Impresje

piątek, 25 listopada 2011

"Życie jest ograniczone, ale miłość niewyczerpana"

W innych okolicznościach nie ująłby mnie ten cytat (za bardzo trąci banałem), ale nie przeszłam obok niego obojętnie, bo widnieje na płycie wmurowanej w nieregularną bryłę kamienia (piaskowca?), udekorowanego doniczką z pękiem starych i brudnych sztucznych kwiatów. Tak, ta doniczka przeważyła. Wygląda, jakby tkwiła tam od lat, niepokonana przez letnie wichury i zimowe zawieje. 


Ów kamień stoi nad brzegiem rzeki Wilgi, która nieco dalej wpada do Wisły. Kilka zaledwie metrów od ulicy Marii Konopnickiej, bardzo ruchliwej arterii Krakowa, którą stale sunie sznur samochodów, wzdłuż której mało kto spaceruje, bo i nie ma co oglądać.


Kim była Krystyna Styrna? Wpadła do rzeki, rzuciła się do niej, a może potrącił ją samochód? Przecież ten kamień nie znalazł się tam przypadkowo. W miejscu, w którym wydarzył się wypadek, stawia się zwykle niewielki krzyż, czasem skromnie udekorowany, przez parę lat po śmierci bliskiej osoby zapala się pod nim znicze, potem zapomina się albo samemu odchodzi. Tymczasem tajemniczy Witek wykosztował się na mały pomnik (co prawda niezbyt ładny). Świadczy to o sile jego uczucia, bezmiarze tęsknoty czy może o poczuciu winy? Któż to dziś wie. 

Zrobiło mi się trochę smutno na widok tego kamienia - przy brzydkiej ulicy, nad brudną rzeką, wśród usychającej trawy, w zamglonym dziś Krakowie. Czy ktoś jeszcze pamięta o Krystynie?

***

Nie omieszkałam oczywiście sprawdzić źródła widniejącej na nim sentencji. Zdaje się, że często jest używana w opisach na gg, ale pochodzi zdecydowanie sprzed ery internetu, łagodnie mówiąc, choć właśnie sieć podpowiada mi, kto jest jej autorem - chodzi mianowicie o siedemnastowiecznego  japońskiego pisarza Iharę (Ibarę) Saikaku.  

***
(Pierwsze zdjęcie trochę wyostrzyłam, żeby lepiej widać było napis).

środa, 16 listopada 2011

AUTOBIOGRAFIE

Tytuł: Autobiografie (Autobiographische Schriften)
Pierwsze wydanie: informacja w tekście
Autor: Thomas Bernhard
Tłumaczenie: Sława Lisiecka

Wydawnictwo: Czarne
ISBN: 978-83-7536-239-8
Stron: 445

Ocena: 5/5

Prawdę, myślę, zna tylko ten, kogo ona dotyczy, a gdy pragnie się nią podzielić, automatycznie staje się kłamcą. Wszystko, co komunikujemy, może być tylko fałszem i zafałszowaniem, tak więc zawsze komunikowano tylko fałsz i zafałszowania. Wola prawdy to, jak każda inna wola, najszybsza droga do fałszu i zafałszowania danego stanu rzeczy. A próba zapisania czasu, okresu życia, istnienia, bez względu na to, jak bardzo jest odległy, i bez względu na to, czy był krótki, czy długi, jest gromadzeniem setek, tysięcy i milionów fałszów i zafałszowań, które opisującemu i piszącemu znane są wszystkie jako prawdy i tylko jako prawdy. Pamięć dokładnie trzyma się zdarzeń, trzyma się dokładnej chronologii, ale to, co z tego wychodzi, jest czymś innym, niż było w rzeczywistości. [str. 120]
Owszem, opis nigdy nie odzwierciedli w pełni złożoności istnienia osoby, przedmiotu czy wydarzenia, którego dotyczy, ale słowa "kłamca" i "zafałszowanie" wydają mi się tutaj nie na miejscu - oba oznaczają działanie świadome i celowe, podczas gdy komunikujemy się tak, a nie inaczej, bo lepiej - na tym etapie ewolucji - się po prostu nie da. Zastanawiam się, co właściwie Bernhard chciał przez to powiedzieć: czy to tylko jeden z wielu momentów, w których popada w skrajności i przerysowuje (czego nie mam mu za złe, ja to robię permanentnie), czy może stworzył sobie w ten sposób swego rodzaju alibi, na wypadek gdyby ktoś przedstawił inną wersję przytaczanych w "Autobiografiach" wydarzeń.

