Impresje

sobota, 28 lipca 2012

Paraliż

Chociaż moje wpisy bywają dość długie, nigdy nie tworzę ich według jakiegoś planu, tylko po prostu zaczynam pisać. Czasami mi to wychodzi, czasami nie. Niekiedy udaje mi się dokończyć tekst za jednym posiedzeniem, ale na ogół potrzebuję co najmniej dwóch lub trzech. Najłatwiej przychodzi mi ubieranie w słowa opinii o książkach, które mi się nie spodobały, natomiast pisanie o tych, które oceniam wysoko, idzie mi jak po grudzie.

Bezpośrednią winę za to, że od dawna nie pojawił się tutaj żaden nowy tekst, ponosi bezpośrednio Ernst Pawel, autor biografii Franza Kafki, a pośrednio i w znacznie większym stopniu - sam Kafka. To jego wymagające podejście do literatury i słowa pisanego działa na mnie paraliżująco. Cztery razy zaczynałam wpis na jego temat i za czwartym coś mi się wreszcie zaczęło układać. Jestem dopiero w połowie, ale może koło wtorku pojawi się tu nowy post. 

Czasami nie jestem w stanie napisać sensownej opinii o jakiejś książce lub byłoby to w danym momencie zbyt czasochłonne. Tak było z "Atlasem chmur" Davida Mitchella - trudno mi było podsumować mnogość wątków i wrażeń, które tam znalazłam. Dziś dowiedziałam się, że jesienią do kin wejdzie ekranizacja tej powieści w reżyserii Lany Wachowski, Andy'ego Wachowski (nie jestem pewna, jak to odmieniać) i Toma Tykwera. Muszę to zobaczyć! Może przy tej okazji przeczytam książkę raz jeszcze i tym razem zdołam się wysłowić?

środa, 11 lipca 2012

DZIENNIKI KOŁYMSKIE

Tytuł: Dzienniki kołymskie
Autor: Jacek Hugo-Bader
Pierwsze wydanie: 2011

Wydawnictwo: Czarne
ISBN: 978-83-7536-292-3
Stron: 318

Ocena: 3+/5


"Dzienniki kołymskie" czytałam w czasie, kiedy temperatura w cieniu przekraczała 30 stopni, ale dzięki tej książce na słupek rtęci spoglądałam z nieco mniejszą niż zwykle o tej porze roku dozą nienawiści. Schadenfreude, przyznaję się. 

Jacek Hugo-Bader wybrał się na Kołymę pod koniec września 2010 roku, ale w tamtym rejonie jesień podobniejsza jest naszym zimom, i to nie tym łagodnym. Trudno się tam żyje, więc i ludzi mieszka tam mało i z roku na rok coraz mniej. Wielu z nich to potomkowie dawnych zesłańców: więźniów politycznych i kryminalnych. Ci pierwsi byli zaprzęgani do niewolniczej pracy przy budowie infrastruktury i wydobyciu z wiecznej zmarzliny cennych surowców. Ucieczki były praktycznie niemożliwe, próby kończyły się prawie zawsze śmiercią lub ponownym uwięzieniem. Zresztą nie było dokąd uciekać, archipelag łagrów otaczało morze trudnych do przebycia nawet latem lasów i gór.

Na Kołymie wydobywano przede wszystkim złoto, które przewożono z obozów do portu w Magadanie tzw. Trasą Kołymską. Dziś biegnie ona nieco inaczej, jest dłuższa - liczy około dwa tysiące kilometrów, łączy Magadan z Jakuckiem; daleko jej do autostrady, ale od niedawna jest przejezdna nawet zimą. Tę właśnie drogę postanowił przebyć Jacek Hugo-Bader, żeby zobaczyć, jak się na tym cmentarzu żyje zwykłym ludziom.

