pozwalała zwiększyć liczebność danej populacji: uprawa roślin i udomowienie zwierząt dawały na ogół większą ilość pożywienia niż łowiectwo i zbieractwo, dochodziło nawet do powstawania nadwyżek. Dzięki nim nie wszyscy członkowie danej społeczności musieli bezpośrednio angażować się w produkcję żywności - część z nich brała się za politykę albo wojaczkę, a niektórzy, choć pewnie dopiero z czasem, mogli poświęcić się nauce i wynalazkom. Kobiety żyjące w społecznościach koczowniczych rodziły dzieci średnio co cztery lata - na kolejnego potomka mogły sobie pozwolić, gdy poprzedni nauczył się chodzić i mógł dotrzymać kroku całej grupie. U ludów osiadłych okres ten skrócił się do dwóch lat. Większa liczebność danej społeczności dawała jej przewagę militarną. Udomowione zwierzęta były nie tylko źródłem pożywienia czy skór, ale również środkiem transportu (także dla ówczesnych żołnierzy) i swego rodzaju "maszynami" rolniczymi. A także źródłem chorób zakaźnych (np. grypy, odry, ospy), które najpierw atakowały inwentarz, a potem - zmutowane - ludzi. Z czasem społeczności zajmujące się hodowlą zwierząt uodporniły się częściowo na te wirusy. Kiedy jednak stykały się z ludźmi, którzy nigdy wcześniej nie byli narażeni na kontakt z tymi chorobami (bo nie hodowali "euroazjatyckich" zwierząt), skutkowało to epidemią uśmiercającą znaczną część populacji owych ludzi.
Ospa, odrą, grypa, tyfus, dżuma dymieniczna i inne endemiczne, europejskie choroby zakaźne odegrały decydującą rolę w podbojach Europejczyków, dziesiątkując ludy mieszkające na innych kontynentach. Na przykład państwo Azteków zostało zniszczone nie w trakcie pierwszego hiszpańskiego ataku w 1520 roku (zakończył się on niepowodzeniem), lecz w czasie epidemii ospy. Zmarł wówczas aztecki władca Cuitlahuac, który na krótko objął sukcesję po Montezumie. Choroby przywiezione przez Europejczyków do obu Ameryk przenosiły się z plemienia na plemię, wyprzedzając znacznie białych kolonistów. Spowodowały one śmierć około 95% prekolumbijskiej populacji tubylców. Taki los spotkał plemiona z dorzecza Missisipi. Tereny te należały do najludniejszych w Ameryce Północnej, żyjące zaś tam plemiona do najlepiej zorganizowanych społeczeństw tego kontynentu. Znikły one między 1492 rokiem a końcem XVII wieku, na długo przed powstaniem na tym obszarze pierwszej europejskiej osady. [str. 69-70]
Jak już wspomniałam produkcja żywności i hodowla zwierząt (a co za tym idzie: wszystkie inne osiągnięcia cywilizacyjne) nie wszędzie mogły się rozwinąć i nie na każdym kontynencie mogły rozprzestrzeniać się w takim samym tempie. Na tę sytuację wpływ miało kilka grup czynników:

1. Międzykontynentalne różnice w dostępności dzikich roślin i zwierząt, stanowiących wyjściowy materiał do udomowienia. Tak naprawdę tylko niewielki odsetek roślin i zwierząt nadawał się do domestykacji i nie wszystkie kontynenty były nimi tak samo hojnie obdarzone. Wynikało to z dysproporcji wielkości lądów oraz liczby dużych ssaków, które wymarły w późnym plejstocenie (zjawisko to bardziej dotknęło Australię i Ameryki niż Eurazję i Afrykę).

