Impresje

wtorek, 22 lutego 2011

NAWIEDZONY

Tytuł: Nawiedzony (The Haunting Of Hill House)
Autorka: Shirley Jackson
Tłumaczenie: Maria Streszewska-Hallab
Pierwsze wydanie: 1959

Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Seria: Kameleon
ISBN: 83-7150-576-0
Stron: 232

Ocena: 3/5

Bardzo rzadko sięgam po horrory*, a tu proszę - trafił mi się kolejny, choć przecież te opowiadania Kinga czytałam całkiem niedawno. Miałam ochotę na fajne, nie za bzdurne czytadło, udałam się zatem do biblioteki i zaczęłam łazić między regałami. Jakoś nic ciekawego nie rzucało mi się w oczy, na półkach z fantasy posucha, dział młodzieżowy w soboty nieczynny, już nawet miałam w ręku jakąś powieść Moniki Szwai (czy to się odmienia tak jak "nadzieja"?), ale po przeczytaniu blurba czułam, że to nie dla mnie. Przypomniało mi się wtedy, zupełnie przypadkowo, że przez kilka blogów przewinęło się nazwisko Shirley Jackson i towarzyszyły mu zwykle komplementy. O dziwo znalazłam jej powieść w naszej dzielnicowej bibliotece. Mała rzecz, a cieszy.

Powieść "Nawiedzony" okazała się dokładnie tym, czego się spodziewałam, tzn. klimatycznym horrorem retro o wiktoriańskim domostwie, w którym straszy. Doktor filozofii, antropolog i badacz zjawisk nadprzyrodzonych John Montague postanowił spędzić w nim trzy miesiące i naukowymi metodami potwierdzić lub zdementować plotki o Domu na Wzgórzu. Poprosił o współpracę kilka osób, które wynalazł m.in. za pośrednictwem towarzystw metapsychicznych i łamów sensacyjnych czasopism. Ostatecznie na miejsce przybyła Eleanor Vance, samotna i zgorzkniała trzydziestodwulatka, na której dom rodzinny spadł kiedyś deszcz kamieni, Theodora, wesoła i towarzyska współwłaścicielka sklepu z odnawianymi meblami (o ile dobrze zrozumiałam), która wyróżniała się odgadywaniem, jaką kartę trzyma osoba znajdująca się poza jej polem widzenia, oraz Luke Sanderson, przyszły spadkobierca Domu na Wzgórzu, obecnie drobny oszust, niebieski ptak i ogólnie sympatyczny młodzieniec. Pracami domowymi i gospodarskimi zajmowali się państwo Dudleyowie, którzy jednak zawsze przed zmrokiem opuszczali majątek i wracali do siebie.
Dom na Wzgórzu nie cieszył się złą sławą bez powodu. Już sam jego widok przygnębiał i odpychał, a dziwaczna geometria, którą zastosowano przy jego budowie, wzmacniała uczucie niepokoju. Pierwszą noc goście prześpią jeszcze spokojnie, potem zaczną dziać się różne dziwne i przerażające rzeczy.

Jakie - tego nie zdradzę. Powiem tylko, że powieść straszy akurat w takim stopniu, jaki mi odpowiada - tzn. drobny dreszczyk po plecach przechodzi, napięcie i klimat są, wolałabym nie czytać tej książki, gdybym była sama w domu, a z drugiej strony nie bałam się po niej zasnąć i nie śniły mi się żadne koszmary.

Książka ma też kilka wad, właściwie fabularnych niekonsekwencji, ale zaczęłam je dostrzegać dopiero kilka godzin po lekturze, więc nie zmniejszyły przyjemności płynącej z czytania. Początkowo zostały one przysłonięte przez bardzo udane i pomysłowe zakończenie tej powieści, teraz jednak je wypunktuję (spoilery!!!), więc jeśli ktoś "Nawiedzonego" nie zna, niech ominie tę listę i przejdzie od razu do fragmentu kursywą. No więc te wady:

  • nie dowiedziałam się w końcu, kto lub co tam straszyło: dom, duchy tych dwóch dziewczynek, czy może duch tej dziewczyny, która powiesiła się w wieży?
  • skoro dom (lub jego niewidzialni mieszkańcy) był zły, to dlaczego pojawiały się na ścianach napisy zachęcające gości, by pomogli Eleanor wrócić do jej domu?
  • skąd pochodziła krew, którą rozlano w pokoju Theodory?
  • dlaczego doktor Montague tak niemrawo zabierał się do swoich naukowych analiz i doświadczeń? i dlaczego nie interesowały go w ogóle niezwykłe (podobno) zdolności Eleanor i Theodory?
  • niby dlaczego to coś, co straszyło, nie mogło wejść do pokoju, jeśli nie otworzyło mu się drzwi?


