Impresje

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cracoviana. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cracoviana. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 17 września 2015

TAJEMNICA DOMU HELCLÓW

Tytuł: Tajemnica Domu Helclów
Pierwsze wydanie: 2015
Autorzy: Jacek Dehnel. Piotr Tarczyński

Wydawnictwo: Znak
ISBN: 978-83-240-3505-2
Stron: 285



Ustawa o stałej cenie książki (co za idiotyczny pomysł!!!) mnie osobiście raczej nie dotknie, bo bardzo rzadko kupuję nowości. W przypadku "Tajemnicy Domu Helclów" nie mogłam się jednak powstrzymać z kilku powodów. Po pierwsze ze względu na miejsce akcji: Kraków pod koniec XIX wieku. Po drugie - współautorem (wraz z Piotrem Tarczyńskim) jest Jacek Dehnel, który potrafi opowiadać ciekawe historie. Po trzecie, przyznaję, rozbawiła mnie notka biograficzna o rzekomej autorce:
Maryla Szymiczkowa, wdowa po prenumeratorze „Przekroju” w twardej oprawie, królowa pischingera, niegdysiejsza gwiazda Piwnicy pod Baranami i korektorka w „Tygodniku Powszechnym”. Dziś co niedzielę po sumie w Mariackim, można ją spotkać na kawie u Noworola, a wieczorami do niedawna w Nowej Prowincji. 

niedziela, 30 sierpnia 2015

KACPER RYX

Tytuł: Kacper Ryx
Pierwsze wydanie: 2007
Autor: Mariusz Wollny

Wydawnictwo Otwarte 2007
ISBN: 978-83-7515-014-8
Stron: 580

Wszyscy czytają teraz "Tajemnicę domu Helclów" Maryli Szymiczkowej (a tak naprawdę Sami-Wiecie-Czyją) i ja też mam tę pozycję w planach, głównie ze względu na miejsce akcji: Kraków pod koniec XIX wieku. Dziś jednak napiszę o innym kryminale retro, w którym scenerię wydarzeń również stanowi Kraków, ale młodszy o ponad trzysta lat.

czwartek, 2 lipca 2015

Kobieta w literaturze XXX

Źródło cytatu: "Madame, wkładamy dziecko z powrotem! Subiektywny przyczynek do dziejów kolebki polskiej medycyny", Katarzyna Siwiec, Mieczysław Czuma, Leszek Mazan, Oficyna Wydawnicza Anabasis 2009

1895, 16 lutego

Ludwik Rydygier miał brodę
Kobieta nie może być lekarzem, bo nie ma brody. W "Przeglądzie Lekarskim" ukazuje się obszerny artykuł kierownika krakowskiej Katedry Chirurgii profesora UJ Ludwika Rydygiera, ostro protestujący przeciw przyjmowaniu kobiet na studia medyczne. Lekarzy - stwierdza światowej sławy chirurg - jest w Polsce dosyć. Poza tym kobieta jest istotą słabą fizycznie, umysłowo niezbyt lotną, powołaną jedynie do małżeństwa i macierzyństwa. Nie sposób pominąć również względy przyzwoitości - przecież na studiach panie będą musiały uczyć się np. o chorobach wenerycznych. Stanowczo lepiej się stanie, jeśli nadal słynąć będzie chwała kobiet naszych, którą tak pięknie głosi poeta - pisze profesor i konkluduje: Dopóki w Mydlnikach słowik śpiewa i żer przynosi samicy w gniazdku siedzącej, dopóty ja w równouprawnienie nie uwierzę. Profesor znajduje wielu popleczników, m.in. w osobie JM Rektora UJ hrabiego Stanisława Tarnowskiego. Prasa krakowska odnotowuje również opinię nie wymienionego z nazwiska luminarza medycyny z Petersburga, że kobieta nie może być lekarzem, bo nie ma brody.
   Protesty nie zdają się na nic. Dwa lata później austriackie władze dopuszczają trzy studentki do studiów medycznych, ściślej - farmaceutycznych.

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Kobieta w literaturze XXIX

Źródło cytatu: "Madame, wkładamy dziecko z powrotem! Subiektywny przyczynek do dziejów kolebki polskiej medycyny", Katarzyna Siwiec, Mieczysław Czuma, Leszek Mazan, Oficyna Wydawnicza Anabasis 2009


Około 1525

Doktor Paracelsus pomaga położnicy. W kamienicy Pipanów w Rynku wynajmuje mieszkanie Theophrastus Bombastus von Hohenheim, znany powszechnie jako Paracelsus (1493-1541), jedna z najwybitniejszych postaci medycyny europejskiej, lekarz, przyrodnik, filozof, podobnie jak Kopernik absolwent uniwersytetu w Ferrarze. Paracelsus krąży po Europie podejrzany o czary - a to na skutek niespotykanej u innych lekarzy liczby wyleczeń. W Krakowie szybko zdobywa szeroki krąg pacjentów. Bierze od nich honorarium dopiero w wypadku pomyślnego zakończenia terapii. Oszczędza również na balwierzach, chirurgach i felczerach, wykonując samemu puszczanie krwi, opatrywanie ran, przecinanie wrzodów czy robienie lewatywy. Czynności te uważane są nadal za absolutnie niegodne lekarza. Sam również przyrządza leki (m.in. z badanych przez siebie minerałów z Wieliczki). Studentów uczy zaś nie w ciszy uniwersyteckiej biblioteki czy sali wykładowej, ale - podobnie jak Avicenna - przy łóżku chorego.

piątek, 9 maja 2014

AUTOPORTRET Z PAMIĘCI. DOJRZAŁOŚĆ

Tytuł: Autoportret z pamięci. Dojrzałość
Pierwsze wydanie: 1981
Autor: Henryk Vogler

Wydawnictwo Literackie
Stron: 420



Tę książkę kupiłam trochę przypadkowo na Allegro i chociaż okazało się, że to tylko trzeci tom, czego sprzedawca oczywiście nie zaznaczył, inwestycję oceniam jako udaną.

