Impresje

piątek, 3 grudnia 2010

BÓG REKIN. WYPRAWA DO ŹRÓDEŁ MAGII

Tytuł: Bóg Rekin. Wyprawa do źródeł magii (The Shark God. Encounters with Ghosts and Ancestors in the South Pacific)
Autor: Charles Montgomery
Pierwsze wydanie: 2004
Tłumaczenie: Dorota Kozińska

Wydawnictwo: Świat Książki
ISBN: 978-83-247-0507-8
Stron: 400

Ocena: 4/5

Miałam ochotę na książkę o podróżach. Blurb wyglądał zachęcająco, więc zdecydowałam się na egzotyczną wycieczkę do Melanezji. Oczywiście chodzi o wycieczkę czytelniczą - w realu wolę popijać gorącą herbatę w zasypanym śniegiem, biało-szarym Krakowie niż umierać z gorąca na malowniczej plaży, opędzając się (zapewne bezskutecznie) od stawonogów. (Uwielbiam klimat umiarkowany!).

Charles Montgomery, kanadyjski pisarz, dziennikarz i fotograf, wyruszył do Melanezji śladami swojego pradziadka, Henry'ego Montgomery, biskupa Tasmanii. Celem podróży Henry'ego było nawracanie pogan, natomiast Charles chciał zmierzyć się z rodzinną legendą i utwierdzić się w swoim racjonalizmie (takie odniosłam wrażenie). Obaj przelali wspomnienia na papier. "The Light of Melanesia" (1896) to panegiryk na cześć działalności misyjnej, w którym tubylcy przedstawieni są jako kanibale parający się w dodatku czarną magią (dziełem szatana), a duchowni - jako bohaterowie, herosi z narażeniem życia niosący kaganek oświaty i prawdziwej wiary. "Bóg Rekin" (2004) to próba bardziej obiektywnego i właśnie racjonalnego spojrzenia na dawną i współczesną Melanezję.

Bardzo dobrze czytało mi się tę książkę, ponieważ bliskie są mi poglądy autora na kwestie religijne, w każdym razie do pewnego stopnia. Oboje jesteśmy ateistami, czyli każdą religię (wszystko jedno, czy chodzi o chrześcijaństwo, czy o kult cargo) uważamy za hmm... mrzonkę, choć nie twierdzę, że religia jako zjawisko kulturowe czy psychologiczne nie ma żadnej wartości. Oczywiście miewamy chwile słabości:
Wbrew wszystkiemu, co z pewnością wiedziałem o przesądach, zmyśleniach i nauce, pozwoliłem maleńkiej cząstce siebie snuć marzenia o rzeczach niemożliwych: że w powietrzu unosi się mana, że przodkowie i bogowie potrafią sprowadzać deszcz, że ludzie mogą zmieniać się w sowy, rekiny i tamate. Dobrze czasem puścić wodze wyobraźni. Zazdrościłem wierzącym, nie wyłączając mojego pradziada. Pociągała mnie myśl, że być może są na dobrej drodze, żywiąc głębokie przekonanie, iż świat jest czymś więcej niż zbiorem przygodnie powiązanych atomów i wirujących elektronów; czymś więcej niż ciągiem przypadków, kolizji, wybuchów i dyfuzji, kłębiących się nieustannie w jakimś nieistotnym zakątku pustego poza tym kosmosu. [str. 197-198]
W Melanezji religia była i jest sprawą kluczową. Dawniej "pogaństwo" mieszkańców tych wysp "usprawiedliwiało" bestialskie postępowanie "cywilizowanych" najeźdźców. Melanezyjczyków okradano z ich własnej ziemi i bogactw naturalnych (np. drzewa sandałowego), na siłę nawracano albo sprzedawano w niewolę. Wielu zmarło wskutek chorób przywleczonych tu z Europy, na które nie byli uodpornieni (oni z kolei zarażali malarią). Na niektórych wsypach całkowicie zniszczono tradycyjną strukturę społeczną, co przyniosło później opłakane skutki, na innych dawne i nowe zwyczaje jakoś koegzystowały.

Paradoksalnie, rodowici Melanezyjczycy patrzą na swoją historię oczami najeźdźców - autorami pierwszych źródeł pisanych o tym rejonie byli przecież biali kupcy i misjonarze... 

