Impresje

wtorek, 12 marca 2013

Kobieta w literaturze XV

  - No więc pomówmy o Casaubonie. Nie ma pośpiechu, ma się rozumieć, to znaczy, jeśli idzie o ciebie. Bo jeśli idzie o niego, to teraz już każdy rok będzie na nim znać. Ma przeszło czterdzieści pięć lat, wiesz o tym. Powiedziałbym: dobre dwadzieścia siedem lat starszy od ciebie. Co prawda, jeśli cenisz uczoność, poważanie i tak dalej, no cóż, nie można mieć wszystkiego naraz. Dochód ma dobry. Ale młody nie jest i nie wolno mi przed tobą ukrywać, moja droga, że, w moim przekonaniu, nie cieszy się najlepszy, zdrowiem. Nic więcej przeciwko niemu powiedzieć nie mogę.
 - Nie chciałabym mieć męża bliskiego wiekiem - oświadczyła z głębokim przekonaniem Dorotea. - Pragnęłabym mieć męża, który przewyższałby mnie rozumem i wiedzą we wszystkim.
  Pan Brooke powtórzył swoje przyciszone "co?".
  - Sądziłem, że masz własne poglądy na większość spraw, nie tak jak inne dziewczęta. Myślałem, że lubisz mieć własne poglądy, lubisz, że tak powiem.
  - Nie mogę sobie wyobrazić, bym mogła żyć bez jakichś poglądów, ale powinnam pragnąć, by wspierały się na rzetelnych podstawach; mądry mężczyzna mógłby mi wskazać te, które są najwłaściwsze, i pomógł żyć wedle nich.
  - Bardzo słusznie, nie można tego lepiej ująć, nie można tego lepiej, że tak powiem, ująć. Ale życie nie jest takie proste. - Sumienie nakazywało panu Brooke zrobić w tym wypadku dla bratanicy wszystko, co możliwe. - Życie nie jest odlewane z formy: nie toczy się wedle z góry przyjętych reguł i przepisów. Nigdy się nie ożeniłem, co wyszło na korzyść tobie i twojej rodzinie. Ale rzecz w tym, że nigdy nie kochałem nikogo na tyle, żeby dla niego zakładać sobie stryczek. Bo to jest stryczek. Na przykład usposobienie. Jest coś takiego - usposobienie. I mąż lubi być panem.
  - Wiem, że nie ominą mnie trudności, stryjaszku. Małżeństwo to stan wyższych obowiązków. Nigdy nie myślałam o nim jak o osobistej przyjemności jedynie - mówiła biedna Dorotea.
  - No cóż, nie gustujesz w wystawności, wytwornym domu, przyjęciach i tak dalej. Widzę, że bardziej może ci odpowiadać sposób życia Casaubona niż Chettama. I postąpisz, moja droga, jak będziesz chciała. Nie będę się sprzeciwiał Casaubonowi; powiedziałem to od razu, bo nigdy nie wiadomo, jak się sprawy potoczą. Gusta masz inne, moja droga, niż wszystkie młode damy, więc duchowny, uczony, który może zostać biskupem, i tak dalej... może się okazać bardziej dla ciebie odpowiednią partią niż Chettam. Chettam to porządny człowiek, porządny, dobry człowiek, ale nie pociągają go szczególnie żadne idee. Mnie w jego wieku pociągały. Ale, ale, te oczy Casaubna. Myślę. że je nadwerężył, czytając zbyt wiele.
- Będę, stryjaszku, tym szczęśliwsza, im bardziej mu się okażę pomocna - oświadczyła żarliwie Dorotea.

Tytuł: Miasteczko Middlemarch (Middlemarch)
Autorka: George Eliot (Mary Ann Evans)
Pierwsze wydanie: 1874
Tłumaczenie: Anna Przedpełska-Trzeciakowska

poniedziałek, 11 marca 2013

Kobiety w PKF

Co prawda 8 marca już minął, ale trafiłam na te fragmenty Polskiej Kroniki Filmowej dopiero dziś, przypadkiem. Szczęka opada, włos się jeży, a pięść zaciska.

