Impresje

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bez oceny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bez oceny. Pokaż wszystkie posty

piątek, 4 maja 2012

ZAMEK

(Ten tekst to nie recenzja, zawiera wiele szczegółów, które co bardziej zajadłych przeciwników spoilerów mogą zniechęcić do lektury. Moim zdaniem nie powinny, bo "Zamek" to tak specyficzna książka, że nawet znajomość całej fabuły nie przygotuje nikogo na to, co jest w środku).

***   ***   ***

Tytuł: Zamek (Das Schloss)
Pierwsze wydanie: 1926
Autor: Franz Kafka
Tłumaczenie: Krzysztof Radziwiłł, Kazimierz Truchanowski

Wydawnictwo: PIW
ISBN: 978-83-06-03135-5
Stron: 380




Bywają takie chwile między jawą i snem, kiedy jeszcze się nie śpi, a już się śni. I w jednej z takich chwil wydawało mi się, że rozumiem tę powieść i motywację jej głównego bohatera, K. Oczywiście złudzenie to pierzchło, gdy rano zadzwonił budzik.

Czytanie tej powieści było niesamowicie wyczerpujące, i to z wielu powodów, o których za chwilę, ale przede wszystkim dlatego, że wciąż się zastanawiałam, zwłaszcza przy powtórnej lekturze, czy w ogóle warto podejmować próby zinterpretowania tej książki, skoro Kafka nigdy jej nie dokończył.
Jednak można przypuszczać, że kłopoty z "Zamkiem" miały raczej źródło literackie niż psychiczne, tkwiące w transcendentalnym zasięgu powieści, która lekceważy akcję i jej rozwój, a w zamian rozchodzi się w koncentrycznych i potencjalnie nieskończonych kręgach paradoksów. Z licznych prób i szkiców późniejszych rozdziałów w notatnikach Kafki jasno wynika, że coraz bardziej złożona materia dzieła wymknęła się autorowi spod kontroli - to równie dobre zakończenie tego niezwykłego utworu jak każde inne. ["Franz Kafka. Koszmar rozumu", Ernst Pawel, str. 525] 
Natomiast Max Brod twierdził, że Kafka podzielił się z nim projektem zakończenia: "geometra miał umrzeć z wyczerpania i dopiero na łożu śmierci dostać z zamku wiadomość, że z uwagi na pewne okoliczności towarzyszące zezwala mu się osiąść we wsi na stałe" ["Franz Kafka", Klaus Wagenbach, Wydawnictwo Nisza 2006].

"Zamek" nie miał się ukazać. Kafka poprosił swojego przyjaciela i wykonawcę testamentu, Maksa Broda, żeby zniszczył wszystko, co Kafka napisał. Potem wyłączył z tego polecenia niektóre utwory, ale nie było wśród nich żadnej z powieści.
Brod, jak wiadomo, nie wypełnił tych poleceń. Czyniąc to, powoływał się nie tylko na niezmierną stratę dla literatury, ale także całkiem przekonywająco argumentował, że Kafka, wyznaczając na wykonawcę swojego testamentu człowieka, o którym wiedział, że jest niezdolny dokonać tak bezsensownego dzieła zniszczenia jego twórczości, w istocie sankcjonował jej wydanie, nie narażając na szwank swojego samokrytycyzmu. ["Franz Kafka. Koszmar rozumu", Ernst Pawel, str. 526] 
I tak niedługo po śmierci Kafki Brod doprowadził do publikacji powieści swojego przyjaciela, z których żadna, nie tylko "Zamek", nie była ukończona. Można się tylko domyślać, jaki kształt ostatecznie by przybrały, gdyby to sam autor przygotował je do druku. Max Brod wniósł do nich pewne zmiany, głównie kosmetyczne, ale w tym przypadku nawet drobne poprawki mogą wpływać na interpretację.

Początkowo "Zamek" wydaje się powieścią o zmaganiach jednostki z wszechwładnym systemem, konkretnie - biurokratycznym. Główny bohater, K., przybywa do wsi położonej nieopodal zamku hrabiego Westwest i podaje się za geometrę zaangażowanego przez tenże zamek. Nie wszyscy są przekonani, że K. rzeczywiście geometrą jest, ale te wątpliwości szybko rozprasza list Klamma, naczelnika X kancelarii, oraz fakt, że zamek przydzielił K. dwóch pomocników.

Okazuje się jednak, że ich pomoc jest zbędna, bo nikt we wsi nie potrzebuje usług geometry. Owszem, dawno, dawno temu na linii zamek - wieś dyskutowano o zatrudnieniu kogoś na to stanowisko, ale cała sprawa jakoś rozmyła się w morzu drobiazgowej korespondencji.

K. uważa, że należy mu się jakieś zadośćuczynienie za długą i bezsensowną podróż oraz zawiedzione nadzieje. Stara się uzyskać z zamku jednoznaczne potwierdzenie swojej sytuacji, próbuje skontaktować się z Klammem, ale wszelkie te działania rozbijają się o mur niechęci, obojętności, a przede wszystkim niedostępności urzędników.