Chrystianizacja okazała się tak skuteczna, że współcześni autochtoni, którzy chcieliby wrócić do niektórych zwyczajów swoich przodków, muszą niekiedy sięgać po prace antropologów! Po dawnej kulturze zostały tylko ślady, na które typowy turysta raczej nie natrafi. Owszem, będzie mógł sobie zrobić zdjęcia z "kanibalami" albo obejrzeć "tradycyjne" tańce, może między wizytą w McDonald's i nurkowaniem, ale nie przybliży go to wcale do zrozumienia Melanezyjczyków. 

Charles Montgomery był początkowo rozczarowany tym, że tam jest tak normalnie, skomercjalizowane. Desperacko wręcz poszukiwał prawdziwych pogan i magii, która, choć "diabelska", wywarła na jego przodku tak duże wrażenie. A tu gdzie nie spojrzał, widział krzyże i ludzi, którzy sami siebie nazwali chrześcijanami. Z tym że była to "nieco" specyficzna odmiana chrześcijaństwa, wymieszana z pojęciami pochodzącymi z "pogańskich" wierzeń. 

Przede wszystkim wciąż żywy jest kult przodków.
[Dawniej (tzn. teoretycznie dawniej) wierzono, że... - przyp. Elenoir] Duchy innych przodków zamieszkiwały ciała rekinów, aligatorów, ośmiornic, węży i ptaków. Dzięki wiedzy tajemnej człowiek mógł wkraść się w w łaski przodka-rekina i go przywołać, żeby zagonił mu w sieć cała ławicę ryb. Albo pożarł nieprzyjaciół. Przodkowie odpłacali się swoim czcicielom równie gorliwie jak Bóg ze Starego Testamentu. Bóg starł w proch wrogów Mojżesza, a duchy przodków pomagały Melanezyjczykom zatapiać czółna nieprzyjaciół.
W Melanezji były tysiące duchów świętych, nie jeden. Duchowość Melanezyjczyków miała charakter egalitarny. Każdy, kto miał odpowiednie umiejętności, mógł odwrócić klątwę, znaleźć magiczne lekarstwo i przebłagać pomocnego ducha. Każdy mógł zebrać mana i nadać jej właściwy kierunek. Królestwo duszy nie znajdowało się w niebie. Było wszędzie dookoła. Było w tobie. [str. 23]
Mana to niewidzialna moc, przenikająca wszystko i wszystkich, u ludzi skupiająca się w głowie (toteż dawniej dekapitowano wrogów i ich cenne głowy zabierano z sobą). Inne ważne pojęcie to kastom, które oznaczało bardzo dużo rzeczy: jako rzeczownik - kulturę, tradycję, religię, rytuał, magię; jako przymiotnik - coś zgodnego z tradycją przodków. Te pojęcia nadal obowiązywały na niby chrześcijańskich wyspach. Autor tak opisuje kłopoty współczesnego biskupa Malaity:
Malaitańczycy wciąż kierowali się wiarą w mana. Wierzyli, że posiada ją wódz kastom. Mieli ją także bogaci. Przede wszystkim zaś depozytariuszem mana jest duchowieństwo. Ludzie prosili biskupa, żeby błogosławił korę drzew, olejki, napary i inne leki kastom. Domagali się od pastorów wody święconej, żeby wlewać ją do chłodnic popsutych samochodów. Gwizdnęli biskupowi leksykon aniołów: w głębokim przekonaniu, że poznawszy ich "tajemne" imiona, przejmą nad nimi władzę i wykorzystają ich moc, by się wzbogacić albo zgładzić swoich nieprzyjaciół (...) [str. 237-238]
W rezultacie do przodków modli się w kościołach, po mszy odprawia się tradycyjne tańce (w których uczestniczą niekiedy również chrześcijańscy kapłani!), czci się Jezusa jako jednego z wielkich przodków itd. Co jakiś czas objawiają się nowi prorocy, a niektórym kapłanom przypisuje się nadzwyczajne moce.
Połączenie sprzecznych ze sobą mitologii wymagało intensywnej gimnastyki intelektualnej i wzbudziło podziw autora.
Podczas pobytu na wyspie Tanna zdałem sobie sprawę, że to, co skażone przez chrześcijaństwo, stanowi najbardziej fascynujący element tutejszej kultury. Sedno inności nie tkwi w stereotypie romantycznym, lecz w hybrydyzacji mitów, magii i ducha - pod postacią ośmionożnego, fosforyzującego w ciemnościach bękarta, spłodzonego ze związku Kościoła z kastom. [str. 153-154]
