Impresje

piątek, 31 grudnia 2010

Podsumowanie 2010 roku

W ubiegłym roku nie robiłam podsumowania, może dlatego, że wtedy prowadziłam (ten) blog dopiero od kilku miesięcy. W 2010 roku zamieściłam tutaj 124 posty (łącznie z tym), przy czym w 71 z nich omówiłam 77 książek. Nie znaczy to jednak, że tylko tyle przeczytałam. Bardzo lubię wracać do pozycji, które kiedyś mi się spodobały, więc gdybym i te powtórne lektury uwzględniła, lista przeczytanych w tym roku książek byłaby o co najmniej połowę dłuższa (w wakacje przypomniałam sobie prawie całą "Jeżycjadę" Musierowicz, poza tym "Imię róży", prawie cała Jane Austen, od czasu do czasu jakiś kryminał Agathy Christie, coś Sienkiewicza, część "Pieśni lodu i ognia" Martina, cały "Harry Potter" itd., itp).

Zastanawiam się, czy nie oznaczać niektórych książek dodatkowym tagiem: Styliści. Fabuła jest ważna, ale najbardziej cenię pisarzy, którzy mają własny styl, których stać na oryginalne metafory. W tym roku do tego grona zaliczyłabym (kolejność przypadkowa):

Bardzo duże wrażenie wywarły na mnie również (kolejność nieprzypadkowa):

Owszem, najczęściej sięgam po beletrystykę, ale nie zawsze. Przeczytałam również kilka książek innego rodzaju, które mogłabym oznaczyć wspólnym tagiem: Poszerzające horyzonty. Nie były to lektury łatwe, ale warte zachodu (kolejność przypadkowa):

Poszerzyłam również swoją wiedzę o dynastii Tudorów. Oprócz wspomnianego już "Zakochanego Szekspira" sięgnęłam w tym roku po trzy powieści dotyczące tego okresu:

i dwie książki popularnonaukowe na ten temat:

***

Czytelniczy rok 2010 zaliczam do bardzo udanych, mam nadzieję, że kolejny przyniesie co najmniej tyle samo świetnych lektur, czego sobie i Wam życzę! Dziękuję za odwiedziny i komentarze, miłe słowa i dyskusje.

***

środa, 29 grudnia 2010

MIĘDZY PRAWEM A SPRAWIEDLIWOŚCIĄ

Tytuł: Między prawem a sprawiedliwością
Autor: Paweł Pollak
Pierwsze wydanie: 2010

Wydawnictwo: Oficyna Wydawnicza BRANTA
ISBN: 978-83-61668-26-8
Stron: 377

Ocena: 3+/5

Ostatnio regularnie przysypiam w trakcie lektury "Srebrnych orłów" Parnickiego. P. (znów będzie marudził, że o nim piszę;)) przeczytał kilka powieści tego autora, więc zawzięłam się, że ja przebrnę przez choćby jedną. Ale jestem dopiero w połowie... W tej sytuacji szczególnie ucieszyła mnie przesyłka od pewnego blogera, który chce pozostać anonimowy;) (dzięki!!!). Jeszcze na poczcie sprawdziłam, co jest w środku (zawsze tak robię w przypadku  nieoczekiwanych listów), i przygotowałam się (mentalnie) na wieczór z literaturą rozrywkową. Co za ulga po tych mrokach średniowiecza... 

"Między prawem a sprawiedliwością" to zbiór czterech opowiadań, których akcja toczy się we współczesnym Nowym Jorku. W każdym z nich dwaj doświadczeni policjanci: McWane i Sheppard we współpracy z prokuratorem Harrisonem i jego asystentką Amandą Cooper rozwiązują zagadkę jakiegoś morderstwa. Oczywiście są to sprawy dość nietypowe, nawet jak na Nowy Jork (nie napiszę jednak jakie - w końcu w kryminałach zwłaszcza istotne jest zaskoczenie czytelnika). Konstrukcja wszystkich utworów jest bardzo podobna: morderstwo, śledztwo, sprawa w sądzie. O wspomnianych policjantach i prawnikach nie dowiadujemy się zbyt wiele, raczej tyle, żeby odróżnić jednego od drugiego. Choć są to bohaterowie szablonowi, to jednak niepozbawieni uczuć i własnego zdania - owszem, postępują zgodnie z przepisami, ale czasami żałują, że system prawny nie jest trochę bardziej elastyczny i nawet wielokrotny morderca może się wywinąć dzięki temu, że stać go na dobrego prawnika, który wykorzysta wszystkie możliwe kruczki i drobne potknięcia policjantów.
Wcale się nie dziwię, że autor umieścił całą akcję w USA - u nas śledztwa toczą się latami i trudno je ująć w jednym opowiadaniu. No i rozprawy w polskich sądach nie są chyba aż tak widowiskowe i emocjonujące. W każdym razie tak przypuszczam - nigdy na żadnej nie byłam.

