Impresje

środa, 10 listopada 2010

DZIENNIK 1954

Tytuł: Dziennik 1954
Autor: Leopold Tyrmand
Pierwsze wydanie: 1980

Wydawnictwo MG
ISBN: 978-83-61297-05-5
Stron: 367

Ocena: 5/5



Właściwie już po przeczytaniu kilkunastu pierwszych stron byłam niemal pewna, że ocenię tę książkę na piątkę, a dalsza lektura tylko mnie w tym utwierdziła. Spodobał mi się przede wszystkim błyskotliwy styl Tyrmanda oraz bardzo obrazowe i bardzo bezczelne pokazanie obyczajowości lat pięćdziesiątych, których był chyba najbarwniejszą postacią.

Chcę od razu podkreślić, że oceniam tutaj wersję poprawioną, przeredagowaną przez autora w latach siedemdziesiątych, a nie oryginał. Różnią się podobno dość znacznie, nie tyle może treścią, przesłaniem - raczej stylem. Wersja oryginalna (oparta na rękopisie) ukazała się w Polsce w 1995 roku nakładem wydawnictwa Tenten i w 1999 roku nakładem Prószyński i S-ka. Może i ona zostanie wznowiona? 

Leopold Tyrmand zaczął prowadzić dziennik 1 stycznia 1954 roku i prawie codziennie go uzupełniał; aż do 2 kwietnia 1954 roku, ponieważ następnego dnia Czytelnik zaoferował mu kontrakt na napisanie "Złego". 
Po zamknięciu "Tygodnika Powszechnego" w 1953 roku utrzymywał się m.in. z udzielania korepetycji, pisania nowel filmowych. Z jednej strony istniał, podobno, nieoficjalny zakaz publikowania jego tekstów, z drugiej - sam Tyrmand nie chciał pisać tak, jak tego wymagano, nawet pod pseudonimem, choć mu to proponowano. Dziennik był dla niego surogatem prawdziwej twórczości - dziennikarskiej i pisarskiej.

Przegrałem wszystkie bitwy, ten dziennik to ostatnia reduta i będę się spoza niego bronił tak długo, jak długo będzie można. Co wieczór wstępuję na szaniec. Ja wiem, jestem niczym, zaś nic na szańcu znaczy, że nie ma niczego. Nie ma zresztą żadnego szańca. Ale ja wiem, że coś jest, coś, czego nie umiem nazwać, lecz wiem, że jest. We mnie i dokoła mnie. Więc nie jest jeszcze tak źle. [str. 143-144]
Tak pisał pod koniec stycznia. Mniej więcej miesiąc później po tym wątłym optymizmie nie było śladu, przeciwnie - wątpliwości i zniechęcenie narastały.

Mam blisko trzydzieści cztery i gniję. Jestem pisarzem, któremu nie wydają książek, publicystą nie drukującym artykułów, dziennikarzem nie mającym wstępu do żadnej redakcji. Nikt nie chce ode mnie scenariuszy, nie błyszczę, nie bywam, nie mam rangi, nie stoję na szczeblu. Po prostu nie ma mnie. Wszystko dlatego, że chcę w moim kraju żyć, myśleć i pracować tak, jak uważam za słuszne. Za to płacę niesprawiedliwością istnienia i zakazem rozwoju.
A co będzie, jeśli ja się mylę? Jeżeli oni są dobrzy, a ja zły, oni mądrzy a ja głupi, oni dalekowzroczni a ja ograniczony? Nic, tylko zmarnowane życie, kibicowanie, ubocze, gorzkie rozżalenia przy wódce. [str. 221]
Tyrmand zdawał sobie sprawę (w rzadkich, trzeba przyznać, chwilach autoironii), że jego sprzeciw, sprowadzający się w gruncie rzeczy do bierności, dla postronnych osób jest niezrozumiały i przez to podejrzany; wiedział, że jednostka nie obali komunizmu tylko swoją inercją.
Odniosłam wrażenie, że wcale też nie chciał go obalać. Gdyby zostawiono go w spokoju, pozwolono publikować i wieść w miarę wygodne życie, to resztę miałby gdzieś. Póki co jednak pozował na nieugiętego artystę, który własną niezależność i wolność ceni sobie ponad wszystko i nigdy się nie ugina. Z pogardą, ale i z zawiścią, pisał o tych, którzy szli na jakiekolwiek kompromisy z władzą, nie znajdował, nie szukał żadnego usprawiedliwienia dla takich postaw.
Widocznie nie chciał pamiętać o swojej współpracy z wileńską "Komsomolską Prawdą", jakiej się podjął w 1940 roku po wkroczeniu do miasta wojsk radzieckich. Zrobił to, aby ratować życie i nie mam mu tego wcale za złe, ale ukrywanie tego faktu trochę ośmiesza późniejsze pozy Tyrmanda.