Od XIX wieku do chwili obecnej to miejsce wymarzone dla misjonarzy: owszem, Melanezyjczycy są chrześcijanami, ale z drugiej strony są bardzo podatni na magię i religię, więc przedstawiciele różnych odłamów chrześcijaństwa wciąż próbują przeciągać ich na swoją stronę.
Miasto [Port Vila - przyp. Elenoir] pękało w szwach od amerykańskich i australijskich misjonarzy. Spotkałem mormonów w białych, wyprasowanych koszulach i krawatach, srogich adwentystów dnia siódmego, pochłaniających jednego hamburgera za drugim członków Zgromadzeń Bożych, przemawiających językami zielonoświątkowców i charyzmatycznych działaczy ruchu uświęceniowego w służbowych garniturach. Głosili dobrą nowinę dosłownie na każdym rogu. [str. 32]
W laicyzującej się Europie nie mieliby za bardzo czego szukać, natomiast w Melanezji mieli szerokie pole do popisu.
Wszyscy panicznie się bali czarowników z Ambrym, okrytych najgorszą sławą w związku z obyczajem zaskakiwania wrogów podczas snu, rozcinania im brzuchów, wyciągania wnętrzności, po czym zastępowania ich zeschłymi liśćmi i patykami. Cięcie nie pozostawiało żadnych śladów, ale tuż przed śmiercią - która następowała zwykle przed upływem kilku dni - ofiary odkasływały mnóstwo zeschłych liści. W 1997 roku premier Fidel Soksok stwierdził, w wywiadzie dla "Vanuatu Trading Post", że czarna magia i trucicielstwo stanowią największe przeszkody w rozwoju gospodarczym kraju. Wszyscy wiedzieli, że ma na myśli wpływowych czarowników z Ambrym, którzy organicznie nie znoszą konkurencji. [str. 95]
Większość Melanezyjczyków wierzy w magię i panicznie się jej boi, do tego stopnia, że jeśli uwierzą, że ktoś np. rzucił na nich klątwę, wskutek której wkrótce umrą, to faktycznie zdarza się, że umierają, chyba w wyniku autosugestii.
Siła opowieści tkwi w wierze, nie zaś w ich prawdopodobieństwie. Natchnione mocą historie oddają część swej potęgi wiernym, niezależnie od tego, czy w grę wchodzi jedynie siła przekonywania, jasność duchowa, czy może coś więcej. Mieszkańcy Honiary zapewnili mnie, że nie muszę się obawiać czarnej magii - nawet gdyby czarownik rzucił mi prosto w twarz garść pełnych mana pajęczyn - bo moja niewiara przewyższa moc magii kastom. Jeśli jednak ulegniesz pokusie myślenia magicznego, jeśli nie przestaniesz skrobać szorstkiej powierzchni mitu, zaatakuje się jak wirus i odmieni cały twój świat. Będzie niebezpieczniej, ale otworzą się nowe możliwości. Zdarzenia ujawnią się w wymiarze symbolicznym. Zamiast polegać na zbiegach okoliczności, otoczą się aurą magii, a wszystko, co im towarzyszy, zyska cel i kierunek.
Wiara jest decyzją, aczkolwiek w pewnych warunkach łatwiej ją podjąć. [str. 294-295]
Każda religia widziana z dystansu wydaje się absurdalna, a zwłaszcza w takim miejscu jak Melanezja trzeba choćby na chwilę odstawić racjonalizm, żeby zrozumieć - w jakimś stopniu - jej mieszkańców. I Charles Montgomery próbował. Zbierał opowieści o rzekomych cudach, np. o kamieniach wywołujących trzęsienie ziemi, i ruszał ich tropem, ale na miejscu okazywało się, że czarownik to zwykły oszust, wykorzystujący cudzą naiwność, a magiczne artefakty to zwykłe przedmioty.
Dopiero po powrocie do Kanady zrozumiał, że szukał w niewłaściwych miejscach. Cudem było to, że wiara czyniła cuda. To ona skłoniła anglikańskie Bractwo Melanezyjskie do działań na rzecz pokoju podczas wojny domowej na Wyspach Salomona, a zamordowanie kilku członków Bractwa nieoczekiwanie doprowadziło do zawieszenia broni.

Moim zdaniem nieco zaskakująca to konkluzja. Może Charles Montgomery odziedziczył po swoim pradziadku trochę mistycyzmu (albo wypił za dużo kava-kava)? Ale cóż, kto wie, może gdybym spędziła w Melanezji kilka miesięcy, doszłabym do podobnych wniosków? (Wątpię, ale nigdy nie wiadomo;)).

