UWAGA: tekst zawiera spoilery!
Tytuł: Zakręty losu
Autorka: Agnieszka Lingas-Łoniewska
Pierwsze wydanie: 2010
Wydawnictwo: Novae Res
ISBN: 978-83-7722-073-3
Stron: 342
Ocena: 1/5
Osoby, których opinie cenię, mieszały twórczość Agnieszki Lingas-Łoniewskiej z błotem, więc nie zamierzałam tracić czasu na czytanie jej książek. Zmieniłam zdanie pod wpływem dyskusji wywołanej wpisem maiooffki, która skrytykowała jedną z powieści tej autorki ("Bez przebaczenia"). Dyskusja rozlała się m.in. na forum carpelibros (wypowiedzi z kwietnia) i facebookowy profil Magdaleny Kordel (tutaj i tutaj).
Pani Kordel zasugerowała, że tacy ludzie jak ja powinni mieć zakaz czytania. Przywołała na tę okazję słowa Tadeusza Boya-Żeleńskiego, który porównał krytyka do eunucha - "obaj wiedzą jak, żaden nie potrafi". Akurat Boy z powodzeniem pisał i krytykował. Ja poprzestaję na czytaniu i publikowaniu swoich opinii i wrażeń.
Postanowiłam przyjrzeć się bliżej twórczości obu autorek. Zaczynam od Agnieszki Lingas-Łoniewskiej wyłącznie dlatego, że na jej powieść krócej czekało się w mojej bibliotece, ale i dla Magdaleny Kordel znajdę kiedyś czas.
Już sam blurb (będący streszczeniem opisu książki znajdującego się na blogu autorki) zwiastuje literacką katastrofę:
Postanowiłam przyjrzeć się bliżej twórczości obu autorek. Zaczynam od Agnieszki Lingas-Łoniewskiej wyłącznie dlatego, że na jej powieść krócej czekało się w mojej bibliotece, ale i dla Magdaleny Kordel znajdę kiedyś czas.
Już sam blurb (będący streszczeniem opisu książki znajdującego się na blogu autorki) zwiastuje literacką katastrofę:
Dramat sensacyjny opowiadający o życiu pełnym pokus, zagrożeń, zgubnych nałogów, fałszywych idei, mafii i wielkiej miłości.Pierwsza część trylogii o braciach Borowskich, pełna wzruszeń, łez i namiętności. Poznajemy Krzysztofa Borowskiego, adwokata broniącego bossów narkotykowej mafii, Katarzynę Kochańską, prokurator oskarżającą w procesie zorganizowanej grupy przestępczej, Łukasza „Lukasa” Borowskiego, starszego brata Krzysztofa, od najmłodszych lat działającego w mafijnych strukturach oraz Małgorzatę Filipiak – dziewczynę, której tragiczny los na zawsze odbił się rykoszetem na życiu pozostałej trójki.Co jest dla nich najważniejsze? Na nowo odzyskane uczucie czy braterska miłość? A może etyka zawodowa i wiara w słuszność podejmowanych decyzji? Rozwiązanie wcale nie jest oczywiste, a co najważniejsze... bezpieczne.
Los odbijający się rykoszetem. Przedszkolak należący do struktur mafijnych. Właściwie mogłabym już nic więcej nie pisać, ale autorki domagają się rzeczowej krytyki. Dysponuję jeszcze wieloma dowodami na to, że przynajmniej jedna z nich to grafomanka, i nie zawaham się przedstawić większości:).
Fabuła nie należy, łagodnie mówiąc, do oryginalnych. Kaśka i Krzysiek. Nastoletnia miłość od pierwszego wejrzenia. Kaśka jest przyszywaną siostrą Gośki, dziewczyny Krzyśka. Krzysiek zrywa z Gośką, która wraca w ramiona jego starszego brata, Łukasza, handlarza narkotyków, z którym już wcześniej była związana. Wraca też do nałogu, ląduje na dnie i umiera, do czego walnie przyczynia się Łukasz. Kaśka ma wyrzuty sumienia, przypuszcza, że Gośka żyłaby nadal, gdyby Krzysiek z nią nie zerwał. Wyjeżdża na studia do Warszawy i całkowicie zrywa kontakt ze swoim ukochanym. Po trzynastu latach wraca do Wrocławia i przypadkowo styka się z Krzyśkiem na sali sądowej. Ona oskarża członków narkotykowego gangu, on ich broni. Znów są razem. Szantażuje ich mafia.
Przełknęłabym może łatwiej ograne schematy i przewidywalność, gdyby nie niechlujność autorki, która nie dopilnowała sprawy podstawowej: zwykłej logiki wydarzeń i jakiej takiej konsekwencji w postępowaniu bohaterów.
Przełknęłabym może łatwiej ograne schematy i przewidywalność, gdyby nie niechlujność autorki, która nie dopilnowała sprawy podstawowej: zwykłej logiki wydarzeń i jakiej takiej konsekwencji w postępowaniu bohaterów.
