Impresje

czwartek, 27 maja 2010

NOCNY PATROL

Tytuł: Nocny Patrol
Autor: Siergiej Łukjanienko
Pierwsze wydanie: 1998
Tłumaczenie: Zbigniew Landowski
Wydawnictwo "Książka i Wiedza"
ISBN: 83-05-13271-4
Stron: 355


Ocena: 3+/5

Wstyd się przyznać, ale do niedawna przeczytane przeze mnie książki rosyjskich pisarzy można policzyć na palcach jednej ręki: "Mistrz i Małgorzata" Bułhakowa, "Zbrodnia i kara" Dostojewskiego, "Martwe dusze" Gogola, "Pelagia i biały buldog" Akunina oraz "Timur i jego drużyna" Gajdara (!). W ciągu kilku ostatnich dni lista ta wydłużyła się o dwie pozycje.

W powieści Siergieja Łukjanienki oprócz naszego świata istnieje jeszcze Zmrok, do którego wstęp mają nieliczni Inni. Pozornie nie różnią się niczym od zwykłych śmiertelników, mają jednak pewne nadnaturalne zdolności, które mogą wykorzystać ze szkodą lub z korzyścią dla siebie i dla nas. Jaśni, ci "dobrzy", czerpią Siłę z ludzkich radości i nadziei; Ciemni, "źli", karmią się naszym strachem i złością.
Każda ze stron, choć z różnych powodów, próbuje zdominować drugą, a kruchej równowagi między nimi pilnuje Inkwizycja, przy której ta hiszpańska to pikuś. Słudzy światła i słudzy Ciemności, w obawie, że wojny między nimi mogłyby zniszczyć świat, zawarli przed wiekami Wielki Traktat o rozejmie. Podeszli do tego w sposób racjonalny, wiedząc, że natury Innych, tak jak i ludzkiej, zmienić się nie da. Na mocy Traktatu Ciemni mają prawo do określonej ilości złych postępków, a Jaśni do takiej samej ilości dobrych uczynków. Przestrzegania zasad pilnują Patrole. Nocny składa się z sług Światła, którzy pracują przeważnie nocą, bo to wtedy najczęściej Ciemni realizują swoje prawa. W Dziennym pracują Ciemni, którzy pilnują, czy aby Jaśni nie przesadzają ze swoją dobrocią.
Jak już wspomniałam, między Dziennym i Nocnym Patrolem cały czas trwa, z powodu traktatowych ograniczeń nie otwarta, ale jednak - walka. Obie strony korzystają przy tym z wszelkich możliwych umiejętności swoich magów, artefaktów, proroctw, najnowszych osiągnięć techniki i potknięć przeciwnika. W rezultacie czasami bardzo trudno odróżnić Jasnych od Ciemnych.
W pierwszej części swojej (jak dotąd) tetralogii Łukjanienko opisuje relacje między moskiewskimi Patrolami. Głównym bohaterem jest mniej więcej trzydziestoletni Anton Gorodecki, Jasny mag o przeciętnej mocy. Przez pięć lat pracował w sztabie Nocnego Patrolu na stanowisku analityka i programisty, po czym przełożony postanowił przetestować go jako agenta operacyjnego. Powierzono mu z pozoru proste zadanie - znalezienie wampira, który zabijał bez licencji. Udało mu się, oczywiście je wykonać, ale podczas misji natknął się na kobietę, nad którą ciążyła klątwa o wyjątkowo niszczycielskiej sile. Od jej zneutralizowania zależą, ni mniej ni więcej, losy całego świata.
Tak zaczyna się pierwsza historia, a po niej następują dwie równie ciekawe.

