Impresje

wtorek, 10 października 2017

SZEPTUCHA

Tytuł: Szeptucha
Pierwsze wydanie: 2016
Autorka: Katarzyna Berenika Miszczuk

Wydawnictwo: WAB
Seria: Kwiat paproci (I tom)
ISBN: 978-83-280-2662-9
Stron: 415



Być może niektórzy zastanawiają się, dlaczego sięgnęłam po książkę, na której okładce widnieje informacja, że "taka miłość zdarza się raz na tysiąc lat", a z blurba dowiadujemy się, że "wielką miłość można spotkać wszędzie, nawet w świętokrzyskim lesie". Otóż zdecydowałam się na tę lekturę za namową koleżanki, ale przede wszystkim dlatego, że akcja "Szeptuchy" toczy się w Górach Świętokrzyskich i częściowo w Kielcach, a od czasów Żeromskiego i Szmaglewskiej są to obszary przez literatów zupełnie omijane (chyba że o czymś nie wiem). Tymczasem - daleko nie szukając -  moje rodzinne Starachowice (i okolice) stanowiłyby idealną wprost scenerię na przykład dla mrocznego kryminału, w którym trup ściele się gęsto: naokoło lasy, na horyzoncie Góry Świętokrzyskie, w samym mieście kilka zbiorników wodnych, niszczejący od ośmiu lat budynek starego szpitala, pozostałości dawnych kopalń rud żelaza, stary dworzec kolejowy...
Katarzyna Berenika Miszczuk prowincjonalne, poprzemysłowe świętokrzyskie miasteczka omija szerokim łukiem - "Szeptucha" ma za tło malowniczą wieś Bieliny. Część akcji toczy się jednak, jak pisałam, w mieście wojewódzkim, w którym autorka chyba wcale nie była, skoro pisze o "odrobinę średniowiecznych w swojej zabudowie Kielcach" (doprawdy trudno powiedzieć, czy na takich Herbach więcej jest budowli gotyckich, czy jednak przeważają romańskie), leżących nad rzeką Sinicą (w rzeczywistości nad Silnicą!!!). Wszystko, co dzieje się w Kielcach, dzieje się, wręcz dziać się musi - wszyscy to wiedzą - przy ul. Sienkiewicza, reprezentacyjnym deptaku miasta, lokalnym odpowiedniku Piotrkowskiej czy Floriańskiej, i pewnie dlatego główna bohaterka zamieszkała właśnie tutaj. Wszak na pozostałych stu dziewięciu kilometrach kwadratowych powierzchni Kielc jest jeszcze tylko "Galeria Korona", kiosk, kilka przystanków, kin i jakieś kluby.


Skoro dałam już upust mojemu lokalnemu patriotyzmowi;), mogę pisać o samej powieści. Miszczuk miała ciekawy pomysł - umieściła akcję książki w XXI wieku, ale w Polsce, której dawny władca Mieszko I nigdy nie przyjął chrztu. Kraj jest monarchią rządzoną przez kolejne pokolenia Piastów, a wierzenia słowiańskie mają status właściwie państwowy, choć wiele zwyczajów i obrzędów kultywuje się tak naprawdę tylko na prowincji. I właśnie na prowincji rolę lekarza rodzinnego pełnią szeptuchy, lokalne znachorki, u których absolwentki medycyny muszą odbyć roczną praktykę, zanim będą mogły zostać pełnoprawnymi medyczkami. Tym sposobem główna bohaterka Gosława Brzózka trafia ze stolicy na wieś, w okolice Gór Świętokrzyskich (tu autorka sprytnie wybrnęła: w powieści nazwa gór nie pochodzi od przechowywanych tu relikwii, ale od krzyża słonecznego usypanego z kamieni na Łysicy).
.
Dziewczyna początkowo nie zdaje sobie sprawy z tego, że w Bielinach znalazła się nieprzypadkowo. Boi się kleszczy i tężca, a realnego zagrożenia jeszcze nie dostrzega. Tymczasem od dawna interesują się nią (osobiście!) słowiańscy bogowie i stworzenia, które im służą, a także superprzystojny Mieszko, praktykujący u miejscowego żercy (kapłana i wróżbity). Wszyscy czegoś od niej chcą, niektórzy gotowi są to zdobyć za wszelką cenę.

