(Ten tekst to nie recenzja, zawiera wiele szczegółów, które co bardziej zajadłych przeciwników spoilerów mogą zniechęcić do lektury. Moim zdaniem nie powinny, bo "Zamek" to tak specyficzna książka, że nawet znajomość całej fabuły nie przygotuje nikogo na to, co jest w środku).
*** *** ***
Tytuł: Zamek (Das Schloss)
Pierwsze wydanie: 1926
Autor: Franz Kafka
Tłumaczenie: Krzysztof Radziwiłł, Kazimierz Truchanowski
Wydawnictwo: PIW
ISBN: 978-83-06-03135-5
Stron: 380
Bywają takie chwile między jawą i snem, kiedy jeszcze się nie śpi, a już się śni. I w jednej z takich chwil wydawało mi się, że rozumiem tę powieść i motywację jej głównego bohatera, K. Oczywiście złudzenie to pierzchło, gdy rano zadzwonił budzik.
Czytanie tej powieści było niesamowicie wyczerpujące, i to z wielu powodów, o których za chwilę, ale przede wszystkim dlatego, że wciąż się zastanawiałam, zwłaszcza przy powtórnej lekturze, czy w ogóle warto podejmować próby zinterpretowania tej książki, skoro Kafka nigdy jej nie dokończył.
"Zamek" nie miał się ukazać. Kafka poprosił swojego przyjaciela i wykonawcę testamentu, Maksa Broda, żeby zniszczył wszystko, co Kafka napisał. Potem wyłączył z tego polecenia niektóre utwory, ale nie było wśród nich żadnej z powieści.
Początkowo "Zamek" wydaje się powieścią o zmaganiach jednostki z wszechwładnym systemem, konkretnie - biurokratycznym. Główny bohater, K., przybywa do wsi położonej nieopodal zamku hrabiego Westwest i podaje się za geometrę zaangażowanego przez tenże zamek. Nie wszyscy są przekonani, że K. rzeczywiście geometrą jest, ale te wątpliwości szybko rozprasza list Klamma, naczelnika X kancelarii, oraz fakt, że zamek przydzielił K. dwóch pomocników.
Okazuje się jednak, że ich pomoc jest zbędna, bo nikt we wsi nie potrzebuje usług geometry. Owszem, dawno, dawno temu na linii zamek - wieś dyskutowano o zatrudnieniu kogoś na to stanowisko, ale cała sprawa jakoś rozmyła się w morzu drobiazgowej korespondencji.
K. uważa, że należy mu się jakieś zadośćuczynienie za długą i bezsensowną podróż oraz zawiedzione nadzieje. Stara się uzyskać z zamku jednoznaczne potwierdzenie swojej sytuacji, próbuje skontaktować się z Klammem, ale wszelkie te działania rozbijają się o mur niechęci, obojętności, a przede wszystkim niedostępności urzędników.
Mieszkańcy wsi traktują decyzje zamku jak wyroki boskie, a urzędników jak bóstwa, których wolę trzeba bezwzględnie spełniać i którym niebezpiecznie jest się narażać. Mężczyźni schodzą im z drogi, kobiety chętnie im się oddają, są na każde ich skinienie, ten proceder wydaje się im normalny i słuszny, automatycznie bardzo podnosi ich status społeczny, podczas gdy odmowa skutkuje ruiną całej rodziny. Wszyscy oni nie mogą się nadziwić, że K. chce się spotkać z Klammem, choć ten najwyraźniej go unika. K. wydaje im się upartym dzieckiem, które nie rozumie najprostszych rzeczy.
Pewne pocieszenie znalazłam w książce Ernsta Pawela, który uważa, że szukanie jednoznacznej interpretacji "Zamku" nie ma sensu:
To, co napisałam, nie oznacza, że poszukiwania kolejnych den "Zamku" potępiam w czambuł. Przeciwnie, uważam, że takie próby za nieuniknione, bo w warstwie dosłownej powieść nie ma sensu, przynajmniej w stanie, w jakim pozostawił ją Kafka.