środa, 23 stycznia 2013

Kobieta w literaturze XIV

We Francji natomiast obowiązywały sankcje wywodzące się z prawa rzymskiego, a konkretnie z konstytucji cesarskiej z 9 księgi kodeksu justyniańskiego, dotyczące przestępstw przeciw małżeństwu i obyczajności płciowej. Nowelizacja 134 kodeksu Justyniana - nazwana Ad legem Julian de adulteriis - została oficjalnie wprowadzona do prawa francuskiego w 1639 r., chociaż w praktyce funkcjonowała już w XVI w. Kobietę, która popełniła cudzołóstwo, nazywano femme authentique. Słowo authentique zapożyczone zostało na początku XIII w. z łacińskiego authenticum, które oznaczało akt prawny. Kara przewidziana przez francuski wymiar sprawiedliwości za zdradę męża polegała na pozbawieniu kobiety - bez względu na jej pochodzenie społeczne - posagu, a także innych pożytków wynikających z umowy ślubnej. Ponadto golono jej głowę, a następnie zamykano na dwa lata w klasztorze wybranym przez męża. Jeżeli w ciągu tego czasu poszkodowany nie wybaczył żonie, ponownie golono jej głowę. Zmuszona też była do przywdziania habitu zakonu, w którym umieścił ją wcześniej mąż. Był to rodzaj dożywotniego więzienia, gdyż nie będąc zakonnicą, zmuszona była przestrzegać reguł danego klasztoru. Jeżeli w ciągu tych dwóch przejściowych lat, kiedy kobieta mogła liczyć na mężowskie przebaczenie, jej mąż umarł, cudzołożnica miała prawo zwrócić się do sądu o odzyskanie wolności, o ile znalazła mężczyznę, który gotów był ja poślubić. [str. 56-57] 

Na początku XVII w. rodzina szlachecka z Saint-Cyr przyjęła w swoim zamku rannego mężczyznę i otoczyła go troskliwą opieką. Przybysz okazał jednak niewdzięczność i za okazaną pomoc odpłacił się porwaniem żony właściciela zamku. Mąż niezwłocznie oskarżył ją o cudzołóstwo, chociaż była matką trojga jego dzieci. Niedługo po tym została zatrzymana, publicznie wychłostana i zamknięta w klasztorze, z którego jednak uciekła po sześciu tygodniach. Mąż zawiadomił odpowiednie władze o ucieczce żony, ale zmarł zanim rozpoczął się kolejny proces. W tym czasie pani z Saint-Cyr - już jako wdowa - udała się do Paryża, gdzie ponownie wyszła za mąż. Niestety, rodzina nowego męża wniosła sprawę do parlamentu w Dijon, domagając się anulowania zawartego związku. Rodzice młodego mężczyzny dowodzili, że po pierwsze na kobiecie ciążyła kara za popełnienie cudzołóstwa, po drugie zaś nie zostały dopełnione formalności wynikające z postanowień soboru trydenckiego. Parlament przychylił się do prośby rodziny, małżeństwo zostało anulowane, a kobieta ponownie osadzona w klasztorze. Zgodnie z prawem authentique, jeżeli mąż damy z Saint-Cyr nie wybaczył jej przed śmiercią zdrady małżeńskiej, to w świetle ówczesnego prawa musiała pozostać na zawsze w klasztorze wybranym przez zmarłego męża. Jednocześnie przywdziane habitu zakonnego wiązało się z tzw. śmiercią cywilną, co oznaczało, że zakonnice nie mogły rościć sobie żadnych praw w świecie zewnętrznym, dlatego też były wykluczane z dziedziczenia. W związku z tym dama z Saint-Cyr, mimo że była już wdową, nie mogła decydować o sobie samej, nie mogła też ponownie wyjść za mąż, gdyż nadal ciążył na niej wyrok. Jedynie uzyskanie lettre d'abilition lub innej formy złagodzenia kary dawałoby jej prawo do rozporządzania własną osobą. [str. 58]