Henryk Vogler opisał w tej części swoje życie od 1945 do 1971 roku, w którym skończył sześćdziesiąt lat i w którym Polska wkroczyła w nieco inną już epokę. Był m.in. krytykiem literackim i teatralnym, redaktorem naczelnym Wydawnictwa Literackiego, kierownikiem literackim teatrów, pisarzem. Urodził się w Krakowie i tu mieszkał i pracował po II wojnie światowej, więc opowiadając o sobie, pisze też sporo o życiu, zwłaszcza kulturalnym, tego miasta. Ale na początku był chaos:
   Wysiadłem z wagonu w hali ojczystego dworca krakowskiego. W gorącu i zaduchu roił się olbrzymi tłum byłych więźniów obozowych ciągnących z rozmaitych kierunków i w rozmaite strony świata.
   Stałem na jednym z peronów krytych oszklonym dachem, trzymając w dłoni małą walizkę, w której znajdował się dobytek uzbierany po wyjściu z obozu: kilkadziesiąt opakowań  z ostrzami do golenia, parę nowych krawatów, pudełka z lekarstwami. Mogło to stanowić kapitał zakładowy na przyszłość. Nagle na przeciwległym peronie ujrzałem gromadkę Węgierek z naszego obozu. Pobiegłem ku nim uradowany. Ale nim przepchnąłem się przez tłumy na drugą stronę torów, już ich nie było, rozpłynęły się w falującej masie. Kiedy powróciłem na swoje miejsce, nie było tam także walizki z moim majątkiem. Ktoś z pozostałych towarzyszy zdążył sobie przywłaszczyć mienie, jakie ja przywłaszczyłem, czy też raczej (używając żargonu obozowego) zorganizowałem sobie w Görlitz.
   Tak oto znalazłem się w Krakowie zupełnie samotny i z pustymi rękoma. Miasto pozostało nie zmienione i - zapewne wskutek tego - zdawało się kryć w sobie jakaś niesamowitość. (...)
   Takie muzealne niemal zakonserwowanie owej części świata w porównaniu z obrazem tego świata, z którego przybywałem, budziło niezwykłe uczucia. Planty szumiały najświetniej i najbujniej swojską zielonością, ulice i budynki były te same, ale ludzie jakby inni. Nie miałem tu już nikogo bliskiego, nie było się do kogo zwrócić. [str. 7-8]
Wojna nie spowodowała większych zniszczeń w architekturze, ale znacząco zmieniła strukturę społeczną Krakowa, a proces ten jeszcze przyspieszyły i pogłębiły działania władz komunistycznych, które wkrótce "zafundowały" stolicy Małopolski Nową Hutę. Vogler wywodził się, jeśli dobrze zrozumiałam, ze zasymilowanej rodziny żydowskiej, więc dla niego powrót do Krakowa musiał być szczególnie bolesny i trudny. Nie wrócił do rodzinnego domu, pomieszkiwał tu i ówdzie kątem, dorabiał, jak się dało. I rzucił się w wir rozrywek: kobiety, karty, alkohol. Stopniowo zaczął też orientować się dokładnie w "szczegółach i subtelnościach nowej sytuacji". Dość przypadkowo właściwie został recenzentem teatralnym. Kultura mogła się wtedy wydawać stosunkowo bezpieczną opcją.
   Po ulicach kroczyli zuchwale młodzi ludzie w lśniących wysokich butach oficerskich. Pojawiły się angielskie wojskowe berety jako najmodniejsze męskie nakrycia głowy. Niekiedy nocami na Plantach, w miejscach moich dawnych dziecięcych zabaw, słychać było pojedyncze strzały albo całe ich serie. Grupy barczystych mężczyzn o proletariackich rysach twarzy obsadzały poszczególne gmachy w centrum miasta, zajmując je na siedziby rozmaitych organów i komitetów. Powstające w ten sposób instytucje otrzymywały nazwy, pozwalające się domyślać, że rodzi się nowy, odmienny od poprzedniego Kraków. [str. 11]
Vogler nie poświęca zbyt wiele miejsca dywagacjom politycznym, najczęściej pisze właściwie o ludziach, a że działał aktywnie w Związku Literatów Polskich i obracał się w światku teatralnym, sporo tu charakterystyk i ploteczek dotyczących przedstawicieli obu tych środowisk, również z zagranicy.
  Brecht, głoszący zawsze - jak bohater jego pierwszej sztuki Baal - chwałę pierwotnej, zmysłowej woli życia i jego uroków, znany był z uwielbienia kobiet. Miewał też koło siebie w teatrze zawsze mały haremik. Opowiadano z uśmiechem, jak niekiedy w pełnym toku prób zrywał się nagle z miejsca, z którego próby te prowadził, i wybiegał w szalonym pędzie z sali. Dopiero po jakimś czasie wracał uspokojony i kontynuował pracę. Wszyscy wiedzieli wówczas, gdzie i u kogo znalazł owo uspokojenie. Za pewną ciekawostkę można uznać fakt, że w tym samym dniu urodziły mu się dwie córki z dwóch różnych matek, z których jedną była Helena Weigel. Zresztą pamiętał o wszystkich swoich wybrankach i wynagrodził je w sposób ściśle wymierny. W testamencie każdą z nich obdarzył którąś ze swych licznych sztuk, przekazując w spadku tantiemy z niej. Rozdział testowanych sztuk i procent tantiem orientowały doskonale w sile dawnych uczuć. Niektóre panie otrzymywały większy, inne mniejszy procent, niektóre jedną tylko sztukę, inne więcej, wreszcie były dziedziczki sztuk słabszych i rzadko grywanych obok takich, którym przekazane zostały utwory najznakomitsze, Helena Weigel, na przykład, otrzymała ich w testamentowym zapisie najwięcej, i to tych, które odnosiły na całym świecie największe triumfy, jak choćby Matka Courage. [str. 280-281]
Pojawiają się nazwiska osób wtedy znaczących, a dziś kompletnie zapomnianych oraz tych, którzy wtedy dopiero zaczynali tworzyć, ale na tyle oryginalnie, że nadal o tym pamiętamy. Vogler wspomina je przez pryzmat twórczości i osobistych relacji. I tak na przykład opisuje dwumiesięczny pobyt swój i Różewicza w Paryżu w 1957, przy czym sugeruje, że poeta wciąż liczył, że starszy i bardziej doświadczony kolega wciągnie go w wir mniej intelektualnych francuskich rozrywek.


Szczególnie interesowało mnie, jak autor oceni po latach stosunek swój i innych pisarzy do władz komunistycznych i obowiązującej ideologii. Vogler wspomina, że literaci i nie tylko oni uważali wtedy komunizm za jedyny ustrój i program polityczny, który był i jest w stanie pokonać nazizm. Niektórych otrzeźwił referat Chruszczowa, innych rok 1968, ale byli i tacy, którzy z przyczyn ideowych lub koniunkturalnych pozostali wierni partii i nie omieszkali wyciągać z tego tylu korzyści, ile się tylko dało.

Vogler zaliczał się - o ile mogę to ocenić - raczej do tych drugich (osobie niepewnej nie powierzano by tylu ważnych stanowisk i nie pozwalano by jej na zagraniczne wycieczki). Nie znam żadnego innego jego tekstu, nie czytałam jego recenzji, powieści ani dramatów, ale z zawartych tutaj wspomnień wynika, że sukces zawodowy osiągnął nie tylko dlatego, że działał - z wewnętrznego przekonania lub nie - zgodnie z obowiązującymi wytycznymi, ale też dzięki osobistym talentom i zaangażowaniu.

Przedstawiciele kultury, którzy wobec nowego ustroju prezentowali właściwą postawę i zaangażowanie, żyli sobie wtedy jak pączki w maśle, w każdym razie w porównaniu ze zwykłymi ludźmi. Można powiedzieć, że Voglerowi też się wiodło. Nie zamierzam potępiać jego postawy, bo uważam, że człowiek, któremu wojna zabrała prawie wszystko, miał prawo po jej zakończeniu urządzić się w życiu jak najwygodniej w takich warunkach, jakie zastał; oczywiście nie cudzym kosztem, ale taka niewinność jest przecież na dłuższą metę niemożliwa. 

Nie wspomina o sygnowaniu w 1953 roku słynnej Rezolucji Związku Literatów Polskich w Krakowie w sprawie procesu krakowskiego. "Autoportret" pisał na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, kiedy jeszcze o pewnych rzeczach wprost mówić nie było można, co częściowo tłumaczy dość enigmatyczny opis lub zupełnie pominięcie niektórych wydarzeń i zagadnień. Częściowo. 


Z przyjemnością wyławiałam z tekstu drobiazgi, które składały się na taką zwykłą, szarą, ale dziś już egzotyczną codzienność tamtego okresu. Wspomniany w poprzednim wpisie strach autora towarzyszący konsumpcji berlińskiej Coca-Coli. Możliwość zobaczenia nowo narodzonego dziecka dopiero po tygodniu i to z daleka, bo trzymanego przez matkę stojącą w oknie na trzecim piętrze szpitala. Wyruszanie w podróż zagraniczną z rzeczami, które zamierzano na miejscu sprzedać, żeby uzupełnić bardzo skromny zapas dewiz zdobyty w kraju. Ciekawie wypadły opisy wojenek podjazdowych między grupami pracowników teatrów albo wspomnienie wizyty w Izraelu. Z książki dowiedziałam się również, że już w latach pięćdziesiątych planowano zrobić z Kazimierza dzielnicę artystów, ale skończyło się na wybudowaniu tylko trzech budynków. W jednym z nich, przy Szerokiej, zamieszkał Henryk Vogler.

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Dawne krakowskie księgarnie i antykwarnie

Od przeprowadzki bywam w centrum znacznie rzadziej, ale kilka dni temu, przy okazji, postanowiłam wybrać się jednak na Rynek, żeby zobaczyć, co w tym roku sprzedają w budkach z asortymentem okołoświątecznym (to samo, co zwykle), i jak wygląda księgarnia Matras po remoncie. Obawiałam się trochę, że wnętrze przypominać będzie całkowicie odsączone z klimatu placówki Matrasu w galeriach handlowych - gdyby ktoś chciał otworzyć tam np. Żabkę, to wystarczyłoby tylko zmienić towar na półkach. Zresztą Empików też to dotyczy.

Wpadłam na chwilkę, ale tak na pierwszy rzut oka nowy wystrój podoba mi się bardzo. Nowocześniej, ale klimatycznie, przytulnie, w kolejnych salach czułam się bardziej jak w czytelni, a nie w sklepie. Obecnie to najładniejsza krakowska księgarnia. 

źródło: matras.pl
Może tylko trochę szkoda, że oprawione w ramki zdjęcia z autografami znanych pisarzy i innych artystów, którzy kiedyś odwiedzili to miejsce, wiszą dopiero w ostatniej sali, gdzie znajduje się też coś w rodzaju maleńkiej kawiarenki. Nie widziałam stolika z książkami podpisanymi przez autorów, który dawniej stał w pierwszej sali, ale może nadal gdzieś jest, tylko ja z braku czasu go nie zauważyłam.

Środków na remont najwyraźniej nie szczędzono, ale też lokalizacja zobowiązuje. I wcale nie chodzi tu tylko o adres na Rynku Głównym, w zabytkowej kamienicy kromerowskiej zbudowanej w XIV wieku (i kilka razy od tego czasu przebudowywanej). Chodzi przede wszystkim o kilkuwiekową już tradycję handlowania książkami w tym miejscu. Wyjątkowo ciekawy tekst Renaty Żurkowej na ten temat można przeczytać na stronie księgarni - bardzo polecam! Natrafiłam na niego właściwie przypadkiem, kiedy sprawdzałam w sieci jakieś informacje wyczytane w "Kopcu wspomnień", który nadal eksploruję. A tak na marginesie - dlaczego Wydawnictwo Literackie nie wznawia tej pozycji?