Jared Diamond przytacza badania geografa Marka Blumlera, który wybrał spośród tysięcy 56 gatunków dzikich traw o nasionach znacznie większych niż przeciętna. Okazało się, że prawie wszystkie występują w strefie klimatu śródziemnomorskiego lub na innych obszarach, gdzie istnieje pora sucha. Znacząca większość tych gatunków występowała tylko na terenie Żyznego Półksiężyca lub w pozostałej części strefy klimatu śródziemnomorskiego zachodniej Eurazji.  "Tamtejsi początkujący rolnicy mogli wybierać spośród aż 32 z 56 najcenniejszych gatunków dzikich traw. Dwie z najważniejszych ówczesnych roślin uprawnych Żyznego Półksiężyca, jęczmień i pszenicę samopszę, sklasyfikowano odpowiednio na trzecim i trzynastym miejscu pod względem wielkości nasion. Dla kontrastu, w chilijskiej strefie klimatu śródziemnomorskiego znalazły się jedynie dwa gatunki z listy Blumlera, w Kalifornii i południowej Afryce - po jednym, natomiast w południowo-zachodniej Australii nie było żadnego. Już to samo ma ogromne znaczenie dla zrozumienia dziejów ludzkości" [str. 148].

Podobnie rzecz się miała z dostępnością zwierząt, zwłaszcza dużych ssaków roślinożernych lub wszystkożernych, które odgrywały największą rolę w życiu człowieka, jako źródło pożywienia, skór, wełny, siła pociągowa i środek transportu (również dla wojska). Przez "duży" autor rozumie gatunki osiągające co najmniej 45 kg i zauważa, że do końca XIX wieku udomowiono zaledwie 14 takich zwierząt. Najważniejsze z nich, występujące obecnie na całym świecie, to: owca, koza, krowa/wół, świnia i koń; pozostałe, hodowane na niewielkich obszarach, to: dromader, baktrian, lama i alpaka, osioł, renifer, bawół azjatycki, jak, bydło Bali oraz mithan. Ani jeden dziki przodek któregokolwiek z tych zwierząt nie występował (już po okresie wymierania dużych ssaków w plejstocenie) w Ameryce Północnej, Australii i subsaharyjskiej części Afryki, a z Ameryki Południowej wywodzi się tylko protoplasta lamy i alpaki. Przodkowie trzynastu wymienionych gatunków pochodzą z Azji, Europy i północnej Afryki, choć nie było regionu, w którym występowałyby wszystkie jednocześnie.
Zdawałoby się szczegół - a zadecydował o wszystkim.

Istnieje jednak znacznie więcej niż 14 potencjalnych kandydatów do udomowienia, w sumie na naszej planecie żyje 148 gatunków dużych ssaków. Większość z nich nie nadaje się  jednak do hodowli z kilku powodów:
a) są mięsożerne, a to czyniłoby całe przedsięwzięcie nieopłacalnym;
b) rosną zbyt wolno (np. słonie czy goryle);
c) trudno rozmnażają się w niewoli (np. wigonie czy gepardy);
d) mają nieodpowiednie "usposobienie" (np. grizzly, bawoły afrykańskie, hipopotamy czy zebry, które lubią gryźć ludzi);
e) mają predyspozycję do paniki (antylopy) i nie potrafią żyć w niewoli (gazele);
f) mają nieodpowiednią strukturę socjalną (antylopy czy jeleniowate z wyjątkiem reniferów).

Występowanie którejkolwiek z tych cech uniemożliwiało domestykację danego gatunku.

2. Czynniki warunkujące tempo migracji i rozprzestrzeniania nowych pomysłów. Produkcja żywności (i wszystkie inne innowacje) rozpoczęła się niezależnie na kilku niewielkich obszarach; większość społeczności korzystała z gotowych rozwiązań, które docierały do nich zwykle dzięki migracjom. Bariery geograficzne, takie jak góry, pustynie czy mokradła, w dużym stopniu hamowały rozwój oddzielonych nimi ludów.