***
Książkę tę dosłownie pochłonęłam. W wizji dwóch przeciwstawnych sił walczących o rząd dusz nie ma niby niczego odkrywczego, ale mimo to czytałam powieść z przyjemnością i rosnącym zainteresowaniem. Bardzo wciąga. Akcja pędzi na złamanie karku, nie ma zbyt wielu opisów, są to za to rozważania nad naturą dobra i zła oraz nad względnością obu tych sił.
Autorowi nie udało się co prawda uniknąć pewnej schematyczności przy konstruowaniu fabuły. W każdym opowiadaniu wszystko zdaje się zmierzać co najmniej ku końcowi świata, ale w finale okazuje się, że Ciemni albo Jaśni przeoczyli jakiś szczegół i katastrofy na razie nie będzie.
Zakończenia przypominały mi pod pewnymi względami kryminały Agathy Christie. Tutaj też okazuje się, że Anton (tylko on) już od pewnego czasu wszystkiego się domyślał i znał prawdę, ale czytelnik o tym nie wiedział, co jest o tyle dziwne, że to Anton jest w tej powieści pierwszoosobowym narratorem. W ogóle myślę, że Łukjanienko mógł tę postać trochę lepiej dopracować. A tak to Anton niby jest programistą, ale potrafi nadspodziewanie długo wytrzymać bez komputera (długo nawet jak na Innego, ale informatyka). Przez pięć lat był też analitykiem, ale w pracy poza biurem zupełnie o tym nie pamięta i działa niemal wyłącznie intuicyjnie.

Mimo tych drobnych wad polecam "Nocny patrol" wszystkim fanom powieści z wartką akcją. Bardzo dobrze się sprzedała, toteż powstały kontynuacje:
"Dzienny Patrol", napisany przez Łukjanienkę razem z Siergiejem Wasiliewem,
"Patrol Zmroku",
"Ostatni Patrol".
Czytałam, że Władimir Wasiliew napisał, tym razem samodzielnie,  "Patrolową" powieść pt. "Oblicze Czarnej Palmiry", która jest kontynuacją "Nocnego" i "Dziennego Patrolu".

***
W Polsce "Nocny Patrol" ukazał się najpierw nakładem wydawnictwa "Książka i Wiedza", w przekładzie Zbigniewa Landowskiego. Ostatnio książki Łukjanienki z tej serii wydaje MAG, w tłumaczeniu Ewy Skórskiej. Nie wiedziałam, że istnieją dwie wersje "Nocnego Patrolu", w każdym razie z biblioteki wypożyczyliśmy tę pierwszą.
Tłumaczenie nie jest tak tragiczne, jak to niektórzy twierdzą, ale zdarzają się zdania przetłumaczone z rosyjskiego chyba słowo w słowo. Można się zorientować, o co chodzi, ale takie rzeczy bardzo rażą, zwłaszcza że, jak chwali się wydawnictwo, jest to "trzynaście tysięcy sześćset siedemdziesiąta czwarta publikacja KiW". Drugim tom czytałam w przekładzie Ewy Skórskiej i tam takich wpadek nie ma.

Za korektę chyba nikt nie chciał wziąć osobistej odpowiedzialności, bo jako jej autora wskazano Zespół. Nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się podkreślać (ołówkiem) błędów w trakcie czytania, ale tutaj po prostu nie mogłam się powstrzymać. 

***
Każda poczytna powieść zostaje wcześniej czy później przeniesiona na ekran i tak też się stało sześć lat temu w przypadku "Nocnego Patrolu". Być może na moją ocenę tego filmu wpłynęło to, że obejrzałam go w dniu, w którym skończyłam czytać książkę. "Przed oczyma duszy mojej" miałam jeszcze własne wyobrażenia bohaterów, scenerii i fabuły, które w żaden sposób nie zgadzały się z wizją twórców filmu. 
Uważam, że "Nocna straż" to jakieś kompletne nieporozumienie. W tym filmie wszystkie budynki w Moskwie to obskurne rudery, Anton wygląda jak podpity żul, biuro Nocnego Patrolu przypomina prowincjonalny państwowy urząd sprzed 50 lat, efekty są kiepskie (to ma być Tygrysek?!)... Odwieczne zmagania sił Światła i Ciemności pokazano zbyt dosłownie - jedna z bitew miała się rozegrać w Langwedocji w 1342 roku. Co ma do tego Langwedocja? Nie wiem, może twórcom filmu marzyło się coś w rodzaju bitwy o Helmowy Jar z "Dwóch wież"? Cóż, pomarzyć zawsze można. Do damskich serc miał pewnie przemówić wątek Antona i Igora - jeśli o mnie chodzi, to się to nie udało.
Chwilami film miał całkiem fajny, mroczny klimat, ale niestety było w nim za dużo kiczu. No i nigdy wcześniej nie spotkałam się z tak nachalnym product placementem - wyjątkowo długi najazd kamery na telefon Nokia, a potem wszyscy piją kawę Nescafe. 
"Nocna straż" obejmuje tylko 1/3 fabuły książki, a zaczyna się sceną zaczerpniętą właściwie z "Dziennego Patrolu".