Fabuła niemal nie istnieje. Miejsce akcji - wieś i zamek - są odrealnione. Postaci - karykaturalne, nie zawsze dokończone, sztuczne; niektóre pojawiają się, autor poświęca im sporo miejsca, ale potem znikają nam z oczu. System, hierarchia wartości bohaterów "Zamku", ich światopogląd są autorytarne, masochistyczne albo sadystyczne. Wieśniacy wydają się raczej niewolnikami zamku niż jego poddanymi, płaszczą się przed nim nieustannie, ale też nie są jakoś specjalnie nieszczęśliwi, grają narzucone im role bez szemrania, ze stoickim spokojem, nawet nie przychodzi im do głowy, że można żyć inaczej. Tak jakby pokolenia ich przodków wypróbowały już wszystkie możliwe sposoby na poprawę swojego losu, ale wszystkie zawiodły. Z kolei urzędnicy bardziej niż ludzi przypominają androidy, stworzone do produkowania i uzupełniania ton dokumentacji (jedyna scena, która mi się podobała, to ta, w której urzędnikom w oberży dla panów z zamku rozdaje się akta). Jeśli okazują jakieś ludzkie odruchy, to na ogół tylko te niższe (głównie seksualne). Wyjątkiem jest tylko Bürgel, ale i on mówił raczej do siebie niż do K.
Wszyscy bohaterowie "Zamku", bez względu na ich pozycję społeczną i wiek, mówią dokładnie tak samo, a ich wypowiedzi rozciągają się niekiedy na kilka stron.
Styl Kafki jakoś mnie specjalnie nie zachwycił: jest bardzo oszczędny, wyprany z metafor, ubogi w opisy, co podobno wynika m.in. ze specyfiki ówczesnej praskiej niemczyzny.
Strasznie nużące były opowieści w opowieści (historie Olgi, Pepi). Brnęłam przez nie, zastanawiajac się, kiedy wreszcie autor powróci do głównego wątku. Przypuszczam, że gdyby Kafka zdołał dokończyć powieść, wprowadziłby dużo zmiany w jej strukturze i w proporcjach niektórych wątków.
Nie uważam tej książki za arcydzieło i nie rozumiem, dlaczego niektórzy twierdzą, że nim jest, ale na pewno warto ją poznać. Choćby dlatego, że to klasyka, do której odwołują się inni artyści (nie tylko pisarze). Czytanie "Zamku" to żadna przyjemność, niestety, ale jeśli ktoś lubi zagadki, to sporo satysfakcji dadzą mu próby interpretacji tego utworu.
Tak, skłania on do myślenia, ale te myśli trudno potem ubrać w słowa. Wiele razy zabierałam się do tego wpisu, konieczność uporania się z nim w końcu zniechęcała mnie do czytania innych książek, ale wreszcie mam to za sobą:).
Dla tych nielicznych, którzy dobrnęli aż tutaj (gratuluję wytrwałości), mały bonus:). Muszę jakoś spożytkować te godziny, w których głowiłam się nad przesłaniem "Zamku". Do żadnych odkrywczych wniosków nie doszłam, oczywiście, ale chciałabym zanotować tu sobie kilka spostrzeżeń.
Może Kafka zawarł w tej powieści metaforę ludzkiego losu. Przychodzimy na świat, którego reguł, a nawet języka nie znamy. Jego porządek jest już ustalony. Poruszamy się po omacku, podtrzymywani i przyuczani przez opiekunów, zwykle rodziców, którzy są o te dwadzieścia czy trzydzieści lat od nas może nie tyle mądrzejsi, co bardziej doświadczeni. Ale na fundamentalne pytania i oni nie znają odpowiedzi, a inne źródła oferują ich zbyt wiele.
Miotamy się, krócej lub dłużej.
Wiecznie dążymy do jakichś abstrakcyjnych, a w gruncie rzeczy nieważnych celów, ale przecież koniec, choć nie chcemy o tym na co dzień pamiętać, jest zawsze ten sam - śmierć i nicość.
