Impresje

poniedziałek, 20 lutego 2017

KRÓL

Tytuł: Król
Pierwsze wydanie: 2016
Autor: Szczepan Twardoch

Wydawnictwo Literackie
ISBN: 978-83-08-06224-1
Stron: 429


Wielu autorom napisanie takiej tradycyjnej, porządnej powieści z interesującą, logiczną fabułą i dobrze skonstruowanymi postaciami wydaje się pójściem po linii najmniejszego oporu. Szczepan Twardoch najwyraźniej zalicza się do tej grupy. Wcześniej o tym nie wiedziałam, bo to pierwsza powieść tego autora, którą przeczytałam, ale teraz już wiem. Rozumiem potrzebę tworzenia prozy w jakiś sposób odrębnej, oryginalnej, ale niech to ma ręce i nogi i trochę sensu (albo chociaż nawet absurdalnego uroku). W "Królu" są fragmenty dobre i bardzo dobre (i sporo nijakich), do pewnego momentu byłam nawet w stanie pogodzić się z istnieniem kaszalota unoszącego się nad Warszawą, ale zakończenie mnie dobiło. Tak jakbym po zjedzeniu prawie całego pucharka niezłych lodów znalazła na samym dnie martwą muchę.

Reszta wpisu zawiera mnóstwo spoilerów;)

"Król" wydaje mi się opowieścią o nieuchronności zła, o tym, że często człowiek jest więźniem okoliczności, które przełączają go na tryb diabła brata, jak u Pantaleona Karpińskiego, aktywują ciemność, zawsze czyhającą, żeby się ujawnić. Jakub Szapiro był wierny swoim pierwotnym instynktom, może dlatego, że nie miał czym zagłuszyć śpiewu Litaniego. W każdym razie nie na długo.

Wyszła mi jakaś piętrowa metafora, być może w ogóle nie zrozumiałam przesłania Twardocha, o ile jakieś przesłanie w "Królu" umieścił. Przypuszczam, że nie omieszkał, bo jego skłonność do egzystencjalnych rozważań w niektórych fragmentach jest aż nadto widoczna. W tego rodzaju dygresjach nie ma niczego złego, o ile umieszcza się je np. w felietonach, a nie w powieści retro, w której nie występują bohaterowie ani narratorzy skłonni do takich refleksji albo np. do szukania etymologii słowa "persona" w języku etruskim.

Przez większą część powieści wydaje się, że narratorem jest sześćdziesięciosiedmioletni Mojżesz z Tel Awiwu, który jeszcze przed II wojną światową wyjechał do Palestyny, zmienił nazwisko z Bernsztajn na Inbar, a potem został generałem w izraelskim wojsku. Wspomina swoje dzieciństwo i młodość spędzone w dzielnicy żydowskiej w Warszawie, a jego reminiscencje z tego okresu zdominowane są przez imponującą postać Jakuba Szapiry, wtedy trzydziestosiedmioletniego znanego boksera i przestępcę, "króla" Warszawy, który zamordował ojca Mojżesza, a kilka dni później zaopiekował się chłopcem.

Trzydzieści stron przed końcem książki okazuje się jednak, że cała ta historia opowiadana jest przez  osiemdziesięciosiedmioletniego Jakuba Szapirę mieszkającego w Katowicach, któremu rzeczywiście wydaje się, że jest sześćdziesięciosiedmioletnim Mojżeszem Inbarem z Tel Awiwu. Wypiera w ten sposób prawdziwe wspomnienia - o tym, że nigdy nie wyjechał do Palestyny, że w czasie wojny był policjantem w getcie i że on się z niego wyratował, ale jego żona i dzieci już nie. 

Owszem, od początku autor delikatnie sugeruje, że z tym narratorem coś jest chyba nie tak, ale NIC nie uzasadnia finałowej wolty. Nasunęło mi się skojarzenie z filmem "Szósty zmysł" - nie od razu po wyjściu z kina uznałam, że zakończenie ma sens, dopiero chwilę po seansie zdałam sobie sprawę z prawdziwego znaczenia niektórych scen. W "Królu" właśnie takich dwuznacznych scen mi zabrakło. Nie wierzę, że Jakub Szapiro mógł, nawet na pewien czas, tak zupełnie zapomnieć, kim był w czasie wojny i kilkadziesiąt lat po niej, i udawać przed sobą czy też sądzić, że jest emerytowanym generałem, który brał udział w starciach izraelsko-palestyńskich. Nie kupuję tego, po prostu.

Rozpisałam się o narratorze, bo ten element "Króla" szczególnie mnie zirytował. Teraz skupię się na fabule.