Nowości najszybciej rozprzestrzeniały się w Eurazji właśnie z powodu stosunkowo niewielkich barier oraz dzięki równoleżnikowemu układowi osi kontynentalnej. "Tereny ułożone wzdłuż osi wschód-zachód charakteryzują się tą samą długością dnia i rytmem sezonowej zmienności. Do pewnego stopnia są one również podobne pod względem występujących na nich chorób, zmian temperatury i ilości opadów, a także typów siedlisk i szaty roślinnej. Na przykład południowe Włochy, północny Iran i Japonia położone są mniej więcej na tej samej szerokości geograficznej, lecz każdy z tych terenów dzieli od innego dystans ponad 6 tysięcy kilometrów. Mimo to pod względem klimatycznym obszary te są bardziej podobne do siebie niż do terenów znajdujących się od nich o mniej niż 2 tysiące kilometrów na południe" [str. 206]. Dzięki temu gatunki roślin i zwierząt udomowionych na obszarze Żyznego Półksiężyca szybko rozprzestrzeniły się na wschód i zachód - były dostosowane do występujących tam warunków. Większość z nich docierała również do północnej części Afryki, ale nie dalej niż do Etiopii - od dogodnych warunków panujących na południu tego kontynentu oddzielał je szeroki na 3 tysiące kilometrów pas tropików. Warunki klimatyczne i choroby hamowały również wprowadzanie w południowej Afryce hodowli zwierząt.

Podobnie działo się w Amerykach, tak jak Afryka - zorientowanych południkowo. Udomowione w Andach lamy i alpaki, świnki morskie i ziemniaki mogłyby być hodowane również - ze względu na podobny klimat - na terenie dzisiejszego Meksyku. W odwrotną stronę powinna się rozprzestrzeniać hodowla indyków. Poważną przeszkodę stanowił jednak
gorący klimat Ameryki Środkowej.
Położenie na tej samej szerokości geograficznej też nie gwarantowało sukcesu.  Suche obszary Teksasu i południowej części Wielkich Równin długo skutecznie oddzielały południowo-wschodnią i południowo-zachodnią część Stanów Zjednoczonych.

"Różnice w orientacji osi kontynentalnych miały wpływ na rozpowszechnianie nie tylko metod produkcji żywności, lecz także innych technologii i wynalazków. Na przykład koło, które wynaleziono na terenie południowo-zachodniej Azji lub niedaleko tych obszarów, mniej więcej w trzecim tysiącleciu p.n.e., w ciągu kilku stuleci zaczęło być znane na większości terenów Eurazji. Natomiast koło niezależnie wynalezione w starożytnym Meksyku nigdy nie pojawiło się na południu, w Andach. Zasady pisma alfabetycznego, opracowane w zachodniej części Żyznego Półksiężyca około 1500 roku p.n.e., w ciągu mniej więcej tysiąclecia przeniknęły na zachód, do Kartaginy, i na wschód, na subkontynent indyjski, a system pisma wynaleziony w starożytnej Mezoameryce, którego używano tam przez co najmniej 2 tysiące lat, nigdy nie dotarł do Andów [str. 215-216].

Społeczeństwa, które skutecznie wymieniały się roślinami i zwierzętami, chętniej dzieliły się również innowacjami w innych dziedzinach.

3. Czynniki warunkujące rozpowszechnianie innowacji między kontynentami, a zatem zwiększenie w danym miejscu puli wynalazków i udomowionych gatunków. Raczej trudno było wymieniać wynalazki z mieszkańcami obu Ameryk czy Australii ze względu na naturalną izolację tych kontynentów. 

4. Różnice w wielkości i zaludnieniu poszczególnych kontynentów. "Większy obszar lub liczniejsza populacja mieszkańców to więcej potencjalnych wynalazców, większa liczba konkurujących ze sobą społeczeństw, więcej możliwych do przejęcia innowacji - a także silniejszy nacisk na ich przejmowanie i utrzymywanie, gdyż niezdolne do tego społeczeństwa będą eliminowane przez konkurentów" [str. 494].

***
Omówione wyżej okoliczności w dużym stopniu z góry przesądzały o wyniku zetknięcia się mieszkańców Starego i Nowego Świata. Wszystkie mają swoje źródła w prehistorii, więc rasizm i inne tego rodzaju nonsensy nie mają absolutnie żadnego racjonalnego uzasadnienia.

***   ***   ***
Kiedy (lata temu) czytałam nieśmiertelny wierszyk o Murzynku Bambo, który w Afryce mieszka (akurat leżałam wtedy w szpitalu, pamiętam), o przygodach Stasia i Nel czy Tomka Wilmowskiego, albo gdy oglądałam w telewizji program "Pieprz i wanilia" Elżbiety Dzikowskiej i Tony'ego Halika, myślałam, że gdybym urodziła się w tamtych czasach np. w Afryce czy na Nowej Gwinei, to pewnie żyłabym tak samo prymitywnie jak tamtejsi autochtoni (i na pewno nie bałabym się tak panicznie stawonogów - byłyby przecież jedną z pozycji w moim menu;)). Jared Diamond naukowo udowadnia to, co ja (i chyba duża część nas) przeczuwałam jako dziecko - ludzie wszędzie są tacy sami, po prostu życie w niektórych miejscach globu było i jest o wiele trudniejsze. 