Mieszkańcy wsi traktują decyzje zamku jak wyroki boskie, a urzędników jak bóstwa, których wolę trzeba bezwzględnie spełniać i którym niebezpiecznie jest się narażać. Mężczyźni schodzą im z drogi, kobiety chętnie im się oddają, są na każde ich skinienie, ten proceder wydaje się im normalny i słuszny, automatycznie bardzo podnosi ich status społeczny, podczas gdy odmowa skutkuje ruiną całej rodziny. Wszyscy oni nie mogą się nadziwić, że K. chce się spotkać z Klammem, choć ten najwyraźniej go unika. K. wydaje im się upartym dzieckiem, które nie rozumie najprostszych rzeczy.
Zasadą pracy urzędu jest, że możliwości omyłek nie bierze się w rachubę. (...) Czy istnieje urząd kontrolny? Nie ma innych urzędów niż kontrolne. Wprawdzie nie są one powołane tylko do tego, by wynajdywać błędy w zwykłym znaczeniu tego słowa, gdyż takie błędy się nie zdarzają, a nawet jeśli jakiś błąd powstanie, jak w pańskim przypadku, to któż może ostatecznie zawyrokować, że jest to błąd. ["Zamek", str. 82] 
K. z góry skazany jest na porażkę. A jednak po uważnym wczytaniu się w tekst trudno go tak jednoznacznie uznać za niewinną ofiarę. Ma mniej więcej trzydzieści lat, kiedyś służył w wojsku, obecnie wędruje od wsi do wsi w poszukiwaniu pracy. Do włości hrabiego Westwest trafia przypadkiem. Taki z niego geometra jak ze mnie krytyk literacki, ale jestem w stanie zrozumieć, że podaje się za niego na początku po to, żeby nie wyrzucono go z oberży w mroźną noc. Nie mam jednak pojęcia, po co kontynuuje tę farsę. Trudno również dociec, dlaczego zamek bierze w niej udział.
A więc zamek mianował go geometrą. Z jednej strony było to dla niego niepomyślne, gdyż świadczyło o tym, że w zamku wszystko potrzebne o nim wiedziano, że rozważono układ sił i beztrosko podjęto walkę. Z drugiej strony jednak było to również pomyślne, gdyż dowodziło, że - jak mniemał - nie doceniono go i że będzie miał więcej swobody, niż mógł to z góry przewidywać. A jeśli uważano, że przez to protekcjonalne uznanie jego zawodu geometry będzie można trzymać go stale w szachu, to zachodziła pomyłka; wstrząsnął nim lekki dreszcz, i to wszystko. ["Zamek", str. 9] 
Nie rozumiem tego fragmentu i bardzo tego żałuję, bo chyba właśnie w nim tkwi klucz (o ile w ogóle taki istnieje) do interpretacji "Zamku". Poszperałam tu i ówdzie (głównie w sieci), ale żadne rozwiązanie (teologiczne, socjologiczne, egzystencjalne itd.) proponowane przez profesjonalistów tak do końca do mnie nie przemówiło. Dałam sobie spokój z tymi poszukiwaniami, kiedy w jednym z opracowań wyczytałam, że położenie zamku na górze, a wsi na dole symbolizuje Bóg wie co. No jasne, bo zamków nie budowano na wzniesieniach ze względów obronnych, skądże.

Pewne pocieszenie znalazłam w książce Ernsta Pawela, który uważa, że szukanie jednoznacznej interpretacji "Zamku" nie ma sensu:
Zakres i nasilenie tych reakcji świadczą o fenomenalnie aluzyjnym potencjale bodźca, niezależnie od tego, do jakiego stopnia są pomocne w procesie wyjaśniania czy zaciemniania wielowarstwowych znaczeń powieści, której sam tytuł - Das Schloss, słowo "zamek" ma dwa znaczenia - narzuca niejednoznaczny wybór czy też wybór niejednoznaczności. Niemal wszystkie takie zasadniczo racjonalne poglądy mają jedną wspólną cechę - zakładają istnienie równie racjonalnego planu, teologicznego zamiaru sprytnie, a w najlepszym wypadku nieświadomie ukrytego pod serią mylących symboli, których odcyfrowanie odsłoni jedno ostateczne i definitywne znaczenie. Takiego założenia nie uzasadnia nic, co wiemy o Kafce ani o jego metodach pracy, które stanowiły kwintesencję jego udręczonej osobowości, a których chorobliwa niejednoznaczność sprawiała, że stał się nadwrażliwy na dwuznaczność przypisaną losowi ludzkiemu. Pisał tylko wtedy, gdy miał natchnienie, dokładnie pod jego dyktando, a nie zgodnie z jakimiś z góry opracowanymi ideologicznymi mapami drogowymi, przekładając dylematy własnego życia na paradoksy swojej prozy". ["Franz Kafka. Koszmar rozumu", Ernst Pawel, str. 521-522] 
Podobno mnóstwo jest w "Zamku" odniesień autobiograficznych, co czyni ten utwór jeszcze bardziej hermetycznym. No cóż, lektura biografii Kafki jeszcze przede mną.

To, co napisałam, nie oznacza, że poszukiwania kolejnych den "Zamku" potępiam w czambuł. Przeciwnie, uważam, że takie próby za nieuniknione, bo w warstwie dosłownej powieść nie ma sensu, przynajmniej w stanie, w jakim pozostawił ją Kafka.

Fabuła niemal nie istnieje. Miejsce akcji - wieś i zamek - są odrealnione. Postaci - karykaturalne, nie zawsze dokończone, sztuczne; niektóre pojawiają się, autor poświęca im sporo miejsca, ale potem znikają nam z oczu. System, hierarchia wartości bohaterów "Zamku", ich światopogląd są autorytarne, masochistyczne albo sadystyczne. Wieśniacy wydają się raczej niewolnikami zamku niż jego poddanymi, płaszczą się przed nim nieustannie, ale też nie są jakoś specjalnie nieszczęśliwi, grają narzucone im role bez szemrania, ze stoickim spokojem, nawet nie przychodzi im do głowy, że można żyć inaczej. Tak jakby pokolenia ich przodków wypróbowały już wszystkie możliwe sposoby na poprawę swojego losu, ale wszystkie zawiodły. Z kolei urzędnicy bardziej niż ludzi przypominają androidy, stworzone do produkowania i uzupełniania ton dokumentacji (jedyna scena, która mi się podobała, to ta, w której urzędnikom w oberży dla panów z zamku rozdaje się akta). Jeśli okazują jakieś ludzkie odruchy, to na ogół tylko te niższe (głównie seksualne). Wyjątkiem jest tylko Bürgel, ale i on mówił raczej do siebie niż do K.

Wszyscy bohaterowie "Zamku", bez względu na ich pozycję społeczną i wiek, mówią dokładnie tak samo, a ich wypowiedzi rozciągają się niekiedy na kilka stron.
Styl Kafki jakoś mnie specjalnie nie zachwycił: jest bardzo oszczędny, wyprany z metafor,  ubogi w opisy, co podobno wynika m.in. ze specyfiki ówczesnej praskiej niemczyzny.

Strasznie nużące były opowieści w opowieści (historie Olgi, Pepi). Brnęłam przez nie, zastanawiajac się, kiedy wreszcie autor powróci do głównego wątku. Przypuszczam, że gdyby Kafka zdołał dokończyć powieść, wprowadziłby dużo zmiany w jej strukturze i w proporcjach niektórych wątków.

Nie uważam tej książki za arcydzieło i nie rozumiem, dlaczego niektórzy twierdzą, że nim jest, ale na pewno warto ją poznać. Choćby dlatego, że to klasyka, do której odwołują się inni artyści (nie tylko pisarze). Czytanie "Zamku" to żadna przyjemność, niestety, ale jeśli ktoś lubi zagadki, to sporo satysfakcji dadzą mu próby interpretacji tego utworu.

