Impresje

piątek, 6 marca 2015

PANIE Z CRANFORD

Tytuł: Panie z Cranford (Cranford)
Pierwsze wydanie: 1851
Tłumaczenie: Aldona Szpakowska

Wydawnictwo Świat Książki
Seria Angielski Ogród
ISBN: 978-83-7943-479-4 
Stron: 205


Rzadko piszę tutaj o fizycznych walorach książek, przecież liczy się przede wszystkim treść, ale seria "Angielski ogród" jest naprawdę przepiękna. Gdyby nie to, że na półkach mam już - tylko że w starych, brzydszych wydaniach - prawie wszystkie powieści, które się w jej ramach ukazały, kupiłabym sobie stopniowo całą serię. Jeśli jednak ktoś dopiero zaczyna przygodę z klasyką literatury angielskiej, a właściwie z klasyką angielskiego romansu (z wieloma wątkami obyczajowymi), to proponuję sięgnięcie właśnie po "Angielski ogród".

Ja zdecydowałam się na "Panie z Cranford", bo bardzo mi się spodobał serial BBC będący adaptacją m.in. tej powieści. Właściwie trudno powiedzieć, czy jest to powieść, czy może raczej zbiór opowiadań, skłaniam się ku tej drugiej opcji, zwłaszcza że teksty z tej książki ukazywały się swego czasu w odcinkach w magazynie "Household Words".

Tytułowe Cranford było (fikcyjnym) małym, prowincjonalnym angielskim miasteczkiem, do którego wszelkie nowinki i rewolucje docierały na samym końcu i były niemile widziane. Nie mogło inaczej być, skoro o wszystkim decydowało tu wąskie grono wdów i niezamężnych panien w wieku nieco więcej niż średnim, które rozrzutność i uleganie modom uznałyby za zachowanie niegodne damy, nawet jeśli dama mogłaby sobie na takie ekstrawagancje pozwolić. One nie mogły, ale donaszały stare suknie i czepki z naturalnością i powagą.
Stroje pań cechuje całkowita niezależność od mody. Powiadają: "Cóż to ma za znaczenie, jak się ubieramy tutaj, gdzie nas każdy zna?". A kiedy wyjeżdżają z domu, ich rozumowanie jest równie logiczne: "Cóż to ma za znaczenie, jak się ubierzemy tam, gdzie nas nikt nie zna?". [str. 6]
Niewiele się tu działo, toteż każde nawet pozornie błahe wydarzenie omawiano pod wszystkimi możliwymi kątami i w różnych konfiguracjach towarzyskich. Panie kranfordzkie* nie były, mówiąc naprawdę oględnie, intelektualistkami i każdy poza nimi samymi uznałby ich konwersacje za niemożebnie nudne i bezprzedmiotowe. W tak małym kółku siłą rzeczy dochodziło niekiedy do drobnych niesnasek czy słownych utarczek, ale te szybko przemijały; zresztą damy te były w gruncie rzeczy dobrymi kobietami, choć ówczesny savoir-vivre czasami utrudniał im okazywanie tego.

Narratorką opowiadań jest panna Mary Smith, która przez pewien czas mieszkała w Cranford, a później utrzymywała korespondencję ze znajomymi paniami i od czasu do czasu składała im dłuższe wizyty. Znała zatem dobrze lokalne stosunki, ale też potrafiła spojrzeć na wszystko bardziej obiektywnie, z przymrużeniem oka, trochę nawet złośliwie, choć przez pryzmat sympatii do przyjaciółek. 

Książka nie obfituje w fabularne fajerwerki i zrazu** trochę się nudziłam czytając (zwłaszcza że oglądałam wcześniej serial), ale wtedy zaczęłam zwracać uwagę na opisywane przez Gaskell detale życia codziennego kranfordzkich pań i te szczegóły mnie, muszę przyznać, zafrapowały. 

W połowie XIX wieku nadal o pozycji towarzyskiej decydowało pochodzenie i koligacje, przynajmniej wśród pań z prowincji, które należały - mniej więcej - do tego samego pokolenia co Jane Austen. Ich dochody pochodziły na ogół z niewielkiego kapitału ulokowanego w banku, więc choć rzadko mogły sobie pozwolić na jedwabną suknię, chętnie i często szafowały snobizmem. Zajmowały się robótkami, wizytami, oglądaniem nowych towarów w sklepie, dbaniem o moralność swoich służących. Jeśli czytały, to zwykle Biblię albo kazania, ale chyba nieuważnie, skoro nawet po latach tych lektur ortografia sprawiała im problemy, co niestety znajdowało odzwierciedlenie w ich korespondencji. Miewały w domu książki, często odziedziczone po ojcu lub innych krewnych, ale nie nauczono ich ciekawości świata, może poza zainteresowaniem plotkami z życia wyższych sfer odległego Londynu. 
Zrozumienie prawniczego albo bankowego pisma znacznie przekraczało ich możliwości*** - zwróciłam na to uwagę już podczas czytania "Północy i Południa", ale nie sądziłam, że ignorancja Edith nie była wyjątkiem, ale regułą. A przecież kuzynka Margaret reprezentowała już późniejsze pokolenie, w dodatku nie była starą, ubogą panną z prowincji, ale młodą i zamożną mężatką z Londynu; mimo to skupiona była wyłącznie na synku i na tym, żeby urządzane przez nią przyjęcia okazywały się towarzyskim sukcesem. Toteż kiedy trzeba było podjąć decyzję w sprawach finansowych lub prawnych, panie zmuszone były do poproszenia o radę panów, zwykle z nimi spokrewnionych. Tylko panna Debora Jenkyns miała na tyle silną i bezkompromisową osobowość, żeby samodzielnie wybrać bank, w którym ulokowała oszczędności swoje i siostry, ale dobrze się to nie skończyło.
Tak wychowywano dawniej kobiety i strach pomyśleć, że nadal są takie miejsca na świecie, gdzie z premedytacją powiela się tego rodzaju metody.