Filmu zdecydowanie nie polecam. Nakręcono również "Straż dzienną", ale nikomu nie uda się namówić mnie na jej obejrzenie.

***
My jesteśmy Inni.
Służymy różnym siłom,
Ale w Zmroku nie ma różnicy pomiędzy brakiem Ciemności
a brakiem Światła.
Wojna między nami może zniszczyć świat.
Podpisujemy Wielki Traktat o rozejmie.
Każda z jego stron będzie żyła wedle swoich praw,
Każda ze stron będzie miała swoje możliwości
Ograniczamy swoje możliwości i prawa.
My - Inni
My stwarzamy Nocny Patrol
By siły Światła obserwowały siły Ciemności.
My - Inni.
My stwarzamy Dzienny Patrol.
By siły Ciemności obserwowały siły Światła.
Czas rozsądzi nas.

[str. 78-79, interpunkcja oryginalna, choć, jak widać, bardzo niekonsekwetna]


wtorek, 25 maja 2010

CUDOWNI CHŁOPCY

Tytuł: Cudowni chłopcy
Autor: Michael Chabon
Pierwsze wydanie: 1995
Tłumaczenie: Andrzej Jankowski

Wydawnictwo: Rebis
ISBN: 83-7301-356-3
Stron: 327

Ocena: 4-/5

Spodobała mi się ekranizacja, więc sięgnęłam po powieść. Film miał premierę w 2000 r., wyreżyserował go niejaki Curtis Hanson, autorem scenariusza był Steve Kloves, a główne role zagrali Michael Douglas, Tobey Maguire, Robert Downey Jr., Frances McDormand i Katie Holmes. Siłą rzeczy podczas lektury stale porównywałam książkę z filmem.

 Treść powieści i filmu jest bardzo zbliżona, przynajmniej jeśli chodzi o główne wątki, z tym że w książce cała ta historia jest jednak trochę bardziej gorzka. Profesor Grady Tripp pracuje na wydziale literatury angielskiej Uniwersytetu Pittsburskiego i prowadzi warsztaty pisania opowiadań. Jest autorem trzech powieści, za ostatnią otrzymał nawet nagrodę Pen Clubu. Po tym sukcesie wydawnictwo wypłaciło mu wysoką zaliczkę na poczet czwartej książki: "Wonder boys". Minęło jednak już kilka lat, a Trippowi nie udało się jej dokończyć. Nie chodzi o brak weny, można nawet mówić o jej nadmiarze - powieść liczy sobie już ponad dwa i pół tysiąca stron, wątki i opisy wciąż się mnożą, istnieje pięć alternatywnych wersji zakończenia. Być może w pisaniu Grady Tripp szuka ucieczki przed innymi problemami. Ewidentnie z jego winy rozpada się jego trzecie małżeństwo. Podkochuje się w jednej ze swoich uczennic. Nie stroni od marihuany. Ma romans z Sarą Gaskell, rektorką uniwersytetu, która jest jednocześnie żoną jego przełożonego i która właśnie mu oznajmiła, że jest w ciąży. Jego wydział organizuje Turniej Słowa, na który zjedzie sporo ludzi z branży (w tym pisarze, którym się powiodło). Wśród nich będzie Terry Crabtree - przyjaciel Trippa i jednocześnie jego redaktor, który będzie chciał rzucić okiem na "Wonder boys". Do tego wszystkiego Tripp martwi się o swojego najzdolniejszego studenta, Jamesa Leera - podejrzewa, że chłopak zamierzał popełnić samobójstwo.