I tak powieść zaczyna się od przeprowadzki osiemnastoletniej Katarzyny Matczak i jej ojca do domu jego nowej żony Anny Filipiak i jej córki Gośki. Kaśka właściwie od początku popierała nowy związek taty, a jednak teraz jest bardzo zdziwiona, że postanowił zamieszkać razem z Anką. I to w większym domu za miastem. Ja się dziwię, że zrobili to dopiero jakiś czas po ślubie, o którym zresztą wypadałoby wspomnieć choćby w retrospekcji - dla Kaśki musiał to być przecież dzień obfitujący w traumatyczne przeżycia.
Na początku książki dowiadujemy się, że jedną z przykrych konsekwencji przeprowadzki z centrum na przedmieścia będą rzadsze spotkania Kaśki z najlepszą koleżanką Ewką. Dziewczyna nie pojawia się w powieści już ani razu. Dodam nawet, wybiegając nieco w przyszłość, że świadkiem na ślubie Kaśki i Krzysztofa została Sylwka, którą nasza bohaterka znała zaledwie przez kilka miesięcy, a nie Ewka, z którą "kumplowała się od niepamiętnych czasów".
Domy Filipiaków i Borowskich znajdowały się bardzo blisko siebie, więc jak to możliwe, że Gośka poznała Łukasza Borowskiego dopiero na dyskotece?
U Filipiaków znajdowały się co najmniej dwa stacjonarne aparaty telefoniczne, ale - jak można wywnioskować z książki - tylko jeden numer. Krzysiek na pewno go znał, bo chodził z Gośką, a jednak na stronie 41 prosi Kaśkę o numer telefonu, choć już wie, że ona mieszka w domu jego byłej dziewczyny.
Najbardziej niekonsekwentnie zbudowanym bohaterem jest Łukasz. Z zimną krwią doprowadza Gośkę do samobójstwa, a potem nosi kwiatki na jej grób i wyznaje, że ją kochał? Bzdura.
Kompletnie niezrozumiały jest nagły wyjazd Kaśki do Warszawy i poprzedzająca go rozmowa z Krzyśkiem. Dlaczego nie wyjaśniła mu swojej decyzji, dlaczego nagle przestała mu ufać (choć rzekomo wciąż go tak bardzo kochała), dlaczego przez trzynaście lat się z nim nie skontaktowała? Pewnie dlatego, że autorka potrzebowała tego, żeby poprowadzić akcję drugiej części.
Toczy się ona trzynaście lat później, ale mentalnie nasza para pozostaje na poziomie, jaki reprezentowała w liceum. Tylko seks im w głowie. Rekordy bije Krzysiek, który dobrze wie, że mafiozi chcą i są w stanie skrzywdzić jego ukochaną, ale nie robi absolutnie nic, żeby ją chronić, zastanawia się tylko nad wycofaniem się ze sprawy.
Mogłabym tak jeszcze długo. Jako podsumowanie tego wątku recenzji dwa krótkie cytaty:
Wcześniej mieszkali w centrum miasta i tak naprawdę nie miała gdzie biegać. Oczywiście robiła to pomiędzy starymi kamienicami, przebiegając na światłach przez zatłoczone ulice. [str. 14]
Nazajutrz wstała wcześnie, bo z nerwów nie mogła spać. Nie żeby szczególnie się stresowała, traktowała to jako kolejne doświadczenie życiowe. [str. 34]
Brak logiki to niejedyna wada fabuły "Zakrętów losu". Zapowiadany w blurbie wątek sensacyjny pojawia się właściwie dopiero w drugiej części książki, ale i tak w całej powieści dominuje związek Kaśki i Krzyśka. Lingas-Łoniewska sugeruje, że połączyła ich wielka miłość, wydaje mi się jednak, że chodziło raczej o nimfomanię i satyriasis.
Autorka od czasu do czasu przebąkuje, że przygotowują się do matury, że on interesuje się historią starożytną i muzyką, a ona zbiera muszle i gra w kosza, a w drugiej części - że przygotowują się do ważnej rozprawy w sądzie; głównie jednak uprawiają seks, względnie - wyobrażają to sobie. Opisy scen łóżkowych są drobiazgowe, dosadne i liczne (stosowne cytaty można znaleźć w biblionetce). Do fabuły wnoszą niewiele, a w końcu zaczynają nużyć. Zdaje się (patrz: wspomniany już wpis maiooffki), że Lingas-Łoniewska uczyniła z nich swój znak firmowy. No cóż, fatalny styl to zbyt mało, żeby się dziś wyróżnić z tłumu ludzi publikujących książki.
Ale i na tym polu autorka odniosła niewątpliwy sukces. Strach pomyśleć, że można ukończyć filologię polską [źródło] i konstruować takie zdania:
[Trening] Pozwalał jej utrzymać formę i potem na boisku dawał olbrzymie możliwości pokazania jej talentu. [str. 14]
Odwróciła wzrok, bo poczuła, że gapi się na niego jak jakaś niedorozwinięta. [str. 15] Oj, nie wypada stosować takich porównań.