Książka składa się z kilku części, które pierwotnie były publikowane osobno:
Przyczyna. Przypomnienie (1975)
Suterena. Wyzwolenie (1976)
Oddech. Decyzja (1978)
Chłód. Izolacja (1981)
Dziecko (1982).

Thomas Bernhard (1931-1989) opowiedział w nich o swojej wczesnej młodości i o dzieciństwie, właśnie w tej kolejności. Opisał opresyjną, tłamszącą atmosferę Salzburga; terror psychiczny i fizyczny w kierowanym najpierw przez oficera SA, a potem przez księdza internacie; system oświaty, który zamiast uczyć, ogłupia; praktykę w sklepie znajdującym się w najgorszej dzielnicy miasta; pobyty w szpitalach i sanatoriach, niekompetencję lekarzy i ich pogardę wobec pacjentów; wreszcie - swoje skomplikowane relacje rodzinne. Wiele miejsca poświęcił dziadkowi, który miał na wnuka ogromny wpływ, od którego Thomas Bernhard przejął wiele poglądów i postaw. Przede wszystkim nonkonformizm i przekonanie, że zdecydowanie wyrasta ponad przeciętność.

To właśnie dziadek zadecydował, że chłopiec zamieszka w nazistowskim internacie i będzie uczęszczał do nazistowskiej (innych zapewne wtedy nie było) szkoły w Salzburgu. Z miastem tym Thomas Bernard czuł się potem przez całe życie związany - z powodu traumy, nie miłości.
Salzburg stanowi perfidną fasadę, na której świat nieustannie odmalowuje swoje zakłamanie i za którą wszystko, co jest twórcze (lub każdy, kto jest twórczy), musi zmarnieć, sczeznąć i obumrzeć. Moje rodzinne miasto to w rzeczywistości śmiertelna choroba, wrodzona i wszczepiona jego mieszkańcom, jeśli więc nie odejdą w decydującym momencie, to wprost lub nie wprost, wcześniej czy później będą musieli we wszystkich tych odrażających warunkach albo popełnić nagle samobójstwo, albo też, wprost lub nie wprost, nędznie i powoli zmarnieć w tej w gruncie rzeczy na wskroś wrogiej człowiekowi architektoniczno-arcybiskupio-tępo-narodowo-socjalistyczno-katolickiej ziemi. [str. 10]
(...) to miasto jest miastem przez wieki nikczemnie batożonym przez katolicyzm, a przez dziesiątki lat brutalnie gwałconym przez narodowy socjalizm, co ma swoje konsekwencje. Młody, wrośnięty w nie i rozwijający się w nim człowiek wyrasta w swoim życiu nieomal w stu procentach na katolika albo narodowego socjalistę, toteż mając w tym mieście do czynienia z ludźmi, zawsze mamy do czynienia wyłącznie z (stuprocentowymi) katolikami albo z (stuprocentowymi) narodowymi socjalistami, nienależąca do nich mniejszość jest śmieszna. Zatem duch tego miasta to przez cały rok katolicko-narodowosocjalistyczna bezduszność, a wszystko inne jest kłamstwem. [str. 69]
Bernhard właściwie, na pewnym poziomie, zrównuje katolicyzm z nazizmem, oba nazywa "złośliwą chorobą". Przekonał się na własnej skórze, że metody wychowawcze oficera SA i prefekta katolickiego internatu były w gruncie rzeczy identyczne, zmieniły się jedynie dekoracje.
Pochłaniane teraz i połykane każdego dnia, a więc w przybliżeniu około trzystu razy w roku, ciało Chrystusa przypominało jota w jotę codzienne tak zwane oddawanie hołdu Adolfowi Hitlerowi, w każdym razie, pomijając fakt, że chodzi tu o dwie zupełnie różne wielkości, miałem wrażenie, że ceremonia ta ma ten sam cel i skutek. A podejrzenie, że teraz w obcowaniu z Jezusem Chrystusem chodzi o to samo, o co jeszcze rok czy pół roku temu chodziło z Adolfem Hitlerem, niebawem się potwierdziło. Jeśli przyjrzeć się pieśniom i śpiewom chóralnym, jakie musieliśmy wykonywać w internacie zarówno w czasach nazistowskich, jak i po czasach nazistowskich w celu wielbienia i czczenia tak zwanej niepospolitej osobowości, wszystko jedno jakiej, musimy powiedzieć, że są to ciągle te same teksty do ciągle tej samej muzyki, a w sumie wszystkie pieśni i śpiewy chóralne świadczą wyłącznie o głupocie, podłości i braku charakteru tych, którzy śpiewają te pieśni i chorały z takimi tekstami, jedynie głupota nakazuje je śpiewać, a głupota jest wszechogarniająca i powszechna na całym świecie. Przestępstwa wychowawcze zaś, które wszędzie na całym świecie popełnia się w zakładach wychowawczych na podopiecznych, są zawsze popełniane w imię jakiejś niepospolitej osobowości, bez względu na to, czy ta osobowość nazywa się Hitler czy Jezus i tak dalej. [str. 67-68]
Głupota jest powszechna, bo społeczeństwa i rządy na przestrzeni wieków wypracowały sprawny system ogłupiania ludzi, unicestwiania indywidualizmu jednostek.