Sporo tych nieszczęść, ale Grady Tripp nie jest żadnym współczesnym Hiobem, ani do tego miana nie pretenduje. Zdaje sobie sprawę, że za taki stan rzeczy odpowiada on sam, a sumienie ucisza kilka razy dziennie za pomocą jointa albo kodeiny. Towarzystwo Crabtreego i Leera sprawia, że jego sytuacja wydaje mu się jeszcze bardziej absurdalna niż zwykle i przez to mniej ponura.
Akcja powieści obejmuje kilka dni, w czasie których Tripp będzie musiał podjąć kluczowe decyzje dotyczące dalszego rozwoju jego kariery pisarskiej i życia osobistego albo na wieki pozostać "cudownym" chłopcem. 

Wątek problemów z pisaniem jest częściowo autobiograficzny. Michael Chabon po sukcesie swojej pierwszej powieści "The Mysteries of Pittsburgh", następną pisał przez 5 lat i nigdy jej nie ukończył. Połowę zaliczki musiał oddać żonie, która w tym okresie się z nim rozwiodła. Część swoich doświadczeń z pewnością przekazał profesorowi Trippowi.

***

"Cudowni chłopcy" to typowa amerykańska powieść obyczajowa. Ciekawa historia, dobrze skonstruowani i oryginalni bohaterowie. Główna postać ukazana w momencie dla siebie przełomowym, w którym może wszystko naprawić albo wszystko zepsuć. Mamy tutaj pierwszoosobową narrację; Grady Tripp opisuje siebie z dystansem i autoironią (w końcu jest przeważnie upalony), więc czytelnik nie popada w trakcie lektury w minorowy nastrój. 

Michael Chabon ma na pewno duży talent do opowiadania. Podobały mi się plastyczne opisy postaci i miejsc, zwłaszcza że autor niejednokrotnie stosował ciekawe metafory (żeby zrozumieć niektóre z nich, musiałam poszperać w słownikach). 

Podsumowując: polecam. I książkę, i film. Chętnie przeczytam też inne powieści tego autora, zwłaszcza "Związek żydowskich policjantów". 

***   ***   ***
Płaszcz był jego znakiem firmowym. Była to nieprzemakalna specjalność sklepu z używanymi rzeczami, z kraciastą flanelową podszewką i szerokimi klapami, i wyglądała, jakby przez wiele lat starała się chronić przed deszczem zgarbione plecy licznych ciężkich przypadków, włóczęgów i zwykłych meneli. Wydzielała odór dworca autobusowego tak wymarłego, że wystarczyło stanąć obok Jamesa Leera, aby poczuć, jak twój los zmienia się na gorsze. [str. 48]

Kiedy obaj mężczyźni kierowali swój ładunek ku męskiej toalecie, Crabtree spojrzał przypadkiem w moją stronę. Uniósł brwi i mrugnął do mnie. Chociaż była dopiero dziewiąta, wykonał już jeden obrót na farmakologicznym kole, do którego przywiązał się na ten wieczór, ukradł tubę i uraził transwestytę, a teraz jego kompani zaczynali, z radością i tupetem, rzygać. Był to z całą pewnością wieczór w stylu Crabtreego. [str. 80-81]

Uśmiechnąłem się. Przypuszczałem, że przejawia coś, co ludzie obecnie nazywają, z miażdżącą dezaprobatą, wyparciem. Zawsze trudno mi było odróżnić wyparcie od tego, co dawniej zwano nadzieją. [str. 161]

Szedłem do domu Gaskellów wzdłuż złowrogiego żelaznego ogrodzenia. Był chłodny wiosenny wieczór w nadrzecznym mieście u podnóża gór. W powietrzu unosiła się drobna mgiełka. Wszystkie światła lamp na ulicy otoczone były łagodnymi aureolami, jakby rozmazał je kciukiem sentymentalny pastelista. Nadal dźwigałem tubę, z tego tylko powodu, że w mojej ówczesnej sytuacji mogła ujść za dobrego kompana. To inny sposób powiedzenia, że była wszystkim, co miałem. [str. 314]