Podczas trwającej około miesiąca podróży autostopem z Magadanu do Jakucka spotkał takich wielu, a niektórych opisał w tej książce. Wśród nich byli kierowcy ciężarówek, z których uprzejmości korzystał na co dzień, lokalni urzędnicy, miejscowi oligarchowie, poszukiwacze złota, drobni przedsiębiorcy, uzdrawiacze, dawni więźniowie, córka Nikołaja Jeżowa i rosyjska arystokratka. Hugo-Bader w Rosji bywał już nieraz, więc nawiązywanie kontaktów przychodziło mu łatwo, zwłaszcza że swoich rozmówców nie oceniał. W "Dziennikach kołymskich" przekazuje ich historie w takich wersjach, w jakich je usłyszał. Nagrywał je dyktafonem, więc nie miał potem problemu z odtworzeniem w książce sposobu mówienia swoich interlokutorów; zamieścił w niej również zdjęcia niektórych z nich, dzięki czemu łatwiej sobie te konserwacje wyobrazić.
Mój zasób wiadomości o Rosji jest bardzo skromny, a o obwodzie magadańskim i Jakucji nie wiedziałam do tej pory praktycznie nic, wiec parę rzeczy mnie zaskoczyło oczywiście - o ile można wyciągać jakieś wnioski na podstawie jednego reportażu.

Jest prawdą powszechnie znaną, że konsumpcja wódki w Rosji jest bardzo wysoka, ale nie wiedziałam, że ludzie niepijący albo pijący w rozsądnych ilościach są właściwie skazani na społeczny ostracyzm, zakłada się z góry, że nie piją, bo mają coś do ukrycia.
Druga taka prawda dotyczy wszechobecnej korupcji i silnych, bezpośrednich związków między biznesem i służbami specjalnymi.

Kolejna sprawa to świadoma amnezja dotycząca wstydliwych kart historii tego kraju. Rosjanie nie są zresztą pod tym względem wyjątkowi, u nas jest podobnie. Oczywiście my, współcześni, nie odpowiadamy za to, co się stało dziesiątki lat temu, ale nieprzyjemnie jest pomyśleć, że, kto wie, może któryś z naszych przodków brał udział w pogromie żydów albo współpracował z gestapo czy NKWD. A wielu mieszkańców Kołymy nie chce pamiętać o milionach ciał upchniętych pod tą ziemią, płytko - ze względu na wieczną zmarzlinę, czasami wydobywanych na powierzchnię po latach przez buldożery dokopujące się do złotych żył.  Byli więźniowie często ukrywali swój pobyt w łagrach, nawet przed dziećmi, bo propaganda zrobiła z nich przestępców, szpiegów i wrogów państwa. Marija Jakowlewna Koszalenko pracowała w czasie wojny fabryce min, maszyna urwała jej palec, więc poszła na zwolnienie lekarskie. Wróciła z niego o jeden dzień za późno, co uznano za gospodarczą kontrrewolucję i ukarano zesłaniem na Kołymę na sześć lat. Takie to były przestępstwa.

Zaskoczyło mnie również to, że zdaniem Mustafy, którego spotkał na Trasie Hugo-Bader, w ZSRR nacjonalizm rosyjski nie był tak widoczny jak obecnie, co Mustafa jako Ingusz mocno teraz odczuwa.


W niektórych rozdziałach Hugo-Bader pisze nie tylko o spotykanych ludziach, ale prowadzi też typowy dziennik podróży. Migawki z miejscowości, przez które przejeżdżał, uzupełnione nieco encyklopedycznie brzmiącymi wstawkami o ich historii (chwilami kojarzyło mi się to z powieściami Szklarskiego o Tomku Wilmowskim, ale tylko trochę). Żadne tam analizy, raczej widoczki, ale ciekawe.

