Impresje

środa, 18 marca 2020

Epidemia w literaturze II

Doszłam do wniosku, że na naszych półkach znajdzie się więcej źródeł cytatów dotyczących tego, jak w mniej lub bardziej odległej przeszłości postrzegano epidemie i jak na nie reagowano. Stąd nieco odkurzam blog i planuję kolejny cykl wpisów. O ile się nie rozmyślę;).

Źródło cytatu:"W kręgu upiorów i wilkołaków" Bohdana Baranowskiego, Wydawnictwo Łódzkie, 1981 r., str. 261-265


   Póki nie poznano prawdziwych przyczyn chorób zakaźnych, tłumaczono je sobie w przeróżny sposób - karą niebios, złośliwością szatana i jego ziemskich sojuszników czarownic. W XVII i XVIII wieku następstwem niemal każdej "zarazy" było polowanie na czarownice. Wiele niewinnych kobiet poniosło śmierć w straszliwych męczarniach jako karę za sprowadzenie "zarazy".
   Znane są wypadki, że podczas epidemii dżumy, która nawiedziła południowo-wschodnie ziemie dawnej Rzeczpospolitej, w początkach siedemdziesiątych lat XVIII w., zabito, ptopiono lub nawet spalono na stosie kilka osób, które jakoby rozsiewały zarazki tej choroby. Były to zresztą typowe skutki samosądów, których uczestnicy nie ponieśli jednak żadnej kary.
   Jeszcze w końcu XIX w. podczas epidemii tyfusu w Konopnicy w Wieluńskiem pobito dotkliwie dwie stare kobiety, posądzone o czary, Atmosfera we wsi była tak napięta, że za radą kilku rozsądnych mieszkańców odesłano staruszki do Kalisza, gdzie zostały umieszczone w przytułku. Nawet w powiatowym mieście w Radomsku, w czasie epidemii "hiszpanki" w 1918 r. zebrani na ulicy lżyli pewną staruszkę, którą posądzono o "rozsiewanie zarazy".