Tak, skłania on do myślenia, ale te myśli trudno potem ubrać w słowa. Wiele razy zabierałam się do tego wpisu, konieczność uporania się z nim w końcu zniechęcała mnie do czytania innych książek, ale wreszcie mam to za sobą:).


***   ***   ***

Dla tych nielicznych, którzy dobrnęli aż tutaj (gratuluję wytrwałości), mały bonus:). Muszę jakoś spożytkować te godziny, w których głowiłam się nad przesłaniem "Zamku". Do żadnych odkrywczych wniosków nie doszłam, oczywiście, ale chciałabym zanotować tu sobie kilka spostrzeżeń.

Może Kafka zawarł w tej powieści metaforę ludzkiego losu. Przychodzimy na świat, którego reguł, a nawet języka nie znamy. Jego porządek jest już ustalony. Poruszamy się po omacku, podtrzymywani i przyuczani przez opiekunów, zwykle rodziców, którzy są o te dwadzieścia czy trzydzieści lat od nas może nie tyle mądrzejsi, co bardziej doświadczeni. Ale na fundamentalne pytania i oni nie znają odpowiedzi, a inne źródła oferują ich zbyt wiele.
Miotamy się, krócej lub dłużej.
Wiecznie dążymy do jakichś abstrakcyjnych, a w gruncie rzeczy nieważnych celów, ale przecież koniec, choć nie chcemy o tym na co dzień pamiętać, jest zawsze ten sam - śmierć i nicość.

K. niby robił wiele, żeby skontaktować się z zamkiem, ale jakoś podejrzanie szybko się przy tym męczył i zniechęcał, zwłaszcza wtedy, gdy sukces był na wyciągnięcie ręki (rozmowa z Bürgelem). Może wolał trwać w zawieszeniu, niż się dowiedzieć, że nikomu nie jest potrzebny. Początkowa, niespodziewana akceptacja ze strony zamku dała mu nadzieję, której uczepił się wbrew zdrowemu rozsądkowi. Złudzenia pociągały go jak światło lampy ćmę, przecież nic poza nimi go w tej wsi nie zatrzymywało. Zgodnie z zamysłem autora miał zginąć w ich płomieniu.
Ale przecież umarłby tak czy owak, może tylko trochę później i gdzie indziej. Czy realiści łatwiej godzą się ze śmiercią?

Dziwnie już ciemny zamek na górze, do którego K. miał nadzieję dojść jeszcze dziś, oddalił się znowu. Nagle - jak gdyby potrzeba było jeszcze szczególnego znaku chwilowego pożegnania - rozległ się tam wesoło rozkołysany dzwon, który na moment przynajmniej, wywołał drżenie serca, jak gdyby mu groziło - bo dźwięk dzwonu był również bolesny - spełnienie tego, za czym nieświadomie tęsknił. Ale wkrótce umilkł wielki dzwon, rozległ się natomiast słaby, monotonny dzwoneczek, może jeszcze tam na górze, może już nawet tu na dole, we wsi. ["Zamek", str. 22]

środa, 14 marca 2012

ŚMIERĆ CZESKIEGO PSA

Tytuł: Śmierć czeskiego psa
Pierwsze wydanie: 2009
Autor: Janusz Rudnicki

Wydawnictwo: W.A.B.
Seria: Archipelagi
ISBN: 978-83-7414-639-5
Stron: 205


Zastanawiam się czasami, czy to, że tak dużą wagę przykładam do stylu, nie świadczy aby o moim czytelniczym zblazowaniu. Potrafię docenić dobrą fabułę, uważam, że to ona jest istotą prozy (i wcale nie widzę sprzeczności między tym stwierdzeniem i pierwszym zdaniem wpisu), ale oryginalna trafia się rzadko, więc na ogół zadowala mnie już efektowne opakowanie. To się odnosi tylko do książek;).

Na blogu przyklejam stylistom specjalną etykietkę. Po przeczytaniu "Śmierci czeskiego psa" naznaczam nią również Janusza Rudnickiego. Bo bez względu na to, czy jakieś opowiadanie z tego zbioru spodobało mi się czy nie, to prawie w każdym znalazło się zdanie, zwrot lub nawet cały akapit wart zanotowania. Co więcej, w trakcie czytania, rozłożonego na jakiś tydzień, zdarzało mi się myśleć może nie stylem Rudnickiego, ale à la Rudnicki. Oznajmiającym.
Hamburg-Berlin. Pakuję się, sprzątam, chcę wymyć naczynia, maszyna pokazuje czerwone światełko. Wiem, sól się skończyła. Trzeba wsypać nową. Zachwianie ośrodka decyzyjnego, wsypać? Trzeba otworzyć worek z solą, trzeba wysunąć dolną szufladę maszyny, trzeba przechylić się i wsypywać. Precyzyjnie. Tak, żeby cała ta tej soli strużka sypała się do całego tego otworu, a nie na cały ten bok. Trzeba tak stać pochylonym i czekać. Aż cała ta sól się wysypie. A ona sypie się bez końca. Sypie i sypie. Wsypywać? Ten widok mnie pochylonego z czymś, z czego sypie się coś, co jakby w tym sypaniu się zastygło. A ja razem z tym czymś, na wieczność, jak pomnik człowieka sypiącego sól. Nie sypię, pakuję się, wychodzę, zamykam drzwi.
[początek opowiadania "Jeżdżąc", str. 142]
(Ciekawe, jaką faunę zastał w zmywarce po powrocie do domu).

Polubiłam absurd i zgryźliwość w wydaniu tego autora, bo towarzyszy im dystans do siebie i autoironia. Te dwie ostatnie cechy są ważne, bo narratorem większości opowiadań, a niekiedy również ich bohaterem jest Janusz Rudnicki, zapewne sfabularyzowany, ale jednak we własnej osobie. Zawieszony między Niemcami, Polską i Czechami, wyszarpujący przyczynek do literatury z czego się tylko da: z artykułu w gazecie, z filmu dokumentalnego w telewizji, z własnych wspomnień, przeżyć, lektur.

