Impresje

wtorek, 21 maja 2013

LAMPART

Tytuł: Lampart (Il Gattopardo)
Pierwsze wydanie: 1958
Autor: Giuseppe Tomasi di Lampedusa
Tłumaczenie: Zofia Ernstowa
Wydawnictwo: PIW
Seria: KIK
ISBN: 83-06-01741-2
Stron: 232
Ocena: 5/5
SPOILERY

Już po przeczytaniu kilku akapitów "Lamparta" uświadomiłam sobie, że tym razem obcuję z Literaturą - właśnie tak, przez duże L. Wprawdzie Giuseppe Tomasi di Lampedusa jest autorem tylko tej jednej powieści (która w dodatku ukazała się dopiero po jego śmierci), ale dojrzałości literackiej mógłby mu pozazdrościć niejeden uznany pisarz.

Ujęła mnie łatwość (zapewne pozorna), z jaką Lampedusa tworzył sceny tak wyraziste i malownicze, że nawet mnie, osobie niemal pozbawionej wyobraźni przestrzennej i zupełnie wypranej z jakichkolwiek zdolności plastycznych, zdawało się niekiedy, że czytam o obrazie, który wisi na ścianie przede mną. Tym tropem poszedł też chyba Luchino Visconti - wiele ujęć ekranizacji  "Lamparta", którą wyreżyserował, można z powodzeniem przenieść na płótno (lub wydrukować), oprawić i podziwiać. 

Nie mogła nie przypaść mi do gustu tematyka powieści. Lubię schyłkowość - w literaturze i w filmie. Akcja "Lamparta" rozgrywa się w dużej mierze na początku lat sześćdziesiątych XIX wieku, w okresie walk o zjednoczenie Włoch. Główną postacią jest książę Fabrizio Corbera i to na przykładzie losów jego rodu, rodu Salina, Lampedusa opisał koniec pewnej epoki i początek nowej. Arystokracja powoli traci na znaczeniu, jej miejsce (i źródła dochodów) przejmują sprytni dorobkiewicze, którzy w porę się zorientowali i poparli zmiany.
"To wszystko nie powinno trwać, a jednak trwać będzie zawsze; oczywiście w ludzkim pojęciu "zawsze" - wiek, dwa, a potem będzie inaczej, ale gorzej. My byliśmy Lampartami i Lwami, zastąpią nas szakale i hieny; i wszyscy: lamparty, szakale, hieny, będziemy się uważali w dalszym ciągu za sól ziemi." [str. 155]
Arystokraci mogli biernie obserwować rozwój wydarzeń zza murów otaczających ich pałace albo wziąć udział w tworzeniu nowego porządku i czuwać, żeby nie odbiegał zanadto od starego. Czterdziestopięcioletni książę Salina wybrał tę pierwszą postawę. Czynne uprawianie polityki nie licowało z jego subtelnym intelektualizmem i dobrym smakiem. Zadowalał się trafnym przewidywaniem rozwoju wypadków, zaskakiwało go tylko tempo zmian. Podziwiał swojego siostrzeńca, Tancreda Falconeri, który na przewidywaniach nie poprzestawał, przeciwnie - starał się być stale w centrum wydarzeń. To właśnie Tancredi wypowiada kluczowe (a w każdym razie bardzo często cytowane) zdanie:
Jeśli chcemy, by wszystko pozostało tak, jak jest, wszystko musi się zmienić. [str. 25]
Zakłada czerwoną koszulę i bierze udział w wyprawie tysiąca Garibaldiego, której celem było obalenie dynastii Burbonów i przyłączenie Królestwa Obojga Sycylii do Włoch, potem wstępuje do regularnej armii nowego króla Wiktora Emanuela II, a z czasem otrzymuje tytuł księcia i prestiżowe stanowisko ambasadora. Równie umiejętnie lokuje swoje uczucia - poślubia piękną Angelikę Sedàra, której ogromny posag rekompensował wyjątkowo złe koneksje i umożliwiał Tancredowi zdobycie wyżej wymienionych zaszczytów, które w minionym porządku społecznym otrzymałby pewnie ze względu na swoje pochodzenie.