***
Całą książka jest napisana prostym, potocznym stylem, co - jak zrozumiałam - zaleciła autorowi jakucka szamanka Dora ("przepowiedziała" również kolor okładki i tytułu). Moim zdaniem miejscami trochę zbyt potocznym. ("Dupa. Wygląda na to, że dupa! Jestem w dupie. Ale po kolei". [str. 249]) Mam tu na myśli przede wszystkim rozdziały stanowiące dziennik podróży. Autor prowadził go na bieżąco i w miarę możliwości fragmenty wysyłał mailem do redakcji Gazety Wyborczej, na której stronach można go znaleźć do dziś. To, co jest w książce, to znacznie bardziej rozbudowana wersja tych maili. O ile jestem w stanie zrozumieć obecność wstawek w rodzaju wyżej cytowanej w bieżących notatkach, sporządzanych w wyziębionych pokojach hotelowych, to w obrobionym materiale nie bardzo mi pasują.
Podobało mi się wplatanie w tekst rosyjskich słów czy zwrotów, nie podobało - sugerowanie czytelnikowi, że za chwilę wydarzy się nie wiadomo co, ale szybko okazywało się, że to puste obietnice.
Dzisiaj przeprowadzam swoją pierwszą operacje w życiu. Złamanie kości udowej. Otwarte, bardzo skomplikowane. Z silnym krwotokiem, bo kość przecina tętnicę udową. [str. 43]
No cóż, szybko okazuje się, że w rzeczywistości autor tych słów siedział sobie w restauracji wraz z byłym lekarzem zwolnionym ze szpitala za pijaństwo, do którego zadzwonili mniej doświadczeni koledzy z prośbą o pomoc. Wkład Hugo-Badera w tę operację polegał na pobiegnięciu do kiosku po doładowania do telefonu komórkowego i papierosy dla tego lekarza.

Fanką stylu tego autora nie zostanę również dlatego, że nie ujęła mnie w ogóle metafora, którą Hugo-Bader najwyraźniej sobie upodobał, skoro użył jej kilkakrotnie w niewielkich odstępach tekstu. "Oplata mnie jedwabnymi rzemykami przydymionych swoich spojrzeń". To podobno (jak mi internet podpowiada) cytat, ale mniejsza z tym. Rzemyki, ze swej natury, nie mogą być jedwabne!

***

Mimo wszystko polecam "Dzienniki kołymskie", zwłaszcza jeśli powrócą upały:). Może nie jest to wielka literatura, ale zbiór ciekawych historii - na pewno. Przytoczę na koniec fragment jednej z nich:

Maleńka wnuczka Marii Jakowlewnej bardzo choruje. Lekarze mówią, że jedyny ratunek to wynieść się z Kołymy gdzieś, gdzie łagodniejszy klimat. Ale Jura i jego młoda żona nie mają grosza przy duszy. Związek Radziecki się rozpada, wszyscy są w tarapatach, to nie ma nawet od kogo pożyczyć na wyjazd.
   Marija oddaje im więc na sprzedaż swoją wspaniałą bibliotekę.
  - Imperium upada, a w dziurze w środku tajgi ludzie mają kupować książki?
  - Kupowali! Wydawali ostatnie kopiejki, ale kupowali - mówi z dumą kobieta. - To uratowało życie mojej wnuczki. Braliśmy za książki tylko tyle, ile sama zapłaciłam. Jak cztery dwadzieścia, to cztery dwadzieścia. Ważne, żeby na bilety starczyło. Wśród książek było pięćdziesięciotomowe, przepiękne wydanie światowej literatury dziecięcej. Jakie tam ilustracje! Tego synowa nie sprzedała. Zabrali ze sobą na kontynent. Mieli pięć waliz i plecak, bo wyjeżdżali na zawsze, a w dwóch walizkach literatura dziecięca.
   - Kochali swoje dziecko - mówię.
   - I książki. Zostawili też... To najwspanialsze, co miał Związek Radziecki obok Szostakowicza, Achmatowej, Gagarina, Wysockiego...
   - Co takiego?
 - Wielkie, dwustutomowe wydanie literatury światowej. Dla dorosłych. Wszyscy chcieli je kupić, bo to najwspanialszy skarb, jaki można mieć w domu, ale nie wiedzieliśmy, ile zbierzemy pieniędzy, to na te dwieście tomów robiliśmy zapisy. Ponad sto osób się na nie zapisało! W takim posiołku, gdzie żyło parę tysięcy mieszkańców! W takich trudnych czasach! Ale policzyliśmy, że na trzy bilety już mamy, i nie sprzedaliśmy. Pojechali z dziecięcą literaturą, a dorosłą syn zabrał dopiero w tym roku.
   - Nie musieliście oddawać.
   - Ale chciałam - mówi Marija Jakowlewna. - Bardzo lubię dawać książki moim dzieciom. Kupowałam je całe życie, a te dwieście i pięćdziesiąt tomów było na zapisy, subskrypcje. Co miesiąc przychodził jeden tom. Wyobrażacie sobie?! Całość zbierałam ponad dwadzieścia lat. Na poczcie się odbierało. [str. 165-166]


