Impresje

czwartek, 21 października 2010

POKÓJ LUDZIOM DOBREJ WOLI...

Tytuł: Pokój ludziom dobrej woli... Teksty niewydane
Autor: Leopold Tyrmand
Pierwsze wydanie w formie książkowej: 2010

Wydawnictwo MG
ISBN: 978-83-61297-90-1
Seria: Biblioteka wykształciucha
Stron: 204

Ocena: 3+/5


"Pokój ludziom dobrej woli..." oraz kilka innych książek Leopolda Tyrmanda ("Filip", "Życie towarzyskie i uczuciowe", "Dziennik 1954", "Siedem dalekich rejsów") otrzymałam od Wydawnictwa MG, za co bardzo dziękuję! Uwielbiam dostawać książki:).

"Pokój ludziom dobrej woli" zawiera teksty publikowane wcześniej tylko w polskiej prasie, a teraz wydane po raz pierwszy w formie książkowej. Najstarszy pochodzi z 1944 roku, najmłodszy - z 1963. 

Opowiadania z lat czterdziestych dotyczą II wojny światowej i, jak sądzę, są w pewnej mierze (choć kto wie jak dużej, w końcu kto jak to, ale Tyrmand potrafił się kreować) oparte na osobistych przeżyciach i wspomnieniach autora. 
Leopold Tyrmand nie był żołnierzem, partyzantem, ani powstańcem. Na początku wojny wyjechał do Wilna. Latem 1940 roku (po wkroczeniu do miasta wojska radzieckich) podjął pracę w wydawanym po polsku dzienniku pod znaczącym tytułem "Prawda Komsomolska", w którym zajmował się tematyką sportową i kulturalną, ale też publikował teksty polityczno-propagandowe. Ja osobiście nie mam mu tego za złe. Była wojna, chciał ją jakoś przetrwać, a w jego przypadku było to jeszcze o tyle trudniejsze, że był żydem; rodziców Tyrmanda wywieziono do Majdanka, gdzie zginął jego ojciec. 
Jesienią 1940 roku Leopold Tyrmand nawiązał kontakt (cokolwiek to znaczy) z AK, a w kwietniu 1941 roku został aresztowany przez NKWD i skazany na 8 lat więzienia za przynależność do antyradzieckiej organizacji. Udało mu się wraz z kolegą uciec ze zbombardowanego przez Niemców transportu kolejowego i wrócić do Wilna. Zdobył dokumenty stwierdzające, że jest obywatelem francuskim i zgłosił się dobrowolnie do pracy w Niemczech. Imał się tam bardzo różnych zajęć, m.in. był kelnerem, tłumaczem i marynarzem. W 1944 roku próbował przedostać się ze statku, na którym pracował, do neutralnej Szwecji, został jednak schwytany i osadzony w obozie koncentracyjnym w Grini na terenie Norwegii, gdzie przebywał do końca wojny. Tyle mniej więcej wyczytałam w Wikipedii
Można zatem powiedzieć, że wojnę przetrwał w dość nietypowy sposób.
Trzy opowiadania traktują właśnie o pracy na statku. Bohater tekstu "Błyskawicę" słychać w Oslofiordzie  należał do załogi remontowanego w pobliżu Oslo niemieckiego statku, kiedy w Warszawie wybuchło powstanie.
W oficerskiej messie był aparat, zaś w godzinach popołudniowych i wieczornych oficerowie spali albo jechali do Oslo na dziewczynki. Już tego samego popołudnia słuchałem Londynu. "Tu mówi Londyn" - donosiło obszernie, optymistycznie i podniośle. W komunikaty oficjalne wplecione były apele członków rządu, cytowane wypowiedzi anglosaskich mężów stanu, odezwa Mikołajczyka i raporty Delegata na kraj. Wszystko nastrajało dobrze. Na koniec dowiedziałem się, że radiostacja powstańcza "Błyskawica" nadaje codziennie na krótkich falach. Nazajutrz wymacałem i słuchałem już "Błyskawicy". Wypucowana messa oficerska i widniejący przez iluminator szarozielony fiord, zalane słońcem stalowobłękitne niebo i fioletowe góry - wszystko to utonęło w kurzu walących się kamienic. Świeżość i spokój norweskiego krajobrazu stłamsił skwar sierpniowej walki ulicznej, huk bomb, pot zalewający oczy pod hełmem, biała chmura tynkowego pyłu zranionej ulicy. Tak odbijało się to na ekranie wyobraźni, a przecież wyobraźnia była jedyną dziedziną przeżywania, gdy z uchem przy głośniku chłonąłem pierwsze dni Powstania.
- Dlaczego mnie tam nie ma? - kołowało bezustannie w mózgu i nie dawało spać w nocy. [str. 10-11]
Te "wojenne" opowiadania nie są złe, ale i jakieś wyjątkowe też nie. Może zresztą o osobistych przeżyciach z tego okresu nie można było, nie wypadało wtedy pisać w sposób wyszukany. Metafory były zbędne, wystarczyło odtworzyć rzeczywistość.

