Impresje

poniedziałek, 7 października 2013

ŻONY I CÓRKI

Tytuł: Żony i córki (Wives And Daughters)
Pierwsze wydanie: 1864-1866
Autorka: Elizabeth Gaskell
Podsumowanie: Frederick Greenwood (wydawca "Cornhill Magazine")
Tłumaczenie: Katarzyna Kwiatkowska

Wydawnictwo: Świat Książki
ISBN: 978-83-7799-563-1
Stron: 863


Mimo że "Północ i Południe" od miesięcy stoi sobie na naszej półce, to jednak najpierw sięgnęłam po "Żony i córki". Jakiś miesiąc temu wpadliśmy do biblioteki krótko przed jej zamknięciem, nie miałam czasu, żeby włóczyć się między regałami, i wzięłam "Żony i córki", bo gdzieś kiedyś mignęła mi bardzo pozytywna recenzja tej powieści. A przecież nie mogłam wyjść z stamtąd z pustymi rękami. Prawda?

Zaczęło się ciekawie. Nawet się dziwiłam, że tak mnie wciągnęła ta historia. W końcu fabuła nie jest jakaś nadzwyczajna. Rzecz dzieje się w pierwszej połowie XIX wieku w prowincjonalnym angielskim miasteczku, więc wszystko kręci się wokół spraw matrymonialnych i majątkowych oraz stosunków między przedstawicielami różnych klas społecznych. Panny na wydaniu i matrony. Najstarsi i młodsi synowie. Arystokratki i guwernantki. Lekarze i dziedzice. Majoraty i niespodziewane spadki. 

W połowie zaczęło się robić nieco telenowelowato i zastanawiałam się, jak bardzo mogą się jeszcze skomplikować na kolejnych czterystu stronach losy bohaterów. Oczywiście pewnych zwrotów akcji można, a nawet trzeba się było spodziewać: przecież piękno, dobroć i pokora głównej bohaterki muszą w końcu zostać wynagrodzone wymarzonym mężem, jak to w bajkach bywa. 

Mocną stroną powieści jest na pewno tzw. tło obyczajowe. Chociaż słowo "tło" nie jest może w przypadku "Żon i córek" najwłaściwsze. Obyczaj, tradycja, podziały klasowe nie tylko urozmaicają powieść, ale są elementem fabuły, determinują postępowanie bohaterów. Straszne to były czasy, kiedy jedna plotka mogła zepsuć reputację dziewczyny, a spacer pod rękę z lady mógł ją natychmiast naprawić; kiedy panny mogły być co najwyżej inteligentne, ale na pewno nie wykształcone, więc w porównaniu z mężczyznami niezmiennie wychodziły na ignorantki. Elizabeth Bennet i pan Darcy. Dorotea Brooke i pan Casaubon/Will Ladislaw. Tu - Molly Gibson i Roger Hamley. On studiował w Cambridge, natomiast jej ojciec, świetny lekarz, zastanawiał się, czy w ogóle powinna uczyć się czytać i pisać, co - jego zdaniem - zabijało zdrowy rozsądek, i zezwolił na jej edukację chyba tylko ze względu na konwenanse. I tak biedna Molly nie mogła nie patrzeć w Rogera jak w obraz i nie traktować jego słów jak wyroczni. Jej poddańcza postawa trochę mnie irytowała. Z drugiej strony trudno nie dostrzec, że co prawda mężczyźni byli panami i władcami, ale bez swoich poddanych stawali się często bezradni. 


Oczywiście porównania z "Miasteczkiem Middlemarch" nasuwały się same. Akcja "Żon i córek" toczy się na angielskiej prowincji w latach dwudziestych XIX wieku, a "Middlemarch" na początku lat trzydziestych. Pierwsza z wymienionych książek miała podtytuł "An Everyday Story", druga - "A Study of Provincial Life". Główną heroiną obu jest młoda, dobra i ładna, choć niedoświadczona dziewczyna, która szuka dla siebie miejsca w życiu, a właściwie szuka mężczyzny, który jej to miejsce wskaże.

Uważam George Eliot za zdolniejszą pisarkę, natomiast Elizabeth Gaskell była mniej pompatyczna i tacy też byli jej bohaterowie. O ile można sądzić po przeczytaniu po jednej powieści tych pań. Obie autorki lubiły się popisywać swoją erudycją, więc ich powieści pełne są cytatów i nawiązań do innych dzieł literackich. Obie miały dar snucia historii i tworzenia ciekawych i różnorodnych bohaterów, choć Eliot przewyższała Gaskell umiejętnością pisania zwięzłych i trafnych charakterystyk (jeszcze raz odsyłam do mojego wpisu o "Miasteczku").
A jednak "Żony i córki" czytało mi się znacznie przyjemniej niż "Middlemarch", mimo wspomnianego wrażenia telenowelowatości. 


Powieść ukazywała się najpierw w odcinkach w czasopiśmie literackim "Cornhill Magazine", od sierpnia 1864 do stycznia 1866. Gaskell zmarła w listopadzie 1865 roku, nie napisawszy jednego czy dwóch ostatnich rozdziałów, ale doprowadziła fabułę do takiego momentu, że łatwo się domyślić, jakie zakończenie zaplanowała: żyli długo i szczęśliwie. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

"Błogosławieni, którzy nie mając nic do powiedzenia, nie ubierają tego w słowa". Z drugiej strony lubię meandrujące dyskusje, więc komentarze nie na temat również są tu mile widziane;).