Autorka: Monika Malinowska
Tytuł: Sytuacja kobiety w siedemnastowiecznej Francji i Polsce
Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego
Pierwsze wydanie: 2008

piątek, 14 grudnia 2012

KSIĄŻKI NAJGORSZE

Tytuł: Książki najgorsze i parę innych ekscesów krytycznoliterackich 1975-1980 i 1993. Wydanie trzecie, ulepszone
Autor: Stanisław Barańczak
Pierwsze wydanie: 1981
Wydawnictwo: Znak
ISBN: 978-83-240-1083-7
Stron:199
Ocena: 5/5

Jak dowiadujemy się ze wstępu, w 1975 roku na łamach dwutygodnika "Student" zaczęły ukazywać się recenzje duetu krytyków: Feliksa Trzymałki i Szczęsnego Dzierżankiewicza. Zamierzali przedstawiać - na wzór Antoniego Słonimskiego, który w okresie międzywojennym prowadził w "Wiadomościach Literackich" rubrykę pod takim właśnie tytułem - "przegląd bieżących osiągnięć polskiej grafomanii".
(...) "Książki najgorsze" będą się opierać na najlepszych wzorach tendencyjności, napastliwości oraz całkowitego braku dobrego wychowania; z metod krytycznych w szczególnie częstym użyciu będzie bicie w słabiznę literacką, strzelanie w plecy (nawet jeśli autor ma je mocne) oraz wyrywanie zdań z kontekstu. [str. 6, "Zamiast wstępu"]
Jak zapowiadali, tak zrobili. Ociekające ironią recenzje publikowali w "Studencie" przez osiem miesięcy, dopóki ktoś "życzliwy" nie ujawnił prawdziwej tożsamości autorów, a właściwie autora - wówczas pracownika Instytutu Filologii Polskiej UAM. Barańczakowi pozostał wtedy drugi obieg: "Biuletyn Informacyjny KOR" i "Zapis" - krąg czytelników może się zmienił, ale za to w teksty nie ingerowała już cenzura. Ukazywały się tam do 1980 roku, potem Barańczak wyjechał do Stanów. Walkę z rodzimą grafomanią wznowił jeszcze na chwilę w 1993 roku na łamach Gazety Wyborczej, ale szybko zdał sobie sprawę, że "wobec bezmiaru współczesnego kiczu III Rzeczpospolitej jest zupełnie bezradny".

Wydaje mi się, że i motywację mógł mieć już słabszą, niewystarczającą do tego, żeby świadomie sięgać po złą literaturę, poświęcać czas na jej czytanie i krytykowanie. Przypuszczam, że wolnorynkowa grafomania nie prowokowała i nie mierziła już tak bardzo jak ta "z państwową pieczątką". W czasach PRL nędza intelektualna, artystyczna i schematyzm fabuły miały, jego zdaniem, zaspokajać potrzeby mas i przydusić w nich potrzebę indywidualnego myślenia. Oficjalnie wydawano wtedy tylko to, co przedostało się przez sito redaktorów i cenzorów. Było ono odgórnie zaprojektowane i gęste, a mimo to (i właśnie dlatego) na półki księgarń trafiały literackie potworki, jeśli tylko reprezentowały obowiązującą ideologię.

Krytycy przeważnie nie zniżali się do pisania o literaturze, powiedzmy, najpopularniejszej (a blogerów książkowych wtedy nie było;)), według Barańczaka - niesłusznie, bo "o obliczu literatury decydują utwory ambitne i wybitne; o mózgach czytelniczych decydują jednak kryminały wydawane w stutysięcznych nakładach" [str. 14]. Głos krytyka powinien choć trochę zakłócać  bezrefleksyjne chłonięcie tej papki.