Zainteresowały mnie szczególnie teksty dwóch panów, których nazwiska dotąd nic mi nie mówiły - usprawiedliwia mnie, mam nadzieję fakt, że rodowitą krakowianką bynajmniej nie jestem.

Zacznę od reminiscencji pana Aleksandra Słapy (1895-1964), a panu Marianowi Krzyżanowskiemu (1880-1964) oddam głos może następnym razem. Pan Słapa ujął mnie opisem początków swojej czytelniczej pasji, kiedy za ostatnie pieniądze kupował podróbki powieści Conan Doyle'a, czyli zeszyty Sherlocka. 

Gdzie dawniej krakowianie kupowali książki? To zależało od zasobności portfela - bogatsi na Rynku, mniej zamożni w antykwariatach. Młodzież szkolna zaliczała się do tej drugiej kategorii.
   Źródłem nabycia tych skarbów była przede wszystkim księgarnia kolejowa Kafki na dworcu krakowskim. Na lewo od hallu, w kącie przed wejściem do restauracji, która do dziś dnia mieści się w tym samym miejscu, stał rozłożysty kiosk. Wypełniały go sterty wiedeńskiej i berlińskiej Hintertreppenliteratur - i stosy niemieckich brukowych dzienników i tygodników, z "Neue Freise Presse" i "Das Interessante Blatt" na czele. Na bocznym kontuarze leżała prasa "galicyjska": "Czas", "Reforma", brukowe "Nowiny", a z tygodników "Nowości Ilustrowane", dogorywający "Diabeł" i cieszący się w Krakowie znakomitym powodzeniem pornograficzny "Bocian". U Kafki na dworcu niezawodnie mogłeś kupić każdy zeszyt Sherlocka. Toteż pierwszy mój kontakt z księgarnią dokonał się tutaj. I jak do niedawna byłem stałym i wiernym klientem Urbańskiego (który sprzedawał marki, czyli znaczki - przyp. E.) - tak teraz nie było dnia, bym nie sterczał przed kontuarem kolejowej księgarni czekając na nowego Sherlocka. [str. 183]
Ja też czekam na nowego Sherlocka, z tym, że nie o powieść Conan Doyle'a chodzi, a o kolejną część serialu BBC, który jest po prostu świetny. Mój stosunek do książkowego pierwowzoru jest daleki od entuzjazmu. To samo można chyba powiedzieć o najważniejszych krakowskich księgarzach sprzed stu lat - do nich Słapa po Sherlocka nawet nie zaglądał.

   Poważne polskie księgarnie zgrupowane były w Rynku. Królowała księgarnia i skład nut S.A. Krzyżanowskiego przy linii A-B. Cieszyła się wielkim powodzeniem, miała znakomity personel, a szef jej i właściciel wraz z uroczym synem i następcą Marianem, przewodzili dobranemu gronu pomocników i praktykantów. [str. 183]
źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe
Linia A-B to pierzeja między Floriańską i Sławkowską, C-D między Szczepańską i św. Anny itd. W miejscu, gdzie kiedyś mieściła się księgarnia S.A. Krzyżanowskiego (Rynek Główny 36), znajduje się obecnie Księgarnia Muzyczna "Kurant".
Drugą wielką księgarnią była na przeciwnej stronie Rynku, naprzeciw wieży Ratuszowej położona firma G. Gebethner i Spółka, filia warszawskiego wielkiego wydawnictwa Gebethner i Wolff, zasobna w wydawnictwa warszawskie, dbająca o posiadanie pełnego asortymentu beletrystycznego i naukowego, będąca równocześnie dystrybucją na Galicję i Austrię popularnego "Tygodnika Ilustrowanego". [str. 183]
źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Właśnie w tym miejscu (przypomnę: Rynek Główny 23) znajduje się dziś księgarnia Matras.

Arystokracja, uniwersytet i konserwa krakowska stanowiły klientelę księgarni "Spółki wydawniczej polskiej" w pałacu Spiskim (tam gdzie dziś mieści się księgarnia Domu Książki), powiązanej z koncernem "Czasu", tj. z rodziną Potockich spod Baranów, i będącej centralą sprzedaży wydawnictw Akademii Umiejętności. U wylotu ulicy Grodzkiej była czwarta z wielkich księgarń - księgarnia D.E. Friedleina, ówczesnego prezydenta Krakowa, prowadzona przez jego siostrzeńców, dwóch młodych braci Münnichów. [str. 183]
źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Ta pierwsza księgarnia znajdowała się chyba tam, gdzie obecnie mieści się Księgarnia Pałac Spiski (Rynek Główny 34, linia C-D), a księgarnia Friedleina była podobno na Rynku Głównym 17 (linia E-F), tam, gdzie teraz jest Księgarnia Hetmańska.

Niedaleko Rynku, przy ul. św. Jana, mieściło się muzyczne wydawnictwo: Księgarnia A. Piwarskiego i S-ki (przy św. Jana 3, jak wskazuje pewna okładka - przyp. E.), zaś przy ulicy Szewskiej księgarnia prawnicza Leona Frommera. To była elita księgarska. Były to przybytki odwiedzane przez "wyższe" sfery, lokale tchnące powagą i majestatem, których progu nie odważył się przestąpić uczniak, chyba w towarzystwie ojca lub matki w sezonie zakupu książek szkolnych. Ale nowe podręczniki miał tylko b. nieliczny odsetek uczniów. Zwłaszcza w takich demokratycznych gimnazjach jak mój "Jacek", gdzie trzon młodzieży stanowili synowie chłopów, kolejarzy i drobnourzędniczej inteligencji. Posiadanie przez nich nowej, nie używanej książki należało do rzadkości. [str. 183-184]
Próbowałam ustalić, w którym miejscu przy Szewskiej znajdowała się księgarnia Frommera, ale znalazłam (np. tutaj) tylko adres przy Floriańskiej 39. 

Dalej Słapa opisuje należące przeważnie do Żydów "antykwarnie", które mieściły się przy znacznie mniej (wtedy) prestiżowych ulicach, jak Szpitalna, Szewska czy św. Tomasza, ale przede wszystkim Szpitalna. Polecam ciekawy artykuł Ryszarda Löwa "O antykwariuszach żydowskich w Krakowie". Przede wszystkim Löw dzieli sprzedawców używanych książek na antykwariuszy i bukinistów. Ci drudzy - w odróżnieniu od tych pierwszych - nie byli na ogół specjalistami od starodruków, handlowali przeważnie podręcznikami, "literaturą straganową", resztkami niesprzedanych przez wydawców książek. Jak pisze Löw, większość żydowskich antykwariuszy zaliczała się raczej do bukinistów. Zdarzało się, że całe rodziny i ich kolejne pokolenia parały się tą właśnie gałęzią handlu.