Potem następują dwie relacje z wycieczek Tyrmanda do Trójmiasta i na Mazury, obie były zamieszczone w Tygodniku Powszechnym w 1952 roku. Pierwsza przypomina artykuł z pisma o podróżach (niepozbawiony jednak nieco złośliwych obserwacji obyczajowych),  druga jest trochę bardziej osobista. Z obu wynika, że Tyrmand wyjeżdżał z Warszawy tylko po to, aby z ulgą do niej wrócić.
Z kolei we fragmentach Listu do Amandy (w tłumaczeniu Henryka Dasco) przekonuje adresatkę o korzyściach płynących z noszenia biustonoszy, który to zwyczaj w owych czasach zdawał się zanikać (przynajmniej w Stanach). Tyrmand miał chyba jakiś dziwny stosunek do kobiet...

Dalej mamy dwa dłuższe teksty: Niebo, określone jako "projekt scenariusza" (chyba filmowego) oraz Polacy czyli pakamera, Komedia w 3 aktach. Wydaje mi się, że dopiero w nich zaznacza się literacki talent autora, przede wszystkim umiejętność zarysowania postaci za pomocą kilku zdań.
Zakład fryzjerski pana Cepurskiego. Pan Cepurski goli klienta, niejakiego Codziennego, tramwajarza. Codzienny jest totumfacki z powołania, lizus, plotkarz, tak zwany kumpel wszystkich; uosabia pewne cechy - nie najlepsze co prawda - "ludu Warszawy", jego gadatliwość, blagierstwo, skłonność do wyssanych z palca, najbrudniejszych oczernień i przeinaczeń. Codzienny pomstuje na niebo*: że krzyki, że hałasy po nocy, awantury nie dają spać spokojnym ludziom, idącym wczesnym rankiem do uczciwej pracy. Cepurski słucha spokojnie; jest to facet o pewnych zewnętrznych cechach fryzjerskiej, groteskowej elegancji - w istocie rzeczy łatwo w nim od razu rozeznać stalowy charakter, moc i potęgę osobowości. Fryzjerski polor kryje duszę zbira, zresztą Cepurski nie zadaje sobie zbytniego trudu, aby ukryć swą prawdziwą naturę (...) [str. 82, Niebo]
*"Niebem" nazywano zrujnowane w trakcie wojny ostatnie piętra pewnej kamienicy, jedyne miejsce, do którego młodzi ludzie mogli na chwilę uciec z przepełnionych mieszkań, aby znaleźć trochę przyjemności.
Miejsce akcji i niektórzy bohaterowie tego scenariusza wydawali mi się jakby wprost przeniesieni z piosenek Stanisława Grzesiuka (jeszcze nie miałam okazji czytać jego książek).

