Impresje

środa, 21 października 2009

ROCKOWY ARMAGEDON

Tytuł: Rockowy Armagedon
Autor: George R.R. Martin
Pierwsze wydanie: 1983

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Rok: 2005
Stron: 482

Ocena: 2/5

To nie jest książka dla każdego. Przeczytają ją na pewno fani innych powieści albo opowiadań Martina (np. ja - przepadam za Pieśnią Lodu i Ognia, o której kiedyś już tu pisałam), choć czeka ich duże rozczarowanie. Być może sięgną po nią ludzie, którzy z nostalgią wspominają lata 60te i ruch hippisowski; im może się ta książka nawet podobać. Są też osoby, które wierzą w opisy wydawcy na okładkach i umieszczone tam zachwyty innych pisarzy albo dziennikarzy. Same są sobie winne i zawiodą się najbardziej. Tu na pierwszej stronie na górze (przynajmniej w tym I wydaniu) mamy zwierzenie Stephena Kinga: "Najlepszy thriller o popkulturze, jaki dotąd napisano". No jasne. Na dole banalna zbitka: "Rock and roll, miłość i śmierć". Uprzedzam, że tylnej strony okładki lepiej nie czytać - zamieszczony tam spoiler zdradza prawie wszystko.

Powieść zaczyna się nieźle. Jamie Lynch, w latach 60tych menadżer kilku bardzo znanych zespołów rockowych, został zamordowany w swoim domu, gdzieś w Maine (to zawsze musi być Maine). Zabójca zdjął ze ściany plakat jednej z tych grup (The Nazgul), położył go na biurku, do którego przywiązał Lyncha. A potem wyjął mu serce. Gdy na miejsce przyjechała policja z głośników wciąż jeszcze grzmiała muzyka z albumu The Nazgul, "Music to Wake the Dead", a serca nigdzie nie było. Pierwszy utwór na tej płycie pt. "Blood on the Sheets" zaczynał się tak: "Kochanie, wycięłaś mi serce"/ Kochanie, przelałaś moją krew!". Podejrzewano zatem, że mordercami byli członkowie jakiejś sekty, zainspirowanej tą płytą, tak jak "White Album" Beatlesów inspirował Charlesa Mansona. The Nazgul nie istnieli już od paru ładnych lat. W 1971 r. podczas koncertu zastrzelono wokalistę, Pata Hobbinsa, i zespół się rozpadł.

Do mrocznego Maine przybywa wkrótce Sander Blair, czyli Sandy. Były hippis, były dziennikarz i redaktor alternatywnej gazety "Hedgehog", aktualnie coraz mniej obiecujący pisarz, który utknął na 37 stronie nowej powieści i dalej ani rusz, choć agent go pogania. Sandy ma sportowy samochód, mieszka z partnerką, która zajmuje się handlem nieruchomościami, stara się postępować dojrzale, ale niczego w zamian za to od życia nie dostał. Tą monotonię przerywa telefon od redaktora "Hedgehog", który proponuje mu napisanie artykułu o morderstwie Lyncha. Sandy wydaje się właściwą osobą - był fanem The Nazgul, w dawnych czasach przeprowadzał z nimi wywiady, bywał na koncertach. Mimo sprzeciwu partnerki wyrusza tym swoim samochodem w podróż po Stanach, podczas której rozmawia z byłymi Nazgulami (tymi żyjącymi) i spotyka się ze starymi przyjaciółmi z czasów odległej już, jak sądzi, młodości, kiedy wszystko było prostsze i bardziej szczere. Niektórym z nich powiodło się lepiej, innym gorzej, większość czuje nostalgię za okresem manifestacji, manifestów, młodzieńczych miłości, prostych haseł, wiary w przyszłość i świetnej muzyki.

W czasie podróży Sandy odkrywa pewien trop w sprawie morderstwa Lyncha. Ktoś dążył do reaktywacji The Nazgul, a Lynch, który miał prawa do tej nazwy, absolutnie się na to nie zgadzał. To była pierwsza poważna przeszkoda. Drugą było to, że wokalista nie żył już od 13 lat. Cóż, temu komuś bardzo zależało na powrocie Nazguli na scenę, bo udało mu się pokonać obie te trudności.

Tyle o fabule, teraz uwagi ogólne.
Początek klimatyczny, trochę w stylu Kinga, potem... cóż. Jakoś nigdy nie darzyłam sympatią naiwnych pseudorewolucjonistów, więc te smętne wspomnienia, spotkania i rozmowy po latach nudziły mnie i trochę irytowały. Hippisi dorośli i zrozumieli, że ich sen się nie spełnił, a życie to pasmo rozczarowań. Lepiej późno niż wcale.
Zespół The Nazgul Martin przedstawił bardzo szablonowo: charyzmatyczny wokalista, świetni muzycy, narkotyki, łatwe i ładne groupies, kompletna psychodelia na koncertach.
Końcówka... moim zdaniem swego rodzaju happy end nie pasuje do poprzedzających go smętów. Oczywiście jest w powieści trochę charakterystycznego dla Martina humoru, ale jednak smęty zdecydowanie dominują.

Można przeczytać, ale niewiele się straci nie czytając.


The Nazgul. Oczywiście chodzi o Upiory Pierścienia z "Władcy Pierścieni" Tolkiena. Wokalista grupy nazywał się Hobbins, był niski i tu i ówdzie owłosiony, stąd skojarzenie z hobbitami itd. Niektóre utwory zespołu, elementy stroju czy gadżetów nawiązywały do treści Trylogii, ale nie trzeba jej znać, żeby zrozumieć "Rockowy Armagedon".

Ciekawostka. Na 417 stronie pojawia się zwrot "pieśń lodu i ognia", który widocznie bardzo się spodobał autorowi, bo tak właśnie nazwał kilkanaście lat później swój cykl fantasy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

"Błogosławieni, którzy nie mając nic do powiedzenia, nie ubierają tego w słowa". Z drugiej strony lubię meandrujące dyskusje, więc komentarze nie na temat również są tu mile widziane;).