sobota, 16 czerwca 2012

POZA KRAWĘDŹ ŚWIATA

Tytuł: Poza krawędź świata. Opowieść o Magellanie i jego przejmującym grozą rejsie dookoła Ziemi (Over the Edge of the World: Magellan's Terrifying Circumnavigation of the Globe)
Pierwsze wydanie: 2003
Autor: Laurence Bergreen
Tłumaczenie: Jan Pyka
Wydawnictwo: Rebis
ISBN: 83-7301-575-2
Stron: 408

Ocena: 4+/5


PROLOG

Zjawa

6 września roku 1522 z portu Sanlúcar de Barrameda w Hiszpanii ujrzano na horyzoncie samotny statek.
 Gdy podpłynął bliżej, ludzie, którzy zgromadzili się na nabrzeżu, dostrzegli, że jego porwane żagle łopoczą na wietrze, takielunek jest wystrzępiony, flaga wyblakła na słońcu, a burty są nadgryzione przez sztormy. Wysłano małą łódź pilotową, żeby przeprowadziła dziwny statek między rafami do portu. Ci, którzy nią popłynęli, znaleźli się nagle w obliczu koszmaru każdego żeglarza. Statek, który wprowadzali do portu, był obsadzony przez szkieletową załogę liczącą zaledwie osiemnastu marynarzy i trzech niewolników. Wszyscy ci ludzie byli skrajnie niedożywieni, większości brakowało sił, żeby chodzić, a nawet mówić. Języki mieli opuchnięte, a ciała pokryte bolesnymi wrzodami. Kapitan, z którym wyszli w rejs, nie żył, tak jak większość oficerów, podoficerów i nawigatorów; w gruncie rze­czy zginęła prawie cała załoga.
  Łódź pilotowa ostrożnie przeprowadziła ten niemal wrak przez naturalną barierę chroniącą port i Victoria, tak się bowiem nazywał, powoli wpłynęła na łagodnie wijący się Gwadalkiwir, którym ruszyła do Sewilli, skąd wyszła w rejs przed trzema laty. Nikt nie wiedział, co się z nią od tego czasu działo, i jej pojawienie się było niespodzianką dla tych, którzy wypatrywali żagli na horyzoncie. Wychudzone twarze resztek załogi kryły mroczne sekrety długiej podróży do nieznanych lądów. Mimo wszystkich trudności wyprawy Victoria i ci członkowie jej załogi, którzy przeżyli, dokonali tego, czego przed nimi nie osiągnął nikt inny. Żeglując na zachód, dotarli na Wschód, a potem, płynąc nadal w tym samym kierunku, urzeczywistnili pragnienie tak stare jak ludzka wyobraźnia: po raz pierwszy opłynęli świat.
 Trzy lata wcześniej Victoria należała do flotylli pięciu statków z mniej więcej dwustu sześćdziesięciu ludźmi na pokładach, na czele których stał Fernão de Magalhães, znany nam jako Ferdynand Magellan. Ten portugalski szlachcic i żeglarz opuścił ojczyznę, by wypłynąć w służbie Hiszpanii z zadaniem zbadania nie odkrytych jeszcze części świata i przyłączenia ich do Korony. Ekspedycja, którą prowadził, należała do największych i najlepiej wyposażonych w epoce wielkich odkryć geograficznych. Victoria i jej wyniszczona mała załoga były wszystkim, co z niej pozostało. Ponad dwustu marynarzy umarło na skutek szkorbutu, tortur, zginęło w walce bądź utonęło. Co gorsza, Magellan, kapitan generalny, został brutalnie zabity. Pomimo swej śmiałej nazwy, Victoria nie była statkiem święcącym tryumf, ale pogrążonym w bezmiernym smutku i bólu. Ale za to ileż mogli opowiedzieć ci nieliczni, którzy ocaleli – o buncie, orgiach na odległych lądach i o tym, jak opłynęli cały glob. Ich opowieści miały zmienić bieg historii i to, jak patrzymy na świat. W epoce wielkich odkryć geograficznych wiele wypraw kończyło się katastrofą i szybko o nich zapominano, ale ta jedna, pomimo nieszczęść, które na nią spadły, stała się najważniejszą, jaką kiedykolwiek przedsięwzięto. To opłynięcie globu na zawsze zmieniło panujące w zachodnim świecie poglądy na temat kosmografii, stanowiącej zbiór ogólnych wiadomości z zakresu astronomii, geografii, geologii i meteorologii. Udowodniło, między innymi, że Ziemia jest kulą, że Ameryka nie jest częścią Indii, ale odrębnym kontynentem, i że oceany pokrywają większość powierzchni naszej planety. Koszt tych odkryć w kategoriach ludzkiego życia i cierpienia był większy, niż ktokolwiek przewidywał na początku wyprawy. Ci, którzy wrócili, przeżyli podróż na krańce świata i w głąb najmroczniejszych zakamarków duszy ludzkiej. [str. 19-20]

