Impresje

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Dawne krakowskie księgarnie i antykwarnie

Od przeprowadzki bywam w centrum znacznie rzadziej, ale kilka dni temu, przy okazji, postanowiłam wybrać się jednak na Rynek, żeby zobaczyć, co w tym roku sprzedają w budkach z asortymentem okołoświątecznym (to samo, co zwykle), i jak wygląda księgarnia Matras po remoncie. Obawiałam się trochę, że wnętrze przypominać będzie całkowicie odsączone z klimatu placówki Matrasu w galeriach handlowych - gdyby ktoś chciał otworzyć tam np. Żabkę, to wystarczyłoby tylko zmienić towar na półkach. Zresztą Empików też to dotyczy.

Wpadłam na chwilkę, ale tak na pierwszy rzut oka nowy wystrój podoba mi się bardzo. Nowocześniej, ale klimatycznie, przytulnie, w kolejnych salach czułam się bardziej jak w czytelni, a nie w sklepie. Obecnie to najładniejsza krakowska księgarnia. 

źródło: matras.pl
Może tylko trochę szkoda, że oprawione w ramki zdjęcia z autografami znanych pisarzy i innych artystów, którzy kiedyś odwiedzili to miejsce, wiszą dopiero w ostatniej sali, gdzie znajduje się też coś w rodzaju maleńkiej kawiarenki. Nie widziałam stolika z książkami podpisanymi przez autorów, który dawniej stał w pierwszej sali, ale może nadal gdzieś jest, tylko ja z braku czasu go nie zauważyłam.

Środków na remont najwyraźniej nie szczędzono, ale też lokalizacja zobowiązuje. I wcale nie chodzi tu tylko o adres na Rynku Głównym, w zabytkowej kamienicy kromerowskiej zbudowanej w XIV wieku (i kilka razy od tego czasu przebudowywanej). Chodzi przede wszystkim o kilkuwiekową już tradycję handlowania książkami w tym miejscu. Wyjątkowo ciekawy tekst Renaty Żurkowej na ten temat można przeczytać na stronie księgarni - bardzo polecam! Natrafiłam na niego właściwie przypadkiem, kiedy sprawdzałam w sieci jakieś informacje wyczytane w "Kopcu wspomnień", który nadal eksploruję. A tak na marginesie - dlaczego Wydawnictwo Literackie nie wznawia tej pozycji?


Zainteresowały mnie szczególnie teksty dwóch panów, których nazwiska dotąd nic mi nie mówiły - usprawiedliwia mnie, mam nadzieję fakt, że rodowitą krakowianką bynajmniej nie jestem.

Zacznę od reminiscencji pana Aleksandra Słapy (1895-1964), a panu Marianowi Krzyżanowskiemu (1880-1964) oddam głos może następnym razem. Pan Słapa ujął mnie opisem początków swojej czytelniczej pasji, kiedy za ostatnie pieniądze kupował podróbki powieści Conan Doyle'a, czyli zeszyty Sherlocka. 

Gdzie dawniej krakowianie kupowali książki? To zależało od zasobności portfela - bogatsi na Rynku, mniej zamożni w antykwariatach. Młodzież szkolna zaliczała się do tej drugiej kategorii.
   Źródłem nabycia tych skarbów była przede wszystkim księgarnia kolejowa Kafki na dworcu krakowskim. Na lewo od hallu, w kącie przed wejściem do restauracji, która do dziś dnia mieści się w tym samym miejscu, stał rozłożysty kiosk. Wypełniały go sterty wiedeńskiej i berlińskiej Hintertreppenliteratur - i stosy niemieckich brukowych dzienników i tygodników, z "Neue Freise Presse" i "Das Interessante Blatt" na czele. Na bocznym kontuarze leżała prasa "galicyjska": "Czas", "Reforma", brukowe "Nowiny", a z tygodników "Nowości Ilustrowane", dogorywający "Diabeł" i cieszący się w Krakowie znakomitym powodzeniem pornograficzny "Bocian". U Kafki na dworcu niezawodnie mogłeś kupić każdy zeszyt Sherlocka. Toteż pierwszy mój kontakt z księgarnią dokonał się tutaj. I jak do niedawna byłem stałym i wiernym klientem Urbańskiego (który sprzedawał marki, czyli znaczki - przyp. E.) - tak teraz nie było dnia, bym nie sterczał przed kontuarem kolejowej księgarni czekając na nowego Sherlocka. [str. 183]
Ja też czekam na nowego Sherlocka, z tym, że nie o powieść Conan Doyle'a chodzi, a o kolejną część serialu BBC, który jest po prostu świetny. Mój stosunek do książkowego pierwowzoru jest daleki od entuzjazmu. To samo można chyba powiedzieć o najważniejszych krakowskich księgarzach sprzed stu lat - do nich Słapa po Sherlocka nawet nie zaglądał.

   Poważne polskie księgarnie zgrupowane były w Rynku. Królowała księgarnia i skład nut S.A. Krzyżanowskiego przy linii A-B. Cieszyła się wielkim powodzeniem, miała znakomity personel, a szef jej i właściciel wraz z uroczym synem i następcą Marianem, przewodzili dobranemu gronu pomocników i praktykantów. [str. 183]
źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe
Linia A-B to pierzeja między Floriańską i Sławkowską, C-D między Szczepańską i św. Anny itd. W miejscu, gdzie kiedyś mieściła się księgarnia S.A. Krzyżanowskiego (Rynek Główny 36), znajduje się obecnie Księgarnia Muzyczna "Kurant".
Drugą wielką księgarnią była na przeciwnej stronie Rynku, naprzeciw wieży Ratuszowej położona firma G. Gebethner i Spółka, filia warszawskiego wielkiego wydawnictwa Gebethner i Wolff, zasobna w wydawnictwa warszawskie, dbająca o posiadanie pełnego asortymentu beletrystycznego i naukowego, będąca równocześnie dystrybucją na Galicję i Austrię popularnego "Tygodnika Ilustrowanego". [str. 183]
źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Właśnie w tym miejscu (przypomnę: Rynek Główny 23) znajduje się dziś księgarnia Matras.

Arystokracja, uniwersytet i konserwa krakowska stanowiły klientelę księgarni "Spółki wydawniczej polskiej" w pałacu Spiskim (tam gdzie dziś mieści się księgarnia Domu Książki), powiązanej z koncernem "Czasu", tj. z rodziną Potockich spod Baranów, i będącej centralą sprzedaży wydawnictw Akademii Umiejętności. U wylotu ulicy Grodzkiej była czwarta z wielkich księgarń - księgarnia D.E. Friedleina, ówczesnego prezydenta Krakowa, prowadzona przez jego siostrzeńców, dwóch młodych braci Münnichów. [str. 183]
źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Ta pierwsza księgarnia znajdowała się chyba tam, gdzie obecnie mieści się Księgarnia Pałac Spiski (Rynek Główny 34, linia C-D), a księgarnia Friedleina była podobno na Rynku Głównym 17 (linia E-F), tam, gdzie teraz jest Księgarnia Hetmańska.

Niedaleko Rynku, przy ul. św. Jana, mieściło się muzyczne wydawnictwo: Księgarnia A. Piwarskiego i S-ki (przy św. Jana 3, jak wskazuje pewna okładka - przyp. E.), zaś przy ulicy Szewskiej księgarnia prawnicza Leona Frommera. To była elita księgarska. Były to przybytki odwiedzane przez "wyższe" sfery, lokale tchnące powagą i majestatem, których progu nie odważył się przestąpić uczniak, chyba w towarzystwie ojca lub matki w sezonie zakupu książek szkolnych. Ale nowe podręczniki miał tylko b. nieliczny odsetek uczniów. Zwłaszcza w takich demokratycznych gimnazjach jak mój "Jacek", gdzie trzon młodzieży stanowili synowie chłopów, kolejarzy i drobnourzędniczej inteligencji. Posiadanie przez nich nowej, nie używanej książki należało do rzadkości. [str. 183-184]
Próbowałam ustalić, w którym miejscu przy Szewskiej znajdowała się księgarnia Frommera, ale znalazłam (np. tutaj) tylko adres przy Floriańskiej 39. 

Dalej Słapa opisuje należące przeważnie do Żydów "antykwarnie", które mieściły się przy znacznie mniej (wtedy) prestiżowych ulicach, jak Szpitalna, Szewska czy św. Tomasza, ale przede wszystkim Szpitalna. Polecam ciekawy artykuł Ryszarda Löwa "O antykwariuszach żydowskich w Krakowie". Przede wszystkim Löw dzieli sprzedawców używanych książek na antykwariuszy i bukinistów. Ci drudzy - w odróżnieniu od tych pierwszych - nie byli na ogół specjalistami od starodruków, handlowali przeważnie podręcznikami, "literaturą straganową", resztkami niesprzedanych przez wydawców książek. Jak pisze Löw, większość żydowskich antykwariuszy zaliczała się raczej do bukinistów. Zdarzało się, że całe rodziny i ich kolejne pokolenia parały się tą właśnie gałęzią handlu.

Trudno sobie wyobrazić, że kiedyś praktycznie cała Szpitalna, od Placu św. Ducha do Małego Rynku, oblepiona była antykwariatami, bo dziś znajdują się tam całe dwa. Aleksander Słapa został wprawdzie później dyrektorem jednej z tych prestiżowych księgarni (Gebethner i Wolff), a po wojnie założycielem i dyrektorem (do śmierci) Wydawnictwa Literackiego, ale jako młody chłopak preferował antykwariaty.
   Czuliśmy się natomiast jak u siebie w domu w antykwarniach, których
źrodło: zwoje-scrolls.com
kilkanaście wypełniało ulicę Szpitalną od placu Ducha do Małego Rynku. Było trzy czy cztery antykwarnie Taffetów, tyleż sklepów Seidenów, obok nich Raucher, Wetzstein, Litman. W miesiącach letnich, z końcem i początkiem roku szkolnego, wrzała ulica Szpitalna zgiełkiem młodzieży sprzedającej lub kupującej podręczniki. Ale i przez resztę roku obroty antykwarń nie słabły. Większość tych zasłużonych pracowników książki, starozakonnych patriarchalnych brodatych mężów i dostojnych matron miała szerokie i bliskie stosunki z bibliofilami, szperaczami i naukowcami. W małych ciemnych sklepikach piętrzyły się sterty książek. Pośród stosów roczników czasopism, zaczytanych wielojęzycznych powieścideł, tkwiły rzadkie i cenne egzemplarze, źródło wzruszeń i cel iście górniczych poszukiwań stałych bywalców "Szpitalki". My zaś, chłopcy, zawsze byliśmy przez antykwariuszy ze Szpitalnej mile widziani. Targowaliśmy się o każdego centa. Wychodziło się i wracało wielokrotnie. Ale czuł się chłopiec w takich sklepikach  dobrze, swojsko - pytał się o wszystko, co go interesowało, mógł grzebać w stosach piętrzących się wkoło niego, wściubiając nos przede wszystkim w zaczytane i brudne egzemplarze powieścideł o "Bladej hrabinie", "Rinaldo Rinaldinim" i w inny specjał literatury straganowej.
  Tutaj też - na Szpitalnej - udało mi się kupić kilka wyczerpanych już u Kafki pierwszych zeszytów Sherlocka. Dalszych kilka znalazłem u Himmelblaua przy ul. św. Jana. Była to bardzo niechlujna antykwarnia. Handlowała wszystkim, co popadło, a jej właściciel i jego żona po prostu nie znali się  na książkach. Witrynę i jej wnętrze wypełniały wydawnictwa pokątne, prawdziwa Hintertreppenliteratur produkowana na Śląsku Cieszyńskim i pruskim, we Lwowie i na Nalewkach, a sprzedawana po jarmarkach i odpustach, przez kataryniarzy i wędrujących po wsiach przekupniów świecidełek i taniej galanterii. Były tam całe roje senników egipskich, chaldejskich czy arabskich, wróżby królowej Saby, Na 7 pieczęci (faktycznie!) zamknięta księga tajemnic Mojżesza, rozmaite "wiedze tajemne", chiromancje i wróżenie z rąk i "fusów od kawy", rozmowy miłosne laską i parasolką (??? - przyp. E.), listowniki dla zakochanych, zbiory powinszowań i tekstów do pamiętników, i wreszcie cała kolekcja broszur o onanizmie i chorobach wenerycznych. [str. 184]
Czyli nic się nie zmieniło: Hintertreppenliteratur popularna jest i dziś, różnicę widać tylko w jakości wydania.

