Impresje

piątek, 22 października 2010

POŻEGNANIE Z AVONLEA

Tytuł: Pożegnanie z Avonlea
Autorka: Lucy Maud Montgomery
Pierwsze wydanie: 1920
Tłumaczenie: Ewa Fiszer

Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
ISBN: 83-10-09616-x
Stron: 143

Ocena: 2/5


Przy innej okazji wspominałam już na tym blogu, że "Ania z Zielonego Wzgórza" to jedna z ukochanych i najważniejszych dla mnie książek. Czytałam ją naprawdę wiele razy, często też wracałam do innych pozycji z tej serii. Oprócz jednej. Wiedziałam o istnieniu "Pożegnania z Avonlea", ale z niejasnego dla mnie samej powodu przeczytałam ten zbiór opowiadań dopiero teraz. W wydaniu, które wypożyczyłam sobie z biblioteki, znajduje się 13 historyjek, podczas gdy w oryginale było ich 15. Ciekawe, czy w innych edycjach (np. tej Wydawnictwa Literackiego, która ukazała się przy okazji setnej rocznicy opublikowania "Ani z Zielonego Wzgórza") znajdują się te dwa brakujące.
Tematyka i styl tych opowiastek w żaden sposób nie odbiegają od innych publikacji Lucy Maud Montgomery, przynajmniej od tych, które znam. Natomiast jeśli chodzi o jakość, to są to rzeczy słabsze. Zresztą tego samego zdania była sama autorka, ale wydawca nie wziął jej opinii pod uwagę.

"Ania z Zielonego Wzgórza" ukazała się po raz pierwszy w 1908 roku nakładem wydawnictwa L. C. Page & Co. z Bostonu. W kontrakcie znalazł się warunek, zgodnie z którym każda książka Lucy Maud Montgomery o tej samej tematyce, napisana w ciągu następnych 5 lat, również będzie wydana przez tę firmę. Pisarka nie przejmowała się wtedy tym zapisem, ponieważ nie spodziewała się, że jej powieść odniesie tak wielki sukces i że czytelnicy będą żądali kontynuacji. Tak się jednak stało i w ciągu kilku kolejnych lat w "the Pages" ukazały się kolejne książki o Ani Shirley. W latach 1908-1939 praktycznie co roku albo co dwa lata Maud coś publikowała.
Akurat w 1912 roku nie przygotowała niczego nowego do druku, więc wydawca poprosił ją o przysłanie napisanych wcześniej opowiadań. Wybrał najlepsze z nich i wydał jako "Opowieści z Avonlea" ("Chronicles of Avonlea").
Współpraca z L. C. Page & Co. układała się jednak coraz gorzej, tak źle, że autorka wytaczała firmie kolejne procesy (m.in. o zaległe honoraria). W dodatku w 1920 roku jako "Pożegnanie z Avonlea" ("Further Chronicles of Avonlea") wydano opowiadania, z których zrezygnowano w 1912 roku, na co rzekomo pozwalał wspomniany kontrakt. Lucy Maud Montgomery stanowczo się temu sprzeciwiała, bo po pierwsze - była to jej zdaniem kiepska proza, a po drugie - niektóre pomysły wykorzystała już w innych książkach. Zbiór opowiadań jednak się ukazał, a proces w tej sprawie ciągnął się prawie dziewięć lat i kosztował autorkę mnóstwo pieniędzy i nerwów, zwłaszcza że miała w tym okresie sporo rodzinnych kłopotów.

***

W większości są to opowiastki o miłości (również rodzicielskiej) i związanych z nią utrapieniach. Trochę romantyczne, trochę smutne, miejscami nieco pretensjonalne. Zresztą w Avonlea rzadko zdarzało się coś niezwykłego, a jeśli już, to mieszkańcy wioski nie byli z tego jakoś szczególnie zadowoleni. Wszyscy wiedzieli wszystko o wszystkich. Paniom z Kółka Robótek Ręcznych nie umknął nigdy żaden szczegół z życia sąsiadów, zwłaszcza gdy robili coś, ich zdaniem, kompromitującego.