sobota, 22 maja 2010

Kobieta w literaturze III

Gustaw
(...)
(Mocniej, gniewny)
Kobieto! puchu marny! ty wietrzna istoto!
Postaci twojej zazdroszczą anieli,
A duszę gorszą masz, gorszą niżeli!...
Przebóg! tak ciebie oślepiło złoto!
I honorów świecąca bańka wewnątrz pusta!
Bodaj!... Niech, czego dotkniesz, przeleje się w złoto;
Gdzie tylko zwrócisz serce i usta,
Całuj, ściskaj zimne złoto!
Ja, gdybym równie był panem wyboru,
I najcudniejsza postać dziewicza,
Jakiej Bóg dotąd nie pokazał wzoru,
Piękniejsza niźli aniołów oblicza,
Niźli sny moje, niźli poetów zmyślenia,
Niźli ty nawet... oddam ją za ciebie,
Za słodycz twego jednego spojrzenia!
Ach, i gdyby w posagu
Płynęło za nią wszystkie złoto Tagu,
Gdyby królestwo w niebie:
Oddałbym ją za ciebie!
Najmniejszych względów nie zyska ode mnie,
Gdyby za tyle piękności i złota
Prosiła tylko, ażeby jej luby
Poświęcił małą cząstkę żywota,
Którą dla ciebie całkiem poświęca daremnie!
Gdyby prosiła o rok, o pół roka,
Gdyby jedna z nią pieszczota,
Gdyby jedno mgnienie oka,
Nie chcę! nie! i na takie nie zezwolę śluby.

(Surowo)
A ty — sercem oziębłym, obojętną twarzą,
Wyrzekłaś słowo mej zguby
I zapaliłaś niecne ogniska,
Któremi łańcuch wiążący nas pryska,
Które się wiecznym piekłem między nami żarzą,
Na moje wieczne męczarnie!
Zabiłaś mię zwodnico! Nieba cię ukarzą!
Sam ja... nie puszczę bezkarnie,
Idę, zadrżyjcie odmieńce!

(Dobywa sztylet i ze wściekłą ironią)
Błyskotkę niosę dla jasnych panów!
Ot, tym wina utoczę na ślubne toasty...
Ha! wyrodku niewiasty!
Śmiertelne ścisnę wkoło szyi twojej wieńce!
Idę jak moję własność do piekła zagrabić,
Idę!...

(Wstrzymuje się i zamyśla)
O nie, nie... nie... żeby ją zabić,
Trzeba być trochę więcej niż pierwszym z szatanów!
Precz to żelazo!

(chowa)
niech ją własna pamięć goni,

(Ksiądz odchodzi)
Niech ją sumienia sztylety ranią!
Pójdę, lecz pójdę bez broni,
Pójdę tylko spojrzeć na nią.
W salach, gdzie te od złota świecące pijaki
Przy godowym huczą stole,
Ja w tej rozdartej sukni, z tym liściem na czole,
Wnijdę i stanę przy stole...
Zdziwiona zgraja od stołu powstała,
Przepijają do mnie zdrowiem,
Proszą mnie siedzieć: ja stoję jak skała,
Ani słowa nie odpowiem.
Plączą się skoczne kręgi przy śpiewach i brzęku,
Prosi mię w taniec drużba godowa,
A ja z ręką na piersiach, z listkiem w drugiem ręku,
Nie odpowiem ani słowa!
Wtem ona z swoim anielskim urokiem,
"Gościu mój, rzecze, pozwól! niech się dowiem,
Skąd przychodzisz, kto jesteś?" - Ja nic nie odpowiem;
Tylko na nią cisnę okiem,
Ha! okiem! okiem jadowitej żmije,
Całe piekło z mych piersi przywołam do oka;
Niech będzie ślepą, martwą jak opoka,
Na wskróś okiem przebiję!
Wgryzę się jak piekielny dym pod jej powieki
I w głowie utkwię na wieki.
Będę jej myśli czyste przez cały dzień brudził,
I w nocy ją ze snu budził.