"Szeptucha" to jednak przede wszystkim romans, raczej w stylu Stephenie Meyer niż Jane Austen. Od tego rodzaju literatury nigdy nie oczekuję zbyt wiele, ale mam prawo się spodziewać, że w powieści jest zachowana jakaś elementarna logika (być może jestem zbyt naiwna). 
Gdyby Mieszko I rzeczywiście nie przyjął chrztu, to dzieje Polski (o ile takie państwo w ogóle by powstało) potoczyłyby się zupełnie inaczej i tysiąc lat później kraj ten musiałby się bardzo różnić od tego, który znamy dzisiaj. Miszczuk się tym w ogóle nie przejęła - poza sferą religijną realia życia w Królestwie Polskim są dokładnie takie, jak we współczesnej RP, mimo że przecież ta piastowska Polska jest "jednym z potężniejszych (królestw) w Europie". Niestety, konni policjanci w ułańskich mundurach i słowiańskie obrzędy to tylko nieistotna dekoracja, bo z drugiej strony na wieś można dojechać (tak jak i teraz!) tylko wykazującym pewne istotne braki estetyczne busem, a zlokalizowanie właściwego przystanku (również w Kielcach, wiem z doświadczenia) graniczy z cudem, jeśli się nie zna dobrze miasta. W kreowaniu powieściowej rzeczywistości autorka poszła po linii najmniejszego oporu, to znaczy nie wykreowała jej w ogóle.

Mimo wszystko naprawdę byłam gotowa przymknąć oko i potraktować "Szeptuchę" jak typową guilty pleasure, gdy WTEM na stronie 27 z niedowierzaniem przeczytałam taki dialog Gosi i jej przyjaciółki:
- O co chodzi? Nie cieszysz się?
- Nie chce mi się tam jechać aż na rok. Stracę rok z życia.
- A coś cię tu trzyma? - zapytała. - Przecież nie masz męża. Więcej: ty nie masz nawet widoków na męża.
O bogowie, o, bogowie moi! Gosia właśnie skończyła medycynę, ma dwadzieścia cztery lata, ale już się martwi, że zostanie starą panną i postanawia koniecznie znaleźć faceta zanim na jej twarzy pojawią się "brzydkie zmarszczki mimiczne". Widocznie celuje w mężczyzn, których obchodzi tylko uroda partnerki, nic poza tym. Zresztą ona jest taka sama: panna Brzózka należy do tego irytującego rodzaju kobiet (a może tylko bohaterek literackich), których iloraz inteligencji zaczyna pikować, gdy tylko w zasięgu ich wzroku znajdzie się przystojny mężczyzna. Wątek romansowy w "Szeptusze" jest żenujący, również dlatego, że ponieważ Mieszko jest tym, kim jest, nie powinien tak z miejsca ulegać urokowi pierwszej lepszej ładnej dziewczyny, która zresztą w jego obecności zachowuje się zawsze jak skończona idiotka.

Kilkadziesiąt stron dalej kolejny zgrzyt. Pewnej nocy Mieszko zaskakuje Gosię wykonującą zadanie zlecone jej przez szeptuchę, dziewczyna odruchowo się broni, ale kiedy poznaje, kim jest domniemany napastnik, ma wyrzuty sumienia, że mogła mu zrobić krzywdę. I wtedy ten piękny młodzian i "bardzo potężny mężczyzna" rzuca taki tekst:
- Nie szkodzi. Gdybym miał złe zamiary, i tak z łatwością bym się uwolnił i cię złapał. Niemniej jednak to dobrze o tobie świadczy, że chociaż usiłowałaś się bronić. [str. 70]
Zamiast przeprosić Gosię za swój brak wyobraźni, Mieszko protekcjonalnie chwali reakcję dziewczyny. A gdyby na przykład sparaliżowana strachem się nie broniła, to co? Jak źle by to o niej świadczyło? Może się czepiam, może tylko ja widzę nieprzyjemną dwuznaczność tej wypowiedzi, niemniej jednak... A poza tym drugie zdanie to przecież niezawoalowana groźba.