Nie ma w ogóle rodziców, istnieją tylko przestępcy płodzący nowych ludzi, którzy z całą swoją głupotą  i tępotą występują przeciw tym nowym spłodzonym przez siebie ludziom, a w owym przestępczym działaniu wspierają ich rządy, niezainteresowane człowiekiem oświeconym, czyli naprawdę dotrzymującym kroku swojej epoce, ponieważ naturalnie jest to sprzeczne z ich celami, toteż miliony i miliardy półgłówków raz po raz, prawdopodobnie jeszcze przez dziesiątki, a może i setki lat, będą produkowały kolejne miliony i miliardy półgłówków. Rodziciele albo ich zastępcy w ciągu trzech pierwszych lat życia nowego człowieka robią z niego to, czym będzie musiał być przez całe swoje życie i czego nie zdoła  nijak zmienić: nieszczęśliwą naturę, czyli totalnie nieszczęśliwego człowieka (...) [str. 56-57]
Autor pisze, że potrzebował trzydziestu lat, żeby otrząsnąć się ze skutków popełnionej również na nim zbrodni wychowania, tak zwanego wychowania, ale swoje "Autobiografie" doprowadza tylko do 1951 roku, więc nie śledzimy całego tego procesu. Rozpoczął się on chyba w momencie, kiedy piętnastoletni Thomas zatrzymał się w drodze do znienawidzonego gimnazjum, zawrócił i udał się do urzędu pracy, gdzie wystarał się o praktykę w sklepie w najgorszej z dzielnic Salzburga. Chciał pójść w przeciwnym kierunku, a chyba żadne miejsce nie mogło być bardziej odległe od dotychczasowej ścieżki prowadzącej na artystyczne wyżyny niż osiedle Scherzhauserfeld.
Mieszkać w osiedlu Scherzhauserfeld znaczyło mieszkać w centrum brudnej plamy i plamy na honorze, tutaj, według opinii całego miasta, żyli trędowaci, a mówić o osiedlu Scherzhauserfeld nie znaczyło nic innego, jak mówić o przestępcach, a ściślej o kryminalistach i pijakach, w gruncie rzeczy zaś o upijających się kryminalistach. Całe miasto omijało Scherzhauserfeld z daleka, pochodzić z Scherzhauserfeld i czegoś pragnąć, oznaczało wyrok śmierci. Określane gettem przestępców Scherzhauserfeld ciągle było osiedlem, z którego do reszty miasta mógł się przedostać jedynie występek, a jeśli ktoś przybywał z osiedla Scherzhauserfeld, znaczyło to tylko, że do miasta przybywa przestępca. [str. 116]
Bernhard skupia się na swoich wewnętrznych ewolucjach i przemyśleniach, ale, co oczywiste, były one ściśle powiązane z okolicznościami zewnętrznymi. Dziadek wpoił mu zainteresowanie filozofią, jednak wnuk nie zawsze chodził z głową w chmurach, był bystrym obserwatorem otoczenia, co znalazło odzwierciedlenie w "Autobiografiach". Bardzo mi się podobały naturalistyczne relacje z pobytu Bernharda w szpitalach i w sanatoriach (chorował na gruźlicę), np. ten:
Mijając mnie, ludzie ci, niewątpliwie ostatecznie wypchnięci poza nawias społeczeństwa, odkręcali z obrzydzeniem, żałośnie i jakby urażeni w swojej świętej dumie, brązowe butelki do odpluwania i odpluwali do nich, z perfidną podniosłością wydobywali tu wszędzie, bezwstydnie i z sobie tylko właściwą wyrafinowaną sztuką, plwocinę z nadżartych płuc i odpluwali ją do butelek. Korytarze wypełniał ten uroczysty pochód wielu tuzinów zżartych płuc i człapanie filcowych pantofli po linoleum nasączonym karbolem. Odbywała się tu procesja, która kończyła się w leżalni, w tak uroczystym nastroju, z jakim spotykałem się dotąd tylko na katolickich pogrzebach, każdy uczestnik tej procesji niósł przed sobą własną monstrancję: brązową butelkę do odpluwania. Kiedy ostatni wchodził na werandę i układał się tam w jednym z długiego szeregu zardzewiałych okratowanych łóżek, kiedy wszystkie te ciała, od dawna już zeszpecone przez chorobę, o długich nosach, o długich rękach i krzywych nogach, o dusząco zgniłym zapachu, zawinęły się w wytarte, wyszarzałe, stęchłe, w ogóle nie dające ciepła pledy, które ja mogłem nazwać jedynie derkami, zapadała cisza. (...) Wszyscy pacjenci nieustannie produkowali plwocinę, większość z nich w dużych ilościach, wielu miało ze sobą nie tylko jedną, ale kilka butelek, jak gdyby nie istniało dla nich pilniejsze zadanie  nad produkowanie plwociny, jak gdyby zagrzewali się wzajemnie do coraz większej produkcji plwociny, współzawodnictwo odbywało się tu codziennie, a zwycięstwo odnosił ten, kto był najbardziej skoncentrowany i odpluł najwięcej do butelki. [str. 272-273]
Liczba cytatów, które tu zamieszczam, świadczy o tym, że spodobał mi się styl autora. Początkowo irytowały mnie częste powtórzenia, te wszystkie uściślenia - "czyli", "tak zwany" itd., nieco emfatyczna kursywa. Nieznośna pewność siebie, pewność swoich przekonań, opinii i sądów, zwłaszcza że poglądy na wiele spraw miał, łagodnie mówiąc, radykalne. A jednak w trakcie lektury zaczęłam coraz lepiej rozumieć, dlaczego Thomas Bernhard stał się właśnie takim, a nie innym człowiekiem, po przeczytaniu ostatniej części pt. "Dziecko" poczułam do niego nawet coś w rodzaju sympatii pomieszanej ze współczuciem.