Mimo wszystko polecam "Nawiedzonego" każdemu, kto ma ochotę na niezbyt wymagające, ale interesujące i nastrojowe czytadło.


*Może to niektórych zdziwi, ale naprawdę byłam dzieckiem obdarzonym sporą wyobraźnią, w dodatku bardzo lękliwym. Kiedy do domu przychodzili goście, ukrywałyśmy się wraz z siostrą pod stołem;). 
Szczególnie bałam się czarownic i duchów. Jedną taką wiedźmę nawet "widziałam" - zaglądała przez okno do pokoju i patrzyła wprost na mnie. W biały dzień. Bardzo przypominała Babę-Jagę z bajeczki o Jasiu i Małgosi, którą wyświetlało się na aparacie Ania. Była nawet trochę przezroczysta, jakby wprost z kliszy. Patrzyła na mnie, a ja nie mogłam się przez kilka minut poruszyć.  Do dziś to pamiętam, choć miałam wtedy może pięć czy sześć lat. W tym okresie przydarzyło mi się jeszcze kilka historii w tym rodzaju (potem już nigdy), toteż w trosce o własne nerwy bardzo długo unikałam horrorów, w filmach i w książkach. Dziś w żadne paranormalne zjawiska nie wierzę, więc od czasu do czasu - nie za często, bo jednak wyobraźnia bywa niekiedy silniejsza niż mój racjonalizm - sięgam po "powieść z dreszczykiem".

13 komentarzy:

  1. Mnie odrzuciło od "Loterii", ani tam dreszczyku, ani niesamowitości, chociaż znalazłem gdzieś entuzjastyczną recenzję. Chyba pozostanę przy jej opowieściach rodzinnych:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Może wydać się to dość banalne, ale uwielbiam historię, gdzie straszy, gdzieś w starym domu :)
    Horrory o pałacykach, skrzypiących schodach, też najbardziej do mnie przemawiają, dlatego sięgne w podróży :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie martw się ja też byłam dzieckiem z wielką wyobraźnią i jak mi raz kuzyn naopowiadał strasznych opowieści to przybiegałam do łóżka rodziców z krzykiem przez tydzień :P Poza tym do dziś nie oglądam raczej horrorów, po Klątwie w wersji japońskiej miałam takie schizy, że postanowiłam się więcej takimi filmami nie raczyć :P Za to Kingiem się zaczytuję, więc nie wiem jak to działa. Człowiek chyba po prostu lubi się bać ;)

    Bardzo podoba mi się w Twoich recenzjach to, że podchodzisz do nich taka analitycznie, mi by się nie chciało ;)

    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  4. zacofany.w.lekturze, "Loterii" nie czytałam, więc polemizować nie będę. Mogę tylko powtórzyć, że "Nawiedzony" mi się spodobał. Opowieści rodzinne też lubię (mam na myśli coś w rodzaju "Sagi rodu Forsyte'ów" Galsworthy'ego), więc kto wie, może i po inne książki Shirley Jackson kiedyś sięgnę.

    biedronko, w takim razie ja też jestem banalna, bo i ja takie historie czytam z przyjemnością:). Być może dlatego, że jako dziecko bałam się sypiać w obcych miejscach (np. u jakiejś cioci), bo każdy nieznajomy mebel wyglądał w ciemności tak tajemniczo i niepokojąco... Łatwo więc wczuwam się w takie klimaty;).

    Chciałabym Was powitać na moim blogu:). Podobno uchodzę za osobę niemiłą i czepialską, cieszę się jednak, że nie daliście się zwieść pozorom (a może te plotki do Was nie dotarły?) i zdecydowaliście się na odwiedziny. Miło mi:).