No dobrze, a czy cokolwiek mi się w tej książce podobało? Owszem - działania marketingowe szeptuchy Jarogniewy, która na przykład dla dodania sobie profesjonalizmu wkładała złote licówki, garbiła się i zaczynała mówić gwarą. Widocznie działało, skoro stać ją było na nowoczesną willę. Nieźle wypadł też wątek wampira, a całkiem zabawnie - historia utopca. Co jak co, ale upiory, rusałki i inne niebożęta udały się autorce - jak tu pozostać ateistą, kiedy jedno z takich stworzeń naprawia ci pralkę? Są dialogi i fragmenty, w których Miszczuk jest inteligentnie złośliwa, ale sąsiadują one ze scenami nieco żenującymi. Nie, to nie jest mój typ poczucia humoru. 

Mimo wszystko książkę przeczytałam w dwa dni, sprawdziła się jako niezobowiązujące czytadło, ot, wystarczy tylko na kilka godzin ZUPEŁNIE wyłączyć krytyczne myślenie.



***

A poza tym uważam, że osoby odpowiedzialne za demolowanie polskiego systemu prawnego, politycznego, finansowego i społecznego powinny trafić co najmniej przed Trybunał Stanu. 

6 komentarzy:

  1. Część "Lali" Dehnela rozgrywa się w Kielcach i okolicy, to z nowszych rzeczy. Kielecczyznę znajdziesz w powieściach Mortona i Ozgi-Michalskiego, nie mówiąc już o Niziurskim.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A faktycznie, "Lalę" przecież czytałam:). Kilka powieści Niziurskiego również, ale chyba jeszcze w podstawówce. Nazwisko Ozgi-Michalskiego z czymś mi się kojarzyło; sprawdziłam - o jego poezji pisał Barańczak w "Książkach najgorszych", więc temu panu podziękuję:). Ale Józef Morton zapowiada się interesująco. Dzięki za podpowiedź:).

      Usuń
    2. Do usług :-) W Kielcach rozgrywa się też akcja "Okolicy starszego kolegi" Jażdżyńskiego, ale to też nie jest jakieś wielkie dzieło. A jeśli bardzo szeroko rozumieć Kielecczyznę to może załapałby się też i Myśliwski oraz Tokarczuk :-).

      Usuń
    3. A jeśli rozumieć jeszcze szerzej, to i Gombrowicz by się w jakiś sposób załapał ze względu na miejsce, w którym się urodził:).

      Usuń
    4. Tyle, że był starszy od Szmaglewskiej a Ty szukałaś młodszych od niej pisarzy, no i nie przepadał za Kielcami :-)

      Usuń
    5. Miasto jak miasto:). Mam tam rodzinę i dwa traumatyczne wspomnienia z nim związane (pobyt w szpitalu, kiedy miałam pięć lat, i kukłę Baby Jagi, straszącą mnie na dworcu autobusowym), ale jest mi w zasadzie obojętne. Może Kielce były dla Gombrowicza zbyt prowincjonalne? A przecież po wojnie mieszkały tam jego siostra i matka. Cóż, więcej na ten temat będę wiedziała po przeczytaniu tej nowej biografii:).

      Usuń

"Błogosławieni, którzy nie mając nic do powiedzenia, nie ubierają tego w słowa". Z drugiej strony lubię meandrujące dyskusje, więc komentarze nie na temat również są tu mile widziane;).