Opowiadania Pawła Pollaka nie porażają może oryginalnością, ale są bardzo wciągające (poszłam spać po pierwszej) i czyta się je przyjemnie. Autor skupia się na zagadce morderstwa, nie epatuje nadmiernie makabrą, co się chwali. Nie wydaje mi się, żeby nawet w Ameryce śledztwo i proces szły tak gładko, jak to tutaj przedstawiono, ale to taka konwencja, a nie podręcznik dla studentów Wyższej Szkoły Policji w Szczytnie. Zresztą autor inspirował się serialami, a tego rodzaju seriale to... wiadomo: z rzeczywistością nie mają za dużo wspólnego.

Nie mogę nie wypomnieć błędów stylistycznych. Na nieliczne pomyłki interpunkcyjne czy literówki (tu ich nie zauważyłam) gotowa jestem zwykle przymknąć oko, ale na styl zwracam zawsze szczególną uwagę. Tego rodzaju potknięć nie było w tej książce zbyt dużo, ale jednak... 
Gdybym stała, tobym upadła. Gdybym siedziała, to spadłabym z krzesła. Na szczęście leżałam, kiedy na stronie 275 przeczytałam takie oto zdanie:
Kurtkę ubierał już na schodach.
W dialogu ten regionalizm aż tak bardzo by nie raził, ale w narracji... 
Albo takie zdanie z blurba:
Opowiadania toczą się w realiach Nowego Jorku.
Powinno być chyba: "Akcja opowiadań toczy się w realiach Nowego Jorku".

***

Polecam ciekawy wywiad Matyldy z Pawłem Pollakiem.


środa, 22 grudnia 2010

SAMOLUBNY GEN

Tytuł: Samolubny gen (The Selfish Gene)
Autor: Richard Dawkins
Pierwsze wydanie: 1976 (ta wersja: 1989)
Tłumaczenie: Marek Skoneczny

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Seria: Na ścieżkach nauki
ISBN: 83-86868-15-5
Stron: 472 (w tym przypisy, literatura i indeks)

Ocena: 4+/5


Snułam się między bibliotecznymi półkami, nie mogąc zdecydować się na nic konkretnego. W końcu przyszło mi do głowy, żeby zapytać o jakąś książkę Dawkinsa. Dostępny był "Samolubny gen" i chyba dobrze się stało, że od tej właśnie pozycji zaczęłam poznawać twórczość, a właściwie dorobek naukowy tego autora. W ostatnich latach postrzegany jest, mam wrażenie, raczej jako "wojujący ateista" niż wybitny zoolog, etolog, ewolucjonista i popularyzator nauki.
"Samolubny gen" został po raz pierwszy wydany w 1976 roku i podobno wywołał duże poruszenie w środowisku naukowym i wśród pozostałych czytelników. W 1989 roku ukazało się kolejne wydanie - z nową przedmową Dawkinsa, poszerzone o dwa rozdziały i sporo przypisów zamieszczonych na końcu książki (w polskiej wersji zajmują ponad 80 stron!). W trzydziestą rocznicę opublikowano jubileuszowe wydanie, zawierające kolejną przedmowę autora oraz fragmenty recenzji. Ja czytałam wersję drugą, ale Prószyński i S-ka wydali również najnowszą.
Oczywiście od 1976 roku w genetyce dokonano olbrzymiego postępu, a jednak książka Dawkinsa nadal jest wznawiana, co chyba najlepiej świadczy o jej wyjątkowości.

Jeśli chodzi o lekcje biologii w szkole, to najbardziej wbiła mi się w pamięć fotografia najedzonego kleszcza z podręcznika do którejś tam klasy podstawówki. Oględnie mówiąc nie był to mój ulubiony przedmiot, obawiałam się więc, że mogę nie przebrnąć przez "Samolubny gen", a jednak się udało:). No, nie będę twierdzić, że wszystko a wszystko pojęłam, ale wydaje mi się, że główne tezy autora zrozumiałam. Naturalnie jako laikowi trudno mi się do nich ustosunkować, nie czuję się w żaden sposób upoważniona do polemizowania z naukowcami, zwłaszcza z tak uznanymi[1]. Spodziewam się, że niedługo poczytam sobie o ewolucji człowieka z zupełnie innego punktu widzenia - w moim prezencie urodzinowym (z lipca), czyli w "Nonzero" Roberta Wrighta. Sprawdzę, która perspektywa naukowa bardziej trafi mi do przekonania.

(Jak zwykle: kursywą oznaczam własne przemyślenia, wszelkie pogrubienia również są moje. W komentarzu zasugerowano, że brzmi to dwuznacznie, więc precyzuję: chodzi mi o to, że jeśli w cytacie tekst jest pogrubiony, to pogrubiłam go ja, a nie wydawca albo autor).

