Impresje

piątek, 9 maja 2014

AUTOPORTRET Z PAMIĘCI. DOJRZAŁOŚĆ

Tytuł: Autoportret z pamięci. Dojrzałość
Pierwsze wydanie: 1981
Autor: Henryk Vogler

Wydawnictwo Literackie
Stron: 420



Tę książkę kupiłam trochę przypadkowo na Allegro i chociaż okazało się, że to tylko trzeci tom, czego sprzedawca oczywiście nie zaznaczył, inwestycję oceniam jako udaną.

Henryk Vogler opisał w tej części swoje życie od 1945 do 1971 roku, w którym skończył sześćdziesiąt lat i w którym Polska wkroczyła w nieco inną już epokę. Był m.in. krytykiem literackim i teatralnym, redaktorem naczelnym Wydawnictwa Literackiego, kierownikiem literackim teatrów, pisarzem. Urodził się w Krakowie i tu mieszkał i pracował po II wojnie światowej, więc opowiadając o sobie, pisze też sporo o życiu, zwłaszcza kulturalnym, tego miasta. Ale na początku był chaos:
   Wysiadłem z wagonu w hali ojczystego dworca krakowskiego. W gorącu i zaduchu roił się olbrzymi tłum byłych więźniów obozowych ciągnących z rozmaitych kierunków i w rozmaite strony świata.
   Stałem na jednym z peronów krytych oszklonym dachem, trzymając w dłoni małą walizkę, w której znajdował się dobytek uzbierany po wyjściu z obozu: kilkadziesiąt opakowań  z ostrzami do golenia, parę nowych krawatów, pudełka z lekarstwami. Mogło to stanowić kapitał zakładowy na przyszłość. Nagle na przeciwległym peronie ujrzałem gromadkę Węgierek z naszego obozu. Pobiegłem ku nim uradowany. Ale nim przepchnąłem się przez tłumy na drugą stronę torów, już ich nie było, rozpłynęły się w falującej masie. Kiedy powróciłem na swoje miejsce, nie było tam także walizki z moim majątkiem. Ktoś z pozostałych towarzyszy zdążył sobie przywłaszczyć mienie, jakie ja przywłaszczyłem, czy też raczej (używając żargonu obozowego) zorganizowałem sobie w Görlitz.
   Tak oto znalazłem się w Krakowie zupełnie samotny i z pustymi rękoma. Miasto pozostało nie zmienione i - zapewne wskutek tego - zdawało się kryć w sobie jakaś niesamowitość. (...)
   Takie muzealne niemal zakonserwowanie owej części świata w porównaniu z obrazem tego świata, z którego przybywałem, budziło niezwykłe uczucia. Planty szumiały najświetniej i najbujniej swojską zielonością, ulice i budynki były te same, ale ludzie jakby inni. Nie miałem tu już nikogo bliskiego, nie było się do kogo zwrócić. [str. 7-8]
Wojna nie spowodowała większych zniszczeń w architekturze, ale znacząco zmieniła strukturę społeczną Krakowa, a proces ten jeszcze przyspieszyły i pogłębiły działania władz komunistycznych, które wkrótce "zafundowały" stolicy Małopolski Nową Hutę. Vogler wywodził się, jeśli dobrze zrozumiałam, ze zasymilowanej rodziny żydowskiej, więc dla niego powrót do Krakowa musiał być szczególnie bolesny i trudny. Nie wrócił do rodzinnego domu, pomieszkiwał tu i ówdzie kątem, dorabiał, jak się dało. I rzucił się w wir rozrywek: kobiety, karty, alkohol. Stopniowo zaczął też orientować się dokładnie w "szczegółach i subtelnościach nowej sytuacji". Dość przypadkowo właściwie został recenzentem teatralnym. Kultura mogła się wtedy wydawać stosunkowo bezpieczną opcją.