Władze dbały o dobrobyt tych artystów i naukowców, którzy uwiarygodniali ją swoją gotowością do współpracy i w porównaniu z nimi Tyrmand wiódł żywot dość żałosny, ale i tak o wiele wygodniejszy niż przeciętny warszawiak, przeciętny Polak.
Mieszkał w niewielkim pokoiku w dawnym gmachu YMCA, ale w samym centrum stolicy. (Wciąż ktoś go odwiedzał i brudził mu świeżo wypastowaną podłogę). Przynależność do Związku Literatów gwarantowała tanie obiady. Nadal dostawał wejściówki na pokazy filmów i do teatrów. Bywał. Narzekał na swoje ubóstwo, ale stać go było jednak na ubieranie się na "ciuchach"; gardził mężczyznami kupującymi gotowe garnitury w sklepach.
"Bogna"
I miał Bognę. Oficjalnie Tyrmand udzielał temu niespełna siedemnastoletniemu, ślicznemu dziewczęciu korepetycji z języka polskiego, a w ich ramach prowadzał się z nią do teatrów, kin, restauracji, na bale. Nieoficjalnie byli kochankami, choć było to tajemnicą poliszynela dla wszystkich z wyjątkiem jej rodziców. Nie łączyła ich, jak przypuszczam,  wzajemna miłość, przypominało to raczej barter: on imponował gawiedzi nastolatką u swego boku, ona pławiła się w blasku jego popularności, wprowadzał ją do towarzystwa. Podobno Bogna miała tak naprawdę na imię Krystyna i "nieco" inaczej opowiadała o tym związku.
Już w trakcie lektury książki "Pokój ludziom dobrej woli..." Tyrmanda odniosłam wrażenie, że on ma jakiś dziwny stosunek do kobiet, choć tam ta kwestia była marginalna. Potwierdziło się. Rzekomo wszystkie chciały się z nim przespać, wszystkim się podobał, ale on sam miał o wiele bardziej wyrafinowany gust: podobały mu się wyłącznie panie młode, ładne i dobrze ubrane oraz potulne i pokorne. Z dziennika wynika, że spotykał tylko takie i podstarzałe, ordynarne wiedźmy. Trochę to wszystko niewiarygodne. Owszem, niektóre kobiety mają słabość do chłodnych, dobrze ubranych nonkonformistów o manierach dżentelmenów, no ale przecież nie wszystkie...

Z Tyrmanda był w ogóle straszny pozer, który nie przepuścił żadnej okazji, aby zaimponować reszcie ludzkości, nawet nastoletnim kolegom Bogny. Stąd do jego wynurzeń, w wersji oryginalnej i, zwłaszcza, poprawionej, trzeba podchodzić z dystansem.
"Być sobą, być sobą - this above all!" pokrzykuje, jak wiadomo, Hamlet. Jest to słuszne życzenie. Dziś męczy mnie szczególniej niż zazwyczaj. Bo ja nie jestem sobą. A kim? Cholera wie. Tak się upozowałem na stłamszonego i zapoznanego przez rewolucję, dziejowy moment, moje społeczeństwo, a nawet samego siebie, że sam nie mogę się rozpoznać. Już chyba nigdy z tym nie dojdę do ładu. [str. 33]

Redakcja Tygodnika Powszechnego w 1953 r.
Ale "Dziennik 1954" zawiera coś więcej niż tylko wątki autobiograficzne; to też opowieść o epoce, która dziś wydaje nam się zupełnie egzotyczna. Skończyła się II wojna światowa, Europę podzielono żelazną kurtyną, Polsce narzucono komunizm, rozpoczęła się odbudowa i przebudowa kraju. Było biednie, siermiężnie, brudno i straszno. Jedni spodziewali się wybuchu kolejnej wojny, inni wierzyli, że komunizm będzie trwał po wsze czasy, więc trzeba znaleźć dla siebie jakieś miejsce w tym ustroju. Takich Tyrmand, jak wspomniałam, wymienił z nazwiska i ostro potępił. Pisał za to ciepło o przyjaciołach, głównie z kręgu "Tygodnika Powszechnego" i "Przekroju", zwłaszcza o Kisielu, któremu dedykował "Dziennik 1954".
Nie wiedziałam, że np. Zbigniew Herbert pracował m.in. jako kalkulator-chronometrażysta (???) w nauczycielskiej spółdzielni zabawkarskiej, w której emerytowani pedagodzy dorabiali grosze, "klejąc pudełka z tektury i strugając drewniane żyrafy" [str. 79], a potem przeniósł się do Centralnego Zarządu Torfowisk. Gdzie w ogóle są jakieś torfowiska w naszym kraju i po co nimi zarządzać???