"Autobiografie" to interesująca opowieść o trudnym dzieciństwie, trudnej młodości i trudnych czasach. Nie jest to lektura z gatunku lekkich, łatwych i przyjemnych, może z wyjątkiem przyjemności płynącej z czytania bardzo dobrze napisanej książki. To moje pierwsze spotkanie z Bernhardem, ale z pewnością nie ostatnie. O wielu sprawach myślimy podobnie, no ale ja nie mam tak nieprawdopodobnie wysokiej samooceny:).

Ludzie, którzy wiedzą, że umierają, niczego drugiemu bardziej nie zazdroszczą niż takiej szczęśliwej śmierci bez umierania. Pomyślałem sobie, kiedy wynosili przekupnia z Mattighofen, że śmierć taka leżała w jego naturze, Ten człowiek nie mógł umrzeć inaczej. Złapałem się na tym, że zazdroszczę przekupniowi jego śmierci, sam bowiem nie mogłem mieć pewności, że kiedyś odejdę w przeszłość, przeminę tak nagle, w jednej chwili, tak zupełnie bezboleśnie. W końcu śmierć bez umierania przypada w udziale jedynie nielicznym. Umieramy od momentu narodzin, ale o umieraniu mówimy dopiero pod koniec tego procesu, chociaż czasem koniec ten ciągnie się jeszcze koszmarnie długo. Umieraniem nazywamy ostatnią fazę naszego procesu umierania, trwającego całe życie. A kiedy chcemy się od umierania wykręcić, wzbraniamy się przed zapłaceniem rachunku. Myślimy o samobójstwie, trzymając przed oczami ów rachunek przedstawiony nam pewnego dnia, i szukamy wówczas schronienia w całkiem niskich i płaskich myślach. Zapominamy, że wszystko, co nas dotyczy, jest hazardem, i wskutek tego dokonujemy naszych dni w rozgoryczeniu. U kresu życia  tylko beznadziejność stoi dla nas otworem. Rezultatem jest pokój śmierci, w którym się umiera, raz na zawsze. Wszystko to zwykłe oszustwo. Całe nasze życie, jeśli przyjrzeć mu się dokładnie, jest tylko marnym kalendarzem zdarzeń, z którego została wreszcie zerwana ostatnia kartka. [str. 228-229]