Oba teksty ukazały się na początku lat sześćdziesiątych, czyli już po sukcesie "Złego" i po zatrzymywaniu przez cenzurę nowych powieści Tyrmanda oraz wznowień poprzednich. Myślę, że w jakimś stopniu odzwierciedlają jego wewnętrzną frustrację. I w Niebie, i w Pakamerze jednostki wydają się zupełnie przytłoczone okolicznościami i innymi ludźmi, w przenośni i dosłownie (problemy mieszkaniowe w powojennej Warszawie). Samotnie można co najwyżej cierpieć, tego jeszcze nie uregulowano stosownymi przepisami (może władza nie przewidywała, że obywatel socjalistycznego państwa może popaść w taki stan); każda inna sfera życia dzieje się w kolektywie, z kolektywem, dla kolektywu. A towarzystwo to raczej nieprzyjemne.
ELIGIUSZ Jesteśmy narodem łgarzy, wałkoniów, blagierów, chętnych do łatwych, niepotrzebnych przestępstw, do głupawego kaleczenia się nawzajem, do wykroczeń przeciw rozsądkowi ustanowionemu przez ludzi i do podejmowania się wszystkiego, czego nie potrafimy i o czym nie mamy pojęcia... Jesteśmy nafaszerowani zawiścią i tępotą, najohydniejsze przeinaczenie jest dla nas sądem o bliźnich. Jesteśmy biedni, jesteśmy jak wszyscy ludzie. Walą się nam ciągle na głowę nieszczęścia. Nieszczęścia nie są żadnym powodem do dumy, a my jesteśmy z nich dumni, co jest najlepszym dowodem naszej bezmyślności i naszego bolesnego człowieczeństwa... [str. 202, Polacy czyli pakamera]
Sytuacja musiała być trudna zwłaszcza dla części artystów, którzy w końcu otrzeźwieli i poznali się na nowym systemie.
BRATEK (...) Przyzna pani, że pisanie wierszy, reżyserowanie filmów lub malowanie obrazów nie ma dziś nic wspólnego z ostrym ruszaniem głową. Co najwyżej z szybkim ruszaniem karkiem. [str. 115, Polacy czyli pakamera]
Ale i tzw. szaremu obywatelowi nie było łatwo. Problemy zaopatrzeniowe, problemy mieszkaniowe, problemy polityczne, problemy osobiste; ogólna hipokryzja, konieczność "załatwiania" absolutnie wszystkiego, złodziejstwo, pijaństwo i powszechny "tumiwisizm", chyba że chodzi o własną korzyść - wtedy do celu dąży się choćby po trupach (zniszczenie jednostki nie osłabia wszak kolektywu). No cóż, "byt kształtuje świadomość", a warunki bytowe były takie, a nie inne.

***   ***   ***

O ile opowiadania pozostawiły mnie raczej obojętną, o tyle spodobały mi się Niebo i (zwłaszcza) Pakamera. To ciekawe obrazki obyczajowe z epoki znanej mi tylko ze starych seriali i filmów, które ówczesną rzeczywistość przerysowywały, bo trochę prawdy można było przemycić tylko pod płaszczykiem groteski i pastiszu. Tak właśnie jest w Pakamerze - niby komedia, a jednak... gorzka.

Żaden z tych utworów z pewnością nie jest arcydziełem, ale przeczytać warto. Myślę, że w następnej kolejności sięgnę po "Dziennik 1954".

4 komentarze:

  1. Nie jest to moja tematyka, ale autor ten ostatnio zrobił się na blogach bardzo popularny, do tego moja promotorka na każdych zajęciach go cytuje, więc nie wykluczam, że spróbuję znaleźć jakąś jego pozycję.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja na pewno sięgnę po kolejne jego książki (zwłaszcza że mam je już na półce;)). Chcę się dowiedzieć, dlaczego wzbudzał kiedyś tyle kontrowersji. Przecież nie mogło chodzić tylko o bikiniarski sznyt.

    OdpowiedzUsuń
  3. "bikiniarski sznyt"? Tyrmand miał bliznę od noszenia bikini? To musiało wzbudzać kontrowersje w PRL-u.

    OdpowiedzUsuń
  4. Skarbciu Ty mój, nie kompromituj się;))).

    OdpowiedzUsuń

"Błogosławieni, którzy nie mając nic do powiedzenia, nie ubierają tego w słowa". Z drugiej strony lubię meandrujące dyskusje, więc komentarze nie na temat również są tu mile widziane;).