Wydaje mi się, że do opisywania "książek najgorszych" dopingowało Barańczaka nie tylko poczucie misji, sądzę, że go to po prostu bawiło. W każdym razie mnie by bawiło, bo z powodu wrodzonych predyspozycji do malkontenctwa i szyderstwa artykułowanie krytycznych opinii przychodzi mi o wiele łatwiej niż wyrażanie pochwalnych. Zjechać złą książkę - to takie proste, a jaka okazja do wykazania się elokwencją i ironią! I właśnie dlatego bardzo rzadko (są wyjątki) celowo czytam złą literaturę. To strata czasu i pójście (w tym przypadku pójście blogera) na łatwiznę.
A przecież są i blogi w całości poświęcone analizowaniu zdanie po zdaniu opowiadań autorstwa nastolatków, którzy z beletrystyką mieli dotąd tyle wspólnego, że przeczytali, i to bardzo nieuważnie, "Harry'ego Pottera" i cykl Stephanie Meyer. Te analizy bywają rzeczywiście zabawne, ale mnie by się, szczerze mówiąc, nie chciało regularnie wyżywać w ten właśnie sposób.

Nie dziwi mnie jednak to, że wtedy chciało się Barańczakowi. Nie można było oficjalnie krytykować systemu i jego wytworów, ale czasami dało się przemycić mniej lub jawną kpinę. Nie przypadkiem to właśnie w okresie PRL powstawały kabarety i komedie, do których poziomu współczesne produkcje nawet się nie zbliżają. I chyba w ten właśnie nurt wpisują się "ekscesy krytycznoliterackie" Barańczaka: błyskotliwie, zabawnie i z wdziękiem tępił idiotyczne, nielogiczne fabuły, natrętne wstawki ideologiczne, błędy stylistyczne i językowe.

A było co krytykować. Powieści milicyjne, szpiegowskie, kryminały, fatalna poezja, utwory Władysława Machejka, teksty piosenek, w zbiorze omówiony też został np. "Scenariusz manifestacji młodzieży polskiej z okazji 35-tej rocznicy Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej".