Wprawdzie prolog zdradza zarys całej historii, ale jednocześnie jest klimatyczny i intrygujący. Spodobał mi się, więc przytoczyłam go w całości. To żaden spoiler, w końcu o Ferdynandzie Magellanie słyszeli chyba wszyscy, choćby na lekcjach historii. Na ogół  nudziłam się na nich niemożebnie, nie był to mój ulubiony przedmiot i niemal żaden temat nie zdołał wyrwać mnie z letargu, w jaki na te czterdzieści pięć minut zapadałam. Próbowano wbić mi do głowy najważniejsze fakty, ze szczególnym uwzględnieniem mnóstwa dat, ale ja mniejszą wagę przykładałam i przykładam do tego, kiedy - co do dnia coś się wydarzyło, o wiele bardziej interesuje mnie to, dlaczego i jak. I dlatego "Poza krawędź świata" przeczytałam dwa razy.

Stwierdzenie, że wyprawa Magellana jako pierwsza (udokumentowana) opłynęła świat, jest tak oczywiste, że aż banalne, za to szczegóły tego przedsięwzięcia są naprawdę ciekawe, właściwie to gotowy scenariusz filmu przygodowego.
Laurence Bergreen opowiedział o niej w sposób, który lubię najbardziej: najpierw tło historyczne i przedstawienie głównego bohatera, potem chronologiczna relacja z dziejów ekspedycji (przygotowania, przebieg, finał) i podsumowanie jej osiągnięć. Bez fabularyzowania, bez przydługich osobistych dygresji, rzetelnie i na podstawie bogatej bibliografii. Autor wzbogacił swoją opowieść licznymi cytatami z opowieści uczestników tej wyprawy, najczęściej przywołuje fragmenty relacji Antonia Pigafetty.