Lektura "Samolubnego genu" zmusza czytelnika do spojrzenia na siebie, na ludzkość z zupełnie nowej perspektywy. Dla niektórych będzie to prostsze, dla innych trudniejsze - myślę, że to w dużej mierze zależy od światopoglądu. Istnieje, jak sądzę, spore prawdopodobieństwo, że osoby o silnym zacięciu antropocentrycznym rzucą książką o ścianę już po przeczytaniu pierwszego rozdziału:).
Otóż Richard Dawkins twierdzi - w wielkim skrócie - że człowiek (i każdy inny organizm) jest tylko maszyną przetrwania, nośnikiem dla swoich genów, optymalnym, wielofunkcyjnym opakowaniem. Kiedy umiera, umiera definitywnie. Nawet mój hipotetyczny klon nie byłby mną - będzie po prostu identycznym zestawem genów (właściwie chodzi oczywiście o ich kopie), ale jednak zupełnie inną osobą, z innymi wspomnieniami, poglądami, uczuciami. Połowę genów otrzymujemy od mamy, połowę od taty, tak jak nasze rodzeństwo. Potem połowę własnych genów przekazujemy dzieciom. W porównaniu do długości życia ludzkiego organizmu - geny są niemal wieczne, wiernie replikują się w kolejnych pokoleniach (choć zdarzają się mutacje). "W długim okresie wszyscy będziemy martwi", przetrwają tylko kopie naszych genów.

piątek, 17 grudnia 2010

ZŁODZIEJKA

Tytuł: Złodziejka (Fingersmith)
Autorka: Sarah Waters
Pierwsze wydanie: 2002
Tłumaczenie: Magdalena Gawlik-Małkowska

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
ISBN: 978-83-7469-461-2
Stron: 464

Ocena: 2+/5

Zaczęłam już wczoraj pisać o "Samolubnym genie" Dawkinsa, ale dziś nie jestem w stanie skupić się na tak poważnej tematyce, więc opiszę swoje wrażenia po lekturze "Złodziejki" Sarah Waters. 

Gdyby autorka poprzestała na napisaniu części pierwszej, liczącej ok. 150 stron, to "Złodziejka" byłaby niezłym krótkim czytadłem z intrygującym zakończeniem. Niestety powstały jeszcze dwie kolejne części (wszystkie mieszczą się w jednym tomie), w których występuje więcej niespodziewanych i nieprawdopodobnych zwrotów akcji niż w kilku sezonach "Mody na sukces" razem wziętych. No, może trochę przesadziłam, ale nie aż tak bardzo. 

Mamy rok 1862. Siedemnastoletnia Susan Trinder mieszka w Londynie u pani Sucksby, która zajmuje się dziewczynką niemal od dnia jej narodzin, ponieważ matkę Sue powieszono za morderstwo. To środowisko złodziejaszków, paserów i żebraków, od których Susan uczy się kilku pożytecznych sztuczek. Pewnego zimowego wieczoru składa im wizytę Dżentelmen - młody i przystojny uwodziciel, hazardzista i oszust, podobno wywodzący się z bogatej rodziny, która się go wyrzekła - i składa jej intratną propozycję. Otóż planuje on uwieść i poślubić pannę Maud Lilly, również siedemnastolatkę i sierotę, przebywającą pod opieką wuja - naukowca w ponurym domostwie na odludziu. Co prawda dziewczyna nie jest zupełnie zdrowa psychicznie (jej matka leczyła się w zakładzie dla obłąkanych), ale odziedziczy spory majątek. Susan ma zostać jej pokojówką i pomóc Dżentelmenowi w realizacji jego niecnych planów, oczywiście nie za darmo.
W części pierwszej narratorką jest Susan, druga opowiada o tych samych wydarzeniach, ale z perspektywy Maud, trzecia traktuje o dalszych losach wszystkich bohaterów. 

Wiktoriańska Anglia jest w "Złodziejce" ukazano dość ciekawie,  Sarah Waters oprowadza czytelnika po przeróżnych jej zakątkach: niebezpiecznych zaułkach Londynu, dziupli pasera, ponurym niszczejącym dworze, szpitalu psychiatrycznym, ale jednak w porównaniu np. ze "Szkarłatnym płatkiem i białym" Fabera wypada to wszystko cokolwiek blado. Również styl pisarki pozostawia, moim zdaniem, trochę do życzenia.
O ile w pierwszej i drugiej części udało jej się nieco zróżnicować sposób mówienia Sue - drobnej złodziejki i analfabetki "awansowanej" nagle na pokojówkę, oraz Maud, która odebrała, co prawda, nieco "nietypowe" wykształcenie, ale jednak była damą, o tyle w trzeciej części chyba zupełnie o tym zapomniała.
Uczucie, relacja między głównymi bohaterkami są całkiem wiarygodnie i subtelnie ukazane, ale już tzw. portrety psychologiczne każdej z nich osobno są miejscami niedopracowane, niekonsekwentne, dlatego Sue i Maud nie zdobyły mojej sympatii, mimo że zwykle kibicuję kobietom uciskanym i krzywdzonym przez brutalny męski świat. Sarah Waters właściwie opisała miejsce kobiety w patriarchalnym wiktoriańskim społeczeństwie, ale nie była pierwsza, a poza tym inni zrobili to, jak sądzę, lepiej.

Przesadny melodramatyzm ostatniej partii "Złodziejki" zupełnie przyćmił, niestety, nieliczne zalety tej powieści. Podsumowując: odradzam.