Ci członkowie rodu Salina, którzy postanowili trzymać głowy wysoko i nie pospolitować się z nuworyszami, zapłacili za to utratą części majątku i prestiżu. Widać to wyraźnie w ostatnim rozdziale powieści, w którym czytamy o trzech starych już (mamy 1910 rok) i niezamężnych córkach księcia Fabrizia, kurczowo trzymających się resztek dawnej świetności. Przy czym okazuje się, że to, co tak wytrwale pielęgnowały, to fałsz i imitacja. Doprawdy, autor obszedł się z pannami Salina wyjątkowo okrutnie, zwłaszcza z Concettą, meblując jej pokój wszystkimi niespełnionymi marzeniami (szczegóły - w książce). W tej właśnie części szczególnie widać, jak subtelnie, nienachalnie Lampedusa posługuje się symbolami. 

Również przedostatni rozdział nie dotyczy wydarzeń z lat sześćdziesiątych XIX wieku; w całości traktuje o śmierci księcia w 1883 roku. Don Fabrizio ma świadomość bliskiego końca i robi bilans swojego życia, próbuje "wydobyć z olbrzymiego kopca popiołu pasywów złote słomki szczęśliwych chwil" [str. 205].
"Mam siedemdziesiąt trzy lata, z czego licząc  z grubsza żyłem, naprawdę żyłem w sumie dwa... co najwyżej trzy lata. A cierpienia, nuda - ile tego było? Nie warto silić się na obliczenia: cała reszta - siedemdziesiąt lat! [str. 207]
Warto by było przytoczyć ten rozdział w całości - świetna proza o odchodzeniu.

***

"Lampart" to z jednej strony uniwersalna opowieść o upadku starego porządku i budowaniu nowego, ale wszystko to dzieje się w bardzo konkretnym miejscu i czasie, które Lampedusa precyzyjnie i malowniczo opisuje. Sporo miejsca poświecił wyjaśnieniu, dlaczego Sycylia - niemal pionowo padające promienie słoneczne, historia, krajobraz - jest miejscem tak wyjątkowym, determinującym w dużym stopniu życie mieszkańców, którzy mogą wyzwolić się spod jej wpływu tylko pod warunkiem, że opuszczą wyspę przed ukończeniem dwudziestu lat. Opisy przyrody są po prostu świetne - kilka przytoczyłam na końcu wpisu.


Skoro spodobały mi się nawet opisy przyrody, to oczywiste jest, że i styl autora musiał mi przypaść do gustu. Podobno "Lampart" stylizowany jest na powieść dziewiętnastowieczną. W 1958 roku jego "klasyczność" musiała budzić zgorszenie wśród krytyków.
Narracja jest trzecioosobowa, śledzimy wydarzenia z punktu widzenia księcia Salina (oczywiście nie dotyczy to ostatniego rozdziału), nurzamy się w tym wieku dziewiętnastym, ale kilka razy autor wyskakuje z anachronicznym porównaniem w rodzaju:
znowu zaskoczyło go zawrotne tempo historii; wyrażając się bardziej nowocześnie, powiemy, że [...] don Fabrizio poczuł się jak współczesny człowiek, który myśląc, że siada do samolotu starego typu kursującego między Neapolem a Palermo, nagle zdaje sobie sprawę, że znalazł się w samolocie ponaddźwiękowym, którym doleci do celu swojej podróży, zanim jeszcze zdąży się przeżegnać. [str. 82]
Nie, nie, nie. Nie spodobały mi się tego rodzaju metafory i odautorskie aluzje. Niszczyły na chwilę klimat; to jedyna wada, jaką dostrzegam w tej powieści. No, może przyczepię się jeszcze do tego, że podróż ojca Pirrone (rozdział piąty) do rodzinnego domu burzy nieco kompozycję - przechodzimy z arystokratycznego świata i jego problemów polityczno-filozoficznych do nieplanowanej i pozamałżeńskiej ciąży siostrzenicy księdza.