   Po ulicach kroczyli zuchwale młodzi ludzie w lśniących wysokich butach oficerskich. Pojawiły się angielskie wojskowe berety jako najmodniejsze męskie nakrycia głowy. Niekiedy nocami na Plantach, w miejscach moich dawnych dziecięcych zabaw, słychać było pojedyncze strzały albo całe ich serie. Grupy barczystych mężczyzn o proletariackich rysach twarzy obsadzały poszczególne gmachy w centrum miasta, zajmując je na siedziby rozmaitych organów i komitetów. Powstające w ten sposób instytucje otrzymywały nazwy, pozwalające się domyślać, że rodzi się nowy, odmienny od poprzedniego Kraków. [str. 11]
Vogler nie poświęca zbyt wiele miejsca dywagacjom politycznym, najczęściej pisze właściwie o ludziach, a że działał aktywnie w Związku Literatów Polskich i obracał się w światku teatralnym, sporo tu charakterystyk i ploteczek dotyczących przedstawicieli obu tych środowisk, również z zagranicy.
  Brecht, głoszący zawsze - jak bohater jego pierwszej sztuki Baal - chwałę pierwotnej, zmysłowej woli życia i jego uroków, znany był z uwielbienia kobiet. Miewał też koło siebie w teatrze zawsze mały haremik. Opowiadano z uśmiechem, jak niekiedy w pełnym toku prób zrywał się nagle z miejsca, z którego próby te prowadził, i wybiegał w szalonym pędzie z sali. Dopiero po jakimś czasie wracał uspokojony i kontynuował pracę. Wszyscy wiedzieli wówczas, gdzie i u kogo znalazł owo uspokojenie. Za pewną ciekawostkę można uznać fakt, że w tym samym dniu urodziły mu się dwie córki z dwóch różnych matek, z których jedną była Helena Weigel. Zresztą pamiętał o wszystkich swoich wybrankach i wynagrodził je w sposób ściśle wymierny. W testamencie każdą z nich obdarzył którąś ze swych licznych sztuk, przekazując w spadku tantiemy z niej. Rozdział testowanych sztuk i procent tantiem orientowały doskonale w sile dawnych uczuć. Niektóre panie otrzymywały większy, inne mniejszy procent, niektóre jedną tylko sztukę, inne więcej, wreszcie były dziedziczki sztuk słabszych i rzadko grywanych obok takich, którym przekazane zostały utwory najznakomitsze, Helena Weigel, na przykład, otrzymała ich w testamentowym zapisie najwięcej, i to tych, które odnosiły na całym świecie największe triumfy, jak choćby Matka Courage. [str. 280-281]
Pojawiają się nazwiska osób wtedy znaczących, a dziś kompletnie zapomnianych oraz tych, którzy wtedy dopiero zaczynali tworzyć, ale na tyle oryginalnie, że nadal o tym pamiętamy. Vogler wspomina je przez pryzmat twórczości i osobistych relacji. I tak na przykład opisuje dwumiesięczny pobyt swój i Różewicza w Paryżu w 1957, przy czym sugeruje, że poeta wciąż liczył, że starszy i bardziej doświadczony kolega wciągnie go w wir mniej intelektualnych francuskich rozrywek.