Był ubrany w ten sam strój do jazdy, który nader wyraźnie ukazywał jego świetnie rozwinięte mięśnie. [str. 19]
Muzyka zwolniła i dziewczyna chciała uciec, ale pociągnął ją w stronę przeszklonego tarasu, na którym tańczyły pary. A raczej całowały się, tańcząc albo na odwrót. [str. 28]
Poza tym pomyśl, co ty chcesz, a nie cały świat dookoła. [str. 38]
Gdy wróciła do domu i weszła na górę, zmierzając do siebie, usłyszała jakieś głośne krzyki dochodzące z pokoju Gośki. Potem ktoś włączył dudniącą muzykę i już nie było nic słychać. [str. 46]
(...) uśmiechnęła się samymi ustami, podczas gdy jej oczy pozostały nieruchome, aż wydawały się być martwe. (str. 66)
(...) mylisz się w ocenie co do mojej osoby! (str. 80)
Ale byli już dorośli i nikt już nie mógł im stanąć na przeszkodzie do bycia razem. Jednak los układa się tak, jak sam chce. Tak miało być i tym razem, kiedy dał o sobie znać, przyjmując postać dzwoniącej komórki Krzyśka. [str. 230]
Lingas-Łoniewska ma swoje ulubione zwroty i epitety, co samo w sobie niczym złym nie jest, ale niektóre z nich pojawiają się w powieści - w różnych kontekstach - zbyt często: "aż do granic możliwości", "aż do granic wytrzymałości", "gula w gardle", "dwukolorowe oczy". Po przeczytaniu "Zakrętów losu" długo będę odczuwała silną awersję do słów "delikatny", "delikatnie" i "śliczna". Tu nawet party jest delikatne.
Do tego dochodzą wyrażenia w rodzaju: "podał jej rękę, uzbrojoną w rękawiczkę bez palców" (str. 15), "w jego kamiennym spojrzeniu" (str. 196), "jego oczy rzucały błyskawice" (str. 197).
Dialogi wydawały mi się sztuczne, przede wszystkim z powodu wylewającej się z nich egzaltacji. To wrażenie pogłębiał jeszcze sposób, w jaki bohaterowie zwracali się do siebie. Przecież w rozmowie w cztery oczy nie trzeba każdej swojej wypowiedzi zaczynać od imienia interlokutora, w takich sytuacjach normalni ludzie mówią do siebie per "ty". Poza tym zwracanie się do kogoś "panie Matczak" jest nieoprawne i niegrzeczne, o czym Krzysiek powinien wiedzieć jako pedant, chodzący ideał i wyrobiony syn "członków palestry adwokackiej".
Fabuła jest schematyczna, bo tacy są też bohaterowie.
ONA jest, oczywiście, śliczną i inteligentną dziewczyną, która "zawsze mówiła to, co myślała, i często po fakcie zastanawiała się nad sensem wypowiedzianych słów". W dodatku wysportowaną, "gdyż od czterech lat trenowała koszykówkę, jeżdżąc na różne zawody i zgrupowania".
ON jest, oczywiście, równie przystojny i inteligentny. "Ubrany w niebieskie dżinsy, białą bluzę z kapturem i sportową kurtkę, wyglądał jak chodząca reklama kolekcji dla pewnych siebie młodych mężczyzn, do których świat należy". [str. 43] Jest pierwszym i jedynym mężczyzną w JEJ życiu, w trakcie trzynastoletniej rozłąki ONA nawet nie spojrzy na innego, otoczenie podejrzewa, że jest lesbijką. ON co prawda sypia z wieloma kobietami przed ich pierwszym spotkaniem i potem, po JEJ wyjeździe do Warszawy, ale tak naprawdę kocha tylko JĄ. Celibat dla kobiety, seks z tabunami pięknych kobiet dla mężczyzny - zauważam tu pewną nierównowagę i niesprawiedliwość.
Gośka, główna adwersarka Kaśki, też jest piękna, ale jednocześnie głupia, fałszywa, egoistyczna i mściwa. Macocha naszej bohaterki niby jest w porządku, ale gdy przychodzi co do czego, obwinia Kaśkę za postępki swojej córki, poza tym kłamie i jest niezrównoważona. Powieść byłaby znacznie ciekawsza, gdyby postaci były mniej czarno-białe, gdyby np. Kaśka musiała trochę powalczyć z Gośką o uczucie Krzyśka, gdyby on się wahał, którą z nich wybrać, gdyby o względy Kaśki zabiegał jego przyjaciel, gdyby w ciągu tych trzynastu lat któreś z nich założyło rodzinę. Może w następnych tomach, które ukażą się jeszcze w tym roku, Lingas-Łoniewska zrezygnuje z choćby części opisów erotycznych akrobacji na rzecz prawdziwej akcji, dramatu i sensacji.
"Zakręty losu" to jedna z najgorzej napisanych książek, jakie kiedykolwiek czytałam. I nie chodzi tu o jakieś moje prywatne obiekcje, subiekcje czy animozje - podałam dosyć rzeczowych, konkretnych argumentów uzasadniających moją opinię. Powieść Agnieszki Lingas-Łoniewskiej może przypaść do gustu nieletnim dziewczętom, które kontakt ze słowem pisanym utrzymują wyłącznie dzięki lekturze "Bravo Girl" czy innego "Twista", ale nikomu więcej nie powinna.




