Impresje

piątek, 15 kwietnia 2016

CZAS KOR-U. JACEK KUROŃ A GENEZA SOLIDARNOŚCI

Tytuł: Czas KOR-u. Jacek Kuroń a geneza Solidarności
Pierwsze wydanie: 2011
Autor: Andrzej Friszke

Wydawnictwo: Znak, Instytut Studiów Politycznych PAN
ISBN: 978-83-240-1813-0, 978-83-60560-74-5
Stron: 613




Śledzę uważnie to, co się wyprawia na naszej scenie politycznej. Zamiast aktorów snują się po niej kaskaderzy, którymi dyryguje autor dramatu i zarazem reżyser ukryty przed publicznością w budce suflera. Spektakl jest żenujący. Ten teatr potrzebuje gruntownej reformy, ale brakuje autorytetu, osobowości odpowiedniego formatu, której z pełnym zaufaniem moglibyśmy powierzyć tę sprawę.

Najgorsze jest jednak to, że znaczna część społeczeństwa nie dostrzega problemu, albo dostrzega, ale siedzi cicho, konsumując ochłapy w postaci 500 zł. Dopiero teraz widać, jak bardzo nie dojrzeliśmy jeszcze do demokracji i do bycia Europejczykami. Takie egoistyczne i krótkowzroczne nastawienie Polaków mogłaby zmienić odpowiednia edukacja: uczenie tolerancji, empatii, współpracy, odpowiedzialności za siebie i współodpowiedzialności za środowisko, w którym się żyje, pokazywanie jak działa państwo na szczeblu lokalnym i centralnym, tego co jest możliwe, a co jest tylko pustą obietnicą. Długofalowe działania w tym zakresie mogłyby przynieść skutek, ale są znacznie mniej spektakularne niż kolejny apel ku czci, więc raczej nie spodziewam się wysypu tego typu projektów, przynajmniej nie ze strony rządzących polityków.

Konieczne wydają się zatem inicjatywy oddolne i tu bardzo przydałby się ktoś pokroju Jacka Kuronia, który chciał kształtować peerelowskie społeczeństwo za pomocą wykładów i wydawnictw, długofalowo, co dość skutecznie uniemożliwiała mu ówczesna władza i bardzo ograniczone możliwości techniczne. Zasięg oddziaływania jego i współtworzonych przez niego struktur był wówczas w związku z tym raczej ograniczony, ale dziś ktoś tego formatu mógłby zostać gwiazdą mediów społecznościowych i na Facebooku czy YouTubie tłumaczyć Polakom, że np. budżet państwa nie jest z gumy, a niekończące się dotowanie deficytowego górnictwa nie opłaci się nikomu, w długim okresie nawet górnikom.

Wpis powinien może bardziej koncentrować się na książce, ale z drugiej strony niektóre osoby w niej wymienione współtworzą lub do niedawna współtworzyły polską politykę, więc trudno nie doszukiwać się analogii i nie robić dygresji.

Skojarzenia są nieuchronne, skoro obóz władzy przemawia językiem peerelowskiej propagandy, np. w sprawie "wywlekania" przez opozycję krajowych problemów na forum międzynarodowe.
   Pojawiała się w tym momencie zawsze nieco kontrowersyjna kwestia, w jakim stopniu odwoływać się do zachodniej opinii publicznej, godzić na kontakty z zagranicznymi dziennikarzami lub "Wolną Europą". Bez wykorzystania tych możliwości zakres i przejawy represji antyrobotniczych oraz cele i działania KOR-u nie mogłyby być powszechnie znane. Ani światu, ani społeczeństwu polskiemu. Kontakty z zagranicą mogły jednak być podstawą represji, a także były pożywką dla antykorowskiej propagandy. Ponadto część społeczeństwa ulegała budowanej przez dziesięciolecia tezie, że sprawy kraju powinny być załatwiane między Polakami, niegodne jest publiczne pranie brudów, zwłaszcza za granicą, bo to hańbi Polskę. Ten stereotyp znakomicie ułatwiał przez dziesięciolecia budowanie biernej akceptacji dla nieprawości i absurdów reżimu. Ujawniając światu antyrobotnicze represje i pośrednio apelując o nacisk na władze PRL, KOR przełamywał ważną barierę w mentalności i skutecznie tworzył fakty dokonane. [str. 128]

Żeby właściwie ocenić bieżące wydarzenia polityczne, warto znać ich kontekst i genezę. Niby PRL skończył się ćwierć wieku temu, ale teraz rządzą ludzie, którzy swoją publiczną działalność zaczynali właśnie wtedy. Prawie rok temu nabyłam po fantastycznej cenie dwie książki profesora Andrzeja Friszke o KOR-ze i o Solidarności - to było między pierwszą i drugą wyborów prezydenckich i jeszcze zanim ktokolwiek mógł przewidzieć, jaki będzie wynik parlamentarnych. Kiedy znowu zaczęto grzebać w teczkach, zwłaszcza w papierach dotyczących Lecha Wałęsy, postanowiłam, że czas najwyższy dowiedzieć się czegoś więcej o historii polskiej opozycji. I od razu chcę podkreślić, że bardzo nie podoba mi się dezawuowanie osiągnięć Wałęsy z tego powodu, że być może załamał się kiedyś jako bardzo młody i prosty w gruncie rzeczy człowiek, który musiał utrzymać rodzinę. Oczywiście można i trzeba go krytykować, zwłaszcza pewne elementy jego prezydentury, ale nie w ten sposób: bez pokazywania kontekstu, bez wspominania o zasługach.