Bardzo ciekawe wydały mi się również fragmenty dotyczące takich codziennych spraw, jak ceny, puste sklepy, moda czy prace w czynie społecznym.
Wbrew zapewnieniom, że pragną dać beztroskę, kolorowość, radość, komuniści dążą do szarości, do żadności, do bezbarwności, które nie odrywałyby ludzi od uświęconych przez ideologię ideałów. Rodzaj urzędowej brzydoty wzniesiony do godności moralnej normy - oto wzór i ideał powszechnego pożytku. Nikt tego otwarcie nie mówi ani nie propaguje, ale wszyscy wiemy, że oni widzieliby nas najchętniej w stalinowskich kurtkach albo kombinezonach, i to wszystkich bez wyjątku, wiośniane dziewczęta i zgryźliwych starców. Brak aparycyjnego wdzięku to cnota, urok wyglądu to dywersja. Jest w tym jakaś logika, ale jakże się na nią zgodzić? Nienawiść do oryginalności, wesołości, jasności, indywidualizmu, ekscentryczności jest w komunizmie organiczna, albowiem każda etyka egalitarna to dobro dostrzeżone w przeciętności i pospolitości: nie sposób sprowadzać do wspólnego mianownika wyjątkowości i odrębności, to paradoks, tylko jednakowo smutny i brzydki tłum jest równością. W prasie polskiej nie wolno pokazać ładnej dziewczęcej twarzy na okładkach pism ilustrowanych: nikt nie mówi wyraźnie, dlaczego, ale tak już jest. Nikt nie mówi, że Polacy muszą już wyglądać jak 500 milionów Chińczyków w identycznie takich samych kurtkach i spodniach, lecz boję się, że Bierutowi i Mazurowi właśnie to cholernie by się podobało. Ale Polacy, nawet najgłupsi, jakby rozumieli, że styl ubierania się jest w każdej epoce funkcją sztuk pięknych i dziś też nie może być inaczej. Wobec tego ubieranie się stało się jakoś aktem oporu. [str. 130]
Dziś cały dzień słychać stuk młotków na korytarzu. To przejawy pracy społecznej, którą uchwalono wczoraj: przed końcem zebrania wystąpił taki jeden, co zgasił Olka i powiedział, że w ramach pracy społecznej trzeba zreperować wszystko, co nie działa. Dawniej od takich reperacji byli ślusarze i hydraulicy, dzisiaj my wspomagamy w ten sposób socjalizm. W związku z czym niejaki Kiwerski, mieszka o trzy numery ode mnie w moim korytarzu, prawnik i radca prawny jednego z ministerstw, którego zadaniem było naprawić zamek w klozecie, zatrzasnął się tamże, nie można go było w ogóle stamtąd wydobyć, wobec czego wyważono drzwi i teraz klozet nie ma ani zamka, ani drzwi i korzystają zeń wyłącznie osobnicy zdegenerowani, których alkohol wyzuł z resztki wstydu. [str. 199] 
Rozpoczął się Drugi Zjazd Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, w sali gimnastycznej AWF-u, na Bielanach. Symbolika na medal, Eisenstein by lepszej nie wymyślił. Warszawa pełna jest masy towarowej i milicyjnej, sklepy i wystawy pełne dóbr wszelkich, można nawet dostać jugosłowiańskie sardynki, hedonizm i szał. [str. 277]
Świat ekonomii i jego zagadki: szczotka do zębów - zł 14, obiad z dwóch dań - zł 8. "Cierpienia młodego Wertera" w pięknym wydaniu ilustrowanym - zł 19, kawałek ordynarnej tektury zwany teczką biurową - zł 7.50, dzieła Lenina w twardej oprawie ze złoconym sznytem - zł 2. [str. 343]
Tyrmand oprowadza nas też po balach, wpadamy razem z nim na komendę MO, na zebranie do Związku Literatów, do prywatnego krawca, do sklepu spożywczego, jedziemy ubłoconym tramwajem i trzecią klasą z Krakowa do Warszawy. I nawet jeśli autor tu i ówdzie trochę podkoloryzował i postylizował, to i tak ducha tej epoki oddał, jak sądzę, wiernie.

***

"Dziennik 1954" otrzymałam od Wydawnictwa MG i jest to naprawdę trafiony prezent. Na pewno będę jeszcze do tej książki wracać, poszukam również "Złego Tyrmanda" Mariusza Urbanka, żeby poznać relację drugiej strony, tzn. osób pojawiających się w utworach tego autora.
Bez względu na to, czy zapiski te powstały w 1954 roku w Warszawie, czy dwadzieścia lat później w Stanach, czy wszystkie opisane tu wydarzenia rzeczywiście miały miejsce, czy też autor niektóre po prostu zmyślił, książkę czyta się świetnie - w końcu Tyrmand był jednym z tych nielicznych pisarzy, którzy prywatnie nie byli nudziarzami. 

