Impresje

poniedziałek, 14 lutego 2011

PRZEKLEŃSTWO ADAMA. PRZYSZŁOŚĆ BEZ MĘŻCZYZN - część I

Tytuł: Przekleństwo Adama. Przyszłość bez mężczyzn (Adam's Curse. A Future Without Men)
Autor: Bryan Sykes
Tłumaczenie: Zofia Łomnicka
Pierwsze wydanie: 2003

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
ISBN: 978-83-7469-633-3
Stron: 243

Ocena: 3+/5


Narzekałam niedawno na treść blurba zamieszczonego na jednej z książek wydanych przez Prószyński i S-ka, więc teraz dla równowagi pochwalę tę firmę za serię "Na ścieżkach nauki". W ramach tego cyklu od 1995 roku publikowane są książki autorstwa znanych i cenionych na całym świecie naukowców, popularyzujące różne dziedziny wiedzy, przy czym dominują raczej nauki ścisłe. Seria liczy już sobie kilkadziesiąt tytułów, ja przeczytałam dopiero trzy (łącznie z tym), ale mam zamiar się poprawić:).

"Przekleństwo Adama" wypożyczyłam, szczerze mówiąc, ze względu na intrygujący podtytuł: "Przyszłość bez mężczyzn". Skojarzył mi się z "Seksmisją" Machulskiego, który to film uważam za zabawny, mimo że jest tak straszliwie mizoginistyczny. Zastanawiałam się, jak Bryan Sykes, genetyk, profesor Uniwersytetu Oksfordzkiego, wyobraża sobie świat bez panów i co, według niego, miałoby doprowadzić do takiej sytuacji. Może kobiety odpłacą kiedyś mężczyznom za tysiąclecia poniżania i wykorzystywania i pewnego dnia jakoś się ich pozbędą? Zdaniem Sykesa jeśli będziemy wystarczająco cierpliwe (trzeba czekać, być może, 125 tysięcy lat), to panowie wyginą sami z siebie, a nasze sumienia pozostaną czyste:).

O tym autor pisze na samym końcu. Wcześniej dowiadujemy się, jak ustalono, co w przypadku człowieka determinuje płeć dziecka, dlaczego istnieje rozmnażanie płciowe i po co nam w ogóle dwie płcie. Sporo tu historii genetyki, ale wbrew pozorom to jest bardzo ciekawe, w każdym razie dla takich laików jak ja, którzy lekcje biologii na ogół przesypiali. Postaram się przytoczyć tu najważniejsze informacje, żeby usystematyzować i utrwalić sobie nowo zdobytą wiedzę;).

poniedziałek, 7 lutego 2011

Eeeee...

Boli mnie brzuch. Boli mnie gardło. Boli mnie głowa. Mam nadzieję, że to nie atak jakichś tajemniczych rotawirusów, które kilka dni temu napadły na moją chrześnicę. Nawet ciesząc się doskonałym zdrowiem bywam niemiła, a kiedy coś mi dolega, to... no cóż, lepiej nie wchodzić mi w drogę - potrafię zamarudzić takiego śmiałka niemal na śmierć. Wydaje mi się wtedy (tzn. na przykład dzisiaj), że cały świat powinien robić wszystko, aby ulżyć mym cierpieniom. P. już dość się dziś nasłuchał, więc postanowiłam powylewać swoje żale jeszcze tutaj.

Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. Potrzebowałam pokrzepiającej lektury, więc ponownie sięgnęłam po "Jonathana Strange'a i pana Norrella" Susanny Clarke. Nie pamiętam już teraz, dlaczego kiedyś oceniłam tę powieść tylko na 4+; obecnie wydaje mi się, że zasługuje na 5. 

Wciąż nie mogę się zabrać za omówienie "Atlasu chmur" Mitchella, ostatnio przeczytałam też "Przekleństwo Adama" Sykesa (ciekawa książka, nie powiem) i zaczęłam "Marsz Polonia" Pilcha (średnio mi się podoba). Przejrzałam też początek książki "Opowieść się rozpoczyna" Oza i dochodzę do wniosku, że ja chyba nie umiem czytać tak naprawdę, więc tym bardziej pisać o czytaniu nie powinnam.