Trudno sobie wyobrazić, że kiedyś praktycznie cała Szpitalna, od Placu św. Ducha do Małego Rynku, oblepiona była antykwariatami, bo dziś znajdują się tam całe dwa. Aleksander Słapa został wprawdzie później dyrektorem jednej z tych prestiżowych księgarni (Gebethner i Wolff), a po wojnie założycielem i dyrektorem (do śmierci) Wydawnictwa Literackiego, ale jako młody chłopak preferował antykwariaty.
   Czuliśmy się natomiast jak u siebie w domu w antykwarniach, których
źrodło: zwoje-scrolls.com
kilkanaście wypełniało ulicę Szpitalną od placu Ducha do Małego Rynku. Było trzy czy cztery antykwarnie Taffetów, tyleż sklepów Seidenów, obok nich Raucher, Wetzstein, Litman. W miesiącach letnich, z końcem i początkiem roku szkolnego, wrzała ulica Szpitalna zgiełkiem młodzieży sprzedającej lub kupującej podręczniki. Ale i przez resztę roku obroty antykwarń nie słabły. Większość tych zasłużonych pracowników książki, starozakonnych patriarchalnych brodatych mężów i dostojnych matron miała szerokie i bliskie stosunki z bibliofilami, szperaczami i naukowcami. W małych ciemnych sklepikach piętrzyły się sterty książek. Pośród stosów roczników czasopism, zaczytanych wielojęzycznych powieścideł, tkwiły rzadkie i cenne egzemplarze, źródło wzruszeń i cel iście górniczych poszukiwań stałych bywalców "Szpitalki". My zaś, chłopcy, zawsze byliśmy przez antykwariuszy ze Szpitalnej mile widziani. Targowaliśmy się o każdego centa. Wychodziło się i wracało wielokrotnie. Ale czuł się chłopiec w takich sklepikach  dobrze, swojsko - pytał się o wszystko, co go interesowało, mógł grzebać w stosach piętrzących się wkoło niego, wściubiając nos przede wszystkim w zaczytane i brudne egzemplarze powieścideł o "Bladej hrabinie", "Rinaldo Rinaldinim" i w inny specjał literatury straganowej.
  Tutaj też - na Szpitalnej - udało mi się kupić kilka wyczerpanych już u Kafki pierwszych zeszytów Sherlocka. Dalszych kilka znalazłem u Himmelblaua przy ul. św. Jana. Była to bardzo niechlujna antykwarnia. Handlowała wszystkim, co popadło, a jej właściciel i jego żona po prostu nie znali się  na książkach. Witrynę i jej wnętrze wypełniały wydawnictwa pokątne, prawdziwa Hintertreppenliteratur produkowana na Śląsku Cieszyńskim i pruskim, we Lwowie i na Nalewkach, a sprzedawana po jarmarkach i odpustach, przez kataryniarzy i wędrujących po wsiach przekupniów świecidełek i taniej galanterii. Były tam całe roje senników egipskich, chaldejskich czy arabskich, wróżby królowej Saby, Na 7 pieczęci (faktycznie!) zamknięta księga tajemnic Mojżesza, rozmaite "wiedze tajemne", chiromancje i wróżenie z rąk i "fusów od kawy", rozmowy miłosne laską i parasolką (??? - przyp. E.), listowniki dla zakochanych, zbiory powinszowań i tekstów do pamiętników, i wreszcie cała kolekcja broszur o onanizmie i chorobach wenerycznych. [str. 184]
Czyli nic się nie zmieniło: Hintertreppenliteratur popularna jest i dziś, różnicę widać tylko w jakości wydania.

Słapa wspomina dalej niesamowitą postać Fabiana Himmelblaua (ależ ładne nazwisko) - krakowskiego księgarza, wydawcy i ekscentrycznego bibliofila. (Nie był on w żaden sposób spokrewniony z Himmelblauem ze św. Jana). Jego lokal znajdował się przy ul. św. Tomasza, zaraz za kościołem św. Jana. Pozwolę sobie jednak zacytować najpierw Karola Estreichera (nie mam - jeszcze - jego książki "Nie od razu Kraków zbudowano", z której pochodzi ten cytat, więc zaufam tekstowi w internecie):

źródło: "Kopiec wspomnień", str. 185
Krakowianie, znający dobrze miasto, pamiętają kościół PP. Prezentek, stojący na rogu ul. św. Jana i św. Tomasza. Romański w swych murach, datuje się jeszcze z czasów przed lokacją miasta i dlatego wkracza w połowę ulicy. W ten sposób tworzy się malowniczy placyk, zacieniony wysokimi kamienicami. Za absydą, w najciemniejszym kącie zaułka, gdzie światło dzienne dochodzi rozproszone, szare i ponure, gdzie wilgoć, cień i chłód wśród skarp kościoła panują, mieściły się składy śmiecia i wszelkiego niechlujstwa. Kiedyś Rada Miejska zajęła się tym kątem, bo zdarzało się zbyt często, że w nocy lekkomyślne krakowianki wabiły tam niedoświadczonych młodzieńców, z czego wynikały różne kłopoty. Rezultatem obrad Rady Miejskiej było umieszczenie w tym miejscu gazowej latarni, którą niestety gasił złośliwy zefir.
   W samym rogu zaułka, tuż przy murze kościoła, właściciel wielkiej kamienicy wpadł na pomysł, by pokój, gdzie nikt mieszkać nie chciał, przerobić na sklepik. Długi czas lokal ten stał pustką, aż wreszcie znalazł się człowiek, który go wynajął, bo sklepu potrzebował, a klienteli nie. I w ten sposób w latach siedemdziesiątych, za dobrych czasów warszawsko-wiedeńskiej kolei, za panowania Modrzejewskiej, Matejki i Sienkiewicza otwarł Jakub Maurycy [Fabian Bernard] Himmelblau [1860-1931] swoją antykwarnię, w której życie przepędził, często zapominając, że nadszedł szabas.
   Zakurzona, brudna szyba wystawy była myta jedynie przez wiosenne burze i jesienne deszcze. Wówczas przejaśniała się trochę i oko przechodnia było w stanie dojrzeć broszury, rękopisy, książki i księgi, dyplomata, nuty bezładnie nagromadzone. Wśród nich widać było bronzowe popiersie Szujskiego, zegar z Napoleonem, dwa lichtarze, kilka czerwonych pieczęci, pudełko monet oraz aparat fotograficzny z napisem "okazja". Prawda, była tam jeszcze lornetka odarta ze skóry.
   Gdy weszło się do sklepu, uderzał ostro dzwonek, raz za pchnięciem drzwi, potem drugi raz, gdy się drzwi zamykało. Wzdłuż długiego lokalu stała lada, a na niej pełno książek. Zapomniane powieści, przestarzałe zbiory prawnicze, skorowidze i skoropisy, rozporządzenia podatkowe sprzed lat, kolejowe rozkłady jazdy, schematyzmy królestwa Galicji i Lodomerii - słowem makulatura, nie mogąca znaleźć czytelnika, nadająca się wyłącznie do papierni. (...)

Pajęczyny miały tu swoje królestwo. Oplatały księgi po kątach i na półkach i rzadko kto rwał ich misterne koronki. Ponieważ much tu nie było, więc łapały kurz i brodate, omszone, niczym sędzieliny w borze tatrzańskim lub stalaktyty w kopalniach wielickich zwisały z sufitu.
   W sklepie panował zaduch, ciężki i odurzający, nie powiem jednak, aby przykry. Zapach to był książek i pleśni, kurzu i lampy gazowej, syczącej równomiernie w górze.
   Wszedłszy tutaj, zatracało się poczucie czasu. Czy był to rok 1872 czy 1912 trudno było powiedzieć, bo z pewnością nic się tu nie zmieniło od lat. Miasto huczało daleko, czasem głos z ulicy dolatywał lecz stłumiony i nieśmiały jak przechodzień, który wszedłszy mimo woli, poddawał się nastrojowi miejsca. Płynęły chwile, godziny, dnie lata - a książki bezładnie leżące leżały cierpliwie. (...)

   Gdy oko klienta przywykło do mroku, gdy objęło tę dziwną składnicę ksiąg - leniwie po ladzie, po papierach i broszurach krok za krokiem szedł kot, który spojrzawszy na gościa, zeskakiwał z lady i uciekał w głąb sklepu. Tam przeskoczywszy trzy stopnie, znikał za małymi drzwiczkami.
  Dopiero wtedy pokazywał się gospodarz. Brodaty Żyd w surducie, świadczącym, że jego właściciel nie przywiązuje żadnej wagi do stroju. Antykwarz pochylony i trzęsący się szedł z trudem. Zza okularów opasłych (powinno być chyba "opadłych" - przyp. E.) na koniec nosa patrzyły blade oczy w przekrwionych powiekach.
- Czego? - pytał niegrzecznie. 

Cóż, nic dziwnego, że w końcu umarł w nędzy. Zastanawiam się, czy Estreicher nieco nie koloryzował - w końcu cały jego tekst dedykowany jest Tuwimowi, który - o czym była mowa w biografii autorstwa Urbanka - uwielbiał wszelkiego rodzaju kuriozalne ekscentryczności. Słapa pisze jednak o tej postaci w podobnym tonie:
   Fabian Himmelblau należy do historii naszego księgarstwa, będąc równocześnie jednym z najbardziej typowych oryginałów i dziwaków stołecznego miasta Krakowa. (...) W latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia Fabian Himmelblau był poważnym wydawcą. Obok kilkunastu książek dla dzieci i młodzieży, studiów literackich (np. L. Siemieńskiego o Wincentym polu) wydał duży czterotomowy Wybór Poezji Teofila Lenartowicza. Prowadził księgarnię przy ul. św. Tomasza, w zaułku za kościołem św. Jana, w budynku hotelu "Pod Różą". Był wyjątkowym znawcą nie tylko starodruków, ale i współczesnego mu zagranicznego ruchu wydawniczego, świetnym informatorem, zwłaszcza w zakresie wydawnictw naukowych, wypuszczanych przez niemieckie, francuskie czy angielskie wydawnictwa. Pozostawał w żywym kontakcie nie tylko z zagranicznymi antykwariuszami, ale i z takimi wydawcami, jak J. Springer, J. Ambrosius Barth, Alcan, Masson czy inni. Już wtedy, gdy do jego ponurej - tak jak ją opisuje Estreicher - oficyny często zachodziłem z ojcem, rozmawiał i handlował tylko z kilkunastoma odbiorcami, których uznawał i szanował. Każdy klient z ulicy słyszał zawsze jednakową odpowiedź: "Nie ma!" - podaną w tonie równającym się wyrzuceniu za drzwi. Fabian Himmelblau odwiedzał mnie jeszcze w latach dwudziestych, gdy bylem kierownikiem księgarni Gebethnera i członkiem "gremium księgarzy" Galicji zachodniej. Żył w nędzy, siedząc jak legendarny smok na skarbach spiętrzonych w sklepie za kościołem świętojańskim. Wśród cennych woluminów i stert bezwartościowej makulatury dniami nocami siedział i czytał, a patologiczna mizantropia objawiająca się wrogością do każdego, kto dotknął klamki jego drzwi i chciał kupić u niego książkę - zmieniała brudny i ciemny sklepik w grób, w którym dogorywał wybitny księgarz-wydawca i zwariowany bibliofil. [str. 184-185]
Dawniej księgarz, taki z prawdziwego zdarzenia, nie tylko sprzedawał książki, ale był kimś znacznie więcej - wykwalifikowanym specjalistą, który doświadczenie zdobywał również za granicą, niekiedy wydawcą, organizatorem wydarzeń artystycznych (Krzyżanowscy). Zdarzało się jednak i tak, że właściciel księgarni miał problemy z ortografią, gramatyką i ogładą:

