Impresje

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Seriale: "Cranford" i "Północ i Południe"

Wielbicielką stylu Elizabeth Gaskell na pewno nie zostanę, ale muszę pochwalić dwie ekranizacje jej twórczości, dokładniej: dwa seriale. Oba powstały w ubiegłej dekadzie i może wszyscy oprócz mnie już dawno je widzieli, ale dla mnie to było małe odkrycie:). 

Najpierw obejrzałam "Cranford", mimo że książek jeszcze nie czytałam. W moim przypadku to kolejność trochę nietypowa. Są dwa sezony: pierwszy składa się z 5 odcinków, a drugi z dwóch dłuższych. Pierwszy podobał mi się o wiele bardziej, kolejny wydał mi się kręcony trochę na siłę. W serialu gra plejada fantastycznych aktorów: Judy Dench, Eileen Atkins, świetna Imelda Staunton... właściwie powinnam wymienić całą obsadę.
Fabułę można streścić następująco: małe angielskie miasteczko (plus dwór) w obliczu nieuchronnie zbliżającej się nowoczesności, której najbardziej sugestywną, bliską i groźną emanacją staje się kolej. Bywa wzruszająco i bywa zabawnie. Nie wiem, jak się ma serial do powieści, ale bardzo mi się spodobał.


Pod wpływem "Cranford" sięgnęłam niedawno po książkę "Północ i Południe", a potem przypadkiem trafiłam na informację, że i tę powieść BBC przeniosło na ekran. Twórcy serialu uwypuklili oczywiście wątek romantyczny i społeczny (o ateizmie ani słowa). 


O ile u Gaskell para Margaret Hale i John Thornton wydała mi się raczej nieciekawa, to tutaj udało się ich związek trochę ożywić. Richard Armitage zagrał po prostu świetnie i jego występ w tym serialu mogę porównać do roli Colina Firtha w jedynie słusznej ekranizacji "Dumy i uprzedzenia" Austen - to jeden z tych przypadków, kiedy aktor tak doskonale wciela się w graną postać, że trudno uwierzyć, że ktoś może to zrobić lepiej. Armitage jako Thornton jest idealny - i kiedy pomiata robotnikami, i kiedy okazuje uczucia nieco przyjaźniejszej natury. Z kolei Daniela Denby-Ashe zupełnie nie odpowiadała moim wyobrażeniom Margaret - gdzie ta królewskość, o której w książce ciągle wspominano? 

Lepiej obsadzono inne role kobiece: Sinéad Cusack jako panią Thornton i Lesley Manvile jako omdlewającą panią Hale (ta aktorka zagrała też w "Cranford"); obie wypadły świetnie. Niezła była też Anna Maxwell Martin jako Bessy, choć tę akurat postać scenarzystka mocno przerobiła (w serialu chyba ani razu nie cytuje Biblii). Podobał mi się też William Houston jako Boucher (dobrze oddał tragizm tej postaci), Tom Pigott-Smith jako pan Hale i Brendan Coyle jako Higgins.

W serialu nie ma tego, co nudziło mnie w powieści - wiktoriańskiego dzielenia włosa na czworo i nadmiernej egzaltacji bohaterów. Wątki podane są w lepszych proporcjach, a kolejne nagłe zwroty w sytuacji bohaterów nie zaskakują aż tak jak w książce, bo serial składa się z czterech godzinnych odcinków, więc i tak wszystko dzieje się szybciej niż na ponad pięciuset stronach.

Obie produkcje są bardzo ładne wizualnie - zadbano o scenografię i kostiumy, ale to chyba standard w produkcjach BBC. Mam nadzieję, że "Wolf Hall" i "Jonathan Strange i pan Norrell" okażą się serialami pod każdym względem co najmniej równie dobrymi jak "Cranford" i "Północ i Południe".

4 komentarze:

  1. Też uważam, że Armitage był świetny jako w tej roli. Zresztą tak mi się do tego aktora „przylepił”, że oglądając „Hobbita” zamiast Thorina Dębowej Tarczy widziałam wciąż pana Thorntona. Ogólnie bardzo dobry serial :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja nie miałam takiego problemu, bo najpierw widziałam "Hobbita". Zanim obejrzałam serial, nie wiedziałam nawet, jak się nazywa aktor grający Thorina:).

      "Cranford" też polecam.

      Usuń
  2. Ja mam przeciwne zdanie. Książka zdecydowanie bardziej do mnie przemawiała. Ale co osoba to inny gust... :)

    OdpowiedzUsuń

"Błogosławieni, którzy nie mając nic do powiedzenia, nie ubierają tego w słowa". Z drugiej strony lubię meandrujące dyskusje, więc komentarze nie na temat również są tu mile widziane;).