***   ***   ***

I znowu wyszło mi bardziej streszczenie niż recenzja, ale nic to. Wynotowałam tu sobie co ciekawsze fragmenty i uwagi, może oprócz tego ustępu o wiosce ludu Kwaio na Malaicie, w której mężczyźni mieszkali w domkach na dwumetrowych palach, a kobiety w trakcie menstruacji w jakiejś szopie niemal w nurcie spływających ze zbocza błota i ścieków.

Z mojego punktu widzenia to bardzo ciekawa książka. Lubię czytać o egzotycznych miejscach i ludziach myślących w sposób całkowicie inny niż ja. 


Charles Montgomery zrobił w czasie tej podróży sporo zdjęć, kilka można zobaczyć TUTAJ, warto też poszukać innych w internecie. Bardzo malownicze zakątki. Gdyby jeszcze usunąć stamtąd te owady...

***   ***   ***

W ramach festiwalu Watch Docs pokazywano m.in. bardzo ciekawy i poruszający dokument Charile'ego Hill-Smitha o innej części Melanezji: o Papui Zachodniej. Film można zobaczyć TUTAJ (jest to trochę trudne, nie widać paska postępu). W skrócie: zachodnia część Nowej Gwinei jest okupowana przez wojska indonezyjskie, które właściwie działają jak mafia. Kraj jest okradany z bogactw naturalnych, biedny i zaniedbany, a wszelkie działania na rzecz niepodległości są brutalnie tłumione. I mało kto się o tych ludzi upomina, świat milczy. 

4 komentarze:

  1. Kiedyś, dawno temu, przeczytałam w "Polityce" reportaż o Vanuatu: o ich systemie społecznym, wierze w magię, niedemokratycznej demokracji, ciemnoskórych blondynkach, kulcie cargo i ruchu prawo-lewo-stronnym (spadek po brytyjsko-francuskicm kondominium). No i się zakochałam. Że też istnieją regiony świata niby tak podobne do naszych, a tak odmienne! Jakby żywcem wyjęte z komedii absurdów.
    Na pewno sięgnę po tę książkę, super, że wydano ją po polsku. :)
    Ps. Ja tam bym wolała siedzieć na plaży i się odganiać od stawonogów, niż męczyć się z polską zimą... ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Chodzi może o ten artykuł Romana Fristera? Owszem, ciekawy, choć mam wrażenie, że autor spędził tam co najwyżej tydzień i niewiele widział (albo może tekst nie mógł być dłuższy?). Montgomery siedział w Melanezji trochę dłużej i zwiedził nie tylko Vanuatu. Koszty pobytu nie są tam chyba jakieś bardzo wysokie, ale przelot słono kosztuje.

    Myślę, że absurdów więcej spotkać można jednak u nas, z drugiej strony - tam jest piękniej.

    Książka ukazała się w Polsce kilka lat temu, ale nadal można ją kupić, przynajmniej na allegro.

    OdpowiedzUsuń
  3. "Chrystianizacja" - słowo, które miało nieść dobro i miłość i wlokło ze sobą śmierć, okrucieństwo i przewracanie życia innym ludziom do góry nogami. Jezus Chrystus musi być bardzo zawiedziony tym, że Jego nauki zostały w ten sposób wykolejone ...
    Podobnie jak Ty kocham podróże palcem po mapie czy okiem po książce ;) Fizycznie zwiedziłam prawie całą Europę, ale nigdy nie byłam poza granicami naszego kontynentu. Kusi to, co jest nieznane. Bardzo dobrze, że wyszło Ci streszczenie ;) Dzięki temu Ci, którym może nie będzie dane trafić na tę książkę przeczytają chociaż jej cząstkę okraszoną Twoimi przemyśleniami. Dlatego lubię czytać Twoje wpisy, bo każdy zawiera część Twoich bardzo ciekawych przemyśleń ;)

    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  4. No właśnie: nie wiem, skąd mi się to bierze, ale czuję czasami potrzebę upublicznienia swoich przemyśleń. A przecież nie są ani trochę odkrywcze czy oryginalne i nic z nich nie wynika. Nikt się nawet nie oburza;).

    Również pozdrawiam;)

    OdpowiedzUsuń

"Błogosławieni, którzy nie mając nic do powiedzenia, nie ubierają tego w słowa". Z drugiej strony lubię meandrujące dyskusje, więc komentarze nie na temat również są tu mile widziane;).