   Ale wróćmy do mej pogoni za skompletowaniem Przygód Sherlocka Holmesa. Były w tych czasach w Krakowie jeszcze dwie księgarnie, do których nie straszno było nam szczeniakom wchodzić. Obie przy ulicy Szewskiej, po prawej stronie idąc od Rynku - jedna Kwaśniewskiego (dawnego pracownika firmy S.A. Krzyżanowski) tuż przed Jagiellońską przecznicą, druga, na przeciwnym rogu, Kaspra Wojnara. Pierwsza miała sortyment na poziomie, a jej właściciel miał aspiracje wydawnicze (wydał dwie czy trzy książki, miedzy innymi niesłusznie zapomniane podhalańskie Posiady Wojciecha Brzegi) i na nich się przewrócił. Księgarnię przejął - na niedługo zresztą - Zaplatalski, który obniżył jej poziom, wprowadzając do swego sortymentu także senniki, kabały, "bryki", no i zeszytowe Sherlocki. Zaplatalski był to mąż dziwny. Wysoki, chudy z bladą ascetyczną twarzą, z której spływała ogromna zwichrzona kasztanowata broda i sumiaste wąsiska. Na nosie tkwiły potężne okulary. Rzadki klient często zastawał księgarnię zamkniętą, a na drzwiach kartę z napisem "zaraz przyńde". W późnych godzinach popołudniowych nie świecił Zaplatalski w lokalu światła. Po otwarciu drzwi wchodziło się w czarną czeluść. Trzask przekręcanego włącznika, błysk słabiutkiej, żółtawo tlącej  się niskowatowej żarówki i zza wysokiego kontuaru wynurzała się owłosiona głowa i szczupłe ramiona Zaplatalskiego. Był on antytezą zapobiegliwego kupca. Przeważnie operował w stosunku do klientów monosylabami. Załatwienie klienta było mniej więcej takie. Klient mówi "dzień dobry", a zza kontuaru pada pytanie "czego?" Pytasz o któryś z zeszytów przygód detektywa lub o jakąś lekturę; jeszcze nie skończyłeś a już pada lapidarna odpowiedź "Nima!" i światło gaśnie, a młody i chętny nabywca odchodzi. Wyjątkowo - widocznie w okresach, gdy troski i ponure myśli nie gryzły pana Zaplatalskiego - transakcja dokonywała się, zawsze jednak na ponuro.
   Natomiast u Wojnara ruch był bardzo żywy. Kasper Wojnar był zasłużonym wydawcą kalendarzy i literatury ludowej. Jego wydawnictwa cieszyły się szeroką popularnością i docierały na galicyjską wieś. Pan Kasper Wojnar - postać bardzo sympatyczna - znał psychikę wiejskiego czytelnika, znał się na problematyce rolniczej, sam pisał wiele opowiadań, życiorysów i zasługi jego w krzewieniu czytelnictwa wśród chłopów w pierwszych latach naszego stulecia są niewątpliwe. [str. 185-186]
W miarę upływu czasu upodobania czytelnicze pana Aleksandra Słapy znacząco się zmieniały, na co największy wpływ miał kurs literatury polskiej prowadzony w szkole przez Józefa Ujejskiego. Rodziewiczówna, Reymont, Prus, Żeromski... Kiedy w 1910 roku u Gebethnera ukazał się tom "Nieznanych pism" Mickiewicza, Słapa czuł, że mieć je po prostu musi. Problemem były pieniądze. Trzy lata wcześniej zmarł jego ojciec, sytuacja finansowa rodziny była bardzo kiepska, więc Aleksander prawie wszystko, co zarobił korepetycjami, oddawał matce. Zdesperowany zwrócił się do przyjaciela ojca i sądowego opiekuna rodziny, czyli Wacława Anczyca. Był on współwłaścicielem Drukarni W.L. Anczyca i Spółki, miał połowę udziałów, a po jednej czwartej posiadały rodziny Gebethnerów i Wolffów.

Jednego popołudnia, gdy żądza posiadania Krasińskiego i Mickiewicza doszła do zenitu, wybrałem się na róg ulicy Zwierzynieckiej i Straszewskiego i z "duszą na ramieniu" przestąpiłem próg drukarni. Chwilę poczekałem i zostałem wezwany do gabinetu przed oblicze Pana Radcy. Nieśmiało zapytałem czy mógłbym za jego pośrednictwem uzyskać możność nabycia książek w księgarni Gebethnera na raty. Tak serdecznie odniósł się "radca" do mnie, że w tej pierwszej rozmowie prysły lody dystansu i autorytetu. Polecił mi chwilę zaczekać, po czym poszedł ze mną do Rynku do księgarni. Przekroczenie progu gebethnerowskiej oficyny było dla mnie nie lada przeżyciem. W antykwariatach i księgarniach, których klientem byłem dotąd, panował charakterystyczny rozgardiasz i nieład, i niewątpliwie dzięki temu bałaganowi czuliśmy się, my uczniacy, w tych budach dobrze. (...) Kupując Sherlocki czy inną zeszytową literaturę, kupując "bryki", tj. dosłowne tłumaczenia, ściśle dostosowane do będących w użyciu wyborów szkolnych z dzieł klasyków grecko-rzymskich, spotykaliśmy tam przede wszystkim klientelę rówieśną, a "groch z kapustą" panujący niepodzielnie na kontuarach i w regałach nie onieśmielał. Natomiast tu, u Gebethnera - jak i w innych księgarniach - ład panował nienaganny. W pełnym oświetleniu urzekały specjalnym urokiem ustawione grzbietami, czyściutkie, pachnące farbą drukarską i aromatem szlachetnych papierów książki, wypełniające ściany wysokiego i sklepionego pokoju frontowego. Na prawo od wejścia obszerna lada wyłożona nowościami, na jej krańcach dwa wysokie biureczka, w głębi szeroki stół, a na nim wyłożone ze smakiem tak zwane "większe formaty" tak charakterystyczne dla ówczesnych mieszczańskich gustów, ilustrowane wydawnictwa albumowe jaka Quo vadis z ilustracjami Piotra Stachiewicza, Album Siemiradzkiego, Witkiewicza Juliusz Kossak, Gembarzewskiego Wojsko Polskie. Pośród nich oprawne komplety gebethnerowskich wydań Mickiewicza i Słowackiego, dziesięciotomowy wybór powieści Kraszewskiego, pierwszych sześć tomów Stu lat myśli polskiej, a wśród nich cel moich pragnień: Kraszewski w edycji Czubka i - radujące oko arcypięknie przez drukarnię Uniwersytecką złożone, z okładką wydrukowaną na czerpanym papierze "Fabriano" - Nieznane pisma Adama Mickiewicza. Zostałem przedstawiony dwóm poważnym panom. Ani przez myśl mi nie przeszło, że jeden z nich będzie tym człowiekiem, który wprowadzi mnie w urzekający świat książek, który przeleje we mnie nie tylko swe umiłowanie księgarskiego zawodu, ale i przedziwny urok jasnych i precyzyjnych metod bibliografii i klasyfikacji książek. Tym człowiekiem o znakomitej orientacji we wszystkich dziedzinach literatury i nauko był Tadeusz Jurystowski. Drugim był młody, niedawno z praktykanta wyzwolony "pomocnik" Aleksander Krawczyński, zamiłowany myśliwy i jeszcze większy miłośnik ksiąg, pracujący nieprzerwanie z górą 50 lat w księgarstwie, kolejno w Krakowie, Paryżu, Lwowie i Gdańsku. Osobisty urok obydwóch tych ludzi, przez długie jeszcze lata czołowych pracowników krakowskiego Gebethnera, przy pierwszym zetknięciu rozproszył moje skrępowanie, przerodził się w prawdziwą przyjaźń i obok innych motywów przesądził o wybraniu przeze mnie zawodu księgarskiego. [str. 197-198]

Ciekawe, czy kiedyś ktoś z podobnym sentymentem będzie wspominał na przykład Empik, który do niedawna mieścił się przy Rynku Głównym (w tym miejscu ma być teraz Zara). Wątpię.