Pigafetta to bardzo ciekawa postać. Chyba on jeden pożeglował z Magellanem nie dla pieniędzy, ale z czystej ciekawości świata i może jeszcze dla sławy. Był Włochem, a do Hiszpanii przybył w świcie papieskiego posła. Magellan powierzył mu prowadzenie kroniki wyprawy, ale Pigafetta nie ograniczał się do odnotowywania pokonanego danego dnia dystansu. Najciekawsze są chyba jego opisy zwyczajów (zwłaszcza seksualnych) napotykanych podczas podróży ludów, starał się też zawsze poznać choćby podstawy ich języków. Po powrocie do Europy stworzył ze swych zapisków "Relację z wyprawy Magellana dookoła świata" (zamierzam przeczytać jej polski przekład), którą przedstawiał na różnych dworach, a w końcu wydał drukiem. Liczył, że jego dzieło zdobędzie takie uznanie i sławę jak "Opisania świata" Marca Polo. Czy tak się stało, nie wiem, ale nie ulega wątpliwości, że choć Pigafetta to i owo przemilczał, a obiektywizm nie był jego mocną stroną, o wiele mocniej trzymał się faktów niż Polo.
Prawdopodobnie angielski przekład relacji Pigafetty czytał sam Szekspir, któremu być może posłużyła za częściową inspirację do stworzenia Kalibana z "Burzy". Postać ta wymienia boga Setebos, o którym wspominał Pigafetcie pewien Indianin. Marynarze porwali go, żeby zabrać do Hiszpanii i pokazać królowi, ale Patagończyk zmarł wskutek jakiejś choroby.

Wspomniałam o pieniądzach. Uczestnicy wyprawy otrzymywali wynagrodzenie stosowne do miejsca, które zajmowali w hierarchii załogi, ale mogli liczyć na to, że jeśli armada rzeczywiście dotrze na Moluki, zarobią wystarczająco, żeby do końca swoich dni żyć w dostatku. Wystarczy, że przywiozą ze sobą po małym worku przypraw. To one były głównym celem wyprawy, Magellan miał znaleźć nową drogę do Wysp Korzennych i zawrzeć traktat pokojowy i handlowy z ich władcą.

Przyprawy, zwłaszcza goździki, gałka muszkatołowa czy cynamon, osiągały w ówczesnej Europie niebotyczne ceny, m.in. dlatego, że zanim do niej dotarły, przechodziły przez ręce wielu pośredników, głównie arabskich.

O bezpośredni dostęp do tych bogactw rywalizowały Hiszpania i Portugalia, między które papież Aleksander VI podzielił Nowy Świat, co potwierdzono jeszcze traktatem z Tordesillas i kolejnymi. Linia demarkacyjna oddzielająca strefy wpływów była bardzo umowna, bo kiedy ją wyznaczano, nie znano jeszcze nawet przybliżonych rozmiarów naszej planety ani kształtu większości kontynentów.

Od mniej więcej dwudziestu lat, od wyprawy Portugalczyka Vasco da Gamy żeglowano do Indii kierując się na wschód, wokół Przylądka Dobrej Nadziei. Magellan, również Portugalczyk, uważał - nie wiadomo do końca, na jakiej podstawie - że w tamte rejony świata można się dostać, płynąc na zachód przez cieśninę na południu Ameryki Południowej, skąd Wyspy Korzenne miały być o rzut kamieniem.

Magellan i Ruy Faleiro, matematyk, astronom i kosmograf, najpierw zaoferowali swoje usługi królowi Portugalii, a kiedy ten je odrzucił, udali się do sąsiedniego kraju. Młody Karol I, od niedawna król Hiszpanii i cesarz Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego, rozpaczliwie potrzebował pieniędzy i zgodził się współfinansować wyprawę, która dawała nadzieję na ogromne zyski.