K. niby robił wiele, żeby skontaktować się z zamkiem, ale jakoś podejrzanie szybko się przy tym męczył i zniechęcał, zwłaszcza wtedy, gdy sukces był na wyciągnięcie ręki (rozmowa z Bürgelem). Może wolał trwać w zawieszeniu, niż się dowiedzieć, że nikomu nie jest potrzebny. Początkowa, niespodziewana akceptacja ze strony zamku dała mu nadzieję, której uczepił się wbrew zdrowemu rozsądkowi. Złudzenia pociągały go jak światło lampy ćmę, przecież nic poza nimi go w tej wsi nie zatrzymywało. Zgodnie z zamysłem autora miał zginąć w ich płomieniu.
Ale przecież umarłby tak czy owak, może tylko trochę później i gdzie indziej. Czy realiści łatwiej godzą się ze śmiercią?
Pierwsze wydanie: 1926
Autor: Franz Kafka
Tłumaczenie: Krzysztof Radziwiłł, Kazimierz Truchanowski
Wydawnictwo: PIW
ISBN: 978-83-06-03135-5
Stron: 380
Bywają takie chwile między jawą i snem, kiedy jeszcze się nie śpi, a już się śni. I w jednej z takich chwil wydawało mi się, że rozumiem tę powieść i motywację jej głównego bohatera, K. Oczywiście złudzenie to pierzchło, gdy rano zadzwonił budzik.
Czytanie tej powieści było niesamowicie wyczerpujące, i to z wielu powodów, o których za chwilę, ale przede wszystkim dlatego, że wciąż się zastanawiałam, zwłaszcza przy powtórnej lekturze, czy w ogóle warto podejmować próby zinterpretowania tej książki, skoro Kafka nigdy jej nie dokończył.
Jednak można przypuszczać, że kłopoty z "Zamkiem" miały raczej źródło literackie niż psychiczne, tkwiące w transcendentalnym zasięgu powieści, która lekceważy akcję i jej rozwój, a w zamian rozchodzi się w koncentrycznych i potencjalnie nieskończonych kręgach paradoksów. Z licznych prób i szkiców późniejszych rozdziałów w notatnikach Kafki jasno wynika, że coraz bardziej złożona materia dzieła wymknęła się autorowi spod kontroli - to równie dobre zakończenie tego niezwykłego utworu jak każde inne. ["Franz Kafka. Koszmar rozumu", Ernst Pawel, str. 525]Natomiast Max Brod twierdził, że Kafka podzielił się z nim projektem zakończenia: "geometra miał umrzeć z wyczerpania i dopiero na łożu śmierci dostać z zamku wiadomość, że z uwagi na pewne okoliczności towarzyszące zezwala mu się osiąść we wsi na stałe" ["Franz Kafka", Klaus Wagenbach, Wydawnictwo Nisza 2006].
"Zamek" nie miał się ukazać. Kafka poprosił swojego przyjaciela i wykonawcę testamentu, Maksa Broda, żeby zniszczył wszystko, co Kafka napisał. Potem wyłączył z tego polecenia niektóre utwory, ale nie było wśród nich żadnej z powieści.
Brod, jak wiadomo, nie wypełnił tych poleceń. Czyniąc to, powoływał się nie tylko na niezmierną stratę dla literatury, ale także całkiem przekonywająco argumentował, że Kafka, wyznaczając na wykonawcę swojego testamentu człowieka, o którym wiedział, że jest niezdolny dokonać tak bezsensownego dzieła zniszczenia jego twórczości, w istocie sankcjonował jej wydanie, nie narażając na szwank swojego samokrytycyzmu. ["Franz Kafka. Koszmar rozumu", Ernst Pawel, str. 526]I tak niedługo po śmierci Kafki Brod doprowadził do publikacji powieści swojego przyjaciela, z których żadna, nie tylko "Zamek", nie była ukończona. Można się tylko domyślać, jaki kształt ostatecznie by przybrały, gdyby to sam autor przygotował je do druku. Max Brod wniósł do nich pewne zmiany, głównie kosmetyczne, ale w tym przypadku nawet drobne poprawki mogą wpływać na interpretację.