   Często za sprawców epidemii chorób zakaźnych uważano Żydów. Już siedemnastowieczna literatura antysemicka nie gardziła tego rodzaju argumentami, aby wywołać odpowiedni nastrój wśród społeczeństwa. Sebastian Miczyński opisywał praktyki, za pomocą których Żydzi sprowadzali "zarazę": mleko kobiety chrześcijanki wynajęty przez Żydów chłop wlewał do ucha wisielca. Nawet dość poważny traktat Śleszkowskiego o środkach zapobiegających morowemu powietrzu uważał za jedną z najważniejszych przyczyn epidemii "karę Bożą za protekcyje przez szlachtę i magistraty Żydom dawane dopuszczone".
   Tego rodzaju poglądy, łatwo znajdujące posłuch u zabobonnej ludności, prowadziły do różnych ekscesów antyżydowskich. W 1748 r. w Tuszynie pewien szlachcic nakazał wyrostkom żydowskim utopić lub zakopać w ziemi świeżo urodzone szczenięta. Lotem błyskawicy rozeszła się po miasteczku wieść, że to jakieś czartowskie praktyki, mające na celu wyniszczenie chrześcijan. Wzburzone mieszczki udały się do władz, żądając interwencji. Szczęśliwie sytuację uratował szlachcic, stwierdzając publicznie, że to z jego polecenia zakopano szczenięta.
   W połowie XIX w. na terenie Królestwa Polskiego grasowała cholera. W Nowym Mieście nad Pilicą w niedzielę 4 lipca 1852 r. wśród zebranego przed kościołem tłumu mieszczan i chłopów z okolicznych wsi szeroko był komentowany fakt, że Żydzi mieli jakoby zakopać na swoim cmentarzu dzwonek i stawidła młyńskie, by w ten sposób odpędzić cholerę od domów żydowskich i skierować ją na chrześcijan. Wzburzenie osiągnęło takie rozmiary, że w godzinach popołudniowych tłum 500-600 osób udał się na cmentarz żydowski i rozpoczął go przekopywać w poszukiwaniu zakopanych "czarów". Zdarzyło się, że w tym czasie nadszedł żydowski kondukt pogrzebowy. Rzucano wyzwiska i obelgi. Doszło też do bijatyki. Splądrowawszy cmentarz, znaleziono zakopane stawidła. Zaniesiono je przed klasztor kapucynów i publicznie spalono.  Interwencja władz zapobiegła rozszerzeniu się rozruchów. Nie wiadomo, czy stawidła zakopane zostały na cmentarzu przez antysemickich prowokatorów, czy też przez samych Żydów.
   Etnograficzne informacje z XIX i z początków XX w. przynoszą trochę materiału dotyczącego wierzeń odnoszących się do magicznych sposobów wywoływania chorób zakaźnych. Na ich podstawie bardzo jednak trudno wyrobić sobie jednolity obraz demonów chorób zakaźnych z polskich wierzeń ludowych. Odnosi się jednak wrażenie, że w poszczególnych okolicach, czy nawet w poszczególnych wsiach bardzo poważnie różniły się one od siebie. Brak zaś ustalonych, powszechnie znanych wzorców powodował, że na tym polu jeszcze nie tak dawno fantazja wiejskich narratorów miała olbrzymie możliwości wyżycia się.
   Bardzo dawne tradycje posiada demon choroby, zwany pospolicie morową dziewicą. Od niepamiętnych czasów wierzono, że postać bladej nadzwyczaj wysokiej i chudej, ubranej w białe szaty lub nawet okrytej białym całunem dziewczyny zwiastowała nadciągający "mór". Niekiedy znów morowe dziewice z niesionej na ramieniu białej płachty rozsiewać miały niebezpieczną chorobę zakaźną. (...)
   Niekiedy jednak demon ten przybierał zupełnie inną postać. Informator z Zambsk Kościelnych nad Narwią opowiadał mi, jak wyglądał demon tyfusu, który grasował w latach pierwszej wojny światowej, a którego widział jakoby na własne oczy. Był to wysoki chudy starzec, o czerwonej, rozognionej twarzy i pozornie błędnych oczach, ubrany w czarny garnitur typu miejskiego, w białą koszulę i czerwony krawat. Zarażał on ludzi swym spojrzeniem. Mój informator spotkał go na drodze i od razu się rozchorował. Później, gdy leżał w szpitalu w Pułtusku, demon ów kilka razy odwiedzał go nocą, zrzucał lekarstwa rozstawione przy łóżku, dopytywał się, kiedy umrze, złościł się, że jeszcze pozostaje przy życiu.
   Niebezpieczna odmiana grypy, tzw. "hiszpanka", która grasowała w 1918 r. i pociągnęła za sobą wiele śmiertelnych ofiar. Na terenie Pułtuskiego pojawiła się pod postacią chudej i bardzo brzydkiej młodej dziewczyny, z włosami podobnymi do lnu, z czerwonymi oczyma. Do jednego z moich informatorów zwróciła się "po hiszpańsku, tak jakby po niemiecku". Natomiast w Ciechanowskiem i Mławskiem "hiszpanka" była starą babą, z zapadłą twarzą i czarnymi zębami. W jednej ze wsi koło Makowa nad Orzycem pojawiła się ona pod postacią olbrzymiej wrony.
   Informator z Lipska nad Biebrzą opowiadał mi, że jego kuzyna pewnego razu, gdy wieczorem wyszedł z szynku w Augustowie, otoczyło grono eleganckich, z miejska ubranych panienek. Na jego oczach poczęły się coraz to bardziej zmniejszać, aż stały się tak małe jak mrówki i oblazły go. Na drugi dzień całe ciało miał pokryte czerwonymi plamami i po kilkunastu godzinach zmarł na niewyjaśnioną chorobę, do której doprowadziły go te dziwne istoty.
   Tenże sam informator opowiadał mi, że gdy jego babka spała z otwartymi ustami, wleciała przez nie dziewczyna nie większa od muchy, która była zarazkiem czy też demonem febry. Przez długi czas w niesamowity sposób potrząsała nieszczęśliwą kobietą. Dopiero sprowadzony znachor zmusił ją do ucieczki. Tym razem wyskoczyła przez nos i nim kto się mógł zorientować, uciekła z izby.
   W Mielniku nad Bugiem opowiadano mi o przychodzącej z lasu jędzy, która przynosiła ze sobą worek z chorobami. Mimo swego wyraźnie złośliwego stosunku wobec ludzi ostrzegła chłopa, który ją na drodze zabrał na wóz, aby zarówno siebie, jak i wszystkich członków rodziny okadzał dymem z jałowca, aby w ten sposób mógł się ustrzec przed zarazą. Baba ta podobno miała żelazne nogi i zęby, a ubrana była w niechlujną, wyrudziałą, czarną sukienkę. Po jej przejściu przez wieś wielu ludzi zapadało na tajemniczą chorobę zakaźną. (...)

To jest akurat wyobrażeni topielicy, a nie morowej dziewicy, ale bardzo mi się spodobał ten obrazek (źródło)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

"Błogosławieni, którzy nie mając nic do powiedzenia, nie ubierają tego w słowa". Z drugiej strony lubię meandrujące dyskusje, więc komentarze nie na temat również są tu mile widziane;).