To nie jest książka o Wałęsie, ale - jak podtytuł wskazuje - przede wszystkim o Jacku Kuroniu i o działalności innych współzałożycieli, członków i współpracowników członków Komitetu. Wśród tych współtwórców był m.in. Antoni Macierewicz, obecnie minister obrony narodowej, który nie zawsze był takim niebezpiecznym oszołomem jak dzisiaj, dogadywał się z Kuroniem czy Michnikiem, chociaż już wtedy i to stosunkowo szybko dało się zauważyć między nimi różnice może nie co do celu, ale co do sposobu działania. Późniejsza kompromitacja Macierewicza w związku z likwidacją WSI czy wypowiadane przez niego idiotyzmy dotyczące katastrofy samolotowej pod Smoleńskiem nie dezawuują jego działalności opozycyjnej.

Niezwykle trudno było zorganizować masowy ruch opozycyjny w latach siedemdziesiątych, zwłaszcza w pierwszej połowie dekady, kiedy władza nieco odpuściła, część mocy produkcyjnych przerzuciła z przemysłu ciężkiego na wytwarzanie towarów konsumpcyjnych, ludziom żyło się odrobinę lepiej, więc mało kto chciał się wychylać i ryzykować, zwłaszcza że "bratnia pomoc" ze strony ZSRR była bardzo realna. Generalnie Polacy woleli mieć święty spokój, przynajmniej dopóki mięso było w sklepach. Niewiele się zmieniło: poparcie (albo przynajmniej bierność) części społeczeństwa można dziś kupić za wspomniane pięćset złotych miesięcznie.

Prezentowane w tej pracy poglądy Jacka Kuronia na gospodarkę uważam za zdecydowanie zbyt idealistyczne, naiwne (zwłaszcza postulowany przez niego istotny wpływ robotników na działalność zakładów), ale wybrany przez niego model budowania i organizowania opozycji uważam za bardzo racjonalny: chciał stopniowo wyrabiać w społeczeństwie postawę antytotalitarną, wolę samostanowienia, umiejętność krytycznego i politycznego myślenia i działania, tak żeby kiedyś w przyszłości w sprzyjających okolicznościach Polacy mogli odzyskać niepodległość. Uważał, że należy działać jawnie i zgodnie z prawem, "bo prawo jest takie, że gdyby władze go przestrzegały, to niczego więcej na razie nie byłoby trzeba". Stanowczo sprzeciwiał się wszelkim działaniom, które mogłyby prowadzić do przelewu krwi - zresztą ćwierć wieku po II wojnie światowej mało kto w naszym kraju wyglądał następnej. To po pierwsze. Po drugie było całkiem sporo ludzi, którym (póki było mięso) nie żyło się w PRL-u tak zupełnie źle.

Działania środowiska opozycyjnego nabrały bardziej praktycznego wymiaru po wydarzeniach czerwcowych w 1976, kiedy pracownicy wielu zakładów zaprotestowali przeciwko planowanym znaczącym podwyżkom cen. Władza odpowiedziała brutalnymi represjami. Opozycja nagłaśniała te przypadki i organizowała pomoc dla poszkodowanych robotników. Aby móc robić to efektywniej, powołano Komitet Obrony Robotników.

Andrzej Friszke opisał na sześciuset stronach genezę powstania KOR-u i jego działalność aż do podpisania porozumień sierpniowych. Nie jest to lektura łatwa, nie tylko ze względu na rozmiary. Przede wszystkim jest bardzo szczegółowa. Autor oparł swoją pracę w dużej mierze na materiałach z podsłuchów i donosów, często wręcz cytuje wypowiedzi uczestników spotkania czy zebrania. Wiele decyzji podejmowano wspólnie, a proces dochodzenia do konsensusu bywał żmudny. Poza tym taka codzienna działalność KOR-u i osób z tą organizacją związanych nie była przecież jakoś szczególnie widowiskowa, choć dramatycznych momentów też nie brakowało (aresztowania, przesłuchania, przeszukania, pobicia).