Początkowo "Zamek" wydaje się powieścią o zmaganiach jednostki z wszechwładnym systemem, konkretnie - biurokratycznym. Główny bohater, K., przybywa do wsi położonej nieopodal zamku hrabiego Westwest i podaje się za geometrę zaangażowanego przez tenże zamek. Nie wszyscy są przekonani, że K. rzeczywiście geometrą jest, ale te wątpliwości szybko rozprasza list Klamma, naczelnika X kancelarii, oraz fakt, że zamek przydzielił K. dwóch pomocników.
Okazuje się jednak, że ich pomoc jest zbędna, bo nikt we wsi nie potrzebuje usług geometry. Owszem, dawno, dawno temu na linii zamek - wieś dyskutowano o zatrudnieniu kogoś na to stanowisko, ale cała sprawa jakoś rozmyła się w morzu drobiazgowej korespondencji.
K. uważa, że należy mu się jakieś zadośćuczynienie za długą i bezsensowną podróż oraz zawiedzione nadzieje. Stara się uzyskać z zamku jednoznaczne potwierdzenie swojej sytuacji, próbuje skontaktować się z Klammem, ale wszelkie te działania rozbijają się o mur niechęci, obojętności, a przede wszystkim niedostępności urzędników.
Mieszkańcy wsi traktują decyzje zamku jak wyroki boskie, a urzędników jak bóstwa, których wolę trzeba bezwzględnie spełniać i którym niebezpiecznie jest się narażać. Mężczyźni schodzą im z drogi, kobiety chętnie im się oddają, są na każde ich skinienie, ten proceder wydaje się im normalny i słuszny, automatycznie bardzo podnosi ich status społeczny, podczas gdy odmowa skutkuje ruiną całej rodziny. Wszyscy oni nie mogą się nadziwić, że K. chce się spotkać z Klammem, choć ten najwyraźniej go unika. K. wydaje im się upartym dzieckiem, które nie rozumie najprostszych rzeczy.
Zasadą pracy urzędu jest, że możliwości omyłek nie bierze się w rachubę. (...) Czy istnieje urząd kontrolny? Nie ma innych urzędów niż kontrolne. Wprawdzie nie są one powołane tylko do tego, by wynajdywać błędy w zwykłym znaczeniu tego słowa, gdyż takie błędy się nie zdarzają, a nawet jeśli jakiś błąd powstanie, jak w pańskim przypadku, to któż może ostatecznie zawyrokować, że jest to błąd. ["Zamek", str. 82]K. z góry skazany jest na porażkę. A jednak po uważnym wczytaniu się w tekst trudno go tak jednoznacznie uznać za niewinną ofiarę. Ma mniej więcej trzydzieści lat, kiedyś służył w wojsku, obecnie wędruje od wsi do wsi w poszukiwaniu pracy. Do włości hrabiego Westwest trafia przypadkiem. Taki z niego geometra jak ze mnie krytyk literacki, ale jestem w stanie zrozumieć, że podaje się za niego na początku po to, żeby nie wyrzucono go z oberży w mroźną noc. Nie mam jednak pojęcia, po co kontynuuje tę farsę. Trudno również dociec, dlaczego zamek bierze w niej udział.
A więc zamek mianował go geometrą. Z jednej strony było to dla niego niepomyślne, gdyż świadczyło o tym, że w zamku wszystko potrzebne o nim wiedziano, że rozważono układ sił i beztrosko podjęto walkę. Z drugiej strony jednak było to również pomyślne, gdyż dowodziło, że - jak mniemał - nie doceniono go i że będzie miał więcej swobody, niż mógł to z góry przewidywać. A jeśli uważano, że przez to protekcjonalne uznanie jego zawodu geometry będzie można trzymać go stale w szachu, to zachodziła pomyłka; wstrząsnął nim lekki dreszcz, i to wszystko. ["Zamek", str. 9]Nie rozumiem tego fragmentu i bardzo tego żałuję, bo chyba właśnie w nim tkwi klucz (o ile w ogóle taki istnieje) do interpretacji "Zamku". Poszperałam tu i ówdzie (głównie w sieci), ale żadne rozwiązanie (teologiczne, socjologiczne, egzystencjalne itd.) proponowane przez profesjonalistów tak do końca do mnie nie przemówiło. Dałam sobie spokój z tymi poszukiwaniami, kiedy w jednym z opracowań wyczytałam, że położenie zamku na górze, a wsi na dole symbolizuje Bóg wie co. No jasne, bo zamków nie budowano na wzniesieniach ze względów obronnych, skądże.