Słapa wspomina dalej niesamowitą postać Fabiana Himmelblaua (ależ ładne nazwisko) - krakowskiego księgarza, wydawcy i ekscentrycznego bibliofila. (Nie był on w żaden sposób spokrewniony z Himmelblauem ze św. Jana). Jego lokal znajdował się przy ul. św. Tomasza, zaraz za kościołem św. Jana. Pozwolę sobie jednak zacytować najpierw Karola Estreichera (nie mam - jeszcze - jego książki "Nie od razu Kraków zbudowano", z której pochodzi ten cytat, więc zaufam tekstowi w internecie):

źródło: "Kopiec wspomnień", str. 185
Krakowianie, znający dobrze miasto, pamiętają kościół PP. Prezentek, stojący na rogu ul. św. Jana i św. Tomasza. Romański w swych murach, datuje się jeszcze z czasów przed lokacją miasta i dlatego wkracza w połowę ulicy. W ten sposób tworzy się malowniczy placyk, zacieniony wysokimi kamienicami. Za absydą, w najciemniejszym kącie zaułka, gdzie światło dzienne dochodzi rozproszone, szare i ponure, gdzie wilgoć, cień i chłód wśród skarp kościoła panują, mieściły się składy śmiecia i wszelkiego niechlujstwa. Kiedyś Rada Miejska zajęła się tym kątem, bo zdarzało się zbyt często, że w nocy lekkomyślne krakowianki wabiły tam niedoświadczonych młodzieńców, z czego wynikały różne kłopoty. Rezultatem obrad Rady Miejskiej było umieszczenie w tym miejscu gazowej latarni, którą niestety gasił złośliwy zefir.
   W samym rogu zaułka, tuż przy murze kościoła, właściciel wielkiej kamienicy wpadł na pomysł, by pokój, gdzie nikt mieszkać nie chciał, przerobić na sklepik. Długi czas lokal ten stał pustką, aż wreszcie znalazł się człowiek, który go wynajął, bo sklepu potrzebował, a klienteli nie. I w ten sposób w latach siedemdziesiątych, za dobrych czasów warszawsko-wiedeńskiej kolei, za panowania Modrzejewskiej, Matejki i Sienkiewicza otwarł Jakub Maurycy [Fabian Bernard] Himmelblau [1860-1931] swoją antykwarnię, w której życie przepędził, często zapominając, że nadszedł szabas.
   Zakurzona, brudna szyba wystawy była myta jedynie przez wiosenne burze i jesienne deszcze. Wówczas przejaśniała się trochę i oko przechodnia było w stanie dojrzeć broszury, rękopisy, książki i księgi, dyplomata, nuty bezładnie nagromadzone. Wśród nich widać było bronzowe popiersie Szujskiego, zegar z Napoleonem, dwa lichtarze, kilka czerwonych pieczęci, pudełko monet oraz aparat fotograficzny z napisem "okazja". Prawda, była tam jeszcze lornetka odarta ze skóry.
   Gdy weszło się do sklepu, uderzał ostro dzwonek, raz za pchnięciem drzwi, potem drugi raz, gdy się drzwi zamykało. Wzdłuż długiego lokalu stała lada, a na niej pełno książek. Zapomniane powieści, przestarzałe zbiory prawnicze, skorowidze i skoropisy, rozporządzenia podatkowe sprzed lat, kolejowe rozkłady jazdy, schematyzmy królestwa Galicji i Lodomerii - słowem makulatura, nie mogąca znaleźć czytelnika, nadająca się wyłącznie do papierni. (...)

Pajęczyny miały tu swoje królestwo. Oplatały księgi po kątach i na półkach i rzadko kto rwał ich misterne koronki. Ponieważ much tu nie było, więc łapały kurz i brodate, omszone, niczym sędzieliny w borze tatrzańskim lub stalaktyty w kopalniach wielickich zwisały z sufitu.
   W sklepie panował zaduch, ciężki i odurzający, nie powiem jednak, aby przykry. Zapach to był książek i pleśni, kurzu i lampy gazowej, syczącej równomiernie w górze.
   Wszedłszy tutaj, zatracało się poczucie czasu. Czy był to rok 1872 czy 1912 trudno było powiedzieć, bo z pewnością nic się tu nie zmieniło od lat. Miasto huczało daleko, czasem głos z ulicy dolatywał lecz stłumiony i nieśmiały jak przechodzień, który wszedłszy mimo woli, poddawał się nastrojowi miejsca. Płynęły chwile, godziny, dnie lata - a książki bezładnie leżące leżały cierpliwie. (...)

   Gdy oko klienta przywykło do mroku, gdy objęło tę dziwną składnicę ksiąg - leniwie po ladzie, po papierach i broszurach krok za krokiem szedł kot, który spojrzawszy na gościa, zeskakiwał z lady i uciekał w głąb sklepu. Tam przeskoczywszy trzy stopnie, znikał za małymi drzwiczkami.
  Dopiero wtedy pokazywał się gospodarz. Brodaty Żyd w surducie, świadczącym, że jego właściciel nie przywiązuje żadnej wagi do stroju. Antykwarz pochylony i trzęsący się szedł z trudem. Zza okularów opasłych (powinno być chyba "opadłych" - przyp. E.) na koniec nosa patrzyły blade oczy w przekrwionych powiekach.
- Czego? - pytał niegrzecznie. 

Cóż, nic dziwnego, że w końcu umarł w nędzy. Zastanawiam się, czy Estreicher nieco nie koloryzował - w końcu cały jego tekst dedykowany jest Tuwimowi, który - o czym była mowa w biografii autorstwa Urbanka - uwielbiał wszelkiego rodzaju kuriozalne ekscentryczności. Słapa pisze jednak o tej postaci w podobnym tonie:
   Fabian Himmelblau należy do historii naszego księgarstwa, będąc równocześnie jednym z najbardziej typowych oryginałów i dziwaków stołecznego miasta Krakowa. (...) W latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia Fabian Himmelblau był poważnym wydawcą. Obok kilkunastu książek dla dzieci i młodzieży, studiów literackich (np. L. Siemieńskiego o Wincentym polu) wydał duży czterotomowy Wybór Poezji Teofila Lenartowicza. Prowadził księgarnię przy ul. św. Tomasza, w zaułku za kościołem św. Jana, w budynku hotelu "Pod Różą". Był wyjątkowym znawcą nie tylko starodruków, ale i współczesnego mu zagranicznego ruchu wydawniczego, świetnym informatorem, zwłaszcza w zakresie wydawnictw naukowych, wypuszczanych przez niemieckie, francuskie czy angielskie wydawnictwa. Pozostawał w żywym kontakcie nie tylko z zagranicznymi antykwariuszami, ale i z takimi wydawcami, jak J. Springer, J. Ambrosius Barth, Alcan, Masson czy inni. Już wtedy, gdy do jego ponurej - tak jak ją opisuje Estreicher - oficyny często zachodziłem z ojcem, rozmawiał i handlował tylko z kilkunastoma odbiorcami, których uznawał i szanował. Każdy klient z ulicy słyszał zawsze jednakową odpowiedź: "Nie ma!" - podaną w tonie równającym się wyrzuceniu za drzwi. Fabian Himmelblau odwiedzał mnie jeszcze w latach dwudziestych, gdy bylem kierownikiem księgarni Gebethnera i członkiem "gremium księgarzy" Galicji zachodniej. Żył w nędzy, siedząc jak legendarny smok na skarbach spiętrzonych w sklepie za kościołem świętojańskim. Wśród cennych woluminów i stert bezwartościowej makulatury dniami nocami siedział i czytał, a patologiczna mizantropia objawiająca się wrogością do każdego, kto dotknął klamki jego drzwi i chciał kupić u niego książkę - zmieniała brudny i ciemny sklepik w grób, w którym dogorywał wybitny księgarz-wydawca i zwariowany bibliofil. [str. 184-185]
Dawniej księgarz, taki z prawdziwego zdarzenia, nie tylko sprzedawał książki, ale był kimś znacznie więcej - wykwalifikowanym specjalistą, który doświadczenie zdobywał również za granicą, niekiedy wydawcą, organizatorem wydarzeń artystycznych (Krzyżanowscy). Zdarzało się jednak i tak, że właściciel księgarni miał problemy z ortografią, gramatyką i ogładą:

   Ale wróćmy do mej pogoni za skompletowaniem Przygód Sherlocka Holmesa. Były w tych czasach w Krakowie jeszcze dwie księgarnie, do których nie straszno było nam szczeniakom wchodzić. Obie przy ulicy Szewskiej, po prawej stronie idąc od Rynku - jedna Kwaśniewskiego (dawnego pracownika firmy S.A. Krzyżanowski) tuż przed Jagiellońską przecznicą, druga, na przeciwnym rogu, Kaspra Wojnara. Pierwsza miała sortyment na poziomie, a jej właściciel miał aspiracje wydawnicze (wydał dwie czy trzy książki, miedzy innymi niesłusznie zapomniane podhalańskie Posiady Wojciecha Brzegi) i na nich się przewrócił. Księgarnię przejął - na niedługo zresztą - Zaplatalski, który obniżył jej poziom, wprowadzając do swego sortymentu także senniki, kabały, "bryki", no i zeszytowe Sherlocki. Zaplatalski był to mąż dziwny. Wysoki, chudy z bladą ascetyczną twarzą, z której spływała ogromna zwichrzona kasztanowata broda i sumiaste wąsiska. Na nosie tkwiły potężne okulary. Rzadki klient często zastawał księgarnię zamkniętą, a na drzwiach kartę z napisem "zaraz przyńde". W późnych godzinach popołudniowych nie świecił Zaplatalski w lokalu światła. Po otwarciu drzwi wchodziło się w czarną czeluść. Trzask przekręcanego włącznika, błysk słabiutkiej, żółtawo tlącej  się niskowatowej żarówki i zza wysokiego kontuaru wynurzała się owłosiona głowa i szczupłe ramiona Zaplatalskiego. Był on antytezą zapobiegliwego kupca. Przeważnie operował w stosunku do klientów monosylabami. Załatwienie klienta było mniej więcej takie. Klient mówi "dzień dobry", a zza kontuaru pada pytanie "czego?" Pytasz o któryś z zeszytów przygód detektywa lub o jakąś lekturę; jeszcze nie skończyłeś a już pada lapidarna odpowiedź "Nima!" i światło gaśnie, a młody i chętny nabywca odchodzi. Wyjątkowo - widocznie w okresach, gdy troski i ponure myśli nie gryzły pana Zaplatalskiego - transakcja dokonywała się, zawsze jednak na ponuro.
   Natomiast u Wojnara ruch był bardzo żywy. Kasper Wojnar był zasłużonym wydawcą kalendarzy i literatury ludowej. Jego wydawnictwa cieszyły się szeroką popularnością i docierały na galicyjską wieś. Pan Kasper Wojnar - postać bardzo sympatyczna - znał psychikę wiejskiego czytelnika, znał się na problematyce rolniczej, sam pisał wiele opowiadań, życiorysów i zasługi jego w krzewieniu czytelnictwa wśród chłopów w pierwszych latach naszego stulecia są niewątpliwe. [str. 185-186]
W miarę upływu czasu upodobania czytelnicze pana Aleksandra Słapy znacząco się zmieniały, na co największy wpływ miał kurs literatury polskiej prowadzony w szkole przez Józefa Ujejskiego. Rodziewiczówna, Reymont, Prus, Żeromski... Kiedy w 1910 roku u Gebethnera ukazał się tom "Nieznanych pism" Mickiewicza, Słapa czuł, że mieć je po prostu musi. Problemem były pieniądze. Trzy lata wcześniej zmarł jego ojciec, sytuacja finansowa rodziny była bardzo kiepska, więc Aleksander prawie wszystko, co zarobił korepetycjami, oddawał matce. Zdesperowany zwrócił się do przyjaciela ojca i sądowego opiekuna rodziny, czyli Wacława Anczyca. Był on współwłaścicielem Drukarni W.L. Anczyca i Spółki, miał połowę udziałów, a po jednej czwartej posiadały rodziny Gebethnerów i Wolffów.