"Ale najpierw żyjemy". (To akurat nie jest cytat z Bernharda).


sobota, 29 października 2011

ŻYCIE, A ZWŁASZCZA ŚMIERĆ ANGELIKI DE SANCÉ

Tytuł: Życie, a zwłaszcza śmierć Angeliki de Sancé
Autor: Jacek Podsiadło
Pierwsze wydanie: 2008

Wydawnictwo: Znak
ISBN: 978-83-240-1016-5
Stron: 334

Ocena: 3+/5


Surrealistyczna, acz miła lektura. Składa się z wielu krótkich rozdziałów o dziwacznych tytułach, z których to rozdziałów część ma charakter autobiograficzny, a inne to zwiariowane historie o kolejnych związkach tytułowej Angeliki - autor dowolnie zakrzywia w nich czas i przestrzeń.

Czytałam z zainteresowaniem, bo lubię sobie od czasu do czasu spojrzeć na świat cudzymi oczami, z perspektywy kogoś zupełnie innego niż ja. A z kim jak z kim, ale z Jackiem Podsiadłą nie łączy mnie chyba nic, może poza tym, że pochodzimy z jednego regionu w Świętokrzyskiem. Autor opisuje siebie jako totalnego luzaka, który żyje po swojemu, owszem - czasami niemal o chlebie i wodzie, ale po swojemu. Tego się właśnie spodziewałam, bo jakiś czas temu czytałam z nim wywiad w Wyborczej. Nie uważam siebie za materialistkę, ale on jest chyba antymaterialistą.
   W gruncie rzeczy pragnę tylko napisać coś o naturze leniuchowania, o pożytkach z niego płynących. O tym, że przyjemnie jest wylegiwać się na drzewie jak leniwiec. Wyjadać ze słoika domowe konfitury jabłkowo-bzowe. Leżeć w trawie jak legawiec. Rano patrzeć, jak słońce uruchamia odblaski na liściach dzikiego szczawiu, a wieczorem piec ziemniaki w ognisku i pleść banialuki. Raz dziennie jechać rowerem do telefonu, żeby porozmawiać z synem. Słuchać ptaków. Leżeć w śpiworze i znowu słuchać ptaków. Robota to głupota. Jasne, że dobrze jest zmyć statki raz na tydzień, posiać kalarepę albo narżnąć drzewa, ale jeździć dzień w dzień wózkiem widłowym po jakiejś zwariowanej kopalni w Zabrzu? Obstawiam, że długo jeszcze będzie nam się ze Śliwą udawało omijać wszelkie kopalnie z daleka. Od wieków tylko módl i się i pracuj, módl się i pracuj. Oratoria i laboratoria, paranoja. Ci wszyscy prezydenci, co wywołują wojny, to też z przepracowania. Gdybym ja był głową państwa, jego godło stanowiłby hamak. [str. 177-178]
No cóż, gdyby takie podejście do życia było powszechne w paleolicie, to ludzkość do dziś by w nim tkwiła, a Jacek Podsiadło mógłby sobie tylko pomarzyć o telefonie, rowerze i wózku widłowym i ziemniakach (chyba że przyszedłby na świat w jakiejś jaskini w Andach).