Mimo tych drobiazgów powieść podobała mi się ogromnie. Przeczytałam ją (dwa razy) w tłumaczeniu Zofii Ernstowej, po czym dowiedziałam się, że kilka lat temu ukazało się nowe - Roberta Kasprzysiaka. Myślę, że warto mieć oba. Polecam również wspomniany już film Viscontiego, ale raczej po lekturze. Pojawia się on w różnych wersjach - ja widziałam tę trochę przyciętą, mniej więcej trzygodzinną, z dialogami po włosku. Ostrzegam: już podczas seansu nachodzi człowieka ochota, żeby polecieć na Sycylię. Piękny film. W starym stylu, ale piękny. Kilka fotosów:

Burt Lancaster jako książę Salina (źródło)

Claudia Cardinale jako Angelika Sedàra (źródło)

Alain Delon jako Tancred Falconeri (źródło)

(źródło)

Bal (źródło)

***   ***   ***

I na koniec kilka opisów:
Wenus błyszczała jak ziarnko wyjęte z winnego grona, przezroczyste i wilgotne, lecz zdawało się, że już słychać furkot słonecznej kwadrygi podjeżdżającej stromą drogą do linii horyzontu; niedługo potem napotykali pierwsze stada, popędzane kamieniami przez bosych pasterzy, sunące naprzód leniwie jak mętne wody przypływu; wełniste grzbiety owiec były miękkie i różowe w pierwszym brzasku jutrzenki; po drodze trzeba było uśmierzać gwałtowne zatargi wyżłów z psami owczarskimi; po tych ogłuszających przerwach w marszu, skręcali zboczem wzgórza i zagłębiali się w odwieczną ciszę pasterskiej Sycylii. Nagle wszystko oddalało się nieskończenie w przestrzeni i bardziej jeszcze w czasie. Donnafugata ze swoim pałacem, ze swymi nowobogackimi była odległa zaledwie o dwie mile, lecz jej wspomnienie spłowiało jak dalekie krajobrazy widywane czasem przez wylot tunelu kolejowego; jej troski i przepych wydawały się jeszcze mniej ważne, niż gdyby należały do przeszłości, bo w porównaniu z tym niezmienionym od wieków ustroniem zdawały się być dopiero sprawą przyszłości, nie czymś z kamienia i ciała, ale czymś wysnutym z przędzy marzeń, owocem jakiejś utopii wykołysanej przez wiejskiego Platona; wystarczyłby drobny przypadek, żeby to wszystko uległo zmianie albo przestało istnieć. Tak więc pozbawione tej odrobiny dynamiki, jaką zachowuje w sobie wszystko, co należy już do przeszłości, te troski i ten przepych Donnafugaty nie mogły już przyprawiać o udrękę. [str. 77]
***
Skoro dotarli na szczyt góry, rzadko porośnięty tamaryszkiem i drzewami korkowymi, ujrzeli przed sobą krajobraz prawdziwej Sycylii, w porównaniu z którym barokowe miasta i gaje pomarańczowe są niczym; był to krajobraz wyżarty słońcem, falisty; niezliczone nagie, niemal nierzeczywiste wzgórza ciągnęły się jedno za drugim, bez końca. Niemożliwością było wyobrazić sobie, jak wyglądały ich kontury w natchnionym momencie stworzenia: przypominały morze, które skamieniało nagle, w chwili gdy raptowna zmiana wiatru zakotłowała fale. Donnafugata, skulona, kryła się w jakimś bezimiennym załamku terenu i nie było widać żywej duszy, jedynie rzędy krzewów winnej latorośli wskazywały na obecność człowieka. Z jednej strony, za linią wzgórz, widniała kryształowa plama w kolorze indygo: morze, bardziej jeszcze jałowe od ziemi. [str. 85-86]
***
W sinym świetle godziny piątej rano Donnafugata ziała pustką i przedstawiała rozpaczliwy widok. Przed każdym domem wzdłuż trędowatych murów walały się resztki nędznego jadła; trzęsące się psy pożerały je z nigdy nie nasyconą łapczywością. Niektóre drzwi były już otwarte i smród stłoczonych na noc w ciasnych izbach ludzi dolatywał na ulicę; w chybotliwym świetle lamp matki spoglądały na powieki chorych na egipskie zapalenie oczu dzieci; większość tych kobiet była w żałobie, niektóre były żonami owych widm napotykanych znienacka na zakrętach opustoszałych dróg. Mężczyźni brali w ręce motyki i szli na poszukiwanie tych, którzy, jeśli Bóg pozwoli, zechcą im dać pracę. Głuchą ciszę przerywały od czasu do czasu piskliwe wrzaski histerycznych głosów. Od strony klasztoru Santo Spirito cynowy świt zaczynał podświetlać ołowiane chmury. [...]
Chevalley wsiadł do pocztowego dyliżansu, którego koła miały kolor wymiotów. Wychudzona, pokryta bliznami szkapa ruszyła w daleką drogę.
Dzień wstał zaledwie: tej odrobinie światła, której udało się przedrzeć przez zasłonę chmur, stanęły z kolei na przeszkodzie niewiarygodnie brudne szyby. Chevalley jechał sam; podskakując i odbijając się na wszystkie boki, poślinił czubek wskazującego palca i przetarł mały skrawek szyby. Wyjrzał - przed nim w świetle koloru popiołu podrygiwał nieuchwytny krajobraz, dla którego nie było odkupienia. [str. 154-155]