Rudnicki lubi odbrązawiać, to było widać w jego artykule z pierwszego numeru "Książek", w którym "palił lektury", a który wydał mi się dość tanią prowokacją. Tu zabrał się, z właściwą sobie zgryźliwością i czepialstwem, za pisarzy, m.in. Andersena, Heinricha Heinego, Roberta Walsera, Jamesa Joyce'a. Twórczość Joyce'a wciąż jeszcze przede mną, ale teraz już nie podejdę do niej na kolanach;). Niektórzy twierdzą, że żeby wniknąć w istotę czytanego utworu, należy znać dobrze biografię autora i jego czasy. A jednak, czy literatura nie traci wtedy sporo ze swego uroku? Prawie bezzębny Andersen w paryskich burdelach. Joyce żebrzący u wszystkich o pieniądze, rzekomo na jedzenie, a naprawdę głównie na alkohol, skrupulatnie wyliczający swoim adresatom/mecenasom składniki i ceny swoich posiłków oraz częstotliwość (efektownie niską) ich spożywania...

Trudno mi ocenić tę książkę jako całość, bo opowiadania w niej zebrane są bardzo różne. Niektóre podobały mi się szczególnie (tytułowe, "Robaczywy pacierz", "Zawał mam", "Andersen, Andersen", "Jeżdżąc", "Alma", "Księga skarg i zażaleń"), niektóre niezbyt ("Na wyciągu", "Tu stacja Kędzierzyn-Koźle!", "Na barykadzie", "Cierpienia głupiego Augusta"), pozostałe - mogą być.

Zastanawiam się nad interpretacją opowiadania "Na wzgórzu", które Rudnicki uważa (uważał w 2010 roku) chyba za najlepszą swoją krótką formę.
To autentyczna historia policjanta, który zjechał na chodnik i wysłał na tamten świat dwoje dzieci. Zjechał, bo na drogę wyleciał mu pies. Wiedziałem natychmiast, że o tym napiszę, nie wiedziałem, jako kto tym razem mam wystąpić. Napraszał się policjant, ewentualnie matka, za każdym razem byłoby to inne opowiadanie, ale nagle mnie olśniło, zacząłem od "Tym psem byłem ja" i reszta napisała się sama. Czarny i zły, wysoce amoralny, nihilistyczny i perwersyjny skowyt, ale myślę, na swój sposób piękny. O tym tekście myślałem, pisząc na okładce, że jestem prawie pod ścianą. [źródło: Wyborcza.pl]
Może ktoś z Was czytał? Czy to swego rodzaju mowa obrońcy Bogu ducha winnego psa, na którym po wypadku skrupiła się społeczna złość?  Sama nie wiem.

***

Do przeczytania "Śmierci czeskiego psa" zachęcała mnie prawie rok temu Anna, nie zdecydowałam się wtedy na to, ale tytuł sobie zakonotowałam. Specyficzna proza. Nie da się wyrobić o niej zdania na podstawie fragmentów, trzeba się w nią wgryźć, żeby possać szpik.

Zachęcam do lektury wywiadu Jakuba Winiarskiego z Rudnickim (ciekawa rozmowa, kiczowaty baner).

***

Kilka cytatów:

I tak sobie idziemy, lekką nogą przez pożary, bez ognia, i potopy, bez wody. Co rusz słysząc śmiech, bez pokoleń. [str. 69, "Zawał mam"]
Człowiek człowiekowi człowiekiem. [str. 149, "Jeżdżąc"]
A ja, zamiast się przesiąść, to nie, to się nie przesiadam, nie, ja siedzę i napawam się odrazą własną. Napawam, ponieważ im większa moja nienawiść do bliźniego, tym większa moja miłość własna. Z takimi jak ja pokoju nie będzie. [str. 151, "Jeżdżąc"]
Siedziałem więc wtedy pod katedrą i nie wiedziałem, co dalej. Zimno się zrobiło, zaczęło lekko padać, ludzie poznikali, siedziałem sam. I wtedy usiedli obok na ławce oni. Ona i ich dwóch. Ona: jak sztuczny kwiat ze strzelnicy, oni: jak tę strzelnicę obsługujący. [str. 157, "Jeżdżąc"]


sobota, 1 października 2011

A Dance with Dragons, George R.R. Martin

To właśnie lektura kolejnego tomu "Pieśni lodu i ognia" przyczyniła się do mojej blogowej absencji. Czytałam w oryginale, a że angielskim nie władam biegle, zajęło mi to znacznie więcej czasu niż zwykle. Z tego samego powodu jeszcze nie oceniam tej powieści - zrobię to dopiero po przeczytaniu wydania polskiego, które - przypominam - ukaże się prawdopodobnie już w listopadzie. 
Poza tym obiecuję, że od przyszłego tygodnia będę na bieżąco komentować Wasze blogi i odpowiadać na maile w rozsądnym terminie:).

(Reszta wpisu przeznaczona jest dla osób, które mają już za sobą wszystkie części wydane do tej pory w naszym kraju. Oraz tych, którzy przeczytali w najnowszym magazynie "Książki" artykuł Zbigniewa Mikołejki - autor streścił cały cykl).

poniedziałek, 19 września 2011

ŻYDÓWEK NIE OBSŁUGUJEMY

Tytuł: Żydówek nie obsługujemy
Pierwsze wydanie: 2005
Autor: Mariusz Sieniewicz

Wydawnictwo: W.A.B.
Seria: Archipelagi
ISBN: 83-7414-076-3
Stron: 248

Ocena: ?


Przerost formy nad treścią. Sporo trafnych obserwacji, ale odbitych w zbyt krzywym, jak na mój gust, zwierciadle - upstrzonym turpistycznymi opisami, zamazanym nużącymi, niezrozumiałymi (dla mnie) groteskowymi fantasmagoriami. Dotyczy to połowy zamieszczonych w zbiorze tekstów. 

Pozostałe, krótsze, to realistyczne, "życiowe" panoramy lub portrety, trochę podretuszowane ironią. Nieudacznicy, którzy po krótkim, pozbawionym sukcesów życiu szukają ukojenia w śmierci. Żenujące polskie zwyczaje weselne. Obrażony na konsumpcyjne i obojętne społeczeństwo były urzędnik. Niepełnosprawny intelektualnie chłopiec, któremu matka oraz współczesna medycyna odebrały jedyne chwile radości w jego życiu. Stary, wierny pies, który jednak nie mógł się równać z popularnym w pewnych kręgach pitbullem. Ten typ prozy rozumiem i lubię. Szkoda, że w tych dłuższych opowiadaniach autor trochę za bardzo dał się ponieść wyobraźni i (chyba) strumieniowi świadomości. 