Książka zawiera mnóstwo interesujących informacji i jest napisana bardzo przystępnie, choć oczywiście wymaga od czytelniczek i czytelników pewnej koncentracji. Raczej nie jest to lektura dla naukowców, bo autor siłą rzeczy musiał zastosować sporo uogólnień, aby przedstawić swoje poglądy w miarę zwięźle i spójnie. Myślę jednak, że tacy laicy jak ja z przyjemnością przebrną przez tę lekturę - zdecydowanie poszerza horyzonty

Warto w trakcie czytania przebywać w pobliżu źródła internetu - żeby np. sprawdzić, co to takiego ten wigoń albo gdzie leżą niektóre indonezyjskie wyspy. 
Trzeba też brać poprawkę na to, że książka ta powstawała mniej więcej w połowie lat dziewięćdziesiątych, a od tego czasu sporo się w archeologii wydarzyło (subskrybuję i podczytuję blog Archeowieści, więc to i owo obija mi się o uszy). I tak np. ostatnio pojawiły się dowody, że nasz gatunek jednak krzyżował się z neandertalczykami (od 1 do 4% genów ludzi spoza Afryki pochodzi właśnie od nich). Zaistniały również podejrzenia, że dysk z Fajstos, któremu Diamond poświęca sporo miejsca, to prawdopodobnie falsyfikat. Niemal codziennie dokonuje się odkryć, które każą zweryfikować wcześniejsze twierdzenia. A zatem pod pewnymi względami ta książka nie jest już tak do końca aktualna, ale myślę, że ogólne tezy i przesłanie zawsze pozostaną prawdziwe i ważne.

W 1998 roku Jared Diamond otrzymał za tę książkę Nagrodę Pulitzera w kategorii General Non-Fiction.

***   ***   ***

Postanowiłam czytać więcej książek popularnonaukowych, w końcu wszystkie prawie powieści są o tym samym - o miłości i pieniądzach (lub ich braku); ileż można?;) 

4 komentarze:

  1. Ciekawa recenzja, po zapoznaniu się z nią chyba nie trzeba już czytać książki, gdyż wszystkie główne tezy mamy opisane tutaj :)

    Ale, ale: "Postanowiłam czytać więcej książek popularnonaukowych (...)" a tu w kategorii "Literatura popularnonaukowa" nadal tylko jedna pozycja.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie tyle tezy, ile raczej wnioski oparte na przesłankach szeroko opisanych w książce. Należy przeczytać tę pozycję właśnie dla poznania owych przesłanek.

    No wieeeem, że miałam częściej sięgać po literaturę popularnonaukową, ale... ;) Może kiedy przebrnę przez "Srebrne orły", wezmę się za "Nonzero?

    OdpowiedzUsuń
  3. Pozostawię bez komentarza prowokacyjne określenie perspektywy czytania "Srebrnych orłów" jako "brnięcie" i przypomnę tylko, że przed czytaniem "Nonzero" należałoby się zapoznać z artykułem na wikipedii opisującym kontrowersje związane z psychologią ewolucyjną i zastanowić się czy to nie jest raczej książka popularno-pseudo-naukowa :) A może jednak "Wszechświaty równoległe" albo "Boska cząstka"?

    OdpowiedzUsuń
  4. Dobrze, dobrze. Zapoznam się, a potem zrobisz mi test, sprawdzający moją wiedzę i nastawienie;).

    O ewolucji mogę sobie poczytać, ale o fizyce??? Dziękuję bardzo.

    OdpowiedzUsuń

"Błogosławieni, którzy nie mając nic do powiedzenia, nie ubierają tego w słowa". Z drugiej strony lubię meandrujące dyskusje, więc komentarze nie na temat również są tu mile widziane;).