11 komentarzy:

  1. Czytałam lata temu i lektura zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Po pierwsze - imponuje erudycja Tyrmanda, a po drugie - świetnie opisał rzeczywistość AD 1954.

    Książkę Urbanka też czytałam: ciekawa, nie przeczę, ale niewiele z niej dzisiaj pamiętam;) Najciekawsze były chyba wypowiedzi żony.

    OdpowiedzUsuń
  2. A której? Bo miał, zdaje się, trzy, m.in. Barbarę Hoff:).

    OdpowiedzUsuń
  3. Tak, p. Hoff mam na myśli. Nie ukrywam, że zapadła mi w pamięć głównie z powodu "tekstylnego" czyli upodobań odzieżowych LT;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Jego upodobania tekstylne zapewne zmieniały się w czasie. Tyrmand przyznawał się do próżności, chlubił się nią nawet, więc pewnie podążał za najświeższą modą - albo dostosowując się do najnowszych trendów, albo świadomie je ignorując. Napotkałam gdzieś w sieci fragment wspomnień pani Hoff, z których wynikało, że Tyrmand nosił ubrania w stonowanych kolorach. Z kolei w on sam "Dzienniku" wspomina, że jego skarpetki robiły niekiedy wrażenie. Może w czasach związku z panią Hoff jaskrawość już mu się znudziła?

    OdpowiedzUsuń
  5. Z różnych źródeł słyszałam raczej o jego jaskrawych skarpetkach i bikiniarskich ciuchach w ogóle. Barwna postać;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Lubię nosić kolorowe skarpetki, które wcale niekoniecznie pasują do reszty stroju. Preferuję zwłaszcza takie z nieco infantylnymi wzorkami. Tylko że ja ich za bardzo nie eksponuję, tzn. nie noszę za krótkich spodni tylko po to, żeby wszyscy mogli je sobie pooglądać:). Nie mam w sobie nic z artystki.

    Tak, Tyrmand był barwną postacią, ale ja bym go raczej nie polubiła. Zresztą, o czym ja w ogóle piszę. Tyrmand by nawet nie spojrzał w moją stronę, ponieważ jestem ósmym cudem świata dla co najwyżej jednej osoby, a i to nie zawsze;).

    OdpowiedzUsuń
  7. Nie tylko skarpetki świadczą o artystycznej duszy;) Swoją drogą jedna z bohaterek D.H. Lawrence'a właśnie o artystycznych ciągotach nosiła bodaj pończochy w różnych kolorach;)

    Nawet jeśli prawdą jest, co piszesz o ósmym cudzie świata, to zawsze mogłabyś zgłosić się na korepetycje;) To działa - znałam dwa małżeństwa, które poznały się właśnie w ten sposób;)

    OdpowiedzUsuń
  8. W ogóle nie odczuwam potrzeby manifestowania swojej indywidualności w jakiejkolwiek wizualnej formie:).

    Wątpię, żeby Tyrmand został korepetytorem Bogny, gdyby była nie za ładna. Inne cechy dziewczyny/kobiety były jego zdaniem tylko miłym dodatkiem.

    Z ciekawości: czy w obu tych związkach korepetytorem był mężczyzna?

    OdpowiedzUsuń
  9. Otóż nie - pół na pół;) W jednym przypadku to była matematyka (korepetytor), w drugim angielski (korepetytorka).

    Czy mam rozumieć, że biżuterii nie nosisz? W sumie asceza też wyraża osobowość, nie uważasz? ;))))

    OdpowiedzUsuń
  10. No to nie sprawdziła się moja teoria:).

    Noszę biżuterię, ale nie zawsze, a w dodatku tylko taką najprostszą, dyskretną - łańcuszek, bransoletka, ewentualnie pierścionek. Do ascezy mi daleko - za bardzo lubię słodycze;).

    OdpowiedzUsuń
  11. Co prawda zacząłem dopiero czytać (str. 80) ale już dostrzegłem, że nie końca potępia on ludzi , którzy prezentowali postawę serwilistyczną wobec władzy. On, Herbert mogli poniekąd sobie na pozwolić bo odpowiadali jedynie za siebie. Ale jest fragment w Dzienniku kiedy pisze o zaszachowanych kolegach którzy mieli dzieci wołające "jeść". Wg mnie to nie wprost ale jednak postawa rozumiejąca inne postawy wobec systemu.
    Ogólnie , wg mnie Tyrmand , w sposób bardzo błyskotliwy i ironiczny nie szczędząc czasami ciętego języka opisuje życie w tamtych czasach.

    OdpowiedzUsuń

"Błogosławieni, którzy nie mając nic do powiedzenia, nie ubierają tego w słowa". Z drugiej strony lubię meandrujące dyskusje, więc komentarze nie na temat również są tu mile widziane;).