Z drugiej strony muszę przyznać, że mnie najbardziej zaciekawiła ta praktyczna strona działalności KOR-u, a właściwie warunki jej prowadzenia, tak zupełnie różne od nam współczesnych. Nie było internetu ani komórek, niewiele osób miało telefon stacjonarny, a jeśli już, to mógł być na podsłuchu (tak jak u Kuroniów), zresztą władza mogła zawsze odciąć łączność telefoniczną z jakimś miastem i wtedy jakiekolwiek informacje można było zdobyć tylko osobiście na miejscu. Rządzący mieli monopol na papier, drukowanie i wydawanie, istniała cenzura, więc publikowanie i kolportaż broszur, ulotek czy książek były niezwykle utrudnione. Sprawne zorganizowanie i skoordynowanie czegokolwiek pod nosem służb - spotkania, głodówki, manifestacji - graniczyło z cudem. Poza tym korowcy zdawali sobie doskonale sprawę z tego, że donosiciele mogą być również wśród nich samych - i byli, choć służbom nigdy nie udało się wprowadzić ich do ścisłego kierownictwa. Głównym punktem informacyjnym stało się mieszkanie Kuroniów: tam dzwoniono, żeby zgłosić problem (były dyżury telefoniczne), tam urządzano konferencje prasowe dla zagranicznych dziennikarzy, stamtąd Jacek Kuroń informował świat o wydarzeniach w Polsce.
"Przed naszymi oknami od strony ulicy i od strony podwórza strzeże nas dzień i noc, można rzec nie byle jaka straż ministerialna w 5-6 samochodach. Dwaj, czasem trzej panowie (...) obserwując pilnie nasze mieszkanie fotografują, kto przychodzi lub wychodzi, nie rzadko zaglądając do okien lub gdy ciemno oświetlają reflektorami", pisał Henryk Kuroń do jednego ze znajomych. Taka obstawa pojawiała się potem pod oknami Kuronia wielokrotnie i zapewne miała wywierać odpowiednią presję psychologiczną na niego i jego rodzinę, a także odstraszać osoby postronne od szukania z nim kontaktów. [str. 91]
Na szczęście nie do końca to się udało.

Dopiero po tej lekturze zdałam sobie sprawę z tego, jaka przepaść dzieliła wtedy tzw. inteligencję od robotników i chłopów i że współpraca tych środowisk, która doprowadziła w końcu m.in. do powstania Solidarności, była czymś zupełnie niezwykłym. Opozycja, odnoszę wrażenie, zaczęła się tworzyć w pewnych bardzo wąskich kręgach towarzyskich i rozwinęła dzięki charyzmie, determinacji i ogromnemu poświęceniu wielu osób wymienionych i niewymienionych w tej książce. Mam nadzieję, że powstająca na naszych oczach oddolna opozycja społeczna okaże się równie skuteczna - to zależy przede wszystkim od nas.

Książka profesora Andrzeja Friszke nie jest lekturą łatwą, ale potrzebną - zwłaszcza teraz, kiedy niektórzy politycy (nawet ci, którzy o PRL mają blade pojęcie) próbują zastąpić prawdę o tamtych czasach swoją własną wersją historii. "Czas KOR-u" jest swego rodzaju kontynuacją wcześniejszej książki "Anatomia buntu. Kuroń, Modzelewski i komandosi" i poprzedza "Rewolucję Solidarności. 1980-1981". 


A poza tym uważam, że wyrok Trybunału Konstytucyjnego z 9 marca 2016 roku powinien zostać opublikowany.

2 komentarze:

  1. Chętnie przeczytam tę książkę równolegle z „Takim uporem” - wyborem autobiograficznych tekstów Kuronia, wśród których przeważają te dotyczące polityki. Łącznie to ponad 1200 stron, więc poczekam z tymi lekturami do wakacji (książkę o Kuroniu polecam już teraz, kilka lat temu zaczęłam ją czytać, ale obowiązki, jeszcze wtedy szkolne, sprawiły, że musiałam przerwać lekturę).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie Jacek Kuroń kojarzył się dawniej z dżinsowymi koszulami i kuroniówką (tak w latach dziewięćdziesiątych nazywano zasiłek dla bezrobotnych) i chyba większość ludzi z mojego pokolenia pamięta go właśnie w ten sposób. Szczerze mówiąc dopiero dzięki lekturze "Czasu KOR-u" zobaczyłam w nim intelektualistę, idealistę, opozycjonistę. Zdaje się, że jego sposób bycia mógł być dla niektórych osób trudny do zaakceptowania, ale warto wiedzieć o nim trochę więcej. W czasach, kiedy gloryfikuje się przede wszystkim niezłomność rozumianą jako trwanie przy swoim zdaniu i swoich poglądach bez względu na wszystko, warto poczytać o kimś, kto niewątpliwie był autorytetem, ale jednocześnie osobą tolerancyjną, potrafiącą dostrzec wartości w światopoglądzie teoretycznie jej obcym. Myślę, że z ludźmi, których opinie w ogóle nie ewoluują, jest coś nie tak.

      Usuń

"Błogosławieni, którzy nie mając nic do powiedzenia, nie ubierają tego w słowa". Z drugiej strony lubię meandrujące dyskusje, więc komentarze nie na temat również są tu mile widziane;).