Jednego popołudnia, gdy żądza posiadania Krasińskiego i Mickiewicza doszła do zenitu, wybrałem się na róg ulicy Zwierzynieckiej i Straszewskiego i z "duszą na ramieniu" przestąpiłem próg drukarni. Chwilę poczekałem i zostałem wezwany do gabinetu przed oblicze Pana Radcy. Nieśmiało zapytałem czy mógłbym za jego pośrednictwem uzyskać możność nabycia książek w księgarni Gebethnera na raty. Tak serdecznie odniósł się "radca" do mnie, że w tej pierwszej rozmowie prysły lody dystansu i autorytetu. Polecił mi chwilę zaczekać, po czym poszedł ze mną do Rynku do księgarni. Przekroczenie progu gebethnerowskiej oficyny było dla mnie nie lada przeżyciem. W antykwariatach i księgarniach, których klientem byłem dotąd, panował charakterystyczny rozgardiasz i nieład, i niewątpliwie dzięki temu bałaganowi czuliśmy się, my uczniacy, w tych budach dobrze. (...) Kupując Sherlocki czy inną zeszytową literaturę, kupując "bryki", tj. dosłowne tłumaczenia, ściśle dostosowane do będących w użyciu wyborów szkolnych z dzieł klasyków grecko-rzymskich, spotykaliśmy tam przede wszystkim klientelę rówieśną, a "groch z kapustą" panujący niepodzielnie na kontuarach i w regałach nie onieśmielał. Natomiast tu, u Gebethnera - jak i w innych księgarniach - ład panował nienaganny. W pełnym oświetleniu urzekały specjalnym urokiem ustawione grzbietami, czyściutkie, pachnące farbą drukarską i aromatem szlachetnych papierów książki, wypełniające ściany wysokiego i sklepionego pokoju frontowego. Na prawo od wejścia obszerna lada wyłożona nowościami, na jej krańcach dwa wysokie biureczka, w głębi szeroki stół, a na nim wyłożone ze smakiem tak zwane "większe formaty" tak charakterystyczne dla ówczesnych mieszczańskich gustów, ilustrowane wydawnictwa albumowe jaka Quo vadis z ilustracjami Piotra Stachiewicza, Album Siemiradzkiego, Witkiewicza Juliusz Kossak, Gembarzewskiego Wojsko Polskie. Pośród nich oprawne komplety gebethnerowskich wydań Mickiewicza i Słowackiego, dziesięciotomowy wybór powieści Kraszewskiego, pierwszych sześć tomów Stu lat myśli polskiej, a wśród nich cel moich pragnień: Kraszewski w edycji Czubka i - radujące oko arcypięknie przez drukarnię Uniwersytecką złożone, z okładką wydrukowaną na czerpanym papierze "Fabriano" - Nieznane pisma Adama Mickiewicza. Zostałem przedstawiony dwóm poważnym panom. Ani przez myśl mi nie przeszło, że jeden z nich będzie tym człowiekiem, który wprowadzi mnie w urzekający świat książek, który przeleje we mnie nie tylko swe umiłowanie księgarskiego zawodu, ale i przedziwny urok jasnych i precyzyjnych metod bibliografii i klasyfikacji książek. Tym człowiekiem o znakomitej orientacji we wszystkich dziedzinach literatury i nauko był Tadeusz Jurystowski. Drugim był młody, niedawno z praktykanta wyzwolony "pomocnik" Aleksander Krawczyński, zamiłowany myśliwy i jeszcze większy miłośnik ksiąg, pracujący nieprzerwanie z górą 50 lat w księgarstwie, kolejno w Krakowie, Paryżu, Lwowie i Gdańsku. Osobisty urok obydwóch tych ludzi, przez długie jeszcze lata czołowych pracowników krakowskiego Gebethnera, przy pierwszym zetknięciu rozproszył moje skrępowanie, przerodził się w prawdziwą przyjaźń i obok innych motywów przesądził o wybraniu przeze mnie zawodu księgarskiego. [str. 197-198]

Ciekawe, czy kiedyś ktoś z podobnym sentymentem będzie wspominał na przykład Empik, który do niedawna mieścił się przy Rynku Głównym (w tym miejscu ma być teraz Zara). Wątpię.


Na końcu tego niemożebnie długiego wpisu podaję link do mapki, na której zaznaczyłam miejsca, w których znajdowały się dawne krakowskie księgarnie.


W cytowanych fragmentach zachowałam ortografię i interpunkcję oryginału.


sobota, 7 grudnia 2013

Marian Turski o Adamie Asnyku

Źródło cytatu: Kopiec wspomnień 
Wydawnictwo Literackie 1964 (wydanie drugie rozszerzone)
Fragment wspomnień Mariana Turskiego

   Szereg ciekawych postaci przyczynił się do rozkwitu tego krakowskiego złotego wieku. Nie będę ich tu wymieniać, ani nie kuszę się, by kwalifikować ich indywidualne znaczenie. Gdybym to nawet najlepiej uczynił, zniekształciłbym tym samym szczerość i prawdę pamiętnika, zaciemniając ją późniejszymi rozważaniami. Ograniczam się do osób, które bywały w domu moich rodziców, względnie stykały się z nimi bliżej, podziałały na moją wyobraźnię i pozostały mi w pamięci.
   Pierwszym był Asnyk. Znał rodzinę ojca w Królestwie i niebawem po naszym przyjeździe odwiedził rodziców. Potem przychodził często na popołudniową białą kawę, którą lubił bardzo. Często towarzyszył mu blisko z nim zaprzyjaźniony Sewer (Maciejowski). Asnyk chętniej z nami rozmawiał i czytywał nam niekiedy swoje wiersze, których piękno za najmłodszych lat musieliśmy uznawać na kredyt opinii starszych, nie doceniając jeszcze romantycznej ich treści i formy, po snycersku cyzelowanej. Minę miał na pozór ponurą - mogłaby doń łacno zniechęcić, gdyby nie dobre i pogodne oczy wyzierające spod ogromnych brwi. Sewer był przeciwieństwem przyjaciela. Zawsze wesół, gotów do żartów, facecji i gadacz niezrównany. Mojej babce, wielce świątobliwej niewieście, opowiadał niestworzone historie, w których bywali bohaterami uwiedziona zakonnica i opat nie istniejącego klasztoru. Babka miała jednak w ścisłej ewidencji wszystkie klasztory i święte zgromadzenia, i niełatwo było jej wmówić, że takie herezje mogły się zdarzyć. Natomiast przerażało ją, iż opowieści Sewera znajdują chętnych słuchaczów we mnie i moim bracie, upominała więc Sewera po francusku: Prenez garde, les enfants entendent. Powiedzenie to, odpowiednio podbarwione, Sewer puścił w kurs, tak że stało się na jakiś czas w Krakowie przysłowiowe i słyszano je potem nieraz, ilekroć jakaś drażliwa kwestia była na porządku dziennym. Główną jednak persona dramatis w fantastycznych baśniach Sewera bywał Asnyk. Nie było zbrodni, łotrostwa, cudzołóstwa, których by wedle nich nie był przyczyną - z zimną krwią, bez wstydu. Powoływał się przy tym na świadectwo samego Asnyka. Wyglądało to tak: "Pamiętasz, Adam, tego jegomościa - mówił - któremuś w Tarnowie wyciągnął portfel..." I tu następowała historia, pełna dramatycznych powikłań, psychologicznych konfliktów, awantur i humorystycznych nieporozumień. Nikt, nawet my dzieci, nie wierzył temu ani słowa, jednak słuchaliśmy ciekawie, gdyż Sewer opowiadał znakomicie. Jeden tylko słuchacz nie miał wątpliwości co do autentyczności bezeceństw Asnyka, a mianowicie nasza "do wszystkiego" - Marianna. Powiedziała kiedyś do mojej matki: "Że też państwo wpuszczają do domu tego Snyka (uważała, że "A" jest początkową literą jego imienia i nie dała sobie tego wytłumaczyć) - zawsze sobie myślałam, że takie brodate dziady, to najgorsze". Kiedy się Sewer o tej enuncjacji dowiedział, poleciał do kuchni i uściskał ją. Sewer był faworytem Marianny, ostrzegła więc go po macierzyńsku: "Po co się pan Serwer z takim zadaje?" Chyba największe powodzenie książki nie mogło sprawić Sewerowi większej radości.
   Asnyk miał nerwowy tik w twarzy - przymrużał prawe oko i ruszał jednocześnie brwiami. Dla kogoś, kto go nie znał, wyglądało to podejrzanie, ale było na rękę Sewerowi, miał bowiem realną okazję do konceptów, jakie na tej kanwie haftował. Kiedyś wracałem z nimi dwoma od rodziny Sewera osiadłej w Tarnowskiem. Mieliśmy wsiąść  do pociągu na małej stacyjce w Bogumiłowicach. Było to w okresie świątecznym, pociąg do Krakowa przepełniony i trudno było dostać siedzące miejsce. Sewer podszedł do konduktora i zawiadomił go z poważną miną, że wiezie do Krakowa wariata, który w tłumie wpada w niebezpieczną furię. Prosi go więc, aby z góry ostrzegł towarzyszów podróży przed następstwami. Asnyk, który o intrydze nie wiedział, zdenerwowany ściskiem, ruszał istotnie brwiami w zastraszający sposób, a wielka jego postać na korytarzu wagonu przyczyniała się do spotęgowania wrażenia. W rezultacie opróżniono w popłochu cały przedział i pod opieką zdenerwowanego konduktora dojechaliśmy wygodnie do Krakowa.
 Kiedyś znowu, na towarzyskim zebraniu, wmówił Sewer niejakiej p. Dobrzańskiej, która gdzieś z dalekich kresów przyjechała do Krakowa, że jest nielitościwa dla Asnyka, nie zwracając uwagi na jego tak znaczące spojrzenia zwrócone w jej stronę. Istotnie, Asnyk siedział naprzeciw i mrugał sobie, nieboże, bez żadnych romansowych intencji. I byłaby się pokusiła jejmość oczarowana rzekomymi względami sławnego poety o rolę drugiej pani Hańskiej, gdyby nie to, że przyjechał mąż-tyran, zgwałcił Apolla i zabrał rozmarzoną nimfę do domu. [str. 96-97]
Asnyk na obrazie Malczewskiego, źrodło: Kulturalna Polska

wtorek, 3 grudnia 2013

Kobieta w literaturze XVIII

Źródło cytatu: Kopiec wspomnień 
Wydawnictwo Literackie 1964 (wydanie drugie rozszerzone)
Fragment wspomnień Zofii Muczkowskiej (1890-1973) 