Szczególnie interesowało mnie, jak autor oceni po latach stosunek swój i innych pisarzy do władz komunistycznych i obowiązującej ideologii. Vogler wspomina, że literaci i nie tylko oni uważali wtedy komunizm za jedyny ustrój i program polityczny, który był i jest w stanie pokonać nazizm. Niektórych otrzeźwił referat Chruszczowa, innych rok 1968, ale byli i tacy, którzy z przyczyn ideowych lub koniunkturalnych pozostali wierni partii i nie omieszkali wyciągać z tego tylu korzyści, ile się tylko dało.

Vogler zaliczał się - o ile mogę to ocenić - raczej do tych drugich (osobie niepewnej nie powierzano by tylu ważnych stanowisk i nie pozwalano by jej na zagraniczne wycieczki). Nie znam żadnego innego jego tekstu, nie czytałam jego recenzji, powieści ani dramatów, ale z zawartych tutaj wspomnień wynika, że sukces zawodowy osiągnął nie tylko dlatego, że działał - z wewnętrznego przekonania lub nie - zgodnie z obowiązującymi wytycznymi, ale też dzięki osobistym talentom i zaangażowaniu.

Przedstawiciele kultury, którzy wobec nowego ustroju prezentowali właściwą postawę i zaangażowanie, żyli sobie wtedy jak pączki w maśle, w każdym razie w porównaniu ze zwykłymi ludźmi. Można powiedzieć, że Voglerowi też się wiodło. Nie zamierzam potępiać jego postawy, bo uważam, że człowiek, któremu wojna zabrała prawie wszystko, miał prawo po jej zakończeniu urządzić się w życiu jak najwygodniej w takich warunkach, jakie zastał; oczywiście nie cudzym kosztem, ale taka niewinność jest przecież na dłuższą metę niemożliwa. 

Nie wspomina o sygnowaniu w 1953 roku słynnej Rezolucji Związku Literatów Polskich w Krakowie w sprawie procesu krakowskiego. "Autoportret" pisał na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, kiedy jeszcze o pewnych rzeczach wprost mówić nie było można, co częściowo tłumaczy dość enigmatyczny opis lub zupełnie pominięcie niektórych wydarzeń i zagadnień. Częściowo. 


Z przyjemnością wyławiałam z tekstu drobiazgi, które składały się na taką zwykłą, szarą, ale dziś już egzotyczną codzienność tamtego okresu. Wspomniany w poprzednim wpisie strach autora towarzyszący konsumpcji berlińskiej Coca-Coli. Możliwość zobaczenia nowo narodzonego dziecka dopiero po tygodniu i to z daleka, bo trzymanego przez matkę stojącą w oknie na trzecim piętrze szpitala. Wyruszanie w podróż zagraniczną z rzeczami, które zamierzano na miejscu sprzedać, żeby uzupełnić bardzo skromny zapas dewiz zdobyty w kraju. Ciekawie wypadły opisy wojenek podjazdowych między grupami pracowników teatrów albo wspomnienie wizyty w Izraelu. Z książki dowiedziałam się również, że już w latach pięćdziesiątych planowano zrobić z Kazimierza dzielnicę artystów, ale skończyło się na wybudowaniu tylko trzech budynków. W jednym z nich, przy Szerokiej, zamieszkał Henryk Vogler.

2 komentarze:

  1. Też miałam niekompletnego Voglera, ale już go sobie na szczęście uzupełniłam, tyle że lektura dopiero przede mną. Zazwyczaj czytam wspomnienia krakowskie sprzed stu lat, więc będzie to ciekawa odmiana :)
    Nawiasem mówiąc, ja rodziłam 21 lat temu i nawet wówczas nie było odwiedzin u dziecka na porodówce. Można się było zobaczyć z rodziną (i odebrać wałówkę) w korytarzu na dole, prawie ukradkiem - no ale dziecka tam nie można było przynieść. Tak że tatuś widział córę dopiero, gdy po nas przyjechał. Do dziś pamiętam, że mama, czekająca w domu, bała się podnieść pieluchę nakrywającą buzię dziecka (był mroźny styczeń), chociaż tatuś położył już becik z maluszkiem na łóżku :) Tak że sceny z odwiedzającą w szpitalu położnicę i dziecko zgrają rodziny i przyjaciół - widziałam tylko w amerykańskich filmach :)

    Sorry za offtopic, tak mi się przypomniało. A lektury Voglera jestem bardzo ciekawa. Budynek artystów przy Szerokiej znam, paskudny zresztą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Vogler urodził się w 1911 roku, zatem tom pierwszy dotyczy chyba okresu mniej więcej sprzed wieku:). Ależ ten czas leci!

      Moje informacje o oddziałach położniczych są właściwie żadne - tyle, co tam czasami zobaczę przypadkiem w telewizji. Czasami kiedy jestem u rodziców oglądam z mamą jakiś polski serial (nie znam tytułu), którego akcja toczy się w jakimś szpitalu i wśród lekarzy - to jest dopiero science-fiction.

      Usuń

"Błogosławieni, którzy nie mając nic do powiedzenia, nie ubierają tego w słowa". Z drugiej strony lubię meandrujące dyskusje, więc komentarze nie na temat również są tu mile widziane;).