W międzyczasie obejrzałam "Jak zostać królem" i "Prawdziwe męstwo". Oba filmy mi się podobały, nawet bardzo, choć żadnego z nich nie nazwałabym arcydziełem. "Jak zostać królem" jest świetnie zagrany, ale scenariusz wydał mi się trochę za schematyczny, uładzony, polukrowany, wyzbyty wszelkich niejasności. W "Prawdziwym męstwie" zauroczyły mnie przede wszystkim zdjęcia. W najbliższym czasie mam zamiar zobaczyć jeszcze "Czarnego łabędzia". 

sobota, 5 lutego 2011

JĄDRO CIEMNOŚCI

Tytuł: Jądro ciemności (Heart of Darkness)
Autor: Joseph Conrad
Tłumaczenie: Aniela Zagórska
Pierwsze wydanie: 1899

Wydawnictwo Literackie
ISBN: 83-08-02597-8
Stron: 135

Ocena: 5/5

To pierwsza lektura w ramach Klubu czytelniczego (od 25 lutego rozmawiamy o "Malowanym ptaku" Kosińskiego), pisałam już sporo o tym utworze na blogu Anny, ale chcę jeszcze i tu o "Jądrze ciemności" wspomnieć, żeby pod koniec roku mi się statystyki zgadzały;).

Miałam na to opowiadanie ochotę już od jakiegoś czasu, choć obawiałam się trochę, że okaże się strasznym nudziarstwem. Kilkanaście lat temu siostra narzekała na przerabianego w szkole "Lorda Jima" i zraziła mnie do twórczości Conrada. Może rzeczywiście w wieku nastu lat trudno docenić jego pisarstwo?

W "Jądrze ciemności" najbardziej podobały mi się: nastrój, relacja między Marlowem i Kurtzem, symboliczność i niejednoznaczność. 

Marlow snuje opowieść o swojej podróży w głąb Afryki, którą odbył jako kapitan rzecznego parowca należącego do firmy handlującą kością słoniową. Wspomnieniami dzieli się z kilkoma przyjaciółmi (?), z którymi wyruszy następnego dnia na jakąś morską wyprawę niewielkim jachtem. Na jego pokładzie czekają na odpływ gdzieś w pobliżu ujścia Tamizy. Za nimi - Londyn, przed nimi - "przestwór oceanu". Po pogodnym dniu zaszło słońce, wokół ścieliła się mgła, zapalono światła na brzegach i na mijających ich statkach. 
Opowieść o afrykańskich tropikach, dzikiej, obezwładniającej dżungli i umierających z wycieńczenia tubylcach musiała się w tych okolicznościach wydać towarzyszom Marlowa nieco egzotyczna. Marlow przypomniał im, że przed wiekami stara, dobrze znana Tamiza musiała się wydawać Rzymianom równie tajemnicza i niepokojąca jak współczesnym Europejczykom rzeka Kongo.

Natomiast Kurtz uchodziłby za osobę niezwykłą w każdych realiach i w każdej epoce. Na blogu Anny napisałam:
"Kurtz był postacią bardzo charyzmatyczną, wszechstronnie uzdolnioną, wywierał na ludziach silne wrażenie nawet na odległość i nawet po śmierci. Do Afryki wybrał się przede wszystkim dla pieniędzy, ale pojechał tam przepełniony szczytnymi ideałami, które zamierzał wcielić w życie.
Marlow uważał, że tylko idea i prawdziwa, “altruistyczna wiara w tę ideę” może odkupić zło wyrządzone przez kolonializm. Sądzę, że zaaplikował sobie taki pogląd, żeby jakoś znosić, jakoś sobie wytłumaczyć codzienność wypełnioną widokiem bezsensownej śmierci, brutalnej przemocy, niekończących się absurdów. Marlow nie mógł się doczekać spotkania z Kurtzem, bo spodziewał się, że na zarządzanej przez niego stacji będzie wreszcie inaczej, będzie normalnie. Nie było, było gorzej niż gdzie indziej.
A jednak nawet po latach uważał go za człowieka wybitnego, choć z obłąkaną duszą. Ostatnie słowa Kurtza zinterpretował w sposób dla umierającego najpochlebniejszy, najlitościwszy, choć było tyle innych możliwości".
Oczywiście możliwe jest, że ja niewłaściwie zinterpretowałam interpretację Marlowa:).