Z książek tych wyłania się osobliwy obraz polskiego społeczeństwa. Intelektualiści to degeneraci i dewianci, a często i zdrajcy - jeśli popełniono zbrodnię, to winnym jest najpewniej ktoś z tego środowiska. Na ich tle szczególnie rzuca się w oczy szlachetność i kultura osobista milicjantów, żołnierzy i pracowników służb bezpieczeństwa.
Być może spotka te recenzje zarzut, iż w wyborze ofiar powodują się one kryterium "politycznym", uderzając - zwłaszcza w fazie publikowania ich w "Biuletynie Informacyjnym" - przeważnie w tzw. pisarzy reżimowych. Przysięgam jednak, że nie to było moim naczelnym zamiarem i że jeśli Władysław Machejek opublikuje kiedyś powieść literacko, a choćby tylko gramatycznie poprawną, będę pierwszym krytykiem, który to doceni; z drugiej strony, zawsze  gotów będę napiętnować chałę literacką, jeśli ją popełni, powiedzmy, Tadeusz Konwicki. Powodowały mną - czy kto uwierzy, czy nie - przede wszystkim kryteria literackie; byłoby zresztą moralną krzywdą dla wielu sponiewieranych autorów, gdyby czytelnik automatycznie zakładał, że znaleźli się ni w tej książeczce "za karę" z powodu jakiejś swojej postawy czy działalności pozaliterackiej. Bynajmniej: niektórzy z nich uprawiają istotnie czystą, bezinteresowną, autentyczną grafomanię i nie mam zamiaru imputować im niczego ponad to. [str. 8-9, j.w.]
Dwukrotnie wspomniany został Władysław Machejek (prozaik, publicysta, polityk i działacz PZPR), zresztą niektórzy mogli się też gdzieś w prasie natknąć na termin "machejkizm" ukuty własnie przez Barańczaka. Dobrze wiedzieć, o co chodzi:
"Pewne", "różne", określone", "konkretne"... Ale jakie? - chciałoby się spytać. To właśnie stanowi o istocie machejkizmu: nic nie powiedzieć, sugerując jednocześnie, że coś się wie albo że sprawa jest powszechnie znana i oczywista. [str. 111, "U źródeł machejkizmu"]
Wypisz, wymaluj: Jarosław Kaczyński.
Z połączenia tych dwóch cech: głęboko zakorzenionej ostrożności i pozorowanego na użytek czytelników animuszu, rodzi się typowa osobowość PRL-owskiego publicysty. Specyfika Machejka polega jedynie na tym, że obydwie te sprzeczne cechy są u niego krańcowo spotęgowane.
  Stąd właśnie niepowtarzalność owych pereł stylu, w jakie obfituje twórczość naszego ulubionego autora. Nie, nie chodzi nam w tym przypadku o używane przezeń słówka  w rodzaju "zapostulować", "usocjalistycznienie", "centralniak", "uterenowić czy "wodociągizacja", o zwroty typu "ferować zatrudnienie" czy "w aspekcie odkrywania rezerw", o rozumienie  słowa "sensat" w sensie "łowca sensacji", a "abnegat" w sensie "renegat". Tego rodzaju klejnociki leksykalno-frazeologiczne i półinteligenckie błędy stanowią normalny element partyjnej nowomowy i nie Machejek je wymyślił. Bardziej typowe dla machejkizmu są większe całości zdaniowe, w których chłopsko-partyzancka pieprzność i dosadność zderza się z partyjno-urzędniczym brakiem logiki i pustym frazesem. Produktem końcowym jest bełkot, przy którego pomocy tworzy się pozór jakiejś aktywnej i samodzielnej interwencji publicystycznej w "określonych" sprawach, jednocześnie zaś nie mówi się nic określonego, co pozwala skutecznie uniknąć kłopotów. Zdania takie tworzą prozę, która przeznaczona jest przede wszystkim do zapełniania wyznaczonego miejsca w gazecie czy czasopiśmie; nie należy jej natomiast czytać, a już zwłaszcza - wgłębiać się w nią i próbować zrozumieć, o co chodzi i jakie jest stanowisko autora. Nie jest to nawet język ezopowy, wypowiedź dla wtajemniczonych, pisanie między wierszami: jest to raczej język, którego ideał stanowi pustka znaczeniowa, zupełna asemantyczność. Język zrodzony przez rzeczywistość, która od trzydziestu kilku lat produkuje miliardy słów i jednocześnie niszczy każdy napotkany okruch sensu. [str. 112-113, j.w.]
Barańczak zaprezentował kilka stosownych cytatów z najnowszego wówczas dzieła Machejki pt. "Nasze dzienne sprawy (Z mojego obserwatorium II)". Mój ulubiony:
To nie mnie rozognia lubość, gdy w jednej formule naród mieści wszystko i jeszcze przelewa się do uzurpacji (113).
Niestety, odnoszę wrażenie, że wielu innych współczesnych polityków i dziennikarzy (zwłaszcza tych najbardziej polskich i niepokornych) twórczo rozwija ten styl. Oby pisarze czerpali inspirację z lepszych źródeł. Grafomania bywa intratnym zajęciem, ale jej autorzy szybko odchodzą w zapomnienie. Czy ktoś poza koneserami gatunku kojarzy dziś Barbarę Nawrocką-Dońską, autorkę książki pod jakże oryginalnym tytułem "To nie prawda, że umarł Tristan", "urokliwej opowieści o miłości dwojga młodych, rzuconej na malownicze tło elektrowni w Koninie" [str. 64, "Przez miłość do dobrobytu"]. Nie. Nie sądzę też, żeby większości z nas cokolwiek mówiło nazwisko Henryka Gaworskiego, który w 1978 roku opublikował kryminał pt. "Jelenie jedzą klejnoty" - szajka przemytników zamierza przetransportować za granicę hinduską broszę, która należała kiedyś do Radziwiłłów, poprzez umieszczenie jej w paśniku dla jeleni. Hm.


"Książki najgorsze" przeczytałam dwa razy, za każdym z taką samą przyjemnością. No, psuły ją może nieco informacje o nakładach tych pereł literatury: kryminały i powieści szpiegowskie wydawano w co najmniej stu tysiącach egzemplarzy. Obecnie grafomania też sprzedaje się dobrze, ale rolę państwa przejęli marketingowcy.


Fragmenty książki można znaleźć tutaj.