Jedno z opowiadań wyjątkowo mnie zirytowało: "Istota całkowicie niesamolubna" ("In her selfless mood"). Jak niektórzy z Was być może pamiętają, Ania Shirley uwielbiała pisać "wzruszające" opowieści, w których na końcu wszyscy umierali. Egzaltowanym nastolatkom wybacza się takie nonsensy. Dorosłym kobietom - nie.
Naomi Holland umierała. Ciężko jej było rozstać się ze światem, na którym pozostawał jej ukochany synek, Krzyś. W swych ostatnich chwilach wymogła na córce, Nice, przysięgę, że zawsze będzie opiekowała się młodszym braciszkiem. Jeśli tego nie zrobi, Naomi wstanie z grobu i do niej przyjdzie. Mówiła tylko o Krzysiu, dziewczynce nie dostało się żadne dobre słowo, ale rozkaz matki był dla niej święty; zresztą kochała brata ponad wszystko.
Naomi była wdową, więc po jej śmierci dziećmi zaopiekowała się rodzina jej męża, a Nika i Krzyś musieli pomagać w domu i w gospodarstwie. Dziewczynka po kryjomu wykonywała co najmniej połowę zadań brata, a jeśli coś spsocił, brała winę na siebie.
Kiedy Krzyś osiągnął pełnoletniość, mógł wreszcie objąć farmę po rodzicach i wraz z Niką przeprowadził się do ich dawnego domu. Nad gospodarowanie przedkładał inne rozrywki, więc to jego siostra musiała pracować ponad siły na ich utrzymanie. Z czasem Krzyś trochę zmądrzał i zaczął jej pomagać, a w końcu postanowił się ożenić. Narzeczona postawiła mu jeden warunek: Nika nie może z nimi mieszkać. I Nika musiała odejść.
Wróciła do rodziny ojca i choć nikt jej tam za darmo nie trzymał, traktowano ją dobrze. Ani razu nie odwiedziła bratowej.
W małżeństwie Krzysia pojawiły się z czasem problemy. Kiedy zachorował na ospę, jego żona bawiła z wizytą w mieście. Paradoksalnie uszczęśliwiło to Nikę, bo znów poczuła się potrzebna i znów mogła wypełnić przysięgę daną przed laty matce. Czule i z oddaniem pielęgnowała brata, który wreszcie przyznał (łaskawca), że źle ją wcześnie potraktował. Nika wciąż się koło niego krzątała, a jeśli już musiała odpocząć, drzemała w fotelu obok jego łóżka.
Krzyś umarł w tym samym pokoju co Naomi. Tego samego wieczoru i w tym samym miejscu odeszła z tego świata Nika, która wypełniła już swoją przysięgę i nie miała po co żyć na tym świecie. Umarła z uśmiechem na ustach.

No koszmar jakiś. To miało tylko wzruszać, czy może w zamyśle autorki miało również stanowić materiał dydaktyczny dla dorastających dziewcząt?
Moim zdaniem propagowane w tym opowiadaniu wzorce są oburzające. Naomi była okropną matką, która zawsze faworyzowała syna kosztem córki i potrafiła przeciągnąć tę sytuację nawet na lata po swojej śmierci. Krzyś był odpychającym, niewdzięcznym egoistą i niedobrym bratem. A Nika okazała się wybitną masochistka, która pozwoliła tym dwojgu sobą manipulować i zawsze jeszcze nadstawiała drugi policzek. Trudno się dziwić - tak ją wychowano, żyła w społeczeństwie, gdzie kobieta musiała przedkładać dobro mężczyzny nad swoje. Kilka dobrych słów rzuconych na koniec miało jej wynagrodzić lata poświęceń i wyrzeczeń.
Empatia, współczucie, heroizm są czymś pięknym, ale wszystko ma swoje granice. Jeśli towarzyszy tym uczuciom i postawom całkowite wyrzeczenie się swojego "ja", to to jest po prostu chore.

Może gdyby Lucy Maud Montgomery sama zdecydowała się na opublikowanie tego opowiadania, zmieniłaby wcześniej nieco jego wymowę? Przecież inne jej utwory są pełne silnych, godnych podziwu kobiet.

***

O wiele bardziej przypadły mi do gustu "Opowieści z Avonlea", choć oczywiście prawdziwi miłośnicy twórczości kanadyjskiej autorki (a ja nadal i siebie do tego grona zaliczam) powinni przeczytać również "Pożegnanie". Warto również sięgnąć po jej biografię, np. tę pióra Mollie Gillen pt. "Maud z Wyspy Księcia Edwarda".

9 komentarzy:

  1. Nie pamiętam już swoich wrażeń po akurat "Pożegnaniu z Avonlea". Ale przeczytałam kilka tomów opowiadań Montgomery i wiem, że w dużej mierze były to teksty raczej kiepskie. Niemniej ja też zaliczam się do grona miłośników Montgomery, a takie książki jak "Ania z Zielonego Wzgórza", czy "Błękitny zamek" nadal bardzo lubię i darzę ogromnym sentymentem.

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  2. Przyznam się szczerze, że mam kilka książek z tej serii, ale czytałam chyba tylko 'podstawę' i nawet za bardzo jej nie pamiętam. Powinnam może sięgnąć raz jeszcze, żeby odświeżyć sobie dziecięce wspomnienia, chociaż w tym zakresie chyba prędzej dopadnę 'Dzieci z Bullerbyn', 'Tego obcego' i 'Chłopców z Placu Broni'.

    OdpowiedzUsuń
  3. Mnie się w "Pożegnaniu..." podobał "Niewydarzony brat. Lubię czasem takie sentymentalne snuje. :D

    A "Istota całkowicie niesamolubna"? Moim zdaniem jest dość modelowa jeśli idzie o opowiadania z tamtych lat. Nie zdenerwowała mnie jakoś szczególnie, raczej wywołała delikatny uśmiech nad dawnymi "trendami" w pisaniu opowieści dla młodych panienek. Widziałam oczyma duszy jak te właśnie młode panienki ocierały nad tym opowiadaniem łzy i jakoś mnie to nie irytowało. Sama nie wiem dlaczego, ale chyba po prostu nie odebrałam tego opowiadania jako promującego taką postawę, tylko po prostu opowiadającego jakąś historię...