Mnie się ta wyprawa wydała podróżą w głąb ludzkiej natury. Autochtoni przypominali Marlowowi prehistorycznych przodków współczesnych białych ludzi. Gardził ich prymitywizmem. Pociągały go ich rytuały. Czy jednak kolonizatorzy okazali się bardziej cywilizowani? No właśnie że nie. Wieki postępu we wszystkich dziedzinach nauki i kultury nie zdołały przezwyciężyć "dzikiej" natury człowieka. Używanie strzelb i karabinów jest przecież tak samo okrutne jak wypuszczanie z gąszczów zatrutych strzał. Chyba to właśnie przestraszyło Marlowa (a wcześniej może też Kurtza): zło czające się gdzieś w nim samym, ciemność skupiona w zakamarku jego serca.


Poznałam "Jądro ciemności" w tłumaczeniu Anieli Zagórskiej, spokrewnionej z Conradem. Podobało mi się, choć czytałam, że zawiera "nalot młodopolski". Zamierzam jednak sięgnąć  kiedyś w przyszłości po inne przekłady, ciekawa jestem zwłaszcza nowego tłumaczenia Jędrzeja Polaka.


Zacytowałabym tu najchętniej z jedną czwartą utworu, ale ograniczę się z konieczności do jednego zdania:
Żyjemy tak, jak śnimy - samotni... [str. 48]

środa, 2 lutego 2011

STEPHEN KING NA WIELKIM EKRANIE

Tytuł: Stephen King na wielkim ekranie (Stephen King goes to the movies)
Autor: Stephen King
Tłumaczenie: Maciejka Mazan, Michał Wroczyński, Arkadiusz Nakoniecznik, Zbigniew A. Królicki

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
ISBN: 978-83-7648-096-1
Stron: 479


Pierwsze wydanie: Przyszedł czas na lżejszą lekturę, a omawiana tu książka była akurat pod ręką - wygrałam ją kiedyś w jakimś internetowym konkursie. Czytałam ledwie kilka utworów Stephena Kinga ("Carrie", "Smętarz dla zwierzaków", "Miasteczko Salem", "Cztery pory roku") i mniej lub bardziej, ale mi się podobały, zwłaszcza "Smętarz". Nie twierdzę, że ten autor ma jakiś szczególnie dobry styl - powiedziałabym, że co najwyżej średni (choć nie czytałam jego nowszych książek, może coś się zmieniło) - ale ja lubię taki trochę rozwlekły sposób opowiadania historii.

Zwykle tego nie robię, tym razem jednak zacytuję opis, jaki wydawnictwo zamieściło na skrzydełku okładki:
Po raz pierwszy zebrano w jednym tomie pięć słynnych opowiadań Stephena Kinga,
Co z tego, skoro - jak nawet zaznacza wydawnictwo - każde z nich ukazało się już wcześniej w innych zbiorach wydanych w Polsce? 80% z nich jest znane chyba tylko koneserom twórczości tego pisarza.
których ekranizacje zdobyły uznanie krytyków i milionów widzów na całym świecie.
"Skazani na Shawshank" - tu się zgodzę. Reszty adaptacji filmowych nie widziałam, ale sprawdziłam ich oceny na filmwebie i na imdb - od miażdżących po średnie.
Są to również ulubione filmy samego autora.
Taaak. Na ostatniej kartce, tuż przed spisem treści, podano tytuły dziesięciu adaptacji filmowych, które King ceni najbardziej. W owym spisie znajdują się tylko dwa spośród wydanych w tym zbiorze opowiadań: "1408" i "Skazani na Shawshank".
Przed każdym z tekstów czytelnik znajdzie krótki, fascynujący komentarz pisarza, osobisty i pełen informacji spoza planu filmowego.
Potwierdzam tylko, że teksty są krótkie, do półtorej strony. Odnoszę wrażenie, że ich na ich stworzenie King poświęcił co najwyżej pół godziny. Dowiadujemy się, która ekranizacja podobała mu się, a która nie. Tyle. 

Ja rozumiem, że w blurbach trochę się koloryzuje, ale wszystko powinno mieć swoje granice... 
Poszczególne opowiadania różnią się między sobą tematyką, długością i przede wszystkim - jakością, dlatego każde z nich omówię osobno.