Ich motywem przewodnim, o ile dobrze rozumiem, jest podporządkowanie jednostki społeczeństwu, które wszystkie przejawy indywidualizmu szybko rozjeżdża walcem uznanych norm i tradycji oraz preferuje mimetyzm. Na szczęście (lub nie) tzw. szary człowiek rzadko zdaje sobie sprawę ze swojej samotności, z jałowości i przygnębiającej regularności swojej egzystencji, ale kiedy już to do niego dotrze, konsekwencją jest autodestrukcja, szaleństwo lub co najmniej głęboka, nieprzemijająca depresja.
Zostanie sam. Zamiast kontynentu samotna wyspa. Znowu sam, w łóżku, w pokoju, oddzielony od świata ścianami i drzwiami, w których łypie judaszowe okno - jedyny łącznik. Kobieta rozrzedzała się powoli, jej dotyk słabł, aż naraz znikła. Szlafrok upadł na podłogę, Piszczajko chwytał jedynie powietrze. Pokój, sufit, tapety, ogromny, rozdęty brzuch. Samotna wyspa. Nikt się nie zjawi, nie zamajaczy żaden kształt. Potrząsnął brzuchem z całych sił i z gardła wydobył się wielki śmiech. Śmiał się więc Piszczajko, śmiał wesoło, szyderczo, aż w końcu dopadł go pusty śmiech. Bo wiedział, że żyć może dalej, że nie zmieni się nic, że w nieskończonej pustce śmieje się ból. On - tubylec, rdzenny mieszkaniec wyspy, żaden cudzoziemiec czy przybysz. Za oknem zwyczajne życie - dla niego przerażająco spokojny step.  Szary zaciek na suficie w kształcie indyczej grdyki, brązowe ramię półki z książkami - śmiech-step. Życie, cholera, nawet nie egzystencjalny dół, lecz śmiech-step. Rodzina, znajomi, nawet cierpiący Bóg i on w łóżku, na ulicy i w pracy - och, jakże pusty śmiech-step. I jeśli nawet kiedyś dziewczyna z warzywniaka włoży specjalnie dla niej kupiony szlafrok, to będzie tylko pusty śmiech, pusty śmiech. ["Ból brzucha od ucha do ucha", str. 133-134]

W opowiadaniu "Żydówek nie obsługujemy" autor podejmuje również temat niechęci zbiorowości wobec Innych - tu reprezentowanych przez kobietę, w dodatku Żydówkę. Zaznacza, że taki potencjalny odmieniec tkwi w każdym człowieku i w każdej chwili, np. kiedy stoi się w kolejce do kasy w hipermarkecie, może dokonać coming outu.

***

Niby moje klimaty, ale jednak fanką prozy Mariusza Sieniewicza raczej nie zostanę. Niewątpliwie ma własny styl i ja to doceniam, ale wydaje mi się, że jego teksty sporo by zyskały, gdyby je nieco skrócić, chodzi mi zwłaszcza o trzy opowiadania: pierwsze ("Posuń się, posuń! Bo cię posunę!"), przedostatnie ("O, kurna! W głowie wujnia!") i ostatnie ("Żydówek nie obsługujemy"). "Złotą akszyn" zakończyłabym w momencie, w którym nowy Mistrz zasypia. 

Szczerze mówiąc wolę prozę uboższą w metafory, bogatszą w treść i lepiej skonstruowaną. Nie rozumiem, dlaczego wielu autorów uważa interesującą fabułę, na którą składa się logiczny ciąg zdarzeń, za zbyt staromodny, a przez to zbędny składnik swoich utworów. Formalne czy stylistyczne wygibasy pomagają zyskać uznanie w oczach krytyków, ale potrzeba czegoś więcej, żeby książka spodobała się zwykłemu czytelnikowi, takiemu jak ja.

poniedziałek, 25 lipca 2011

ROZMOWY Z CAPOTE'EM

Tytuł: Rozmowy z Capote'em (Conversations with Capote)
Pierwsze wydanie: 1985
Autor: Lawrence Grobel
Przedmowa: James A. Michener
Tłumaczenie: Waldemar Łyś
Wydawnictwo: Rebis
Seria: Konstatacje
ISBN: 83-7120-341-1
Stron: 247

Wydaje mi się, że większość pisarzy to prywatnie niezbyt ciekawi ludzie. Być może uważam tak dlatego, że żadnego literata osobiście nie znam; jakoś mnie nie ciągnie na spotkania autorskie, a i oni mi się nie naprzykrzają:). Od czasu do czasu czytam jednak wywiady z pisarzami. Dopóki mówią o swojej twórczości lub też o literaturze w ogóle, to bywam zainteresowana, natomiast z fragmentów dotyczących innych sfer życia przeważnie wieje nudą i banałem. Niewykluczone, że winę za ten stan rzeczy częściowo ponoszą dziennikarze, którzy często zadają po prostu głupie pytania (w odpowiedzi na nie trudno błysnąć inteligencją) albo za bardzo eksponują w wywiadzie swoją osobę.

Ten drugi wybieg nie powiódłby się na pewno w przypadku rozmowy z Trumanem Capote, którego cechował - tak mi się wydaje - bardzo ekspansywny i nieco apodyktyczny sposób bycia.  A może interlokutorów tonowała nieco jego wyjątkowa inteligencja? Lawrence Grobel spotkał się z nim kilka razy w latach 1982 i 1983. To, co miało być początkowo tylko krótkim wywiadem dla telewizji kablowej "Playboya", przerodziło się w tę książkę. Capote dobiegał wówczas sześćdziesiątki, coraz bardziej uskarżał się na swoje zdrowie, którego z pewnością nie poprawiało uzależnienie od alkoholu i narkotyków. Grobel pytał go o sprawy osobiste, twórczość, prosił o potwierdzenie niektórych plotek lub zaprzeczenie im.

Z największym zainteresowaniem czytałam fragmenty dotyczące powieści "Z zimną krwią", która tak mi się niedawno spodobała, i te dotyczące techniki pisania. No i wypowiedzi Capote'a o Vidalu, o którego książce traktował mój poprzedni wpis. 