Na końcu tego niemożebnie długiego wpisu podaję link do mapki, na której zaznaczyłam miejsca, w których znajdowały się dawne krakowskie księgarnie.


W cytowanych fragmentach zachowałam ortografię i interpunkcję oryginału.


wtorek, 3 grudnia 2013

Kobieta w literaturze XVIII

Źródło cytatu: Kopiec wspomnień 
Wydawnictwo Literackie 1964 (wydanie drugie rozszerzone)
Fragment wspomnień Zofii Muczkowskiej (1890-1973) 



   Bale. W życiu towarzyskim Krakowa dominującą rolę odgrywały bale publiczne, urządzane na cele dobroczynne - przeważnie w karnawale. Należały tu bale na Kolonie Wakacyjne w Rabce lub na cele Towarzystwa Walki z Gruźlicą. Niektóre bale cieszyły się bardzo dużą popularnością. Do tych należała Reduta Prasy w Starym Teatrze, w pierwszych dniach lutego szczególnie uczęszczana przez starszych panów, jak mój ojciec, oraz Bal Rabczański.
   Inne były mniej liczne i na nich właśnie lepiej się bawiono. Była to tak zwana "tańcująca dobroczynność", przynosząca dość poważny dochód instytucjom, na których cele była organizowana. W czas karnawału Kraków się ożywiał, przyjeżdżały majętne rodziny z różnych stron Polski, ażeby się zabawić.
   Bal Rabczański był najbardziej reprezentacyjną zabawą i gromadził najlepsze towarzystwo. Był to jedyny teren, na którym mieszczaństwo stykało się z arystokracją. Stykało, ale nie kontaktowało. Bale te odbywały się w secesyjnie odnowionych salach Starego Teatru, obecnie Teatru Modrzejewskiej. Panny z arystokracji i grawitujące do niej stały w dwa lub trzy rzędy pod galerią z muzyką, czekając na nielicznych danserów. Trzy pozostałe strony gromadziły świat mieszczański, gdzie nie było tak trudno o danserów. Na ogół siedziały (a nie stały, jak arystokratki) tylko te panny (mieszczanki), które nie miały powodzenia, mówiło się o nich, że "pietruszkują". Panny przychodziły na bale zawsze z rodzicami: ojcowie ulatniali się po północy, a mamy, drzemiąc za wachlarzami ze strusich piór, zostawały do rana, bowiem nie uchodziło ażeby panienki wracały do domu same albo odprowadzane przez młodych ludzi. Szanująca się krakowska matka nie wyprowadzała na publiczny bal córki, która nie ukończyła osiemnastu lat.
   Bal rozpoczynał się polonezem przy dźwiękach Chopina, dyrygowanym przez znanego w krakowskich domach wojskowego kapelmistrza Hocka. Kroczyły w polonezie reprezentacyjne pary dygnitarzy wojskowych i cywilnych z dostojnymi starszymi paniami - głównodowodzący twierdzą z prezydentową miasta, a prezydent znowu z którąś z dygnitarskich żon i tak dalej.
   Po polonezie zaczynała się część dla młodzieży walcem, którego z tym samym danserem tańczyło się tylko raz dookoła sali. Zresztą jeszcze przed odtańczeniem tej "rundy" zwykle już inni kandydaci czekali na swoją kolejkę.
   (...)
   Młodzi ludzie na tych balach, spełniający rolę tzw. "froterów", wszyscy w nieskazitelnych frakach i białych rękawiczkach, musieli być przedstawieni pannom i mamom przez wodzireja lub komitetowego, którzy odpowiadali za porządek zabawy.
   Tańce prowadził zwykle znany profesor germanistyki w gimnazjum Sobieskiego - dr Karol Dawidowski, osobistość dość znacznej tuszy, bardzo sympatyczna.
   Po walcu następowały tańce figurowe to znaczy kadryl, inaczej zwany kontredansem, potem mazur, a po północy kotylion, to jest walc z figurami. Do tych tańców prosiło się damy, zapisując się najpierw w karnetach, które bywały bardzo ozdobne i nieraz kosztownie wykonane. Po północy większość towarzystwa, zwłaszcza starszego, przechodziła do sali restauracyjnej, gdzie przy długich stołach można było zjeść dobrą kolację, popijając szampanem.
   Z rozpoczęciem kotyliona najpierwsze firmy kwiaciarskie Krakowa wystawiały w westybulu stoły z wiązankami kwiatów, które młodzi ludzie zakupywali dla swoich wybranek. Były to kosztowne mimozy, sprowadzane z Riwiery francuskiej, lub białe i liliowe bzy, hodowane w szklarniach, dobierane do koloru sukni. Ilość otrzymywanych bukietów była miarą powodzenia.
   Wspaniałe kosztowne toalety pań i kontrastujące z nimi czarne fraki panów, przyczyniały się do podniesienia atmosfery, która była dostojna i jakby świąteczna zarazem,a  jednak wesoła i ożywiona. Nigdy jednak sztywna, jak tego chcą nie znający tamtych czasów.
   Malowniczość tego widowiska podnosiła też wspaniała, historyczna biżuteria arystokratek: można było oglądać istną wystawę jubilerska na rasowych manekinach - "zmysłowe piękno rodowych pereł", olbrzymich szmaragdów, jak historyczny szmaragd hrabiny Cosel, wielkości niemal dłoni, otoczony niezbyt efektownymi diamentami, i inne. Nikt się wówczas nie zastanawiał nad tym, jaki kapitał więzi takie cacko, za które można by kupić całe małorolne gospodarstwo.
   Jedna z dm, Radziwiłłówna, będąc jedną z gospodyń balu, a zmuszona wystąpić w żałobie, nałożyła skromną czarną aksamitną suknię oraz diadem i riwierę z brylantów wielkości dziesięciogroszówek. Były to klejnoty habsburskie.
   Panny natomiast bywały ubrane skromnie, bez żadnej biżuterii i niezbyt elegancko. Nigdy nie używały kosmetyków ani żadnych pudrów, cerę miały świeżą, nie zniszczoną nadmiernym słońcowaniem. Panowało powszechne przekonanie, że młodość najlepiej zdobi. Na pierwszy bal obowiązywała według tradycji biała suknia.
   Prasa krakowska delegowała na każdy bal swoich reporterów, którzy dnia następnego podawali dokładne sprawozdanie o toaletach elegantek. Każda elegancka dama ambicjonowała się, żeby jej suknia była wymieniona w gazecie. Na sali balowej nigdy nie powtarzał się identyczny model sukni; jeżeli przypadkiem zdarzyło się to kiedy, wówczas jedna z tych pań lub obydwie wracały do domu. Panie krakowskie i nie krakowskie dbały o indywidualność aparycji.
   Jedną z bardziej znanych postaci na terenie krakowskich zabaw był austriacki generał Hohenauer. Wprowadzał on niegdyś moją matkę we Lwowie w świat, a w dwadzieścia lat później, w Krakowie, wywijał ze mną "marymoncką figurę" mazura. Marymoncka figura był to gimnastyczny wyczyn wymagający dużej zręczności od panów, a siły w rękach od pań. Tańczono ją tylko na prywatnych zabawach i to późno nad ranem, a pobłażliwsze mamy zasłaniały się wachlarzem.
   (...)
   W dwudziestoleciu międzywojennym role zmieniły się. Córki tych matek, które przed czternastym rokiem podpierały do rana lustra i ściany, przeszły do akcji i w sukniach do kolan robiły konkurencję swoim dorosłym, a nawet zamężnym córkom, tańcząc nowe tanga i inne foxtroty. Program taneczny uległ dużej metamorfozie - tańce figurowe i walce zastąpiono innymi tańcami, tańce narodowe,  jak mazur i oberek, znikły prawie zupełnie z sal balowych. [str. 61-64]

niedziela, 3 listopada 2013

NA KRAKOWSKICH PLANTACH

Tytuł: Na krakowskich Plantach. Historie, obyczaje, anegdoty
Autor: Andrzej Kozioł
Pierwsze wydanie: 2008

Wydawnictwo: WAM
ISBN: 978-83-7505-157-5
Stron: 168


Nie mogę zrelacjonować niedawnych Targów Książki w Krakowie, bo ostatecznie się na nie nie wybrałam (niewielka strata - podobno było tak jak zwykle, czyli duszno i drogo), ale skoro już mam wolny wieczór, to z kilku lektur czekających w kolejce do opisania wybieram dziś tę o mieście, w którym mieszkam już od ponad dekady.