Laurence Bergreen interesująco pisze i o "zimnej wojnie" między władcami Portugalii i Hiszpanii, o trudach i niebezpieczeństwach, na jakie prości marynarze narażeni byli każdego dnia (najgroźniejszy był szkorbut, którego nie umiano wtedy i jeszcze długo potem leczyć), i o mieszkańcach krain, do których przybywała armada. Najbardziej uderzyło mnie bogactwo Indonezji. Oczywiście nie był to raj na ziemi, jak wszędzie, tak i tam miały miejsce lokalne wojny i nieurodzaje, ale krajowcy mieli własne tradycje, religie, kultury i ustroje społeczne. Sprzedawali swoje bogactwa naturalne, a nie byli z nich okradani. Europejskie wyprawy nie były początkowo wystarczająco liczne, żeby zagarniać wszystko siłą, ale już wówczas nie były to ekspedycje pokojowe. I tak sam Magellan, człowiek na ogół rozsądny, wzniecił lokalny konflikt i zginął w bitwie, bo wydawało mu się, że czterdziestu dziewięciu uzbrojonych Europejczyków bez problemu pokona kilka tysięcy dzikich wojowników.

Od wyprawy Magellana minęło prawie pięćset lat, ale osiągnięcia Armady Molukańskiej nadal zadziwiają i budzą respekt. Płynęli bez dokładnej mapy, w nieznane, na pohybel morskim potworom i krwiożerczym tubylcom, o których opowiadały uczone księgi. Miesiącami jedli zepsutą żywność i z każdym nowym dniem powiększali swój zasób wiadomości z dziedziny entomologii. Przetrwali sztormy, szkorbut, głód i mróz.
Dla pieniędzy i sławy ludzie są w stanie zrobić naprawdę wiele. I chyba tylko nienawiść jest bardziej efektywnym katalizatorem rozwoju ludzkości.

PS. Brawa dla wydawnictwa za staranną redakcję merytoryczną (dr Maciej Forycki).

poniedziałek, 28 maja 2012

PLAN SARY

Tytuł: Plan Sary
Pierwsze wydanie: 2011
Autor: Paweł Jaszczuk

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
ISBN: 9788376485829
Stron: 122 (w pdf)

Ocena: 2/5


"Plan Sary" ściągnęłam sobie za darmo z publio.pl, o czym wspominałam w niedawnym moim wpisie, z przeznaczeniem na lekturę tramwajową w dni, kiedy torebkę będę miała już tak wypchaną mnóstwem niezbędnych przecież drobiazgów, że na papierową książkę nie będzie już w niej miejsca. Dni takie zdarzają się dość często, więc z przeczytaniem powieści Pawła Jaszczuka uporałam się szybko. 

Cóż mogę napisać? Oczekiwałam niezłego, klasycznego kryminału na tle dekoracji w stylu retro, a otrzymałam wycieczkę krajoznawczą po Lwowie z 1938 roku. Doceniam przygotowanie autora, który starał się wiernie oddać ówczesne realia, międzywojenną atmosferę, ale czasami irytowało mnie nadmierne zagłębianie się w szczegóły, takie jak modne w danym sezonie perfumy czy marka szamponu reklamowanego w gazecie. 

Przymknęłabym na to oko, gdyby migawki z epoki i elementy lwowskiej gwary byłyby jedynie miłym dodatkiem do ciekawej intrygi i sprawnie poprowadzonego śledztwa. Sęk w tym, że nawet średnio bystry czytelnik (np. ja) orientuje się, kto jest mordercą, znacznie wcześniej niż Jakub Stern, główny bohater, a zamiast śledztwa mamy tu ciąg przypadkowych wydarzeń, tak często przerywany różnymi wspomnieniami i skojarzeniami Sterna, że chwilami trudno się zorientować, co jest retrospekcją, a co odnosi się do teraźniejszości.