(Powolniej, z czułością)
A ona tak jest czuła, tak łacno dotkliwa,
Jako na trawce wiosenne puchy,
Które lada zefiru zwiewają podmuchy
I lada rosa obrywa.
Każde wzruszenie moje natychmiast ją wzruszy,
Każdy przyostry wyraz zadraśnie;
Od cienia smutku mego jej wesołość gaśnie:
Tak znaliśmy nawzajem czucia wspólnej duszy,
Co jedno pomyśliło, już drugie odgadło.
Całą istnością połączeni ścisło,
Spojrzawszy tylko na twarzy zwierciadło,
Serce nasze jak w czystym widzieliśmy stoku.
Jakie tylko uczucie na mych oczach błysło,
Natychmiast lotem promyka
Aż do jej serca przenika,
I na powrót błyszczy w oku.
Ach tak! tak ją kochałem! pójdęż teraz trwożyć
I na kochanka larwę potępieńca włożyć?
Po co? czego chcę od niej? o zazdrości podła!
I jakież są jej grzechy?
Czyli mię słówkiem dwuznacznym podwiodła?
Czy wabiącymi łowiła uśmiechy?
Albo kłamliwe układała lice?
I gdzież są jej przysięgi, jakie obietnice?
Miałemże od niej choć przez sen nadzieję?
Nie! nie! sam urojone żywiłem mamidła,
Sam przyprawiłem jady, od których szaleję!
Po cóż ta wściekłość? jakie do niej prawa?
Co za moją wzgardzoną przemawia osobą?
Gdzie wielkie cnoty? świetne czyny? sława?
Nic! nic! ach, jednę miłość mam za sobą!
Znam to; nigdym śmiałemi nie zgrzeszył zapędy,
Nie prosiłem, ażeby była mnie wzajemną:
Prosiłem tylko o maleńkie względy,
Tylko żeby była ze mną,
Choćby jak krewna z krewnym, jak siostrzyczka z bratem,
Bóg świadkiem, przestałbym na tem.
Gdybym mówił: widzę ją, widziałem ją wczora,
I jutro widzieć będę;
Z nią z rana, w dzień koło niej, koło niej z wieczora,
Oddam pierwszy dzień dobry, u stołu z nią siędę -
Ach, jak byłbym szczęśliwy!

(Po pauzie)
Zapędzam się marnie.
Ty pod zazdrośnych oczu, chytrych żądeł strażą!
Ani obaczyć nie wolno bezkarnie.
Pożegnać, porzucić każą...
Umrzeć!...

(Z żalem)
Kamienni ludzie! wy nie wiecie,
Jak ciążka śmierć pustelnika!
Konając patrzy na świat, sam jeden na świecie!
Dłoń mu przychylna powiek nie zamyka!
Żałobne grono łoża nie otoczy,
Nikt nie pójdzie za trumną do wieczności domu,
Garsteczki piasku nie rzuci na oczy,
Zapłakać nie masz komu!
O, gdybym mógł choć przez sen pokazać się tobie,
Gdybyś na mojej pamiątkę męki
Jeden przynajmniej dzionek chodziła w żałobie,
Przypięła jedną czarną wstążkę do sukienki!...
Może spojrzysz ukradkiem... i łezka boleści...
I pomyślisz westchnąwszy: ach, on mię tak kochał!

(Z dziką ironią)
Stój, stój, żałosne pisklę!... precz wrzasku niewieści!
Będęż, jak dziecko szczęścia, umierając szlochał?
Wszystko mi, wszystko niebiosa wydarły,
Lecz reszty dumy nie mogą odebrać!
Żywy, o nic przed nikim nie umiałem żebrać,
Żebrać litości nie będę umarły!

(Z determinacją)
Rób co chcesz, jesteś woli swojej panią.
Zapomnij!... ja zapomnę!

(Pomieszany)
wszak już zapomniałem?...

(Zamyślony)
Jej rysy... coraz ciemniej... tak, już się zatarły!
Już ogarniony wieczności otchłanią,
Doczesnym pogardzam szałem...

(Pauza)
Ach, wzdycham! czegóż wzdycham? ha! westchnąłem za nią,
Nie! nie mogę zapomnieć o niej i umarły.
Wszakże ją widzę, wszak tu, o, tu stoi,
Płacze nade mną... jaka łezka szczera!

(Z żalem)
Płacz, moja luba, twój Gustaw umiera!

(Z determinacją)
No, dalej, śmiało, Gustawie!