Naczytałam się reklam i nastawiłam na powieść gangsterską. Tymczasem akurat ten wątek wypada w książce raczej słabo. Grupa Kuma Kaplicy zajmuje się wymuszaniem haraczy od mniej lub bardziej drobnych handlarzy, rzemieślników czy restauratorów i brutalnym mordowaniem tych, którzy na czas nie zapłacą. Nic wyrafinowanego, nic spektakularnego. Trochę szkoda, że Twardoch nie pociągnął tego wątku, bo opowieść o zwykłych gangsterach sprzed lat może być intrygująca i efektowna, co niedawno udowodnili twórcy "Peaky Blinders" (właśnie obejrzałam dwa sezony).

W "Królu" jest zdecydowanie więcej polityki niż gangsterki, a podwładni Kaplicy, przede wszystkim Żydzi, częściej walczą z bojówkami polskich nacjonalistów niż z przestępczą konkurencją. Zaletą tej książki jest na pewno próba pokazania, trochę przy okazji, jak skomplikowana była sytuacja wewnętrzna w Polsce w 1937 roku i w ogóle w dwudziestoleciu międzywojennym. Myślę, że nie tylko mnie pewne fragmenty skojarzyły się z tym, co się dzieje w Polsce współczesnej, zwłaszcza te bojówki - wypisz, wymaluj wymarzone przez Macierewicza Wojska Obrony Terytorialnej albo oenerowcy. O polskim międzywojennym nacjonalizmie mówi się zdecydowanie zbyt mało. Jak również o tym, że przed wojną Adolf Hitler miał w naszym kraju niejednego zwolennika...

Czytałam niedawno wywiad ze Szczepanem Twardochem, w którym podkreślał znaczenie dobrego researchu (nie lubię tego słowa, ale trudno znaleźć dobry polski odpowiednik, więc będzie chyba funkcjonowało u nas tak jak np. weekend). Czytelnik już od pierwszych stron "Króla" wie, że autor dużo czytał o Warszawie w latach trzydziestych i o tamtej epoce i że nie zawahał się tej wiedzy użyć (choć np. Jacek Dehnel wytknął mu sporo błędów, np. odnośnie do nazw niektórych ulic). Czasem żeby zbudować tło dla opisywanych wydarzeń, a niekiedy chyba tylko po to, żeby zaimponować. I tak już na drugiej stronie "Króla" czytamy, że walka Szapiry odbywa się w sali Kina Miejskiego, gdzie wcześniej mieścił się Teatr Nowości i teatr Bogusławskiego. Informuje nas o tym narrator, którego (kimkolwiek by on nie był) raczej trudno posądzić i zainteresowanie historią miasta albo teatru, więc szczegółowość jego opowieści wypada bardzo sztucznie. Na tej samej stronie dwa razy przeczytamy, że ów budynek mieścił się na rogu Długiej i Hipotecznej. Twardoch najwyraźniej lubuje się w powtórzeniach niektórych informacji, fraz, metafor. Może to zabieg literacki, ale tu  moim zdaniem niepotrzebny i irytujący.

Z drugiej strony Warszawa wykreowana przez pisarza ma swój rytm i swój sznyt. Autor nie porwał się na stworzenie panoramy całego miasta i wszystkich jego sfer, skupił się na konkretnych miejscach i grupach społecznych. Zabiera czytelników do Dzielnicy Północnej, zamieszkanej głównie przez Żydów, na Nalewki i Kercelak, do restauracji, burdelu, na plac Bankowy, a nawet do Berezy Kartuskiej. Przestępcy jeżdżą drogimi samochodami, dobrze się ubierają, kupują piękne kobiety i dziewczynki. Ludzie rozstępują się na ich widok, boją się nawet na nich spojrzeć. 
Akurat te fragmenty mogą efektownie wypaść w serialu Canal+. Kupili prawa do ekranizacji i oby nie zrobili z "Króla" czegoś w rodzaju "Belle Epoque". I że nie będzie ona podobna do reklamówki powieści, której współtwórcą jest sam autor. Co to ma być: naga, chuda kobieta, najwyraźniej z problemami, dwaj bokserzy, mężczyzna masakrujący jakie wnętrzności tasakiem i Twardoch strzelający w nocy w lesie chyba do byka? Toż to antyreklama! Oczywiście istnieje też możliwość, że ja tej "filmowej metafory" po prostu nie zrozumiałam. Bo zbyt głęboka była.