Pokrótce o fabule. Mieszkańcami Lwowa wstrząsnął morderca, który ciała swoich kolejnych ofiar umieszcza przy fontannach w centrum miasta, na samym rynku. Nie są to osoby przypadkowe, wszystkie studiowały na wydziale prawa i uczęszczały na ćwiczenia prowadzone przez Jakuba Sterna. Stern zasłynął opisywaniem dla tabloidowego "Kuriera" wszelkich zbrodni, wynaturzeń i nieszczęśliwych wypadków. Kiedy miał dość pracy w redakcji, zaczął pomagać policji w co bardziej skomplikowanych śledztwach, a w końcu poproszono go o podzielenie się wiedzą i doświadczeniem ze studentami.
Pewnego dnia zlecił im w ramach ćwiczeń przygotowanie "scenariuszy dla fikcyjnego psychopaty". Jako pierwsza swój projekt przedstawiła Sara Reddig, która zaplanowała cztery morderstwa, przy czym sama miała zginąć jako druga.
Ktoś zaczął realizować ten scenariusz, zabił już trzy osoby, w tym Sarę, a działania policji nadal nie przynoszą efektów. Tego rodzaju sprawa to wymarzony temat dla gazety takiej jak "Kurier", więc jego naczelny powierza poprowadzenie dziennikarskiego śledztwa Sternowi, któremu uniwersytet właśnie podziękował za dalszą współpracę, oraz młodej i ambitnej Wildze de Brie.

Zapowiadało się nieźle, a jednak książka okazała się rozczarowaniem. Z pierwszych stron dowiedziałam się, że Stern znany jest z dogłębnych analiz skomplikowanych spraw, i na nie właśnie liczyłam, tymczasem nasz protagonista kieruje się intuicją i wspomnianymi już skojarzeniami, w dodatku ignoruje zupełnie pewne oczywiste wskazówki i ślady. Działało mi to na nerwy. Nie mogłam też zrozumieć, dlaczego prowadzący śledztwo, policyjne i dziennikarskie, konsekwentnie pomijają plan Sary Reddig, który przecież powinien zawierać niezwykle dla nich cenne informacje. Zastanawiało mnie również to, w jaki sposób morderca zdołał nadziać ciało (konkretnie w części szyjnej) jednej z ofiar na trójząb studni czy fontanny w kształcie Neptuna, która wygląda tak.

Kryminał to nie powieść psychologiczna, ale może gdyby autor nie rozpisywał się tak szeroko np. o tym, ile kawałków wiedeńskiego sernika kupił Stern w kawiarni Raucha, to więcej miejsca mógłby poświęcić na charakterystyki bohaterów, które są właściwie szczątkowe. Najgorzej skonstruowana jest chyba Wilga: upozowana początkowo na profesjonalną w każdym calu dziennikarkę śledczą, w finale zachowuje się jak ostatnia idiotka. Z kolei Stern to wyjątkowo wkurzający cwaniak: zdradza żonę i w dodatku poczytuje sobie za zasługę, że jej nie obił, kiedy zrobiła mu awanturę po tym, jak w dniu jej urodzin wrócił do domu mocno spóźniony i pijany. Wiem, wiem: opisywanie problemów rodzinnych detektywa jest w obecnie wydawanych kryminałach wręcz nieodzowne, ale niech te osobiste perypetie nie zastępują właściwej akcji.

"Plan Sary" ma jednak pewne zalety: zobrazowany może nieco zbyt nachalnie, ale jednak barwnie klimat ówczesnego Lwowa. I tylko z tego powodu warto przeczytać powieść Pawła Jaszczuka. Jako kryminał wypada słabo.
Prawdopodobnie dam temu autorowi mimo wszystko jeszcze jedną szansę. Może w "Marionetkach", które są kontynuacją "Planu Sary", lepiej wykorzystał potencjał tkwiący w stworzonych przez siebie postaciach?