Nie ma tu żadnego motywu przewodniego. Rozdziały autobiograficzne traktują o epizodach z bardzo różnych okresów życia Podsiadły - dotyczą (o ile się nie mylę) lat osiemdziesiątych i późniejszych. Przypominają zapiski z dziennika czy pamiętnika. Sporo miejsca autor poświęcił relacjom ze spotkań z przyjaciółmi i wspólnych wyjazdów. Jest zabawnie.
Ale bywa też lirycznie, smutno. Szczególnie spodobał mi się rozdział "Widzę. I opisuję", w którym przeprowadzany jest "Powszechny spis inwentarza martwego", czyli przedmiotów, które pozostawiła po sobie kochana kiedyś kobieta. Oraz "I kometa z białych piór spada pod moje stopy", wspomnienie pogrzebu ojca.
Natomiast końcówka książki nieco mnie, szczerze mówiąc, znużyła - konkretnie rozdziały o konnej wycieczce do republik nadbałtyckich i te dotyczące westernów.

Moje przywiązanie do dosłowności uodparnia mnie na ogół dość skutecznie na uroki surrealizmu, a jednak napisane w tej właśnie manierze rozdziały o Angelice czytałam z przyjemnością. Owa heroina przemierza morza, lądy i epoki, z wyboru lub konieczności zawsze w męskim towarzystwie. Oto fragment rozdziału, w którym u jej boku pojawia się tajemniczy graf z Transylwanii:
   Miała na długo zapamiętać pierwsze z nim spotkanie. Wymienili kilka zdawkowych uprzejmości przed sklepikiem aptekarza, a potem, niby dobrzy znajomi, długo spacerowali po mieście. Ona i nieznajomy z ulicy! Jego bliskość sprawiała, że Angelika czuła się dziwnie. Sceneria miasta stała się ruchoma, jakby to szli nie oni, ale jakby ożywione budynki i dzielnice ruszyły w przeciwnym kierunku. Ciężkie od kwiecia drzewa przesuwały się jak baletnice na ukrytych pod sięgającymi parkietu sukniami stopach drobiących kroczki, których się nie zauważa, tak jak nie zauważa się kwantów czasu, w których ruch i bezruch nie są zróżnicowane. Kościoły zdawały się odsuwać od nich, gdy zbliżali się do którego. Gdy dochodzili do skrzyżowań ulic, graf zwalniał kroku, węszył jak zwierzę i mocniej obejmował jej kibić, aby niemal biegiem przebyć skrzyżowanie, jakby obawiał się rozpędzonej dorożki. O dziwo, Angelice było wszystko jedno. Nic o nim nie wiedziała i o nic nie pytała. Zatrzymywali się, a wtedy ujmowała w ręce dłoń grafa o wypielęgnowanych paznokciach. "Twoja ręka jest taka zimna", mówiła przy tym. Gdybyż miała wtedy głowę do onikomancji! Albo opuszkami palców dotykała starannie przypudrowanej twarzy. Pierwszy pocałunek graf złożył na jej szyi. Było to jedno z tych ucałowań, które zostawiają na skórze różowy ślad, dowód namiętności, i Angelika resztką przytomności pomyślała, że jutro trzeba będzie ukryć szyję pod stójką. Nim graf się odessał, dziewczyna zemdlała.
   Ocknąwszy się w jego wychudłych ramionach, zaczęła prawić mu do ucha płoche dyrdymały. Było tego dużo, między innymi: "Moje serce jest jak zegar nakręcany przez ciebie", osiem razy "Twoje piękno dosłownie rozrywa mi rajtuzy" oraz nieskoordynowany miszmasz Longfellowa i Goethego zakończony westchnieniem "Chwilo trwaj, jesteś piękna". [str. 80-81]
Jacek Podsiadło napisał tę książkę "z powodu istnienia języka" [224] i pisząc ją na pewno dobrze się bawił. Z kolei mnie miło się ją czytało. Choć wyrzuciłabym parę rozdziałów, które wydają mi się tylko tzw. zapchajdziurami.