Oczywiście kilkanaście lat to za mało, żeby stać się prawdziwym krakusem, nawet mój starannie pielęgnowany harpagonizm tu nie wystarcza. Zresztą ja właściwie do tego miana nie pretenduję, choćby dlatego, że nigdy nie przejdą mi przez gardło wyrażenia w rodzaju "na polu", "na nogach", a już zwłaszcza "ubierz kurtkę";). Nie zaszkodzi jednak dowiedzieć się nieco więcej o miejscu, w którym płaci się podatki.

Książeczka Adama Kozioła podzielona jest na dziewięć rozdziałów, a w każdym autor opisuje nieco inny aspekt historii Plant. Tych aspektów znalazłoby się pewnie i więcej, bo dawniej Kraków, prawdziwy Kraków, zamknięty był wewnątrz tego zielonego pierścienia. Taki Zwierzyniec czy Grzegórzki, o Kazimierzu nie wspominając, to były już zupełnie inne światy, choć dziś trudno to sobie wyobrazić komuś, kto do centrum musi jechać ponad dwadzieścia minut tramwajem, a jednak zameldowany jest w Krakowie. W każdym razie przypuszczam, że atmosfera miasta, w którym wszyscy się znają i wszystko wiedzą o wszystkich, musiała być nieco duszna, nawet po zburzeniu murów obronnych. Wydaje mi się, że takie zjawiska jak Zielony Balonik czy kawiarnie artystyczne powstawały z potrzeby chwili - po prostu dla zachowania w tamtych warunkach zdrowia psychicznego niektórych mieszkańców.

"Na krakowskich Plantach" to nie naukowe czy nawet popularnonaukowe opracowanie tematu, raczej zbiór anegdot i wspomnień, chwilami nieco chaotyczny (naprawdę nie potrafię zrozumieć, dlaczego o powstaniu Plant pisze się dopiero w szóstym rozdziale). Anegdotyczność oznacza też niestety skrótowość, która mi chwilami bardzo przeszkadzała, bo o niektórych miejscach wolałabym dowiedzieć się czegoś więcej, dlatego książkę Adama Kozioła traktuję jako wstęp do kolejnych lektur.

Mimo wspomnianej skrótowości da się jednak z tej pozycji wyłuskać sporo ciekawych informacji. Najbardziej mnie zdziwiło, że poszczególne fragmenty Plany miały odrębny krąg spacerowiczów. Na przykład na ich najmniej reprezentacyjnej części wzdłuż ulicy św. Gertrudy (ale tylko do Siennej) spotkać można było najczęściej żołnierzy (na Wawelu były wtedy austriackie koszary), którym w niedzielne popołudnia towarzyszyły służące. Z kolei w soboty spacerowali tam również Żydzi (do Dominikańskiej), więc tę część Plant nazywano plantami żydowskimi. Między Barbakanem i Szczepańską dominowały dzieci, a w pobliżu Collegium Novum studenci.

Przy Plantach mieściły się znane restauracje, ale drobny posiłek można też było kupić u ulicznych sprzedawców:
W czasach mojego dzieciństwa i wczesnej młodości wodę sodową proponowali na Plantach właściciele saturatorów - wózków na kółkach. W upalny dzień nie brakowało amatorów tego napoju, powszechnie zwanego "gruźliczanką". Jak na dzisiejsze sanitarne normy, jak na współczesne przyzwyczajenia - saturatory były średniowiecznie niehigieniczne. Klienci pili z jednej szklanki, graniastej, o grubym dnie. Przed każdym napełnieniem szklanka, owszem, była myta, ale nie w bieżącej wodzie, lecz w kilku litrach mocno podejrzanej cieczy, od niewiadomego czasu, może od miesięcy, wypełniającej specjalny pojemnik wózka. Jednym słowem - sanitarny horror, nie do wyobrażenia dzisiaj - w czasach jednorazowych naczyń... [str. 88]
Wielki handel nie znalazł uznania w oczach krakowian, przynajmniej wśród tych sprzed dziewięćdziesięciu laty. Pierwszy w Krakowie dom towarowy z prawdziwego zdarzenia mieszczący się w takim trochę dziwacznym budynku u zbiegu ulic Wielopole i Starowiślnej i należący do spółki Bazar Polski S.A. szybko zbankrutował, budynek został kupiony przez właściciela "Ilustrowanego Kuriera Codziennego" i do niedawna był siedzibą lokalnej prasy.
Współcześni krakowianie nie wyobrażają sobie życia bez "galerii" handlowych. Przy Plantach nie ma już może na nie miejsca, ale gdyby rzeczywiście dawny hotel Cracovia przerobiono na sklepy, to kupujących by tam na pewno nie zabrakło.

Zaskoczył mnie swoją ponurością opis więzienia, które mieściło się tam, gdzie dziś znajduje się Muzeum Archeologiczne, natomiast ubawiła anegdota o umieszczeniu na postumencie, na którym zwykle stoi pomnik Dietla, dużej, drewnianej, zielonej żaby (kiedy pomnik wywieziono na jakąś wystawę).


Dawniej nie można było dostać się do Krakowa inaczej niż przez Planty, obecnie miasto bardzo się rozrosło, więc jest to możliwe, ale jednak zachęcam do wieczornego spaceru, zwłaszcza właśnie po dawnych plantach żydowskich i po odcinku między Poselską i Wawelem - tam jest chyba najspokojniej, choć towarzystwo może być - jak i dawniej - bardzo różnorodne.


Panie z wódką, źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Panie z jo-jo, źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

środa, 17 lipca 2013

NA KRAKOWSKIM CK BRUKU

Tytuł: Na krakowskim ck bruku
Autor: Jan Rogóż
Pierwsze wydanie: 2008 (jak sądzę)
Wydawnictwo: Radamsa
ISBN: 978-83-86552-32-0
Stron: 240


Odpoczywam, jak widać, od beletrystyki. Ponownie sięgnęłam po felietony dotyczące przeważnie wydarzeń z przełomu XIX i XX wieku, ale tym razem napisane współcześnie - zawarte w książce teksty ukazywały się na łamach krakowskiego "Dziennika Polskiego" w latach 2001-2007. 
Pan Jan Rogóż poszperał w starych rocznikach lokalnych gazet i innych archiwach i wydobył stamtąd na światło dzienne wydarzenia i ludzi, o których dziś mało kto pamięta. Albo pamięta, ale w zupełnie innym kontekście.
Najbardziej na moją wyobraźnię podziałały felietony dotyczące sytuacji ówczesnych robotników i służących oraz opis kryminogennej okolicy wiaduktu kolejowego nad ulicą Lubicz (zaraz koło Dworca Głównego), ale poruszone zostały i inne tematy, np. pierwszy pokaz lotniczy nad Krakowem, eksplozje wojskowych magazynów z bronią (wszak Kraków był twierdzą), wyjątki z kroniki kryminalnej miasta itd. Kiedy czytam o dawnym Krakowie, zdumiewa mnie wciąż, jak bardzo w stosunkowo krótkim okresie zmieniły się jego granice administracyjne. Do 1910 roku powierzchnia miasta wynosiła niecałe 7 kilometrów kwadratowych (w tym Błonia). Dziś od siebie do mojej siostry jadę tramwajem ponad pięćdziesiąt minut.