(Podnosi sztylet)
(Z żalem)
Nie bój się, luba, on się nic nie boi!
Czego żałujesz? on nic z sobą nie zabiera!
Tak! Wszystko! wszystko tobie zostawię,
Zostawię życie, i świat, i rozkosze,

(Z wściekłością)
I twego!... wszystko... o nic... ani łzy nie proszę!

(Do księdza, który wchodzi ze służącymi)
Słuchaj ty... Jeśli [cię] kiedy obaczy...

(Z wzmagającą się gwałtownością)
Pewna nadludzka dziewica... kobieta,
I jeśli ciebie zapyta,
Z czego umarłem? nie mów, że z rozpaczy;
Powiedz, że byłem zawsze rumiany, wesoły,
Żem ani wspomniał nigdy o kochance,
Że sobie grałem w karty, piłem z przyjacioły...
Że ta pijatyka... tańce...
Że mi się w tańcu... ot
(uderza nogą)
skręciła noga...
Z tego umarłem...

(Przebija się)

***   ***   ***

Gustaw

Są kosztowne bronie,
Których ostrze przenika i aż w duszy tonie:
Przecież widomie nie uszkodzą ciału.
Taką bronią po dwakroć zostałem przebity...

(Po pauzie z uśmiechem)
Taką bronią za życia są oczy kobiety,

(Ponuro).
A po śmierci, grzesznika cierpiącego skrucha!

***   ***   ***

Tytuł: Dziady - część IV
Autor: Adam Mickiewicz
Pierwsze wydanie: 1823


PS.1. Podkreślenia - moje.
PS.2. Zapewne można było skrócić te cytaty, ale nie chciałam przytoczyć fragmentów  bez kontekstu. Zresztą - to Mickiewicz.

poniedziałek, 17 maja 2010

LONNIEDYN

Tytuł: LonNiedyn (Un Lun Dun)
Autor: China Miéville
Ilustracje: China Miéville
Pierwsze wydanie: 2007
Tłumaczenie: Grzegorz Komerski
Wydawnictwo MAG
ISBN: 978-83-7480-089-1
Cena z okładki: 45 zł (twarda oprawka, 15x22,5 cm)
Stron: 538

Ocena: 3/5

Uświadomiono mi niedawno, że na kartę do biblioteki dla dorosłych mogę też wypożyczać książki z biblioteki dla młodzieży. Udałam się tam niezwłocznie i natychmiast odkryłam, że jako pełnoletnia czytelniczka jestem dyskryminowana - w dziale młodzieżowym jest o wiele więcej fantasy i SF niż w dziale dla dorosłych. No i gdzie jest sprawiedliwość?

Moją uwagę przyciągnęła powieść Miéville'a - jego "Dworzec Perdido" był mimo wszystko całkiem interesującą książką. Z informacji zamieszczonych na obwolucie "LonNiedynu" wynikało co prawda, że jest to raczej powieść dla młodszego czytelnika, no ale przecież książki dzielą się na dobre i złe, a nie te dla dzieci i dla dorosłych. Mnie na przykład "Ania z Zielonego Wzgórza" nadal niezmiennie się podoba i od czasu do czasu do niej wracam.
***
 Zaczyna się bardzo klasycznie - dwie dwunastoletnie przyjaciółki, Zanna i Deeba, mieszkają w Londynie, chodzą do szkoły, aż tu nagle tej pierwszej zaczynają się przytrafiać dziwne rzeczy, niby drobiazgi, ale jednak trudno uznać, że to przypadek, gdy się widzi chmurę o kształcie swojej twarzy lub gdy kłania się komuś lis. Ataki czarnej, śmierdzącej mgły też nie trafiają się codziennie. 
Dziewczynki postanawiają odkryć przyczynę tych niezwykłych zdarzeń, skutkiem czego trafiają do LonNiedynu, niemiasta po drugiej stronie Osobliwości

LonNiedyn zamieszkują zwykli i dość niezwykli autochtoni, oprócz tego przybywają tu czasami Londyńczycy, którzy w swoim rodzinnym mieście poczuli się niepotrzebni (np. konduktorzy autobusowi). Przenikają tu także przedmioty, w Londynie uznane za zbędne - zepsute komputery, przestarzałe pieniądze, maszyny do pisania itd. Z nich powstają przydasiowe budynki - to skrót od "Przyda nam się jeszcze". W niemieście istnieje ogromna biblioteka (poszukiwania niektórych książek trwają czasami tygodniami i są bardzo niebezpieczne), Dzielnica Zjaw, most Jasnodziejów, latające autobusy. 