   Bale. W życiu towarzyskim Krakowa dominującą rolę odgrywały bale publiczne, urządzane na cele dobroczynne - przeważnie w karnawale. Należały tu bale na Kolonie Wakacyjne w Rabce lub na cele Towarzystwa Walki z Gruźlicą. Niektóre bale cieszyły się bardzo dużą popularnością. Do tych należała Reduta Prasy w Starym Teatrze, w pierwszych dniach lutego szczególnie uczęszczana przez starszych panów, jak mój ojciec, oraz Bal Rabczański.
   Inne były mniej liczne i na nich właśnie lepiej się bawiono. Była to tak zwana "tańcująca dobroczynność", przynosząca dość poważny dochód instytucjom, na których cele była organizowana. W czas karnawału Kraków się ożywiał, przyjeżdżały majętne rodziny z różnych stron Polski, ażeby się zabawić.
   Bal Rabczański był najbardziej reprezentacyjną zabawą i gromadził najlepsze towarzystwo. Był to jedyny teren, na którym mieszczaństwo stykało się z arystokracją. Stykało, ale nie kontaktowało. Bale te odbywały się w secesyjnie odnowionych salach Starego Teatru, obecnie Teatru Modrzejewskiej. Panny z arystokracji i grawitujące do niej stały w dwa lub trzy rzędy pod galerią z muzyką, czekając na nielicznych danserów. Trzy pozostałe strony gromadziły świat mieszczański, gdzie nie było tak trudno o danserów. Na ogół siedziały (a nie stały, jak arystokratki) tylko te panny (mieszczanki), które nie miały powodzenia, mówiło się o nich, że "pietruszkują". Panny przychodziły na bale zawsze z rodzicami: ojcowie ulatniali się po północy, a mamy, drzemiąc za wachlarzami ze strusich piór, zostawały do rana, bowiem nie uchodziło ażeby panienki wracały do domu same albo odprowadzane przez młodych ludzi. Szanująca się krakowska matka nie wyprowadzała na publiczny bal córki, która nie ukończyła osiemnastu lat.
   Bal rozpoczynał się polonezem przy dźwiękach Chopina, dyrygowanym przez znanego w krakowskich domach wojskowego kapelmistrza Hocka. Kroczyły w polonezie reprezentacyjne pary dygnitarzy wojskowych i cywilnych z dostojnymi starszymi paniami - głównodowodzący twierdzą z prezydentową miasta, a prezydent znowu z którąś z dygnitarskich żon i tak dalej.
   Po polonezie zaczynała się część dla młodzieży walcem, którego z tym samym danserem tańczyło się tylko raz dookoła sali. Zresztą jeszcze przed odtańczeniem tej "rundy" zwykle już inni kandydaci czekali na swoją kolejkę.
   (...)
   Młodzi ludzie na tych balach, spełniający rolę tzw. "froterów", wszyscy w nieskazitelnych frakach i białych rękawiczkach, musieli być przedstawieni pannom i mamom przez wodzireja lub komitetowego, którzy odpowiadali za porządek zabawy.
   Tańce prowadził zwykle znany profesor germanistyki w gimnazjum Sobieskiego - dr Karol Dawidowski, osobistość dość znacznej tuszy, bardzo sympatyczna.
   Po walcu następowały tańce figurowe to znaczy kadryl, inaczej zwany kontredansem, potem mazur, a po północy kotylion, to jest walc z figurami. Do tych tańców prosiło się damy, zapisując się najpierw w karnetach, które bywały bardzo ozdobne i nieraz kosztownie wykonane. Po północy większość towarzystwa, zwłaszcza starszego, przechodziła do sali restauracyjnej, gdzie przy długich stołach można było zjeść dobrą kolację, popijając szampanem.
   Z rozpoczęciem kotyliona najpierwsze firmy kwiaciarskie Krakowa wystawiały w westybulu stoły z wiązankami kwiatów, które młodzi ludzie zakupywali dla swoich wybranek. Były to kosztowne mimozy, sprowadzane z Riwiery francuskiej, lub białe i liliowe bzy, hodowane w szklarniach, dobierane do koloru sukni. Ilość otrzymywanych bukietów była miarą powodzenia.
   Wspaniałe kosztowne toalety pań i kontrastujące z nimi czarne fraki panów, przyczyniały się do podniesienia atmosfery, która była dostojna i jakby świąteczna zarazem,a  jednak wesoła i ożywiona. Nigdy jednak sztywna, jak tego chcą nie znający tamtych czasów.
   Malowniczość tego widowiska podnosiła też wspaniała, historyczna biżuteria arystokratek: można było oglądać istną wystawę jubilerska na rasowych manekinach - "zmysłowe piękno rodowych pereł", olbrzymich szmaragdów, jak historyczny szmaragd hrabiny Cosel, wielkości niemal dłoni, otoczony niezbyt efektownymi diamentami, i inne. Nikt się wówczas nie zastanawiał nad tym, jaki kapitał więzi takie cacko, za które można by kupić całe małorolne gospodarstwo.
   Jedna z dm, Radziwiłłówna, będąc jedną z gospodyń balu, a zmuszona wystąpić w żałobie, nałożyła skromną czarną aksamitną suknię oraz diadem i riwierę z brylantów wielkości dziesięciogroszówek. Były to klejnoty habsburskie.
   Panny natomiast bywały ubrane skromnie, bez żadnej biżuterii i niezbyt elegancko. Nigdy nie używały kosmetyków ani żadnych pudrów, cerę miały świeżą, nie zniszczoną nadmiernym słońcowaniem. Panowało powszechne przekonanie, że młodość najlepiej zdobi. Na pierwszy bal obowiązywała według tradycji biała suknia.
   Prasa krakowska delegowała na każdy bal swoich reporterów, którzy dnia następnego podawali dokładne sprawozdanie o toaletach elegantek. Każda elegancka dama ambicjonowała się, żeby jej suknia była wymieniona w gazecie. Na sali balowej nigdy nie powtarzał się identyczny model sukni; jeżeli przypadkiem zdarzyło się to kiedy, wówczas jedna z tych pań lub obydwie wracały do domu. Panie krakowskie i nie krakowskie dbały o indywidualność aparycji.
   Jedną z bardziej znanych postaci na terenie krakowskich zabaw był austriacki generał Hohenauer. Wprowadzał on niegdyś moją matkę we Lwowie w świat, a w dwadzieścia lat później, w Krakowie, wywijał ze mną "marymoncką figurę" mazura. Marymoncka figura był to gimnastyczny wyczyn wymagający dużej zręczności od panów, a siły w rękach od pań. Tańczono ją tylko na prywatnych zabawach i to późno nad ranem, a pobłażliwsze mamy zasłaniały się wachlarzem.
   (...)
   W dwudziestoleciu międzywojennym role zmieniły się. Córki tych matek, które przed czternastym rokiem podpierały do rana lustra i ściany, przeszły do akcji i w sukniach do kolan robiły konkurencję swoim dorosłym, a nawet zamężnym córkom, tańcząc nowe tanga i inne foxtroty. Program taneczny uległ dużej metamorfozie - tańce figurowe i walce zastąpiono innymi tańcami, tańce narodowe,  jak mazur i oberek, znikły prawie zupełnie z sal balowych. [str. 61-64]

piątek, 29 listopada 2013

TUWIM. WYLĘKNIONY BLUŹNIERCA

Tytuł: Tuwim. Wylękniony bluźnierca
Autor: Mariusz Urbanek
Pierwsze wydanie: 2013

Wydawnictwo: Iskry
ISBN: 9788324403271
Stron: 340


Czytanie biografii pisarza skutkuje często tym, że ocena jego twórczości staje się po takiej lekturze jeszcze mniej obiektywna niż wcześniej. Zwłaszcza kiedy odkrywamy, że lubiany czy choćby tylko (lub aż) szanowany przez nas autor miał kilka nieprzyjemnych przywar. Może lepiej z góry zakładać, że literaci to co do jednego hipokryci i łajdacy, a co najmniej alkoholicy, potem można się już tylko - z rzadka - przyjemnie rozczarować.

Zanim wzięłam się za książkę Mariusza Urbanka niewiele wiedziałam o Tuwimie jako pisarzu, a już niemal zupełnie nic o nim jako człowieku, więc i moje rozczarowanie nie było zbyt duże.
Owszem, znałam kiedyś na pamięć jego wiersze dla dzieci, wiedziałam, że (nieco zmodyfikowany) fragment jego "Kwiatów polskich" śpiewa Ewa Demarczyk w "Grande Valse Brillante". Nie miałam pojęcia, że to jego słowa interpretuje Hanka Ordonówna w "Miłość ci wszystko wybaczy", a Niemen we "Wspomnieniu". Ceniłam Tuwima za wiersz "Do prostego człowieka", który jest świetną odtrutką na "patriotyczne" i "narodowe" wzmożenie wylewające się najpierw na ulicę, a potem z mediów przy okazji różnych świąt państwowych. "Rżnij karabinem w bruk ulicy" - świetna fraza, co jeszcze lepiej słychać np. w interpretacji Akurat. W szkole przerabialiśmy kilka wierszy (m.in. "Mieszkańców"), we własnym zakresie przeczytałam też wtedy "Bal w Operze", chyba za wcześnie, a w ubiegłym roku próbowałam przebrnąć przez "Kwiaty polskie", które jednak zupełnie mi nie podeszły Może dlatego, że nie wyłapywałam wątków autobiograficznych, ale najpewniej dlatego, że przyziemny ze mnie człek, który lepiej reaguje na prozę.

Kiedy jednak pojawiła się możliwość przeczytania biografii Tuwima, w dodatku za darmo (od BookSenso), to wahałam się tylko chwilę. Nie tyle zainteresował mnie nagle sam Tuwim, ile raczej Tuwim jako artysta, który żył w ciekawych czasach, w okresie poważnych zmian politycznych i społecznych. Urodził się w 1894 roku w aromantycznie fabrycznej Łodzi w rodzinie zasymilowanych Żydów, najwięcej tworzył i najbardziej błyszczał w rozedrganym dwudziestoleciu międzywojennym, a po wojnie wrócił do Polski, żeby zostać nadwornym poetą nowej władzy. Zmarł pod koniec 1953 roku i, jak pisze Urbanek, "nie dostał od losu szansy wytłumaczenia się z wielu słów, które napisał w ciągu ostatnich lat życia". Kto wie, może i on dokonałby podobnej wolty co Jerzy Andrzejewski?

Biografia skonstruowana jest klasycznie, czyli po kolei: urodził się, wychował, uczył, zaczął pisać itd., bez fabularyzowania, którego bardzo nie lubię, i prawie bez odautorskich komentarzy, które pojawiły się dopiero w części dotyczącej postępowania Tuwima po powrocie do Polski po wojnie.
Odniosłam wrażenie, że Urbanek, może nawet nieświadomie, próbuje nie tyle usprawiedliwić, co raczej wytłumaczyć... sama nie wiem, jak to nazwać - głupotę, naiwność, materializm i interesowność Tuwima? Złośliwy kontestator złej literatury i ludzkiej głupoty z czasów kawiarni "Pod Picadorem" po wojnie gorliwie przyklaskiwał przemówieniom komunistycznych aparatczyków - nie rozumiem, jak do tego doszło, nie rozstrzygnął tego autor biografii, nie pojmowali nawet przyjaciele poety. Nie przekonuje mnie supozycja, że Tuwim postępował w ten sposób, żeby spłacić dług zaciągnięty u Bieruta, który na prośbę poety ułaskawił Jerzego Kozarzewskiego i jego towarzyszy. Można być zmuszonym do tworzenia wiernopoddańczych wierszy, ale chyba nie do jeżdżenia limuzyną z szoferem.

W ogóle to nawrócenie Tuwima na komunizm jest o tyle dziwne, że przed wojną, owszem, wyśmiewał się z burżujów i fabrykantów, ale z prostym człowiekiem bynajmniej się nie bratał, a nawet podlizywał się sanacji. Nie wiem, może te wahnięcia światopoglądowe były w jakimś stopniu wynikiem problemów zdrowotnych poety, m.in. agorafobii.

Cóż, trudne to były czasy, o których ja mogę mieć co najwyżej wyobrażenie, bo przecież nie pojęcie, ale naprawdę zachodzę w głowę, jak inteligentny człowiek może sądzić, że komunizm jest jedyną właściwą odpowiedzią na faszyzm i antysemityzm, zwłaszcza jeśli ma okazję osobiście mu się przyjrzeć (być może okna w warszawskiej kamienicy i podwarszawskiej willi wypaczały obraz?)