    OdpowiedzUsuń
  4. ultramaryna, Lucy Maud Montgomery nie była z pewnością pisarką wybitną, ani nawet bardzo dobrą. W dodatku pewne wątki albo postaci powtarzały się w jej kolejnych książkach. A jednak ja lubię powieści o Ani i Emilce - dodają otuchy, jak zapach ciasta rozchodzący się po całym domu w sobotnie popołudnie. (Kiedy byłam mała, mama zawsze w sobotę piekła placek; wtedy nie było cukierni na każdym rogu).
    "Błękitnego zamku" nie czytałam, ale na pewno kiedyś to zrobię:)

    Futbolowa, myślę, że jeśli nie oczarowały Cię te książki kiedyś, to chyba i teraz to się nie stanie. Pamiętam, że "Ten obcy" mi się swego czasu spodobał, ale "Dzieci z Bullerbyn" i "Chłopcy z Placu Broni" już trochę mniej.
    Ja chciałabym przeczytać jakieś stare wydanie baśni braci Grimm, jakąś nieuładzoną wersję...

    Ysabell, tak, to było jedno z sympatyczniejszych opowiadań w tym zbiorze.

    Możemy tylko współczuć ówczesnym dziewczętom, od małego robiono im wodę z mózgu. Gdyby autorka po prostu opisała historię Niki, to ja też nie potraktowałabym tego jak propagandę, tylko jak smutny obyczajowy obrazek, ale ona nadała swojej bohaterce rysy nieomal świętej! Oj, nie lubię takich tekstów.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ano owszem, ale wodę z mózgu, to się dziewczynkom robi do tej pory... Z tym, że teraz na przykład przy pomocy lekcji "Wychowania do życia w rodzinie". Miałam okazję czytać fragmenty podręczników i to opowiadanie wypadało przy nich tak więcej emancypacyjnie. :/

    A swoją drogą, czytałaś "W pajęczynie życia" (aka "Dzban ciotki Becky")? Bo to moim zdaniem najlepsza książka tej autorki.

    OdpowiedzUsuń
  6. Dla mnie książki Lucy Maud Montgomery to wspomnienie mojego dzieciństwa. Zresztą bardzo szczęśliwe wspomnienie.

    Przeczytałam chyba wszystkie książki Montgomery, jakie wydano po polsku i zdecydowanie seria o Ani Shirley należy do moich najukochańszych lektur.
    Z małym wyjątkiem - z "Pożegnaniem z Avonlea", której to książki szukałam dosyć długo (w zbieranej przeze mnie serii NK z początku lat '90) i gdy znalazłam, przeczytałam, zamiast ulgi i radości poczułam rozczarowanie.

    Bo jak to? Pożegnanie z Anią przybiera tak beznadziejną formę? Dopiero po zdobyciu biografii Maud, o której wspomniałaś złość mi minęła. Dlatego zdecydowanie popieram Twoje zdanie na temat "Pożegnania".

    I polecam "Błękitny zamek". Według mnie to najlepsza książka Montgomery.

    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Ysabell, poza cyklami o Ani i Emilce czytałam jeszcze tylko "Historynkę" (fajne tłumaczenie oryginalnego tytułu "The Story Girl") i "Złocistą drogę". Sprawdzę, czy w bibliotece młodzieżowej mają "W pajęczynie życia".

    Nie takie podręczniki jakoś nie trafiłam, ale wystarczy obejrzeć jakikolwiek blok reklamowy - tam jest to samo: gotowanie, pranie, sprzątanie, niemal bez wyjątku zajmują się tym tylko kobiety.

    Claudette, "Błękitnego zamku" też poszukam:). A wracając jeszcze na chwilkę do "Pożegnania", najbardziej rozczarowało mnie opowiadanie, w którym narratorką była Ania ("Brunatny albumik panny Emilii") - wydała mi się osobą nieszczególnie sympatyczną.

    Również pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  8. Przeoczyłem kilka wpisów, bo byłem przekonany, że dodałem Cię do RSS, a tego nie zrobiłem. I czekam, i się martwię, a tu się okazuje, że już jest pełno.
    A Montgomerry nie lubię :)

    OdpowiedzUsuń
  9. No cóż, nie znam ani jednego chłopaka czy mężczyzny, któremu spodobałaby się jakakolwiek książka Montgomery, o ile w ogóle coś tej autorki przeczytał, więc raczej nie jesteś wyjątkiem:).

    Nie powinieneś się martwić - nie wiem dlaczego, ale lubię pisać, toteż z pewnością naprodukuję tutaj jeszcze sporo grafomańskich (ale szczerych) tekstów:). Mają one dwie niezaprzeczalne zalety: można je czytać zupełnie za darmo oraz - co jest nawet bardziej istotne - wcale nie trzeba ich czytać!;))

    OdpowiedzUsuń

"Błogosławieni, którzy nie mając nic do powiedzenia, nie ubierają tego w słowa". Z drugiej strony lubię meandrujące dyskusje, więc komentarze nie na temat również są tu mile widziane;).