Autorka: Roma Ligocka
Pierwsze wydanie: 2001
Tłumaczenie: Sława Lisiecka
Wydawnictwo Literackie
ISBN: 83-08-03285-0
Stron: 180
Ocena: 2/5
To zbiór 26 króciutkich utworów. W niektórych Roma Ligocka przytacza po prostu rodzinne opowieści i anegdoty z okresu międzywojennego i wojennego, przeważnie posępne - autorka wywodzi się z żydowskiej rodziny z Krakowa. Pozostałe historyjki to opis autobiograficznych epizodów z życia na emigracji, w różnych miastach Europy, nigdy naprawdę u siebie, zawsze tymczasowo.
W tym miejscu muszę się do czegoś przyznać - łatwo się uprzedzam do pewnego typu osób, czy może raczej ich zachowań, choć oczywiście nie nieodwracalnie. W przypadku pani Romy Ligockiej stało się to już podczas lektury drugiego opowiadania pt. "Pięć korków", w którym autorka wyznaje, że należy do ludzi, którzy parasol mają przy sobie tylko w pogodne dni, a kiedy pada - nigdy. Ale to jeszcze nic, bo już w następnym akapicie zwierza się czytelnikom, że " nie dorosła do technicznego wyrafinowania" małych, składanych parasolek, które mieszczą się w torebce - nie jest w stanie ich otworzyć.
No rzeczywiście jest się czym chwalić. Nie znoszę osób, które uważają się za zbyt wysublimowane i delikatne, by dostrzegać prozę życia i jakoś sobie z nią radzić. Taki sposób bycia uważam za wyjątkowo pretensjonalny.
Wydaje mi się jednak, że nawet gdyby tego wyznania o parasolach nie było, nie oceniłabym tej książki wyżej. Opowiastki o przedwojennych krakowskich żydach były całkiem interesujące, przede wszystkim dlatego, że akurat w Krakowie teraz mieszkam i trochę interesuję się przeszłością tego miasta, ale tematy pozostałych utworów były przeważnie po prostu zbyt banalne, nadające się może na felieton w piśmie kobiecym, ale do książki to już niekoniecznie. Mąż pani Ligockiej malował łazienkę i przy tej okazji niechcący oblał sobie różową farbą najlepszy garnitur. Cóż, można się z tego pośmiać w rodzinnym gronie, ale chyba niewiele postronnych osób to zainteresuje?
Również język tych opowiadań nie jest najlepszy, niestety. Gdybym określiła go jako "oszczędny", to byłyby to eufemizm. Jest zbyt prosty i miejscami pretensjonalny, choć niektórzy pewnie nazwaliby go "poetyckim" (ale nie ja). Nie razi to tak bardzo w przypadku historii rodzinnych, bo stylistyczne braki rekompensuje w dużym stopniu tematyka, ale pisanie o sobie wychodzi pani Ligockiej znacznie gorzej.
Przyczepię się do jeszcze jednej rzeczy. Nie ma ludzi zupełnie pozbawionych wad i słabości, dlatego idealizowanie kogokolwiek, a już zwłaszcza siebie w autobiografii, no cóż, nie spotka się nigdy z moim uznaniem. Tymczasem z tych opowiadań dowiadujemy się, że pani Ligocka bywała często zagubiona czy bezradna, ale zwykle znalazł się obcy człowiek, który jej jakoś pomógł albo obdarował pięknym kwiatem; że kiedy opowiadała o swoich wojennych losach, to wszyscy słuchacze zawsze płakali; że w jej rodzinie byli sami dobrzy i porządni ludzie itd. Czy naprawdę nigdy się nie pomyliła i nie zrobiła niczego złego?
Chcę podkreślić, że nie oceniam tutaj samej pani Ligockiej czy jej losów, a tylko te opowiadania. Nie podobały mi się, nie polecam ich i nie zaliczam do dobrej literatury, choć prawdopodobnie jestem dość odosobniona w tej opinii.