Nielicznych kranfordzkich panów również obowiązywały pewne pisane i niepisane ograniczenia, ale im łatwiej wybaczano wykroczenia przeciwko etykiecie, których naprawdę trudno było uniknąć, skoro za powód do wstydu panie z Cranford uznały pomoc, jakiej kapitan Brown (postać stosunkowo nowa w miasteczku) udzielił ubogiej staruszce: było ślisko, więc pomógł jej zanieść garnek z jedzeniem do jej domu. Nie wiem, na czym miałaby polegać niewłaściwość tego uczynku: czy chodziło o to, że do zdarzenia doszło w niedzielę, a może o spoufalanie się z niższą sferą? W każdym razie panie spodziewały się, że następnego dnia złoży im wszystkim wizyty i przeprosi za swoje zachowanie, a kiedy jednak tego nie zrobił, były bardzo zdziwione. 

W "Północy i Południu" Gaskell pisała między innymi o wpływie rozwoju przemysłu na mentalność angielskiego społeczeństwa i, jak sądzę, opowiedziała się raczej po stronie świadomych konieczności zmian fabrykantów i robotników, mimo że do nieodległej przeszłości odczuwała najwyraźniej duży sentyment. Podobno Cranford bardzo przypomina prawdziwe miasteczko Knutsford, w którym pisarka spędziła sporo czasu jako dziecko. To widać, bo nawet staroświeckie śmiesznostki opisała lekko, z humorem i sympatią. Wolę styl opowiadań Gaskell niż styl jej powieści.


* Taka pisownia tego przymiotnika występuje w książce.
** Warto pamiętać o starych słowach.
*** Więcej na ten temat w poprzednim wpisie.

4 komentarze:

  1. Faktycznie, wydanie książki jest piękne, też zwróciłam na nie uwagę. Tylko - czy to aby nie jest nudne?
    Zmagam się teraz po raz drugi z "Północ - POłudnie" i strasznie mnie nuży ta lektura. Mam podobne odczucia jak Karol Dickens :)))
    Więc jak jest z tym Cranford?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mój stosunek do tej książki jest "spaczony" przez serial, w którym postaci wymyślone przez Gaskell zostały fantastycznie zagrane i ożywione przez świetnych angielskich aktorów, więc trudno mi się obiektywnie wypowiedzieć. "Cranford" to opowiadania, więc to się na pewno tak nie ciągnie jak powieści tej autorki. Raczej nie jest to najważniejsze dzieło Gaskell, ale zapewne świetnie się bawiła, pisząc je, i to widać.

      "Północ i Południe" to książka znacznie ciekawsza, jeśli potraktuje się ją "socjologicznie", jako próbę uchwycenia atmosfery Anglii z czasów społecznego i gospodarczego przełomu. Nie ma się co nastawiać na wciągający wątek romantyczny, który momentami jest - owszem - niezły, ale w ostatecznym rozrachunku nieprzekonujący.

      Usuń
  2. Zaczęłam wczoraj Cranford i, jak zaznaczyłaś w recenzji, napisane jest wspaniale - życzliwie i uszczypliwie jednocześnie. Cieszę się, że się w końcu, po części dzięki Twojemu wpisowi, skusiłam. Tym bardziej, że wydanie, rzeczywiście bardzo porządne :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmmm, określenie "wspaniale" w moim wpisie nie padło, rezerwuję je dla książek, które uważam za arcydzieła, ale "Panie z Cranford" to rzeczywiście przyjemna lektura i miło mi, że mamy na jej temat podobne zdanie:). Zdaję sobie sprawę z tego, że nie wszystko, co tutaj pochwalę, musi się zaraz spodobać innym osobom, ale do tej pory nikt jeszcze reklamacji nie składał;).

      Usuń

"Błogosławieni, którzy nie mając nic do powiedzenia, nie ubierają tego w słowa". Z drugiej strony lubię meandrujące dyskusje, więc komentarze nie na temat również są tu mile widziane;).