Capote wcześnie nauczył się czytać, a pisać zaczął w wieku ośmiu lat, codziennie przez kilka godzin. Już jako nastolatek zdobywał pomniejsze nagrody literackie, a jego utwory ukazywały się w prasie. 
W wieku szesnastu lat byłem już w pełni ukształtowanym pisarzem. Technicznie pisałem równie dobrze jak dziś. Technicznie. Zrozumiałem cały ten mechanizm. [str. 60]
Odniosłam wrażenie, że nie pochwalał eksperymentów stylistycznych, w każdym razie eksperymentów w wykonaniu innych pisarzy. Wydaje mi się, że nienawidził niemal wszystkich kolegów i koleżanek po piórze, zwłaszcza tych i te, których i które poznał osobiście. 
Dlatego ja sam zawsze trzymam się klasycznego stylu pisania, w którym wszystko jest ponadczasowe. Nic nie jest w stanie zdezaktualizować ani jakości pisarstwa, ani tematu. Zawsze byłem o tym głęboko przekonany, a nie jest to łatwe, nie jest łatwo przewidzieć, czym stanie się to, co piszesz. [str. 137]
Widzisz, pracuję cztery godziny dziennie, a potem, zwykle wcześnie wieczorem, czytam to, co napisałem za dnia i wtedy nanoszę przeróżne poprawki i zmiany. Piszę odręcznie i wszystko do razu w dwóch wersjach. Pierwszą wersję piszę na żółtym papierze, a potem przepisuję na biały papier, i w końcu, kiedy jest to mniej więcej to, o co mi chodzi, piszę to na maszynie. Kiedy piszę na maszynie, jest to moja ostateczna wersja. Prawie nigdy już w niej niczego nie zmieniam. [str. 90]
O genezie pisania "Z zimną krwią":
L.G.: A co powiesz o wyborze tematu? Czy to pomysł opisania ponurego morderstwa popchnął cię do napisania Z zimną krwią?
T.C.: Nie napisałem tego ze względu na jakieś szczególne zainteresowanie ta tematyką. Wybór był taki, ponieważ postanowiłem napisać coś, co nazwałem powieścią faktu - książkę, którą czyta się dokładnie tak jak powieść, z tą jednak różnicą, że każde zawarte w niej słowo będzie absolutnie prawdziwe. Już wcześniej napisałem taką powieść Słychać muzy. Była to krótka książeczka o Rosji. Każde słowo w niej było prawdziwe, a czytało się ją jak krótką powieść. Ja jednak chciałem napisać coś wielkiego. Zaliczyłem dwa - że tak powiem - puste przebiegi z tematami, które, jak się okazało, nie miały w sobie dość materiału, żebym mógł osiągnąć to, co sobie założyłem, tak że w końcu zdecydowałem się na tę mroczną zbrodnię w odległym zakątku stanu Kansas, gdyż czułem, że jeśli prześledzę ją od początku do końca, dostarczy mi ona materiału, żebym mógł pokazać prawdziwą techniczną wirtuozerię. Był to eksperyment literacki, polegający na wyborze tematu nie ze względu na jego atrakcyjność, a ze względu na to, iż służył moim celom literackim.  
A jednak nie udało ci się pozostać na uboczu, kiedy tylko historia morderstw cię wciągnęła. Czy ta przygoda wessała cię wbrew twojej woli? 
Tak, ponieważ tak bardzo się w nią zaangażowałem, że zawładnęła ona całym moim życiem, wypełniła je bez reszty. Wszystkie te procesy, odwołania, nie kończące się wertowanie dokumentów, do którego byłem zmuszony - jakieś osiem tysięcy stron samych zapisków - oraz znajomość z tymi dwoma chłopcami, którzy popełnili tę zbrodnię. Wszystko. Ja to przeżywałem dzień po dniu. (...) [str. 116]
O Perrym Smicie i Richardzie Hickocku:
L.G.: Czy w jakikolwiek sposób odwzajemniałeś tę sympatię? Czy po tym, jak przez długi czas byłeś tak blisko nich i byliście w tak dobrych stosunkach, czy sądzisz, że polubiłeś któregoś z nich?
T.C.: Nie polubiłem żadnego z nich, miałem jednak dla nich wiele zrozumienia, a na dokładkę wiele współczucia dla Perry'ego. Dick wydał mi się drobnym kanciarzem, który wskoczył do stanowczo zbyt głębokiej wody i tak naprawdę to on był odpowiedzialny za całe to morderstwo, dokonane rękami Perry'ego. Perry nigdy by nie popełnił zbrodni, gdyby go ktoś nie popchnął do tego - jak mawiają Francuzi - folieà deux*. [str. 122]
(Chodziło chyba o folie à deux).

Capote uwielbiał wygłaszać opinie o innych ludziach, zwłaszcza tych z Towarzystwa, tworzył i rozpowszechniał plotki o osobach z pierwszych stron gazet, nawet, a może zwłaszcza o tych, z którymi się przyjaźnił. Rozmowy z nim musiały być elektryzujące. Jego sądy, przynajmniej na tym etapie życia, były kategoryczne, jednoznaczne. "Nie wiem" odpowiadał tylko na pytania o wiarę w życie po śmierci.

Tłumacz Waldemar Łyś dołączył do książki przypisy, które ułatwiają polskiemu czytelnikowi zrozumienie niektórych wypowiedzi Capote'a (np. gdy mówił o gwiazdach amerykańskiej telewizji). Popełnił jednak dwa przedziwne błędy: z Pearl S. Buck uczynił mężczyznę, przekręcił też imię prezydenta Kennedy'ego na "Jack".

Polecam "Rozmowy z Capote'em" wszystkim zainteresowanym życiem i twórczością tego pisarza. To barwna postać, warto dowiedzieć się o nim czegoś więcej.

środa, 9 marca 2011

EDWARD II

Strona tytułowa wydania z 1594 r.
Tytuł: Edward II
Autor: Christopher Marlowe
Pierwsze wydanie: ok. 1592
Tłumaczenie i posłowie: Juliusz Kydryński

Wydawnictwo Literackie
Seria dawnej literatury angielskiej
ISBN: 83-08-00945-X
Stron: 133


Nie będę tym razem streszczać omawianego utworu - zainteresowani bez problemu odnajdą informacje o Edwardzie II w książkach lub w sieci. W tej sztuce Christopher Marlowe opowiada o panowaniu tytułowego angielskiego króla, a więc o latach 1307-1327. Niektóre z występujących tu postaci zobaczyć można było w filmie "Braveheart" - Edward II to ten młody roztrzęsiony książę, którego przyjaciel został wyrzucony przez okno, a Izabelę Francuską grała Sophie Marceau. Nie wiem zbyt wiele o tym okresie w historii Anglii (orientuję się trochę w dziejach Tudorów), ale mam wrażenie, że i sztuka, i film równie swobodnie traktują fakty. 