Zostawmy te ponure rozważania. Najprzyjemniej czytało mi się o Tuwimie przedwojennym, na przykład o jego pasjach bibliofilskich. Kiedy coś szczególnie go zainteresowało, na przykład diabły czy szczury, zbierał na ten temat wszystkie możliwe publikacje, w czym pomagali mu zresztą znajomi, przyjaciele, księgarze, handlarze starzyzną. Niedawno Iskry wznowiły jego pracę pt. "Czary i czarty polskie oraz Wypisy czarnoksięskie i Czarna msza".
Wyobrażam sobie, co czuł Tuwim, kiedy się dowiedział, że całe jego zbiory uległy zniszczeniu podczas wojny.
Wszystko trafiało na biurko poety. Wiadomo było, że kto jak kto, ale on doceni, spojrzy pożądliwym okiem, zakocha się od pierwszego wejrzenia w druku, na który nikt inny nie zwróciłby uwagi. A przede wszystkim od niego uda się wyciągnąć więcej, niż ktokolwiek inny gotów był zapłacić, gdyby oczywiście w ogóle znalazł się ktoś, kto chciałby na podobną rzecz wydać pieniądze. "Wlazł po uszy w bibliofilstwo, ale pasjonowała go treść samej broszury jarmarcznej, rarytas grafomański, a nie tylko samo kolekcjonerstwo" - wspominał przyjaciela Antoni Słonimski.
(...)
Kolekcja ku rozpaczy Stefanii Tuwimowej rozrastała się w postępie geometrycznym. Najgorsze chwile przeżywała, gdy mąż chciał pochwalić się innemu kolekcjonerowi jakąś szczególnie cenną zdobyczą. Najpierw próbował odnaleźć druk w wiklinowym koszu na brudną bieliznę, gdzie gromadził "papiórki" (najbardziej szmatławe, pokątne ulotki, karteluszki i wycinki), których na półkach ustawić się nie dało. Następnie "zaczynało się rozgrzebywanie i wybebeszanie tego, co się tam znajdowało" - wspominał wizyty u poety Józef Chudek. Układał "skarby" na podłodze w przedpokoju, potem jednego pokoju i kolejnych. Mieszkanie Tuwimów po każdej takiej wizycie wyglądało jak jaskinia Platona, na ścianie której pojawiają się cienie rzeczywistości, pisał Chudek. [str. 76-79]

Tuwim jak tlenu potrzebował towarzystwa ludzi swojego pokroju. Urbanek opisał jego przyjaźnie, zwłaszcza z kolegami po piórze, zaskakująco mało miejsca poświęcił natomiast żonie poety - Stefanii, mimo że to była podobno taka wielka miłość. Ciekawa jestem, czy choćby raz pozwolono jej przycupnąć na brzeżku krzesła przy słynnym stoliku w Ziemiańskiej. Czy może była tylko muzą domowych pieleszy?

Wcześniej jeszcze, 29 listopada 1918 roku (równo dziewięćdziesiąt pięć lat temu!), w Warszawie otworzyła swe podwoje "Kawiarnia pod Picadorem", której Tuwim był współzałożycielem i której działalność przysporzyła mu dużej popularności. Pisze o tym miejscu Andrzej Makowiecki w "Warszawskich kawiarniach literackich" - stosowny fragment dostępny jest na histmag.org. Polecam zwłaszcza lekturę cytowanego tam regulaminu i cennika dla gości. Mieli tupet ci poeci:).

Urbanek przedstawił Tuwima jako człowieka w gruncie rzeczy sympatycznego, uczynnego, ale mnie ujęła przede wszystkim bezkompromisowość poety - jeśli chciał coś skrytykować, to robił to celnie, dosadnie i w dodatku mową wiązaną. Jechał tak samo ostro po Żydach, jak i po nie-Żydach, a jego ofiary nie pozostawały mu dłużne, choć pluły z mniejszą finezją. (Nawiasem mówiąc, kiedy czyta się o dwudziestoleciu międzywojennym, to poziom debaty publicznej wydaje się dużo groszy nawet od obecnego - wspominał o tym choćby Boy w swoich felietonach). Zresztą Tuwim czuł się przede wszystkim Polakiem i chociaż był raczej niewierzący, to za pierwsze zarobione na korepetycjach pieniądze kupił choinkę, a i znacznie później chętnie łamał się opłatkiem - jak na Polaka, jego zdaniem, przystało.



Książka Mariusza Urbanka nie jest może jakąś szczególnie porywającą lekturą, autor nie zaraża czytelników swoim entuzjazmem do opisywanej postaci, bo go w ogóle nie okazuje, rzecz jest napisana raczej chłodno (to nie zarzut, a spostrzeżenie), ale jest tu wszystko, co przeciętny czytelnik chciałby o życiu Tuwima wiedzieć. Autor nie rozwodzi się na temat twórczości poety, przytacza jednak okoliczności związane z powstawaniem i publikacją kluczowych utworów (ileż się musiał Tuwim natłumaczyć z wiersza "Do prostego człowieka").
Swoją pracę Urbanek oparł na bogatej bibliografii (m.in. wspomnieniach wielu osób znających Tuwima), którą zamieścił na końcu książki obok kalendarium życia poety i rozmowy z adoptowaną po wojnie przez Tuwimów Ewą Tuwim-Woźniak. W ostatnim rozdziale opisał również wpływ twórczości Tuwima na polską kulturę, popkulturę, a nawet politykę, przytoczył też kilka aforyzmów autorstwa poety, m.in.:

W mowie pewnych ludzi słychać błędy ortograficzne.

Ci, którzy przemawiają w imieniu Boga, powinni pokazać listy uwierzytelniające. 

Filantrop to człowiek, który publicznie zwraca bliźniemu drobną cząstkę tego, co mu ukradł prywatnie.

Żyj tak, aby Twoim znajomym zrobiło się nudno, gdy umrzesz.


Myślę, że wielu znajomym Tuwima zrobiło się po jego śmierci i nudno, i smutno. Choć nie wszystkim.



Mijający już powoli rok 2013 jest rokiem Tuwima - 27 grudnia minie sześćdziesiąta rocznica jego śmierci. Może z tej okazji warto sięgnąć po jakiś tomik? Wszyscy znamy jego utwory napisane dla dzieci, część jego twórczości przeznaczona dla dorosłych nie powinna nas rozczarować.



czwartek, 14 listopada 2013

SEZON BURZ

Tytuł: Sezon burz
Autor: Andrzej Sapkowski
Pierwszy wydanie: 2013
Wydawnictwo: SuperNOWA
ISBN: 978-83-7578-059-8
Stron: 400


Tym razem będzie krótko.

Wielkich oczekiwań nie miałam, więc czytało mi się nieźle. Akcja powieści toczy się tuż przed opowiadaniem "Wiedźmin" (tym o strzydze) i jakiś czas po ucieczce wiedźmina od Yennefer. Są potwory (również te w ludzkiej skórze), które trzeba zabić, czarodzieje, którzy chcą wiedźmina okpić, czarodziejka, która go wykorzystuje (na różne sposoby), oddany Jaskier, dworska intryga i  - raczej w tle - trochę postaci ze znanych wcześniej części cyklu.

Styl podobny do dawnego, chociaż poczucie humoru chyba jednak jeszcze mniej... subtelne (scena ze strażniczkami w kordegardzie była po prostu niesmaczna). Jeden bardzo dobry pomysł fabularny - mam tu na myśli wątek lisicy, który świetnie by się nadawał na osobne, klimatyczne opowiadanie. A tak poza tym, to wszystko już było. No, może wcześniej Sapkowski tak się nie obnosił z nienawiścią do prawniczek.

Czytałam wcześniej, że epilog to ogromne zaskoczenie. Owszem, ale ogromnie negatywne (nie chcę wyrazić się mniej oględnie).


Mam do tego cyklu duży sentyment. Jeśli Sapkowski znowu napisze coś o Geralcie z Rivii, to pewnie też po to sięgnę. Wolałabym jednak, żeby to były opowiadania.

poniedziałek, 11 listopada 2013

POPIÓŁ I DIAMENT

Nie spodziewałam się, że treść tej książki będzie taka dekadencka. Wojna się kończy, ale nic dobrego się nie rozpoczyna. Potencjalny entuzjazm mrożony jest przez zawłaszczenie zwycięstwa i władzy przez komunistów. Część dawnych elit liczy, że to tylko krótkie intermezzo, że prawdziwe wyzwolenie wywalczą działający w podziemiu byli akowcy. Tylko że sami akowcy stracili już wiarę w zwycięstwo. Jednych trzymają w organizacji tylko dawne przysięgi i niezgoda na powojenną polską rzeczywistość, przeciwko której nie potrafią inaczej niż zabijaniem i umieraniem zaprotestować. Inni odchodzą, żeby wreszcie zacząć żyć dla siebie, własnym życiem, co bywa poczytywane za tchórzostwo, ale niesłusznie, bo przecież ci ludzie i tak poświęcili już swoje najlepsze lata. 
Próbują ich zastąpić ci, którzy w chwili wybuchu wojny byli zbyt młodzi, żeby wziąć w niej udział, a którym imponowały mundury i uzbrojenie starszych braci. Ale te próby naśladownictwa to właściwie karykatura. Pięciu chłopców spotyka się w piwnicy, w której kiedyś bawili się w Indian, co sugeruje, że ich aktualne przedsięwzięcie ma podobną wagę. Już na pierwszej zbiórce kłócą się o pieniądze na broń, a samozwańczy dowódca zabija jednego z nich, zresztą handlarza walutą. Walczą między sobą, zamiast odbudowywać poraniony wojną kraj.

źrodło: noircafe.pl
Ale i po drugiej stronie nie jest wcale tak różowo. Owszem, partię współtworzą na różnych szczeblach ideowi komuniści, którzy, bywało, za swoje poglądy przed wojną siedzieli w więzieniach, jednak jest ich zbyt mało jak na potrzeby powstającego właśnie aparatu państwa totalitarnego. Tę lukę, nawet na wysokich szczeblach, wypełniają karierowicze i oportuniści gotowi głosić każdy pogląd w zamian za stanowisko i pieniądze. Dla takich ludzi nastały złote czasy.

Dawne i nowe elity świetnie się ze sobą dogadują, co symbolizuje wspólnie przez nie odtańczony w pijackim odurzeniu polonez A-dur Chopina, którym po całonocnej imprezie witają nowy dzień i nową rzeczywistość. Oczywiste nawiązanie do finału "Wesela" Wyspiańskiego. W filmie Wajdy polonez Chopina przechodzi w pewnym momencie w "Pożegnanie ojczyzny" Ogińskiego. W tonacji molowej.

Właśnie. A spodziewałam się powieści czarno-białej, tym bardziej że czytałam prawdopodobnie wersję poprawioną przez autora. Utwór ukazywał się początkowo w odcinkach w czasopiśmie "Odrodzenie" pod tytułem "Zaraz po wojnie", a w 1948 roku wydany został jako powieść "Popiół i diament". Potem Andrzejewski nawrócił się na marksizm i socrealizm i w 1954 roku w tym duchu wniósł do swojej powieści stosowne zmiany. Szkoda, że nie wiedziałam o tym wcześniej, bo postarałabym się o pierwotną wersję, która podobno ze względu na niejednoznaczność nie spodobała się żadnej ze stron, chociaż i ta poprawiona i tak nie jest taka całkiem czarno-biała.

Andrzejewski opowiada o tamtych czasach z perspektywy trzech bohaterów: Antoniego Kosseckiego, Stefana Szczuki i Maćka Chełmickiego.

Szczuka, sekretarz komitetu wojewódzkiego PPR, jest najmniej interesujący. Dużo mówi o komunizmie, solidarności, partii itd. I wierzy w to, co mówi, bo jego poglądy nie są wynikiem koniunkturalizmu - on z tych, którzy już w kołysce bawili się sierpem i młotem. Autor ocieplił nieco jego wizerunek, każąc mu cierpieć (w samotności, oczywiście, bo w oczach robotników musiał być jak skała) po stracie żony, która zginęła w obozie. Nawet zdeklarowani akowcy mają wątpliwości, czy Szczukę aby naprawdę należy zabić.

Ciekawsi są bohaterowie z dylematami, czyli Chełmicki i Kossecki. Na ich przykładzie Andrzejewski pokazuje dramat ludzi zaplątanych w historię. Gdyby nie wojna, ich losy potoczyłyby się zupełnie inaczej: Chełmicki może kończyłby właśnie warszawską politechnikę, a Kossecki pozostałby sędzią, cieszącym się szacunkiem mieszkańców Ostrowca. Tymczasem Maciek, któremu do niedawna było właściwie wszystko jedno, który żył chwilą, musiał nagle wybierać między miłością i nadzieją na normalne wreszcie życie a wiernością wobec kolegów i pewnych pryncypiów. U Sienkiewicza (czytałam niedawno "Potop", więc tak mi się skojarzyło) oba cele były ze sobą ściśle powiązane i bohater, który poświęcił się dla ojczyzny albo religii, nagradzany był życiem długim i szczęśliwym u boku ukochanej kobiety. Pod tym względem proza Andrzejewskiego jest jednak dużo bardziej realistyczna: Maciek wykonuje zadanie, ale zaraz potem ginie przez przypadek i bez sensu, właśnie w chwili, kiedy na życiu zaczęło mu zależeć. Podniósł, z poduszczenia przełożonych z podziemia, rękę na władzę ludową, a władza mu tę rękę odcięła.