W "Królu" jest mowa o istotnym podziale na Warszawę polską i żydowską, o odrębności tych dwóch światów i środowisk, ale u Twardocha ta odrębność przejawia się przede wszystkim w antysemityzmie Polaków. Wydaje mi się, że autor mógł nieco więcej napisać o takich zwykłych, ubogich Żydach, o ich religii i kulturze czy zwyczajach. Trochę mi tego zabrakło. W powieści są szarym tłem dla barwnych kryminalistów, w rezultacie można dojść do wniosku, że żydowski krawiec różni się od polskiego tylko tym, że czasem posługuje się jidysz, a jego żona nosi perukę. Numerowanie rozdziałów kolejnymi hebrajskimi literami nie odda niestety atmosfery Nalewek.

Ponarzekałam sobie, ale też przyznaję, że Twardoch stworzył w "Królu" kilka ciekawych postaci, jego bohaterowie są "jacyś". Nie mam oczywiście na myśli Jakuba Szapiry, bo finał w moim mniemaniu tę akurat postać zupełnie zniszczył. Interesująco wypadł Kum Kaplica - kiedyś szycha w PPS, teraz gangster z politycznymi koneksjami. Nie rozumiem co prawda, jak można zdzierać z biedaków ostatni grosz, sypiać z nieletnimi prostytutkami, a jednocześnie pozować na trybuna ludowego, który broni sprawy robotniczej. Nie rozumiem również, jak Jakub Szapiro mógł być tak wielbiony przez żydowską ulicę, skoro wiadomo było, że jest prawą ręką Kaplicy. Spodobała mi się również makabryczność Pantaleona Karpińskiego w duecie z bratem, a także historia Ryfki Kij - mimo wszystko. Mimo wszystko, tzn. mimo tego, że niemal wszystkie panie w tej powieści, również Ryfka, uczestniczą w zawodach: która najszybciej rozbierze się dla Jakuba Szapiry (właściwie w "Peaky Blinders" jest pod tym względem podobnie). Bo przecież wysoki, przystojny i dobrze ubrany bokser musi być w typie absolutnie każdej kobiety, nawet jeśli - a może właśnie dlatego - że jest brutalnym mordercą.
Tak, to bardzo męska powieść. O ile za ideał mężczyzny uznamy Rocky'ego Balboę albo jakieś filmowe wcielenie Jean-Claude'a Van Damme'a.

"Król" ma całkiem wartką akcję (morderstwa, walki, szantaże, bójki, wewnętrzne porachunki, polityczne knowania) i prosty styl (poza kilkoma dygresjami), który bardzo pasuje do postaci. Fanką pisarstwa Twardocha raczej nie zostanę, ale nie wykluczam, że jeszcze po jakąś jego powieść sięgnę w przyszłości. Liczę na to, że nie będzie w niej żadnych kaszalotów.


***

A poza tym uważam, że osoby odpowiedzialne za zdemolowanie polskiego systemu prawnego powinny trafić co najmniej przed Trybunał Stanu.

2 komentarze:

  1. Bardzo ciekawa i wnikliwa recenzja. Dzięki!

    Sama jestem "na świeżo" po lekturze "Króla" i mam zupełnie odmienne zdanie niż Ty :) Mnie ta powieść zachwyciła od pierwszej strony. Spodobał mi się zwłaszcza język, klimat gangsterskiej, przedwojennej Warszawy, wyraziste postacie... Także shizofreniczna postać narratora :) Zwłaszcza jego. I Ryfki.
    "Król" to doskonały materiał do dyskusji i analiz. W naszym Klubie Książki rozmawiałyśmy o tej powieści ponad dwie godziny! Myślę, że można tę książkę lubić lub nie, ale zdecydowanie warto ją przeczytać.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja jestem z tych czepialskich. Jedno czy dwa drobne uchybienia nie zepsują mi lektury, ale jeśli jest ich więcej, to łatwo się zniechęcam do książki. Wierzę, że dobry pisarz jest w stanie zaintrygować czytelnika samą opowieścią i/lub stylem, bez udziwnień w rodzaju kaszalota nad miastem. Tylko że to znacznie trudniejsze. Jest różnica między byciem oryginalnym a sileniem się na oryginalność. W "Królu" widzę raczej to drugie.

      Przypuszczam, że na temat "Króla" może się wywiązać ciekawa dyskusja. Ja byłam zmuszona do monologu, bo nie mam czasu na DKK:(.

      Również pozdrawiam:).

      Usuń

"Błogosławieni, którzy nie mając nic do powiedzenia, nie ubierają tego w słowa". Z drugiej strony lubię meandrujące dyskusje, więc komentarze nie na temat również są tu mile widziane;).