"Edward II"  różni się od "Tragicznej Historii Doktora Fausta", przede wszystkim wydaje się bardziej dopracowany (a może mniej w ten tekst ingerowano). Wydarzenia następują tu po sobie bardzo szybko, odnosi się wręcz wrażenie, że panowanie tego króla trwało zaledwie kilka miesięcy, a nie dwadzieścia lat. Marlowe korzystał co prawda z kronik historycznych, ale w swoim dramacie opisał tylko kluczowe wątki i postaci, sporo skrócił, przeinaczył i uprościł, dzięki czemu akcja jest bardzo dynamiczna. Bohaterowie są czarno-biali, ale wyraziści. 

A jednak... choć "Faust" miał mnóstwo wad, lepiej czytało mi się właśnie tamtą sztukę. Chodzi o język. W "Edwardzie II" jest fabuła, w "Fauście" była poezja (przynajmniej na początku i na końcu). I chociaż jestem typem prozaicznym i takie też mam upodobania czytelnicze, to jednak wolę intrygujące metafory niż suche relacje z politycznych rozgrywek między królami i arystokracją. 

W obu tekstach doszukiwałam się - jak chyba każdy, kto zna dzieje Marlowe'a - fragmentów, w których autor wyraża swoje osobiste poglądy. W "Edwardzie II" takowych nie znalazłam, ale pozwolę sobie zacytować Posłowie Juliusza Kydryńskiego:
"A przecież sądzę, że znamienny dla osobistych poglądów i uczuć poety, dla jego wizji świata, jest sam wybór tematu tragedii, sposób jego ujęcia, a wreszcie dobór postaci, w kręgu których dramat się rozgrywa". [str. 127]
Edward II nie utrzymywał zbyt dobrych stosunków z kościołem, Marlowe uchodził za ateistę, choć wcześniej studiował teologię i korzystał ze stypendium arcybiskupa. Król prawdopodobnie był homoseksualistą (a może bi-? miał kilkoro dzieci), Marlowe - również. Nie można jednak powiedzieć, by Edward II lub któryś z jego faworytów wypadali w tej sztuce sympatycznie. Nie zinterpretowałabym tego tekstu tak jak Derek Jarman, który w swoim filmie z 1991 roku sprowadził całą tę historię do brutalnej rozprawy połączonych sił biurokracji, wojska i kościoła z romantycznymi, ale homoseksualnymi miłościami króla. Moim zdaniem ten utwór to jakby rozdział z podręcznika do nauki historii Anglii, ale w wersji "for dummies". 

poniedziałek, 7 marca 2011

TRAGICZNA HISTORIA DOKTORA FAUSTA

Strona tytułowa wydania z 1620 roku
Tytuł: Tragiczna Historia Doktora Fausta (The Tragical History of Doctor Faustus)
Autor: Christopher Marlowe
Pierwsze wydanie: ? 
Tłumaczenie i posłowie: Juliusz Kydryński

Wydawnictwo Literackie
Seria dawnej literatury angielskiej
ISBN: 83-08-00867-4
Stron: 82


Teatr elżbietański kojarzy się nam przede wszystkim z twórczością Szekspira, o wiele rzadziej wspomina się natomiast Christophera Marlowe'a. Obaj urodzili się w Anglii w 1564 roku, obaj tworzyli dramaty i pisali poezję, a jednak pamiętamy przede wszystkim o tym pierwszym. Szekspir pozostawił po sobie znacznie więcej dzieł niż Marlowe (w końcu przeżył go o 23 lata) i był obdarzony większym niż Marlowe talentem (przynajmniej ja tak uważam), ale warto, jak sądzę, zajrzeć również do twórczości Kita. 

Nie udaję, że znam się na teatrze elżbietańskim czy też na teatrze w ogóle - oceniam dramaty pod kątem językowym. W przypadku sztuk z tego okresu jest to bardzo trudne, ponieważ często nie sposób stwierdzić, na ile znane nam dziś wersje dramatów są rzeczywiście dziełem Szekspira, Marlowe'a czy jeszcze innego autora (pisałam już na ten temat we wpisie o "Zakochanym Szekspirze", we fragmencie Kradzieże tekstów i piractwo), a które ich fragmenty to poprawki anonimowych dramaturgów. Nie mam zatem pewności, kogo tak naprawdę chwalę i do kogo mam pretensje. 

Nie inaczej jest w przypadku "Tragicznej Historii Doktora Fausta". Nie wiadomo dokładnie, kiedy sztuka została napisana ani kiedy miała miejsce jej premiera. Nie zachował się, oczywiście, rękopis dramatu. W Posłowiu Juliusz Kydryński przytacza przypuszczenia profesora Władysława Tarnawskiego, który sądził, że premiera "Fausta" odbyła się prawdopodobnie w 1589 roku, ale kontrowersyjna sztuka szybko zeszła z afisza i powróciła nań po dłuższym czasie, ze zmianami dokonanymi przez cenzorów lub na ich życzenie. 
Zachowały się dwa wydania: quarto z 1604 (tekst A) i quarto z 1616 roku (tekst B). Żadne z nich nie było pierwszym wydaniem, żadne nie opierało się na rękopisie. Różnią się między sobą. Tekst B zawiera więcej fragmentów, których autorstwo jest wątpliwe, a które dodatkowo "umoralniają" sztukę, więc większość specjalistów przyznaje wyższość tekstowi A. 
Przypuszcza się, że Marlowe nie napisał niektórych środkowych części "Fausta", "w których dzieło wyraźnie obniża swój lot", jak pisze Juliusz Kydryński, ja natomiast bez owijania w bawełnę powiem, że fragmenty te są okropne, po prostu okropne. Z założenia miały pewnie rozbawić publiczność, a w tamtych czasach na widowni nie zasiadały na ogół elity kulturalne i intelektualne. Poziom dowcipów był zatem raczej marny, co widać też w niektórych sztukach Szekspira. Może oryginał Marlowe'a nie był wystarczająco "zabawny"?