źródło: Kino Pod Baranami

Kossecki też miał wybór: pozostać szeregowym więźniem obozu w Gross-Rosen i prawdopodobnie umrzeć albo awansować na sztubowego baraku i przeżyć, ale cudzym kosztem i za cenę współpracy z wrogiem. Nie miał wtedy aż tyle do stracenia co Chełmicki, dobiegał już pięćdziesiątki, ale chęć przeżycia uznawał za najwyższy imperatyw, którym usprawiedliwiał wszystko, również okrucieństwo wobec słabszych czy mniej obrotnych. Po wojnie sumienie uspokoił przekonaniem, że wszystkiemu winne były okoliczności, w jakich się znalazł. Co więcej sądził, że przeszłość można oddzielić grubą kreską i że jak najbardziej nadal może wykonywać zawód sędziego, sprawiedliwie orzekać o winie i karze. Niestety dla niego - nie wszyscy podzielali ten pogląd.
Łatwo było Kosseckiego potępić, ale z drugiej strony, czy od ludzi sprowadzonych do roli podludzi można tak bezwzględnie wymagać ludzkich odruchów i szlachetności? Stanfordzki eksperyment więzienny dowiódł, że nawet przeciętny człowiek w pewnych warunkach bardzo łatwo może stać się oprawcą. Rozumiem jednak, że ofiary oprawców, zwłaszcza "zaraz po wojnie", mogły mieć nieco inny pogląd na tę sprawę.

Andrzejewski właśnie o tym zamierzał pisać opowiadanie, o prawniku, który był funkcyjnym w obozie, ale rozrosło mu się w tę książkę, niezbyt obszerną, ale jak widać, bogatą w treści.
Jak ta treść jest podana? Stosunkowo nieźle. Ciekawi są przede wszystkim bohaterowie, również ci drugoplanowi. Niejednoznaczni. Owszem, dialogi nieco sztywne. Szumne przemowy działaczy partyjnych trochę za długie i za drewniane, ale też nie niewiarygodne. Chwilami tendencyjność autora widoczna jest gołym okiem, jego socrealizm jest subtelny jak Antoni Macierewicz, a jednocześnie można się zastanawiać, jak niektóre fragmenty (na przykład te o braku entuzjazmu społeczeństwa dla komunizmu) mogły się w tamtych czasach ukazać w druku.

Warto po tę książkę sięgnąć również dlatego, że nie ma aż tak znowu dużo powieści z tamtego okresu, które czytalne są również dziś. Nawet jeśli poprawiona wersja nie mówi całej prawdy o czasach, których dotyczy, to sporo jednak mówi o czasie, w którym się ukazała.


Tytuł: Popiół i diament
Autor: Jerzy Andrzejewski
Pierwsze wydanie: 1948, wersja poprawiona 1954
PIW (1967)
Stron: 355


Film z 1958 roku, z którego pochodzą wyżej zamieszczone zdjęcia, eksploatuje niemal wyłącznie historię Chełmickiego i Krystyny Rozbickiej, Antoni Kossecki nie pojawia się nawet na chwilę, wątek Szczuki ograniczono do minimum, zostawiono jednak (a nawet nieco urozmaicono) wątek karierowicza Drewnowskiego, którego zagrał świetnie Kobiela. Najbardziej charakterystyczne sceny z ekranizacji nie pojawiły się w książce: spirytus płonący w kieliszkach, wiszący do góry nogami krzyż, śmierć Maćka na hałdzie odpadków. Andrzejewski był współautorem scenariusza. 

Linki:
"Zniewolony umysł" Miłosza. Część IV "Alfa - czyli moralista" dotyczy właśnie Andrzejewskiego

niedziela, 3 listopada 2013

NA KRAKOWSKICH PLANTACH

Tytuł: Na krakowskich Plantach. Historie, obyczaje, anegdoty
Autor: Andrzej Kozioł
Pierwsze wydanie: 2008

Wydawnictwo: WAM
ISBN: 978-83-7505-157-5
Stron: 168


Nie mogę zrelacjonować niedawnych Targów Książki w Krakowie, bo ostatecznie się na nie nie wybrałam (niewielka strata - podobno było tak jak zwykle, czyli duszno i drogo), ale skoro już mam wolny wieczór, to z kilku lektur czekających w kolejce do opisania wybieram dziś tę o mieście, w którym mieszkam już od ponad dekady.

Oczywiście kilkanaście lat to za mało, żeby stać się prawdziwym krakusem, nawet mój starannie pielęgnowany harpagonizm tu nie wystarcza. Zresztą ja właściwie do tego miana nie pretenduję, choćby dlatego, że nigdy nie przejdą mi przez gardło wyrażenia w rodzaju "na polu", "na nogach", a już zwłaszcza "ubierz kurtkę";). Nie zaszkodzi jednak dowiedzieć się nieco więcej o miejscu, w którym płaci się podatki.

Książeczka Adama Kozioła podzielona jest na dziewięć rozdziałów, a w każdym autor opisuje nieco inny aspekt historii Plant. Tych aspektów znalazłoby się pewnie i więcej, bo dawniej Kraków, prawdziwy Kraków, zamknięty był wewnątrz tego zielonego pierścienia. Taki Zwierzyniec czy Grzegórzki, o Kazimierzu nie wspominając, to były już zupełnie inne światy, choć dziś trudno to sobie wyobrazić komuś, kto do centrum musi jechać ponad dwadzieścia minut tramwajem, a jednak zameldowany jest w Krakowie. W każdym razie przypuszczam, że atmosfera miasta, w którym wszyscy się znają i wszystko wiedzą o wszystkich, musiała być nieco duszna, nawet po zburzeniu murów obronnych. Wydaje mi się, że takie zjawiska jak Zielony Balonik czy kawiarnie artystyczne powstawały z potrzeby chwili - po prostu dla zachowania w tamtych warunkach zdrowia psychicznego niektórych mieszkańców.

"Na krakowskich Plantach" to nie naukowe czy nawet popularnonaukowe opracowanie tematu, raczej zbiór anegdot i wspomnień, chwilami nieco chaotyczny (naprawdę nie potrafię zrozumieć, dlaczego o powstaniu Plant pisze się dopiero w szóstym rozdziale). Anegdotyczność oznacza też niestety skrótowość, która mi chwilami bardzo przeszkadzała, bo o niektórych miejscach wolałabym dowiedzieć się czegoś więcej, dlatego książkę Adama Kozioła traktuję jako wstęp do kolejnych lektur.

Mimo wspomnianej skrótowości da się jednak z tej pozycji wyłuskać sporo ciekawych informacji. Najbardziej mnie zdziwiło, że poszczególne fragmenty Plany miały odrębny krąg spacerowiczów. Na przykład na ich najmniej reprezentacyjnej części wzdłuż ulicy św. Gertrudy (ale tylko do Siennej) spotkać można było najczęściej żołnierzy (na Wawelu były wtedy austriackie koszary), którym w niedzielne popołudnia towarzyszyły służące. Z kolei w soboty spacerowali tam również Żydzi (do Dominikańskiej), więc tę część Plant nazywano plantami żydowskimi. Między Barbakanem i Szczepańską dominowały dzieci, a w pobliżu Collegium Novum studenci.

Przy Plantach mieściły się znane restauracje, ale drobny posiłek można też było kupić u ulicznych sprzedawców:
W czasach mojego dzieciństwa i wczesnej młodości wodę sodową proponowali na Plantach właściciele saturatorów - wózków na kółkach. W upalny dzień nie brakowało amatorów tego napoju, powszechnie zwanego "gruźliczanką". Jak na dzisiejsze sanitarne normy, jak na współczesne przyzwyczajenia - saturatory były średniowiecznie niehigieniczne. Klienci pili z jednej szklanki, graniastej, o grubym dnie. Przed każdym napełnieniem szklanka, owszem, była myta, ale nie w bieżącej wodzie, lecz w kilku litrach mocno podejrzanej cieczy, od niewiadomego czasu, może od miesięcy, wypełniającej specjalny pojemnik wózka. Jednym słowem - sanitarny horror, nie do wyobrażenia dzisiaj - w czasach jednorazowych naczyń... [str. 88]
Wielki handel nie znalazł uznania w oczach krakowian, przynajmniej wśród tych sprzed dziewięćdziesięciu laty. Pierwszy w Krakowie dom towarowy z prawdziwego zdarzenia mieszczący się w takim trochę dziwacznym budynku u zbiegu ulic Wielopole i Starowiślnej i należący do spółki Bazar Polski S.A. szybko zbankrutował, budynek został kupiony przez właściciela "Ilustrowanego Kuriera Codziennego" i do niedawna był siedzibą lokalnej prasy.
Współcześni krakowianie nie wyobrażają sobie życia bez "galerii" handlowych. Przy Plantach nie ma już może na nie miejsca, ale gdyby rzeczywiście dawny hotel Cracovia przerobiono na sklepy, to kupujących by tam na pewno nie zabrakło.

Zaskoczył mnie swoją ponurością opis więzienia, które mieściło się tam, gdzie dziś znajduje się Muzeum Archeologiczne, natomiast ubawiła anegdota o umieszczeniu na postumencie, na którym zwykle stoi pomnik Dietla, dużej, drewnianej, zielonej żaby (kiedy pomnik wywieziono na jakąś wystawę).


Dawniej nie można było dostać się do Krakowa inaczej niż przez Planty, obecnie miasto bardzo się rozrosło, więc jest to możliwe, ale jednak zachęcam do wieczornego spaceru, zwłaszcza właśnie po dawnych plantach żydowskich i po odcinku między Poselską i Wawelem - tam jest chyba najspokojniej, choć towarzystwo może być - jak i dawniej - bardzo różnorodne.


Panie z wódką, źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Panie z jo-jo, źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

sobota, 19 października 2013

Pięćdziesiąt twarzy Greya

Nie, nie czytałam. Zastanawia mnie jednak fenomen tej książki. Kiedy ostatnio widziałam ludzi czytających coś publicznie, to najczęściej była to powieść E.L. James. W tramwajach. W pracy. W przychodni. Wiem, bo dyskretnie zaglądałam przez cudze ramię. Nawet kiedy minął już największy medialny szum wokół tej pozycji. Kilka dni temu słyszałam w sklepie rozmowę dwóch młodych kasjerek, z których jedna bardzo polecała drugiej ten cykl. Mówiła, że na ogół nie czyta książek, bo "nie ma na to czasu i chęci", ale TA tak ją wciągnęła, że przebrnęła przez całą w dwa dni. Być może te książki są "Harrym Potterem" dla dorosłych w tym sensie, że zachęcą do czytania tych, którzy dotąd tego nie robili.

Przypuszczam, że to, czy ich przygoda z książkami będzie jednorazowa, czy też nie, zależy w dużym stopniu od tego, czy spodoba im się następna pozycja, po którą sięgną. Jeśli ktoś nie czyta, to kolejną lekturę wybierze raczej na chybił trafił. Może trafić na "Miłość na torfowisku" albo na "Mistrza i Małgorzatę" (wszak tytuł ten niesie ze sobą parę znaczeń;)). W pierwszym przypadku może się to skończyć utkwieniem do końca życia w świecie szmirowatych romansów, zwłaszcza że ich autorzy piszą je chyba na kilometry. W drugim - prawdopodobnie - nawrotem awersji do książek. Jeśli dorosły człowiek nie czyta, to trudno mu będzie nagle przebrnąć przez coś znacznie ambitniejszego niż artykuł w "Chwili dla Ciebie" albo "Miesiąc w Truskawce". 


Nowi amatorzy romansów podniosą wprawdzie statystyki dotyczące czytelnictwa w Polsce, ale za sukces uznają to tylko ludzie, którzy uważają, że lepiej czytać cokolwiek niż nic. Kiedyś też tak sądziłam, wydawało mi się nawet, że nie znajdę tematu do rozmowy z kimś, kto książki omija szerokim łukiem. Zmieniłam zdanie. 