    Judyto, "Klątwę" (w tej wersji też kiedyś oglądałam - całkiem niezły film, ale ja już wtedy byłam zdeklarowaną sceptyczką, więc bałam się tylko w trakcie seansu:). Lubię od czasu do czasu poczuć ten dreszczyk emocji, ale tylko w ściśle kontrolowanych warunkach, tzn. właśnie w kinie albo dzięki książce. Na co dzień staram się unikać wszelkich ryzyk.
    Dzięki za komplement;). Wiesz, też mi się czasami nie chce pisać takich elaboratów, ale z drugiej strony zmusza mnie to do bardziej rzetelnego czytania książek.
    Również pozdrawiam:).

    OdpowiedzUsuń
  5. Plotki? Czyżby blogosfercia zajmowała się czymś tak przyziemnym jak plotki? :P Pisząc o opowieściach rodzinnych miałem na myśli dwie sympatyczne książeczki "Życie wśród dzikusów" i "Poskramianie demonów". Do Forsyte'a temu daleko, prędzej "Drobne ustroje" Zientarowej mają zbliżony klimat.

    OdpowiedzUsuń
  6. Tfu, do Galsworthy'ego temu daleko. Jakiś atawizm z tym Forsythem mi wyszedł. Znać plebejskie upodobania:P

    OdpowiedzUsuń
  7. Bardzo interesująca recenzja, nie słyszałam o tej książce wcześniej, ale myślę, że powinna mi się spodobać. Zgadzam się z tym, że człowiek lubi się bać, sama od czasu do czasu lubię sięgnąć po horrory i dać się ponieść wyobraźni. Szkoda tylko, że wkradły się nieścisłości fabularne, nie czytałam ich żeby nie psuć sobie zabawy, ale widziałam że taki całkiem spory akapit się uzbierał.

    OdpowiedzUsuń
  8. Robisz mi konkurencję :-) ostatnio.
    A co do Nawiedzonego to moje wrażenia z lektury były podobne. Generalnie bardzo pozytywne, przyjemnie się czytało, ale pewien niedosyt jednak pozostał. ale chyba takie właśnie było zamierzenie autorki. żeby uczynić tę powieść bardziej niejednoznaczną.
    W każdym razie mnie dość mocno rozczarowały obydwie ekranizacje powieści.

    OdpowiedzUsuń
  9. zacofany.w.lekturze, niby dlaczego blogosfera miałaby być od nich wolna? :)

    Mam nadzieję, że nie odniosłeś wrażenia, iż ja samymi arcydziełami żyję:). Niedawno przypomniałam sobie np. kilka pierwszych części Jeżycjady Musierowicz. Hmm... może by na ten temat napisać?

    Dosiak, niewykluczone, że te nieścisłości to tylko moje subiektywne odczucie:). Sądzę, że jeśli będziesz miała kiedyś ochotę na wieczór z dreszczykiem, to możesz sięgnąć po tę właśnie powieść.

    cedro, spokojnie, w moich najbliższych planach czytelniczych horrorów nie ma:).
    Co do ekranizacji - widziałam na filmwebie kilka filmów o podobnym tytule i wszystkie miały jakieś słabe oceny. Szkoda, bo potencjał w tej książce tkwi, moim zdaniem, spory.

    OdpowiedzUsuń
  10. @Elenoir: Ja się podejrzliwie odnoszę do osób czytających same arcydzieła. Tam jakieś harlekiny pod kołdrą muszą być ćwiczone, nie ma siły:P

    OdpowiedzUsuń
  11. Ja też nie lubię snobów:). Dobre czytadło nie jest złe. Trzeba się od czasu do czasu odprężyć.

    Przeczytałam nawet kiedyś jednego harlequina, żeby nie było, że krytykuję coś, o czym nie mam pojęcia. Wydaje mi się, że tego rodzaju książki stają coraz bardziej popularne, choć ukazują się pod szyldem innych wydawnictw i promowane są jako powieści obyczajowe czy sagi rodzinne, literatura kobieca. Od typowych harlequinów odróżnia je to, że zawierają może trochę więcej opisów, schemat pozostaje ten sam.

    OdpowiedzUsuń
  12. No proszę, a już myślałem, że tylko ja mam takie odczucia:)

    OdpowiedzUsuń
  13. Wydaje mi się, że sporo osób podziela ten pogląd:).

    OdpowiedzUsuń

"Błogosławieni, którzy nie mając nic do powiedzenia, nie ubierają tego w słowa". Z drugiej strony lubię meandrujące dyskusje, więc komentarze nie na temat również są tu mile widziane;).