niedziela, 23 października 2011

HARFA TRAW

Kiedyż to pierwszy raz usłyszałem o harfie traw? Na długo przed tą jesienią, gdy zamieszkaliśmy na mydłodrzewie; więc może którejś poprzedniej jesieni? I oczywiście powiedziała mi o tym Dolly; nikt inny nie potrafiłby tego tak nazwać - harfa traw. Jeżeli po wyjściu z miasteczka udacie się drogą wiodącą do kościoła, niebawem miniecie wzgórze jaśniejące kościaną bielą nagrobków i porośnięte brunatnymi, spalonymi przez słońce kwiatami; jest to cmentarz babtystowski. Wszyscy nasi bliscy - Talbowie, Fenwickowie - są tam pochowani; matka moja spoczywa obok ojca, a groby dwudziestu lub więcej krewnych otaczają ich niby rozgałęzione korzenie jakiegoś kamiennego drzewa. Poniżej wzgórza jest łan wysokiej indiańskiej trawy, która zmienia barwę wraz z porą roku: pójdźcie obejrzeć ją jesienią, pod koniec września, kiedy staje się tak czerwona jak zachód słońca i kiedy suną po niej cienie szkarłatne niczym odblask ognia, a jesienne wiatry wygrywają na suchych źdźbłach melodię człowieczych westchnień, harfiane głosy. 
  Za łąką rozpoczyna się mrok Lasu Nadrzecznego. Musiało to być jednego z tych wrześniowych dni, gdy zbieraliśmy korzonki w lesie i Dolly zapytała:
  - Słyszysz? To harfa traw, zawsze snuje jakąś opowieść... Zna dzieje wszystkich ludzi leżących na tym wzgórzu, wszystkich, co kiedykolwiek żyli; a jak pomrzemy, opowie także i nasze. [str. 73]



To opowiadanie pełni podobną rolę, co wspomniana harfa traw: narrator, dorosły Colin Fenwick, wspomina szczęśliwe dzieciństwo czy może raczej wczesną młodość spędzoną w niewielkim miasteczku gdzieś na południu Stanów Zjednoczonych. Pozostali bohaterowie tej historii już nie żyją albo - co wychodzi prawie na to samo - zmienili się i oddalili od siebie, ale żaden z nich na pewno nigdy nie zapomniał tych kilku dni spędzonych wspólnie w domku na drzewie.
Colin miał wtedy szesnaście lat, jego ciotka Dolly i jej przyjaciółka/służąca po sześćdziesiąt, sędzia Cool prawie siedemdziesiąt, a Riley osiemnaście. Nie mieli ze sobą wiele wspólnego poza jednym: nie czuli się dobrze w otoczeniu, w którym żyli, nie potrafili się do niego dostosować, nie chcieli.
Krótki pobyt w domku na drzewie pomógł im się do tego przyznać przed samym sobą, a obecność podobnych do nich outsiderów dodała im otuchy. Miejsce, w którym się zatrzymali, kojarzyć się może z czymś infantylnym, ale wydaje mi się, że oni nigdy wcześniej nie wykazali się taką dojrzałością, jak w ciągu tych paru dni. Dojrzałością rozumianą jako zaakceptowanie siebie.



W 1998 roku wydawnictwo Prószyński i S-ka opublikowało "Śniadanie u Tiffany'ego" i "Harfę traw" w jednym tomie, ale postanowiłam napisać o każdym z tych opowiadań osobno. Zacytowany powyżej początek "Harfy" chyba tłumaczy, dlaczego. Wiele dzieli Alabamę z lat trzydziestych i o dekadę starszy Nowy Jork, inni są bohaterowie i tematyka obu utworów, "Harfa traw" jest bardziej sentymentalna, nostalgiczna - Truman Capote wplótł w utwór wątki autobiograficzne, o czym można sobie poczytać w Wikipedii. 


Ujął mnie sentymentalizm w wydaniu tego autora i żałuję, że nie cały utwór został napisany w tym właśnie duchu. Relację Siostry Idy skróciłabym o co najmniej połowę, z Rileya nie uczyniłabym rzutkiego przedsiębiorcy, a z sędziego smutnego staruszka nadstawiającego swojej rodzinie drugi policzek.
Ale może to wszystko dodaje opowieści wiarygodnosci, bo przecież nie można całego życia spędzić w domku na drzewie, w końcu trzeba z niego zejść i jakoś się dogadać z otoczeniem.


Tytuł: Śniadanie u Tiffany'ego (Breakfast at Tiffany's), Harfa traw (The Grass Harp)
Pierwsze wydanie: 1958, 1951
Autor: Truman Capote
Tłumaczenie: Bronisław Zieliński

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
ISBN: 83-7180-290-0
Stron: 156

Ocena: 4/5