Pewne pocieszenie znalazłam w książce Ernsta Pawela, który uważa, że szukanie jednoznacznej interpretacji "Zamku" nie ma sensu:
Zakres i nasilenie tych reakcji świadczą o fenomenalnie aluzyjnym potencjale bodźca, niezależnie od tego, do jakiego stopnia są pomocne w procesie wyjaśniania czy zaciemniania wielowarstwowych znaczeń powieści, której sam tytuł - Das Schloss, słowo "zamek" ma dwa znaczenia - narzuca niejednoznaczny wybór czy też wybór niejednoznaczności. Niemal wszystkie takie zasadniczo racjonalne poglądy mają jedną wspólną cechę - zakładają istnienie równie racjonalnego planu, teologicznego zamiaru sprytnie, a w najlepszym wypadku nieświadomie ukrytego pod serią mylących symboli, których odcyfrowanie odsłoni jedno ostateczne i definitywne znaczenie. Takiego założenia nie uzasadnia nic, co wiemy o Kafce ani o jego metodach pracy, które stanowiły kwintesencję jego udręczonej osobowości, a których chorobliwa niejednoznaczność sprawiała, że stał się nadwrażliwy na dwuznaczność przypisaną losowi ludzkiemu. Pisał tylko wtedy, gdy miał natchnienie, dokładnie pod jego dyktando, a nie zgodnie z jakimiś z góry opracowanymi ideologicznymi mapami drogowymi, przekładając dylematy własnego życia na paradoksy swojej prozy". ["Franz Kafka. Koszmar rozumu", Ernst Pawel, str. 521-522]Podobno mnóstwo jest w "Zamku" odniesień autobiograficznych, co czyni ten utwór jeszcze bardziej hermetycznym. No cóż, lektura biografii Kafki jeszcze przede mną.
To, co napisałam, nie oznacza, że poszukiwania kolejnych den "Zamku" potępiam w czambuł. Przeciwnie, uważam, że takie próby za nieuniknione, bo w warstwie dosłownej powieść nie ma sensu, przynajmniej w stanie, w jakim pozostawił ją Kafka.
Fabuła niemal nie istnieje. Miejsce akcji - wieś i zamek - są odrealnione. Postaci - karykaturalne, nie zawsze dokończone, sztuczne; niektóre pojawiają się, autor poświęca im sporo miejsca, ale potem znikają nam z oczu. System, hierarchia wartości bohaterów "Zamku", ich światopogląd są autorytarne, masochistyczne albo sadystyczne. Wieśniacy wydają się raczej niewolnikami zamku niż jego poddanymi, płaszczą się przed nim nieustannie, ale też nie są jakoś specjalnie nieszczęśliwi, grają narzucone im role bez szemrania, ze stoickim spokojem, nawet nie przychodzi im do głowy, że można żyć inaczej. Tak jakby pokolenia ich przodków wypróbowały już wszystkie możliwe sposoby na poprawę swojego losu, ale wszystkie zawiodły. Z kolei urzędnicy bardziej niż ludzi przypominają androidy, stworzone do produkowania i uzupełniania ton dokumentacji (jedyna scena, która mi się podobała, to ta, w której urzędnikom w oberży dla panów z zamku rozdaje się akta). Jeśli okazują jakieś ludzkie odruchy, to na ogół tylko te niższe (głównie seksualne). Wyjątkiem jest tylko Bürgel, ale i on mówił raczej do siebie niż do K.
Wszyscy bohaterowie "Zamku", bez względu na ich pozycję społeczną i wiek, mówią dokładnie tak samo, a ich wypowiedzi rozciągają się niekiedy na kilka stron.