Literatura to przecież tylko jeden rodzaj sztuki, ale z jakiegoś powodu awersja właśnie do niej czy też może wobec niej obojętność tak niektórym przeszkadza. Nikt nie twierdzi, że lepiej słuchać disco polo niż nie słuchać niczego. 

Nie podchodzę do książek na klęczkach, traktuję je użytkowo - to mój ulubiony rodzaj rozrywki. Dla poprawienia sobie humoru sięgam czasami po literaturę, hmm, mniej wybitną. Lżejsze książki są potrzebne, ale istnieje poważna różnica między lżejszą książką a gniotem. Dlaczego tak wiele osób tego nie dostrzega? Koleżanka z pracy stwierdziła, że może i nie była "Greyem" jakoś specjalnie zachwycona, ale czytała, żeby się dowiedzieć, co będzie dalej. Być może polskie seriale i co poniektóre rodzime powieści posiały takie spustoszenie w mózgach Polaków, że w porównaniu z tymi produkcjami nawet powieści E.L. James wydają się mieć fabułę. 

A może powód jest inny?

sobota, 12 października 2013

IMPERIUM

Tytuł: Imperium. Jak Wielka Brytania zbudowała nowoczesny świat (Empire. How Britain Made the Modern World)
Autor: Niall Ferguson
Pierwsze wydanie: 2003
Tłumaczenie: Beata Wilga

Wydawnictwo Sprawy Polityczne
ISBN: 978-73-92106-8-4
Stron: 367



Przeważnie co najmniej kilka miesięcy dzieli moment zakupu książki od dnia, w którym zaczynam ją czytać. Często jest to kilka lat i tak właśnie było z "Imperium" Nialla Fergusona, znanego brytyjskiego historyka. Ta akurat książka należy właściwie do P., ale mamy przecież wspólność majątkową, a poza tym ja częściej ścieram kurze z naszej "biblioteczki", więc jej zawartość jest chyba jednak bardziej moja;).

John Locke, siedemnastowieczny angielski filozof i lekarz, poparłby zapewne mój punkt widzenia. Uważał, że człowiek posiada ziemię tylko wtedy, kiedy "zmiesza ją ze swoją pracą i połączy z czymś, co jest jego własnością" [str. 77]. Ogrodzi ją, będzie uprawiał, wybuduje na niej dom czy osadę. Indianie tego nie robili, więc angielscy kolonizatorzy bez skrupułów wypierali ich z żyznych ziem, do których - jeśli podążało się tokiem myślenia Locke'a - rdzenni mieszkańcy nie mieli żadnych praw. Co więcej: jeśli swoją niesubordynacją zagrażali ludziom, którzy chcieli "stworzyć społeczeństwa i zaznać spokoju", należało ich unicestwić.

Locke mógł sobie pisać takie farmazony, ale jasne jest, że nie wyprawiano się na nieznane wody i lądy, żeby tworzyć społeczeństwa, tylko dla złota i korzeni. Co do złota, to Anglicy mieli pecha, bo jakoś na jego pokłady nie trafiali. Pozostało im tylko okradanie tych, którym bardziej się poszczęściło, czyli Hiszpanów. Podwaliny pod budowę Imperium Brytyjskiego położyli więc piraci. Oraz brytyjscy konsumenci, którzy bez opamiętania kupowali cukier, tytoń i herbatę. Ale to był zaledwie początek. A finał?
Istniało kiedyś Imperium, które rządziło jedną czwartą światowej populacji i zajmowało taką samą część powierzchni ziemi, dominując na prawie wszystkich oceanach. Imperium Brytyjskie było największym imperium w dziejach ludzkości. W jaki sposób archipelag deszczowych wysp na północno-zachodnim wybrzeżu Europy zdołał rządzić światem? - to jedno z fundamentalnych pytań nie tylko brytyjskiej, ale i światowej historii. Jest to jedno z pytań, na które w tej książce poszukuje się odpowiedzi. Inną, prawdopodobnie trudniejszą kwestią jest odpowiedź na pytanie, czy Imperium to było dobre, czy złe. [str. 7]
Ferguson nie pomija ciemnych kart historii Wielkiej Brytanii, skłania się jednak ku opinii, że tych jasnych było więcej. Do zasług Imperium zalicza m.in. upowszechnienie kapitalizmu, języka angielskiego, protestantyzmu, anglicyzację Ameryki Północnej i Australazji, przetrwanie instytucji parlamentarnych. A poza tym inne imperia - rzeczywiste i potencjalne - były lub byłyby jego zdaniem znacznie gorsze. 

Co by nie sądzić o finalnych wnioskach autora, przyznać trzeba, że pisze naprawdę ciekawie i przystępnie. Książka podzielona jest na sześć rozdziałów, w których Ferguson omawia następujące zagadnienia: (an)globalizację rynku towarów, rynku pracy, kultury, władzy, rynku kapitałów, działań wojennych. Nie jest przeładowana szczegółami, autorowi chodziło raczej o pokazanie pewnych procesów i mechanizmów. Czasami robi to opisując nieco szerzej losy jakiejś konkretnej osoby, np. Cecila Rhodesa lub Davida Livingstone'a, którego kojarzyłam z powieści Szklarskiego.

Nie będę tu - tym razem - streszczać całej książki, wynotuję tylko kilka faktów, które z różnych względów szczególnie mnie zainteresowały.

Przede wszystkim zaskoczyła mnie skala emigracji z Wysp Brytyjskich. Między początkiem XVII wielu i latami pięćdziesiątymi XX wieku wyjechało stamtąd ponad dwadzieścia milionów mieszkańców, z których tylko część wróciła. Współcześni Brytyjczycy, tak niechętnie widzący u siebie imigrantów, zapomnieli chyba o tej części historii swojego kraju.
Zresztą ci dawni nie tylko sami wyjeżdżali - między 1662 i 1807 rokiem na brytyjskich statkach przywieziono do Nowego Świata prawie 3,5 miliona Afrykanów. Śmiertelność niewolników w ładowniach i potem na plantacjach była ogromna, ale i tak handel ludźmi był - nadal jest - bardzo dochodowym interesem.

Zakazano go w 1807 roku nie dlatego, że nagle zrobił się mniej opłacalny czy bardziej niebezpieczny, ale dlatego, że tego chciała opinia publiczna, prominenci i tysiące zwykłych ludzi. Nie było to równoznaczne ze zniesieniem niewolnictwa, jednak i do tego z czasem doszło. Co ciekawe, królewska flota patrolowała część afrykańskiego wybrzeża, żeby egzekwować nowe prawo.

Ci sami ludzie, którzy doprowadzili do zakazu handlu ludźmi, odnieśli również sukces na innym polu. Jak wspomniałam, w brytyjskiej ekspansji chodziło przede wszystkim o zyski. Dopiero z czasem zaczęto myśleć o eksporcie "cywilizacji", czyli religii, kapitalizmu i europejskich instytucji.
Ciekawie to wyglądało w Indiach. Przez długi czas Kompania Wschodnioindyjska, która w tym państwie reprezentowała Imperium, bardzo niechętnie widziała u siebie chrześcijańskich misjonarzy, a swoim kapelanom wręcz zabraniała wygłaszania kazań dla Hindusów. Tolerancja sprzyjała rozwojowi interesów.
W 1813 roku odebrano Kompanii kontrolę nad działalnością misyjną i stworzono zręby hierarchii kościelnej w Indiach. Ruszyli tam kaznodzieje i modernizatorzy, którzy postanowili ukrócić hinduskie barbarzyństwo (m.in. lokalne wierzenia, ale i zwyczaje w rodzaju sati). Mieli poparcie Brytyjczyków, którzy pozostawali na Wyspach, natomiast Brytyjczycy, którzy w Indiach przebywali od lat, podchodzili do tej kampanii znacznie mniej entuzjastycznie. Wiedzieli, że miejscowa ludność traktuje religię równie poważnie jak Anglicy.
Zwłaszcza sipajowie wywodzący się z tradycyjnych kast wojowników, stanowiący ok. 80% Indian Army. I to właśnie oni rozpoczęli w 1857 roku powstanie przeciwko Brytyjczykom.
Zaczęło się od pogłosek, że nowe naboje, które miały się pojawić, były nasycone tłuszczem zwierzęcym. Ponieważ przed użyciem ich końcówki musiałyby być odgryzane, zarówno hinduiści, jak i muzułmanie ryzykowali profanację - pierwsi, jeśli tłuszcz pochodził od krowy, drudzy, jeśli pochodził od świni. W ten sposób kula rozpoczęła konflikt, zanim nawet została naładowana, a co dopiero wystrzelona. Wielu sipajom wydawało się, iż jest to świadectwo faktu, że Brytyjczycy rzeczywiście mieli plan, aby schrystianizować Indie. Fakt, że naboje nie miały nic wspólnego z planem, nie miał nic do rzeczy. [str. 145]
Nie chodziło tu jednak tylko o religię, ale też o sprawy gospodarcze: wysokie podatki, monopolizację przez Brytyjczyków urzędów i handlu. Powstanie było krwawe i krwawo zostało stłumione, obie strony dopuszczały się okrucieństw.
Ewangelicy uważali, że powstanie wybuchło dlatego, że zbyt późno zabrano się za cywilizowanie Indii. Postanowili wysłać tam jeszcze więcej misjonarzy, a w przyszłości w nowych dominiach równocześnie rozwijać handel i oświecać tubylców. Ich zamiary, przynajmniej co do Indii, ukrócili politycy, choć duża część opinii publicznej popierała ewangelików. Rozwiązano Komapanię Wschodnioindyjską, krajem tym miała odtąd rządzić korona reprezentowana przez wicekróla Indii, a brytyjska polityka miała być prowadzona w zgodzie z miejscową tradycją. Nie współczujmy jednak zbytnio ewangelikom - wszak zostawiono im spory kawał Afryki.


Na Czarnym Lądzie Brytyjczycy musieli się zmierzyć nie tylko lokalnymi plemionami, ale i z Burami, potomkami Europejczyków, którzy przybyli na ten kontynent w XVII i XVIII wieku. Co prawda Burowie byli głównie rolnikami, ale świetnie uzbrojonymi i znającymi teren, więc początkowo wygrywali, co w Wielkiej Brytanii wywołało szok. A jednak wygrana Brytyjczyków była tylko kwestią czasu, zwłaszcza odkąd zaczęli systematycznie niszczyć domy Burów (w sumie ok. 30 tys.), a ich żony i dzieci zamykać w obozach koncentracyjnych.
Nie były to pierwsze obozy koncentracyjne w historii - oddziały hiszpańskie wykorzystały podobną taktykę na Kubie w 1896 roku - ale pierwsze zdobyły złą sławę. Ogółem w brytyjskich obozach zmarło 27 927 Burów (w większości dzieci). Stanowiło to 14,5% ludności burskiej, zmarłej głównie w wyniku niedożywienia i złych warunków sanitarnych. W ten sposób zginęło więcej dorosłych Burów niż w wyniku bezpośrednich działań wojennych. Dalszych 14 000 z 115 700 czarnych internowanych - 81% z nich to dzieci - zmarło w odrębnych obozach. [257]
Doszło do tego, jak twierdzi Ferguson, w wyniku "katastrofalnego braku dalekowzroczności i kompletnej niekompetencji" władz wojskowych. Opinię publiczną zaalarmowała dopiero Emily Hobhouse, która pojechała do Afryki Południowej, żeby osobiście przekonać się, jakie warunki panują w obozach. Powołano komisję, która zbadała sprawę i doprowadziła do szybkiej poprawy sytuacji. Współczynnik śmiertelności spadł z 34% w październiku 1901 roku do 2% w maju 1902 roku. Ten sam współczynnik w obozach dla czarnoskórych spadał o wiele, wiele wolniej.


Kiedy czytam to, co napisałam powyżej, dochodzę do wniosku, że najbardziej zainteresowały mnie te mniej przyjemne fragmenty brytyjskiej historii. Może powinnam zacząć czytać tabloidy, w nich opisów nieszczęść nie brakuje. Z drugiej strony trzeba Brytyjczykom przyznać, że jako kraj potrafili uczyć się na błędach - mam tu na myśli np. wspomnianą rezygnację z europeizowania Indii i takie postępowanie w stosunkach z Kanadą, które zapobiegło oderwaniu się tego kraju od Imperium (jak to zrobiły wcześniej Stany Zjednoczone). No i położyli kable telegraficzne pod Atlantykiem.


