Ludzkość dzieli się na dwie grupy: tych, którzy uważają, że przesadzam, kiedy skarżę się na - ich zdaniem wyimaginowane - fizyczne dolegliwości (sugerują raczej istnienie psychicznych), oraz na tych, którzy dostrzegają we mnie istotę wrażliwą i chorowitą, która zdecydowanie częściej powinna korzystać z pomocy lekarzy. Ta pierwsza grupa jest liczniejsza; do drugiej należy tylko moja mama.
Jeśli jednak ktoś jeszcze ośmieli się nazwać mnie hipochondryczką, zmiażdżę tę potwarz następującym argumentem: kilka niepozornych plamek na plecach, które zauważyłam w niedzielę wieczorem, wzięłam początkowo za efekt działalności bieszczadzkich komarów i mimo nasilających się - mniej wizualnych - objawów, dopiero w środę rano po raz pierwszy przyszło mi do głowy, że być może to ospa wietrzna lub ewentualnie jakaś egzotyczna groźna choroba przywleczona do Krakowa przez pielgrzymów, na którą jako Europejka z dziada pradziada jestem zupełnie nieodporna. Lekarz stwierdził jednak ospę i tak po dwóch tygodniach urlopu i dwóch dniach w pracy, mam zwolnienie lekarskie do końca przyszłego tygodnia. Na razie. W moim wieku może przecież dojść do poważnych powikłań.
Zgodnie z zaleceniem lekarza siedzimy teraz w domu - ja i moje krosty - i nic nie robimy, więc pomyślałyśmy sobie, że może ostatecznie popełnimy jakiś wpis na blogu. Uprzedzam jednak, że tym razem w niewielkim stopniu dotyczył on będzie literatury - w czasie urlopu zdecydowanie dużo spacerowałam i zwiedzałam, więc na czytanie czasu i sił już nie starczyło. Może dlatego, że już wtedy w moim organizmie bez mojej wiedzy i pozwolenia panoszył się podstępny wirus.