Autorka: Anna Kaczmarz, źródło: Dziennik Polski
Deweloper budujący obecnie mieszkania na terenie dawnego browaru, nieopodal wspomnianego wiaduktu nad ulicą Lubicz, reklamuje swoją inwestycję hasłem: "Najbardziej prestiżowy adres w Krakowie". Z takim twierdzeniem można oczywiście dyskutować (moim zdaniem najbardziej prestiżowy adres w Krakowie to Wawel - tak, są tacy, którzy są tam zameldowani), ale nie wydaje się ono już tak bardzo absurdalne, jak jeszcze sto lat temu. Oddaję głos autorowi:
   Dowiedziałem się przy okazji, iż wiadukt ów, wsparty na 16 kamiennych kolumnach, zbudowany w latach 1896-1898 był pierwszym cywilnym dwupoziomowym skrzyżowaniem w naszym mieście i największym tego typu założeniem drogowo-mostowym na ziemiach polskich pod zaborem austriackim. Projekt inwestycji przygotowali specjaliści austriackich kolei państwowych, które również sfinansowały budowę, asygnując na nią niebagatelną kwotę ponad pół miliona koron. Wykonanie powierzono znanemu krakowskiemu architektowi Teodorowi Talowskiemu. Do czasu budowy wiaduktu ulica Lubicz krzyżowała się z torami kolejowymi na jednym poziomie, co bardzo utrudniało ruch.
   Dzięki przepustowi pojazdy i mieszkańcy Krakowa mogli już bez przeszkód, nie bacząc na ruch pociągów przedostać się na drugą stronę kolejowego szlaku. Była to zatem inwestycja bardzo ważna dla miasta. Pociągnęła za sobą jednakowoż pewną dolegliwość - skądinąd nieuniknioną, a wynikającą z bliskości dworca, który przyciąga jak magnes różnego autoramentu podejrzane osobistości. ["Nocne życie pod wiaduktem", str. 69]
Z rozbawieniem przeczytałam, że w jednej z nobliwie dziś wyglądających kamienic przy ul. Lubicz, dokładnie w miejscu, w którym przez pewien czas pracowała moja siostra, mieścił się kiedyś "wyszynk najpodlejszej kategorii", do którego w pierwszej kolejności kierowali swe kroki policjanci szukający sprawcy jakiegoś przestępstwa. 
Również Pawia nie była miejscem szczególnie przyjemnym - znajdował się przy niej najbardziej obskurny dom publiczny. Lokalizacja dla tego rodzaju działalności była świetna, nie tylko ze względu na bliskość dworca - z felietonu pana Rogoża dowiedziałam się, że w budynkach należących dziś do Politechniki Krakowskiej znajdowały się koszary wojskowe, podobnie zresztą jak przy Rakowickiej i na Olszy.
Była to więc dzielnica uciech, równie tanich co niewyszukanych, krakowski "trójkąt bermudzki" - gdzie ludzie i portfele po zapadnięciu zmroku przepadali bez wieści. A wszystko to pod bokiem krakowskiej policji, która miała swą kwaterę nieopodal, przy ulicy - nomen omen - Zacisze.
   Wszystkie szlaki tych nocnych - czy to z konieczności, czy z własnego wyboru - marków: podróżnych, pijaków, amatorów nocnych rozrywek, złodziei, nożowników, prostytutek krzyżowały się w sposób naturalny w podziemnym przejściu pod wiaduktem. [j.w. str 71]
Wiadukt i przejście pod nim zostały kilka lat temu odnowione. Zresztą dzięki budowie nowego dworca PKS, usunięciu tych wszystkich budek sprzed dworca PKP (przynajmniej z terenu obecnego Placu Jana Nowaka-Jeziorańskiego) i renowacji kolejnych kamienic okolica dużo zyskała na estetyce. Pozytywny efekt zrównoważyło, a może nawet przeważyło, wybudowanie Galerii Krakowskiej, która pasuje tam jeszcze mniej niż Bunkier Sztuki do Plant. Zresztą jeden z felietonów dotyczy właśnie tego miejsca przy Placu Szczepańskim - pan Rogóż pisze o pożarze znajdującej się tu kiedyś secesyjnej kawiarni Drobnera.



Wspomniałam, że niektóre teksty traktują o trudnym życiu krakowskich rzemieślników i robotników. Ci ludzie zapracowywali się niemal na śmierć. W latach 1898-1899 przeprowadzono wywiady z robotnikami reprezentującymi różne zawody. Pytano o zarobki, czas pracy, warunki, bezpieczeństwo itd.
Jeden z ankietowanych, zatrudniony w piekarni w Czarnej Wsi (dziś to część Krakowa - przyp. E.), zapodał, że praca trwała tam od 9 wieczór do 6 po południu, z przerwami. W czasie przerwy nie wolno było jednak wychodzić do domu, więc spało się we wspólnym łóżku. W innej piekarni, ankietowany, który dostarczał o niej wiadomości, pracował od 7.30 wieczorem do 4 po południu, tak że nie wracał po kilka dni do domu. Odpoczywał tylko w nie dzielę od 9 rano do 6, 7 wieczorem. Wszystko to za 8 złr. tygodniowo. ["Stare dobre ciężkie czasy", str. 33]
Powszechnym zjawiskiem było pracowanie również w niedzielę i święta, przy czym wcale nie dotyczyło to tylko najsłabiej wykwalifikowanych robotników czy czeladników. W niedzielne przedpołudnie funkcjonowały sądy, a wyżsi urzędnicy zostawali w pracy tyle, ile "służba wymaga", co często oznaczało pracę po godzinach, nawet w święta.

Nielekko miała też służba domowa. Autor przytacza historię niejakiego Karola Pochwalskiego ("Jak kelner Karol po Europie podróżował"), który pokłócił się z pracodawcą i uciekł z jego domu. Adwokat Balka (ów pracodawca) zwrócił się do policji, żeby Pochwalskiego aresztować i "odstawić na powrót do obowiązku". Policja stanęła - wyjątkowo - na wysokości zadania, delikwenta odnalazła i wychłostała, oczywiście dopiero wtedy, kiedy lekarz orzekł, że zbieg jest zdrowy. Odprowadzono Pochwalskiego do mecenasa, który pokwitował jego odbiór.
W obowiązującym jeszcze w roku 1890 regulaminie dla sług domowych w Galicji, w paragrafie 8 czytamy: "jeśli sługa wzbrania się wstąpić w służbę to stosownie do zachodzących okoliczności trzeba go ukarać i na żądanie służbodawcy nawet użyciem środków przymusowych zniewolić do wstąpienia do służby". [str. 209]
A jeśli już o służących mowa, dowiedziałam się z tej publikacji, że "na przełomie XIX i XX stulecia w każdy pierwszy i piętnasty dzień miesiąca pod pomnikiem (Mickiewicza - przyp. E) odbywał się też swoisty targ niewolników" ("Dziewczęta spod Mickiewicza"). Pod Adasiem panie domu, które szukały służącej, mogły przebierać w tłumie dziewczyn i kobiet, które nie miały wyjścia. Teoretycznie było to nielegalne, "służbodawczynie" powinny korzystać z pośrednictwa biur "stręczenia sług", ale praktyka była właśnie taka.



Dzięki tej lekturze zrozumiałam, co miał na myśli Boy, kiedy pisał o nocnym stróżu z halabardą. Okazuje się, że w Krakowie mniej więcej do 1907 roku przetrwała instytucja stróżów nocnych, wywodząca się z formacji porządkowej istniejącej w tym mieście od ok. 1627 roku. Na przełomie XIX i XX wieku było ich około dwudziestu i odgrywali już tylko niewielką rolę. Mieszkali wraz z rodzinami w zrujnowanych basztach i bramach miejskich, na służbie nosili halabardy, co już wtedy wyglądało niedorzecznie, ale dodawało nocnemu Krakowowi swoistego klimatu. Tak ich wspominał Boy w "Prawym brzegu Wisły":
W dzień jeszcze Kraków miał jakieś pozory życia, nie bardzo zharmonizowanego zresztą z jego murami; za to w nocy mury brały władztwo nad człowiekiem. Z uderzeniem dziesiątej krakowianin, oszczędny z musu, chronił się do domu przed godziną tradycyjnej s z p e r y, oszczędzając na stróżu niemniej tradycyjną s z ó s t k ę. Zdąży, nie zdąży... Zdążył: zdyszany dopadł bramy, zanim niechętnie spoglądający na ten wyścig stróż zdołał ją zamknąć, i za chwilę już wydzwaniały ową dziesiątą cztery wieżowe zegary, otrębywał ją hejnał mariacki na cztery strony maleńkiego świata. Na opustoszałej ulicy zostawał jedynie policjant i ta samotna „kokotka”, której – jak opiewała jedna z piosenek Szopki krakowskiej – nie pozostawało nic, jak rozkochać się w romantycznym pięknie tego miasta umarłych. Ale niebawem wsiąkała w mury i ona, wyłaniał się stróż nocny z halabardą, można było mniemać, że się jest, het, w wiekach średnich. [wolnelektury.pl]

Na starość staję się coraz bardziej sentymentalna, a poza tym lubię czytać o przeszłości miejsc, które znam, więc lektura książki pana Rogoża sprawiła mi niemałą przyjemność. Miałabym jednak kilka uwag co do jej strony, że tak powiem, technicznej. Rozumiem, że trudno jest edytować i redagować własne teksty (przypuszczam, że pan Rogóż robi to samodzielnie, bo jest właścicielem wydawnictwa, a nie podano w książce informacji o korekcie i redakcji w wykonaniu innych osób), ale jednak literówek jest trochę za dużo; tu i ówdzie poprawiłabym również interpunkcję. Poza tym w egzemplarzu, który wypożyczyłam z biblioteki, kilka stron było wklejonych w niewłaściwej kolejności. I to "pisze na nim" (chodzi o bilet) na str. 228...