Styl Kafki jakoś mnie specjalnie nie zachwycił: jest bardzo oszczędny, wyprany z metafor, ubogi w opisy, co podobno wynika m.in. ze specyfiki ówczesnej praskiej niemczyzny.
Strasznie nużące były opowieści w opowieści (historie Olgi, Pepi). Brnęłam przez nie, zastanawiajac się, kiedy wreszcie autor powróci do głównego wątku. Przypuszczam, że gdyby Kafka zdołał dokończyć powieść, wprowadziłby dużo zmiany w jej strukturze i w proporcjach niektórych wątków.
Nie uważam tej książki za arcydzieło i nie rozumiem, dlaczego niektórzy twierdzą, że nim jest, ale na pewno warto ją poznać. Choćby dlatego, że to klasyka, do której odwołują się inni artyści (nie tylko pisarze). Czytanie "Zamku" to żadna przyjemność, niestety, ale jeśli ktoś lubi zagadki, to sporo satysfakcji dadzą mu próby interpretacji tego utworu.
Tak, skłania on do myślenia, ale te myśli trudno potem ubrać w słowa. Wiele razy zabierałam się do tego wpisu, konieczność uporania się z nim w końcu zniechęcała mnie do czytania innych książek, ale wreszcie mam to za sobą:).
*** *** ***
Dla tych nielicznych, którzy dobrnęli aż tutaj (gratuluję wytrwałości), mały bonus:). Muszę jakoś spożytkować te godziny, w których głowiłam się nad przesłaniem "Zamku". Do żadnych odkrywczych wniosków nie doszłam, oczywiście, ale chciałabym zanotować tu sobie kilka spostrzeżeń.
Może Kafka zawarł w tej powieści metaforę ludzkiego losu. Przychodzimy na świat, którego reguł, a nawet języka nie znamy. Jego porządek jest już ustalony. Poruszamy się po omacku, podtrzymywani i przyuczani przez opiekunów, zwykle rodziców, którzy są o te dwadzieścia czy trzydzieści lat od nas może nie tyle mądrzejsi, co bardziej doświadczeni. Ale na fundamentalne pytania i oni nie znają odpowiedzi, a inne źródła oferują ich zbyt wiele.
Miotamy się, krócej lub dłużej.
Wiecznie dążymy do jakichś abstrakcyjnych, a w gruncie rzeczy nieważnych celów, ale przecież koniec, choć nie chcemy o tym na co dzień pamiętać, jest zawsze ten sam - śmierć i nicość.
K. niby robił wiele, żeby skontaktować się z zamkiem, ale jakoś podejrzanie szybko się przy tym męczył i zniechęcał, zwłaszcza wtedy, gdy sukces był na wyciągnięcie ręki (rozmowa z Bürgelem). Może wolał trwać w zawieszeniu, niż się dowiedzieć, że nikomu nie jest potrzebny. Początkowa, niespodziewana akceptacja ze strony zamku dała mu nadzieję, której uczepił się wbrew zdrowemu rozsądkowi. Złudzenia pociągały go jak światło lampy ćmę, przecież nic poza nimi go w tej wsi nie zatrzymywało. Zgodnie z zamysłem autora miał zginąć w ich płomieniu.
Ale przecież umarłby tak czy owak, może tylko trochę później i gdzie indziej. Czy realiści łatwiej godzą się ze śmiercią?
Dziwnie już ciemny zamek na górze, do którego K. miał nadzieję dojść jeszcze dziś, oddalił się znowu. Nagle - jak gdyby potrzeba było jeszcze szczególnego znaku chwilowego pożegnania - rozległ się tam wesoło rozkołysany dzwon, który na moment przynajmniej, wywołał drżenie serca, jak gdyby mu groziło - bo dźwięk dzwonu był również bolesny - spełnienie tego, za czym nieświadomie tęsknił. Ale wkrótce umilkł wielki dzwon, rozległ się natomiast słaby, monotonny dzwoneczek, może jeszcze tam na górze, może już nawet tu na dole, we wsi. ["Zamek", str. 22]