I Smog, który coraz bardziej zagraża mieszkańcom niemiasta. Powstał w Londynie ze zwykłej, brudnej mgły, w której krążyło coraz więcej substancji chemicznych i z której, pod wpływem oddziaływania różnych zjawisk atmosferycznych, powstał złośliwy chmuroumysł. Z Londynu przegnały go proekologiczne przepisy, przeniknął więc do LonNiedynu i postanowił go opanować. 

Jasnodzieje dysponowali księgą, która przepowiadała, że niemiasto zostanie uratowane przez Szuassi (od franc. choisi - wybrana), czyli Zannę. Ma ona wykonać siedem zadań, dzięki czemu otrzyma siedem starożytnych skarbów i z ich pomocą zdobędzie potężną broń, którą pokona Smoga (taka deklinacja występuje w książce). 
Szybko się jednak okazało, że proroctwa księgi nie sprawdzają się w 100%... 

***

Nasuwa się tu skojarzenie z "Nigdziebądź" Neila Gaimana, któremu Miéville dziękuje za "słowa zachęty i jego niewątpliwy wkład w tworzenie londyńskich fantasmagorii" [str. 534]. Kilka drobiazgów przypomina też "Dworzec Perdido" - dziwne istoty (choć nie ma mowy o drastycznych "prze-tworzeniach"), Dworzec Objawień, z którego można wyruszyć do innych niemiast, ale w tej powieści nie ma aż tak szczegółowych opisów i tylu wątków.

Początek ze względu na swą "klasyczność" był trochę nudny. Zwrot akcji nastąpił około 180 strony i dalej czytałam książkę z pewnym zainteresowaniem. Finał łatwy do przewidzenia, kilka zbyt naciąganych zdarzeń, trochę moralizatorstwa. Książka adresowana jest oczywiście przede wszystkim do rówieśników głównych bohaterek, ale i ja przebrnęłam przez nią dość szybko i bez znużenia.

Autor jeszcze raz udowodnił, że wyobraźnię ma naprawdę bogatą. Sceneria LonNiedynu nie przytłacza aż tak bardzo jak krajobraz Nowego Crobuzon, ale jest równie oryginalna. Nie jest aż tak mrocznie jak w "Dworcu Perdido" (ale trochę jest, co widać choćby na ilustracjach), gdzieniegdzie da się też wyczuć szczyptę humoru i ironii.

W powieści jest sporo słowotwórstwa - tłumacz nie miał łatwo, ale chyba wyszedł z tego obronną ręką (swoją drogą - dziwny zwrot). 

PS. Ilustracje pochodzą ze strony randomhouse.com

***
Do okien podpływała dziwaczna, niezwykła ciemność. Gęstniała wokół niego niecodzienna odmiana ciszy - taka, która jest czymś więcej niż tylko zwykłym brakiem hałasów. Cisza z gatunku tych cisz, w których kryją się drapieżniki. [str. 8]
*** 
Ostrożnie ruszyła do Dzielnicy Zjaw, cały czas obracając się dokoła własnej osi. Tutaj duchami byli nie tylko mieszkańcy. Upiorne były też same budynki.
Każdy dom, hala, sklep, fabryka, kościół i świątynia były zbudowane z ceglanego, drewnianego, betonowego czy innego rdzenia, otoczonego przez ulotną aurę w kształcie swoich poprzednich wersji. Każde skrzydło, które kiedykolwiek zbudowano i rozebrano, każda niewielka przybudówka, każda zmiana w projekcie, wszystko tO istniało w swej eterycznej, widmowej postaci. Bezcielesne, pozbawione barw kształty przenikały jeden przez drugi i migotały, na przemian pojawiając się i znikając. Wszystkie budowle były spowite kokonami uplecionymi ze swych starszych form i postaci.
I z każdego z efemerycznych okien patrzyli na nią mieszkańcy Dzielnicy Zjaw. [str. 213-214]