17 komentarzy:

  1. Zatrzymałem się na pierwszym akapicie (napis ostrzegawczy "SPOILERY" mnie odstraszył) - potwierdził on wcześniej zasłyszane opinie o tej książce. "Lampart" czeka u mnie na półce. Plan do zrealizowania: przeczytać jeszcze w 2013 :]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mój egzemplarz był z biblioteki, przeczytałam go dwa razy, ale jednak też chcę mieć tę powieść na własność - najlepiej w obu tłumaczeniach. Moja rada: na lekturę "Lamparta" zarezerwuj sobie jakiś spokojny dzień albo ze dwa, trzy popołudnia. Może przy okazji jakiejś fali upałów - wtedy pewnie lepiej zrozumie się opisanych w powieści Sycylijczyków:).

      Usuń
  2. Ja czytałam "Lamparta" kilka tygodni temu - wspaniała książka.

    Ponieważ widziałam wcześniej film to fabuła mnie jakoś specjalnie nie zaskoczyła - wiedziałam jak się skończy;) I nawet opisy przyrody (których serdecznie nie lubię) mi nie przeszkadzały.

    Szkoda, że "Lampart" to dzisiaj już książka właściwie zapomniana...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie opisy przyrody nie tylko nie przeszkadzały, mnie się one, jak chyba żadne inne, ogromnie spodobały.

      Nie wydaje mi się, żeby o "Lamparcie" zapomniano już ze szczętem. W końcu kilka lat temu pojawiło się nawet nowe tłumaczenie tej powieści, pod zmienionym tytułem "Gepard". To chyba tylko blogach dominują nowości.

      Usuń
  3. Myślisz, że "Lampart" nadawałby się do klubu dyskusyjnego?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szczerze mówiąc: nie wiem. Wydaje mi się, że "Lampart" to raczej powieść do powolnego smakowania, choć można, oczywiście, roztrząsać, czyj wybór był lepszy: księcia czy Tancreda.

      Usuń
    2. Nie jest to chyba książka wystarczająco kontrowersyjna - wszystkie opinie na jej temat, jakie czytałam, były pozytywne, często entuzjastyczne.

      Usuń
    3. Otóż to. Dobry poziom książki nie gwarantuje ożywionej dyskusji.;(

      Usuń
  4. Zachęciłaś mnie, z przyjemnością zabiorę się za tę książkę. Szczerze mówiąc, wstyd mi, że jeszcze jej nie przeczytałam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niepotrzebnie. Nie ma na świecie człowieka, który przeczytałby wszystkie warte tego książki,

      Usuń
  5. Świetna książka, trochę przyprószona kurzem, jak to klasyka, ale zupełnie niesłusznie. Aż szkoda, że Lampedusa nie napisał niczego więcej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Napisał jeszcze jakieś opowiadania i eseje o literaturze francuskiej i angielskiej - wydane również w Polsce.

      Usuń
  6. U mnie już bardzo bardzo długo czeka na półce, ech muszę wreszcie po nią sięgnąć:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie będziesz żałować:).

      Usuń
    2. Kusisz bardzo, wysunę ją sobie do pierwszego rzędu:)

      Usuń
  7. Bardzo się cieszę, że kolejna osoba zarażona "Lampartem: pojawiła się w blogosferze :)

    OdpowiedzUsuń

"Błogosławieni, którzy nie mając nic do powiedzenia, nie ubierają tego w słowa". Z drugiej strony lubię meandrujące dyskusje, więc komentarze nie na temat również są tu mile widziane;).