Książkę Nialla Fergusona czytało mi się świetnie, choć przecież nigdy jakoś za historią nie przepadałam. Na pewno kiedyś sięgnę po jeszcze inne jego prace. Wydawnictwo Literackie wydało niedawno jego "Cywilizację" oraz "Potęgę pieniądza". Na początek listopada zapowiadają również premierę "Imperium", choć ta książka ukazała się u nas już sześć lat temu nakładem Wydawnictwa Sprawy Polityczne. Mamy właśnie to wydanie. Zdaje się, że jest to firma bardzo niewielka, dlatego wspaniałomyślnie wybaczam jej nieuważną miejscami korektę i redakcję (np. brak przypisów, przypisy na niewłaściwej stronie itd.)


poniedziałek, 7 października 2013

ŻONY I CÓRKI

Tytuł: Żony i córki (Wives And Daughters)
Pierwsze wydanie: 1864-1866
Autorka: Elizabeth Gaskell
Podsumowanie: Frederick Greenwood (wydawca "Cornhill Magazine")
Tłumaczenie: Katarzyna Kwiatkowska

Wydawnictwo: Świat Książki
ISBN: 978-83-7799-563-1
Stron: 863


Mimo że "Północ i Południe" od miesięcy stoi sobie na naszej półce, to jednak najpierw sięgnęłam po "Żony i córki". Jakiś miesiąc temu wpadliśmy do biblioteki krótko przed jej zamknięciem, nie miałam czasu, żeby włóczyć się między regałami, i wzięłam "Żony i córki", bo gdzieś kiedyś mignęła mi bardzo pozytywna recenzja tej powieści. A przecież nie mogłam wyjść z stamtąd z pustymi rękami. Prawda?

Zaczęło się ciekawie. Nawet się dziwiłam, że tak mnie wciągnęła ta historia. W końcu fabuła nie jest jakaś nadzwyczajna. Rzecz dzieje się w pierwszej połowie XIX wieku w prowincjonalnym angielskim miasteczku, więc wszystko kręci się wokół spraw matrymonialnych i majątkowych oraz stosunków między przedstawicielami różnych klas społecznych. Panny na wydaniu i matrony. Najstarsi i młodsi synowie. Arystokratki i guwernantki. Lekarze i dziedzice. Majoraty i niespodziewane spadki. 

W połowie zaczęło się robić nieco telenowelowato i zastanawiałam się, jak bardzo mogą się jeszcze skomplikować na kolejnych czterystu stronach losy bohaterów. Oczywiście pewnych zwrotów akcji można, a nawet trzeba się było spodziewać: przecież piękno, dobroć i pokora głównej bohaterki muszą w końcu zostać wynagrodzone wymarzonym mężem, jak to w bajkach bywa. 

Mocną stroną powieści jest na pewno tzw. tło obyczajowe. Chociaż słowo "tło" nie jest może w przypadku "Żon i córek" najwłaściwsze. Obyczaj, tradycja, podziały klasowe nie tylko urozmaicają powieść, ale są elementem fabuły, determinują postępowanie bohaterów. Straszne to były czasy, kiedy jedna plotka mogła zepsuć reputację dziewczyny, a spacer pod rękę z lady mógł ją natychmiast naprawić; kiedy panny mogły być co najwyżej inteligentne, ale na pewno nie wykształcone, więc w porównaniu z mężczyznami niezmiennie wychodziły na ignorantki. Elizabeth Bennet i pan Darcy. Dorotea Brooke i pan Casaubon/Will Ladislaw. Tu - Molly Gibson i Roger Hamley. On studiował w Cambridge, natomiast jej ojciec, świetny lekarz, zastanawiał się, czy w ogóle powinna uczyć się czytać i pisać, co - jego zdaniem - zabijało zdrowy rozsądek, i zezwolił na jej edukację chyba tylko ze względu na konwenanse. I tak biedna Molly nie mogła nie patrzeć w Rogera jak w obraz i nie traktować jego słów jak wyroczni. Jej poddańcza postawa trochę mnie irytowała. Z drugiej strony trudno nie dostrzec, że co prawda mężczyźni byli panami i władcami, ale bez swoich poddanych stawali się często bezradni. 


Oczywiście porównania z "Miasteczkiem Middlemarch" nasuwały się same. Akcja "Żon i córek" toczy się na angielskiej prowincji w latach dwudziestych XIX wieku, a "Middlemarch" na początku lat trzydziestych. Pierwsza z wymienionych książek miała podtytuł "An Everyday Story", druga - "A Study of Provincial Life". Główną heroiną obu jest młoda, dobra i ładna, choć niedoświadczona dziewczyna, która szuka dla siebie miejsca w życiu, a właściwie szuka mężczyzny, który jej to miejsce wskaże.

Uważam George Eliot za zdolniejszą pisarkę, natomiast Elizabeth Gaskell była mniej pompatyczna i tacy też byli jej bohaterowie. O ile można sądzić po przeczytaniu po jednej powieści tych pań. Obie autorki lubiły się popisywać swoją erudycją, więc ich powieści pełne są cytatów i nawiązań do innych dzieł literackich. Obie miały dar snucia historii i tworzenia ciekawych i różnorodnych bohaterów, choć Eliot przewyższała Gaskell umiejętnością pisania zwięzłych i trafnych charakterystyk (jeszcze raz odsyłam do mojego wpisu o "Miasteczku").
A jednak "Żony i córki" czytało mi się znacznie przyjemniej niż "Middlemarch", mimo wspomnianego wrażenia telenowelowatości. 


Powieść ukazywała się najpierw w odcinkach w czasopiśmie literackim "Cornhill Magazine", od sierpnia 1864 do stycznia 1866. Gaskell zmarła w listopadzie 1865 roku, nie napisawszy jednego czy dwóch ostatnich rozdziałów, ale doprowadziła fabułę do takiego momentu, że łatwo się domyślić, jakie zakończenie zaplanowała: żyli długo i szczęśliwie. 


poniedziałek, 23 września 2013

ZDOBYWAM ZAMEK

Tytuł: Zdobywam zamek (I Capture the Castle)
Pierwsze wydanie: 1948
Autorka: Dodie Smith
Tłumaczenie: Magdalena Mierowska

Wydawnictwo: Świat Książki
ISBN: 978-83-7943-006-2
Stron: 351


Agnieszka Tatera i Padma opisały tę książkę w samych superlatywach. Ponadto wyczytałam, że choć wydana została stosunkowo niedawno (1948 r.), jest już zaliczana do klasyki literatury angielskiej. A ja tę literaturę bardzo lubię. Kiedy niedawno reorganizowałam układ książek na półkach, zauważyłam, że zdecydowana większość posiadanych przez nas powieści została napisana właśnie w języku angielskim (z czego część, oczywiście, w Ameryce).

Postanowiłam kupić "Zdobywam zamek", a przy okazji jeszcze "Na szafocie" Hilary Mantel. Po jedną książę nie opłacało mi się przecież jechać z Nowej Huty aż do Bronowic:)). A właśnie tam można odebrać książki kupione w księgarni literacka.pl, którą zupełnie bezinteresownie polecam ze względu na całkiem przystępne ceny. Zamówiłam obie powieści w poniedziałek, a we wtorek mogłam je już odebrać (choć można też zamówić wysyłkę). Najpierw jednak musiałam przebrnąć (tramwajami) przez straszne korki w centrum Krakowa, do których powstania przyczyniły się lejący przez cały dzień deszcz i pogrzeb Mrożka.

Po powrocie do domu zabrałam się do cieplutkich jeszcze drożdżówek, które były dziełem mojego P., i do lektury. Bułeczki okazały się, jak zwykle, smaczne, a książka lekkostrawna, przynajmniej w dwóch trzecich.

Spodobało mi się pierwsze, podobno słynne, zdanie: "Piszę, siedząc na kuchennym zlewie", bo zapowiadało niekonwencjonalną narratorkę, a może i takąż fabułę. Siedemnastoletnia Cassandra Mortmain nie wydała mi się jednak w końcu jakoś szczególnie oryginalna, niezwykłe było za to miejsce, w którym mieszkała wraz ze swoją nietypową rodziną: siedemnastowieczny dom, który przylegał do ruin czternastowiecznego zamku.

Ojciec dziewczyny był autorem jednej, cieszącej się kiedyś uznaniem książki, która swego czasu przynosiła mu niezłe dochody, wystarczające na wynajęcie i doprowadzenie do stanu używalności wspomnianego domostwa. Lata mijały, żona pana Mortmaina zmarła, oszczędności się skończyły, trzeba było sprzedać prawie wszystkie mające jakąś wartość rzeczy. Cassandra, jej siostra Rose i brat Thomas często wręcz głodowali, ale pan Mortmain nadal nie robił nic, może poza czytaniem kryminałów, za co niestety nikt mu nie płacił. W naszych czasach już dawno straciłby prawa rodzicielskie, ale to był okres międzywojenny, zdaje się, że wczesne lata trzydzieste. Sytuację ratowała nieco jego druga żona, Topaz, i Stephen, syn dawnej służącej Mortmainów. Pani Mortmain zarabiała pozując od czasu do czasu znanym malarzom, a Stephen pracował na pobliskiej farmie i dzielił się z Mortmainami swoim bardzo skromnym dochodem. 

Cassandra i Rose, wielbicielki twórczości Jane Austen i sióstr Brontë, ratunku upatrywały w jakimś korzystnym mariażu, ale sęk w tym, że jedynym niespokrewnionym z nimi mężczyzną, z którym utrzymywały znajomość, był pięćdziesięcioletni pastor. W końcu los się jednak do nich uśmiechnął i zesłał im dwóch młodych, zamożnych i przystojnych Amerykanów. Starszy z nich okazał się spadkobiercą pobliskiego majątku, więc Rose postanowiła poślubić go za wszelką cenę, a Cassandra zamierzała jej w tym pomóc. Analogie do "Dumy i uprzedzenia" nasuwają się same, nasuwały się również obu heroinom. Co prawda nie wydaje mi się, żeby Jane Bennet mogła pomyśleć o braku zapasowych ręczników, kiedy Bingley jej się oświadczał. 

Bohaterki Dodie Smith są z konieczności realistkami, więc mimo że fabuła obraca się wokół zdobywania bogatych mężów, książka jest raczej zabawną obyczajówką niż romansem. Przynajmniej do pewnego momentu. Nie chcę zdradzać zbyt wielu szczegółów, napiszę więc tylko, że powieść przestała mi się podobać, kiedy Cassandra się zakochała, bo z rezolutnej dziewczyny zmieniła się nagle w egzaltowaną płaczkę. "Zdobywam zamek" nie kończy się klasycznym happy endem, ale te zaskakujące zmiany obiektów uczuć nie wydały mi się szczególnie wiarygodne. 

Zastanawiające jest to, że do polubienia nadają się, moim zdaniem, tylko bohaterowie drugo- i trzecioplanowi (panna Marcy, pastor, Stephen, ewentualnie pani Cotton), natomiast pierwszoplanowi (Cassandra, Rose, Simon, Neil, pan Mortmain i Topaz) nie wzbudzili we mnie szczególnej sympatii. Zamierzam obejrzeć ekranizację sprzed dekady i być może Romola Garai zmieni moją opinię o Cassandrze, tak jak sprawiła, że nieco przychylniejszym okiem spojrzałam na Emmę Woodhouse.

"Zdobywam zamek" może się bardziej spodobać młodzieży, nawet na okładce porównano tę powieść do "blogu nastolatki z epoki przedkomputerowej". Mnie trochę irytował miejscami zbyt "rozmyślnie naiwny" styl wypowiedzi Cassandry, może to dlatego, że siedemnaście lat skończyłam dawno temu; na szczęście rekompensowały to wartka akcja i obrazowe oddanie atmosfery tamtej epoki. Dzięki temu powieść czytało mi się całkiem przyjemnie. Stanowiła miły dodatek do drożdżówek. Będzie się też nieźle prezentowała na półkach i w stosach - jest bardzo ładnie wydana.