środa, 2 marca 2011

TABLETKI Z KRZYŻYKIEM

Autor: Szymon Hołownia
Tytuł: Tabletki z krzyżykiem. Pierwsza pomoc w lękach związanych z Bogiem, końcem świata, czyśćcem i duchami
Pierwsze wydanie: 2007

Wydawnictwo: Znak
ISBN: 978-83-240-0835-3
Stron: 334

Ocena: ?


Wymienionych w podtytule lęków nie odczuwam (prawdopodobnie ja skończę się wcześniej niż świat), ponieważ jestem ateistką i sceptyczką. Sięgnęłam po "tabletki z krzyżykiem" ze zwykłej ciekawości. Książki Szymona Hołowni sprzedają się nieźle i mają niemal same pozytywne recenzje, również na blogach, ale ja zainteresowałam się tym autorem z innego powodu - zdarza mi się czasami zajrzeć na jego blog na newsweek.pl i pamiętam, że o katastrofie smoleńskiej i o tym, co się potem działo na Krakowskim Przedmieściu, pisał całkiem rozsądnie. Ciekawa byłam zatem, co ma do powiedzenia na tematy religijne.

Czytało mi się tę książkę trochę jak mitologię, opis wierzeń jakiegoś egzotycznego ludu albo jak dziwną nieco bajkę. Szymon Hołownia jest zdeklarowanym katolikiem, który wierzy we wszystko to, czego naucza kościół, który nigdy nie wątpi. Owszem, jest dociekliwy, ale nie zadaje pytań, na które nie można znaleźć odpowiedzi w Katechizmie Kościoła Katolickiego, teologii i książkach religijnych naukowców. Nie pyta, czy Bóg istnieje - pyta, czy Bóg karze za dowcipy o sobie, i czy przeszczepiona wątroba zmartwychwstanie w dawcy, czy w biorcy. 

Książka składa się z pytań i odpowiedzi, pogrupowanych w kilka działów (tabletki o sławnych ludziach, fundamentalne, okołonaukowe, pośmiertne). Pytania wydają się nieco prowokacyjne i kojarzą mi się z tytułami artykułów w tabloidach, np.: Dlaczego król Dawid poszedł do łóżka z sąsiadką? Który tom przygód Harry'ego Pottera podyktował szatan? Czy Bóg pragnie, byśmy się pocięli? 
Szymon Hołownia nie znalazł odpowiedzi na wszystkie pytania, a niektóre z odpowiedzi są pokrętne i nielogiczne, przynajmniej z mojego punktu widzenia. Chciałam dla przykładu streścić odpowiedź na ciekawe pytanie o to, czy Jezus nie mógł umrzeć ze starości (tak sformułował to pytanie autor, a w rzeczywistości chodzi o to, dlaczego Jezus umarł za ludzi na krzyżu), ale jej sens są w stanie uchwycić jedynie ludzie głęboko wierzący.

wtorek, 7 września 2010

UCIECZKA OD WOLNOŚCI

Tytuł: Ucieczka od wolności (Escape from Freedom)
Autor: Erich Fromm
Pierwsze wydanie: 1941
Przedmowa: Franciszek Ryszka
Tłumaczenie: Olga i Andrzej Ziemilscy
Wydawnictwo: Czytelnik
ISBN: 83-07-02357-2
Stron: 276

Nazwisko Ericha Fromma oczywiście obijało mi się o uszy od czasu do czasu, ale szczerze mówiąc, nie kojarzyło mi się z niczym konkretnym. (Po tym jak wyznałam, że przeczytałam "Zmierzch" Stephanie Meyer, nic mnie już chyba bardziej nie pogrąży, więc przyznaję się i do tego;)). "Ucieczka od wolności" wydawała mi się kolejną klasyczną pozycją, którą wypada znać. I jest nią rzeczywiście. Wydaje mi się jednak, że dla wielu czytelników, zwłaszcza takich, którzy (jak ja) rzadko (albo nigdy) sięgają po książki z zakresu psychologii albo filozofii, może być czymś więcej - źródłem bodźców do snucia refleksji i autorefleksji na kilka ładnych tygodni. W każdym razie tak właśnie jest w moim przypadku i chociaż na ogół oszczędzam osobom postronnym słuchania i czytania moich "przemyśleń", to tym razem powstrzymać się nie mogę i niektóre opublikuję;). To te pisane kursywą.

wtorek, 16 lutego 2010

GDZIE POSTAWIĆ PRZECINEK?


Tytuł: Gdzie postawić przecinek?
Autorzy: Ewa i Feliks Przyłubscy
Wydanie dziewiąte, 1988 r.

Wiedza Powszechna
ISBN: 83-214-0129-5
Stron: 256

Jak większość osób, które podręcznik do nauki języka polskiego miały ostatnio w rękach lata temu, odnoszę niekiedy wrażenie, że się cofam. Zasady ortografii i interpunkcji, które kiedyś wydawały się oczywiste, teraz czasami sprawiają mi problemy. Przyczynił się do tego na pewno fakt, że obecnie bardzo rzadko piszę coś ręcznie, natomiast edytory tekstu, a nawet przeglądarki, mają opcję autokorekty. To trochę rozleniwia:)

O ile jednak przeważnie można zdać się na automat, gdy chodzi o ortografię, o tyle o interpunkcję musimy, jak dotąd, troszczyć się sami.

wtorek, 19 stycznia 2010

UPIORY XX WIEKU

Tytuł: Upiory XX wieku
Autor: Joe Hill
Pierwsze wydanie: 2005

Wydawnictwo Albatros
Tłumaczenie: Piotr Amsterdamski
ISBN:978-83-7359-954-3
Stron: 432

Książkę "wygrałam" w konkursie na blogu Zacisze wyśnione i chciałabym jeszcze raz za nią podziękować, zwłaszcza, że była naprawdę bardzo ładnie zapakowana.

O autorze nigdy wcześniej nie słyszałam, ale zaintrygowała mnie informacja ze skrzydełka okładki: "syn jednego z najsłynniejszych współczesnych pisarzy amerykańskich, piszący pod pseudonimem". Poszperałam w internecie i dowiedziałam się, że chodzi o Stephena Kinga. Ponieważ na okładce znajdujemy też dopisek: "współczesny horror ma nowego mistrza", spodziewałam się kilkunastu "opowieści niesamowitych".