Impresje

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Blog. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Blog. Pokaż wszystkie posty

sobota, 30 czerwca 2018

Dziewięć

Przy okazji ósmej rocznicy pisałam, że o kolejnej prawdopodobnie zapomnę, tak się jednak nie stało, chyba dzięki refleksjom, które spłynęły na mnie po obejrzeniu relacji z Okrągłego stołu blogerów i wydawców na Big Book Festivalu. Winę za opóźnienie, z jakim pojawia się ten wpis, ponosi FIFA, ale mecze 1/8 finału dopiero w sobotę, a zatem...

Dziewiąty rok istnienia Impresji postanowiłam "uświetnić" fotografią tytułów, które w tym okresie pojawiły się w naszym mieszkaniu i zdążyły już rozproszyć się na różnych półkach. Przy okazji zyskałam jakieś pojęcie o tempie, w jakim powiększa się kubatura naszych zbiorów, co jest o tyle istotne, że wkrótce będę musiała podjąć pewne decyzje co do zakupu nowych szafek.



U większości blogerów piszących o literaturze fotografia ta wzbudzi co najwyżej uśmiech politowania, ewentualnie - u tych bardziej empatycznych - odruch współczucia, bo takie stosiki mogliby prezentować co miesiąc albo co dwa. Nie o ilość jednak chodzi, choć rzeczywiście należę do osób, które lubią otaczać się półkami wypełnionymi, a nawet przepełnionymi książkami. Niektóre z nich to pozycje wyczekiwane i kupione zaraz po premierze, na inne decydowałam się ze względu na naprawdę okazyjne ceny. Nigdy nie wybieram książek z założeniem, że pozbędę się ich zaraz po przeczytaniu.

czwartek, 22 czerwca 2017

Na okoliczność ósmej rocznicy

Przegapiłam chyba wszystkie rocznice istnienia tego blogu poza pierwszą. Owszem, zawsze kojarzyłam, że premierowy wpis (o biografii Oskara Wilde'a) opublikowałam jakoś w czerwcu 2009 roku, ale dokładna data przepadała w czarnej dziurze mojej pamięci (razem z datami prawie wszystkich Ważnych Wydarzeń Historycznych). Tym razem jakimś cudem wystarczająco wcześnie przypomniałam sobie, że to już jutro, 23 czerwca, ale tak naprawdę - cóż tu celebrować?

Na pewno nie same teksty, bo w ciągu tych ośmiu lat napisałam może kilka czy kilkanaście dobrych, ale reszta jest co najwyżej przeciętna, mało odkrywcza, niesatysfakcjonująca. Na szczęście mam już ten komfort, że tych starszych, sprzed kilku lat, nie pamiętam:).

Początkowo wpisów było zdecydowanie więcej, bo wydawało mi się wtedy, że muszę na blogu wspomnieć o każdej przeczytanej przeze mnie książce. Z czasem przestałam odczuwać taką presję, miałam też zdecydowanie mniej czasu, więc nowe posty pojawiały się coraz rzadziej, a ja właściwie przestałam współtworzyć społeczność blogerów książkowych, prawie nie komentuję cudzych postów i nie biorę udziału w dyskusjach, bo dotyczą one zwykle spraw, o których kilka lat temu już się wypowiadałam. 

Nigdy nie ukrywałam, że piszę głównie dla siebie: dzięki blogowi więcej wynoszę z czytanych książek, powtarzam sobie zasady ortografii i interpunkcji, ze znajomości których na co dzień nikt mnie nie rozlicza, a przede wszystkim - nierzadko świetnie się bawię (zwłaszcza pisząc coś z cyklu "Girls Just Want to Have Fun").

niedziela, 7 sierpnia 2016

Trzy po trzy

Ludzkość dzieli się na dwie grupy: tych, którzy uważają, że przesadzam, kiedy skarżę się na - ich zdaniem wyimaginowane - fizyczne dolegliwości (sugerują raczej istnienie psychicznych), oraz na tych, którzy dostrzegają we mnie istotę wrażliwą i chorowitą, która zdecydowanie częściej powinna korzystać z pomocy lekarzy. Ta pierwsza grupa jest liczniejsza; do drugiej należy tylko moja mama.

Jeśli jednak ktoś jeszcze ośmieli się nazwać mnie hipochondryczką, zmiażdżę tę potwarz następującym argumentem: kilka niepozornych plamek na plecach, które zauważyłam w niedzielę wieczorem, wzięłam początkowo za efekt działalności bieszczadzkich komarów i mimo nasilających się - mniej wizualnych - objawów, dopiero w środę rano po raz pierwszy przyszło mi do głowy, że być może to ospa wietrzna lub ewentualnie jakaś egzotyczna groźna choroba przywleczona do Krakowa przez pielgrzymów, na którą jako Europejka z dziada pradziada jestem zupełnie nieodporna. Lekarz stwierdził jednak ospę i tak po dwóch tygodniach urlopu i dwóch dniach w pracy, mam zwolnienie lekarskie do końca przyszłego tygodnia. Na razie. W moim wieku może przecież dojść do poważnych powikłań.

Zgodnie z zaleceniem lekarza siedzimy teraz w domu - ja i moje krosty - i nic nie robimy, więc pomyślałyśmy sobie, że może ostatecznie popełnimy jakiś wpis na blogu. Uprzedzam jednak, że tym razem w niewielkim stopniu dotyczył on będzie literatury - w czasie urlopu zdecydowanie dużo spacerowałam i zwiedzałam, więc na czytanie czasu i sił już nie starczyło. Może dlatego, że już wtedy w moim organizmie bez mojej wiedzy i pozwolenia panoszył się podstępny wirus.

sobota, 28 lipca 2012

Paraliż

Chociaż moje wpisy bywają dość długie, nigdy nie tworzę ich według jakiegoś planu, tylko po prostu zaczynam pisać. Czasami mi to wychodzi, czasami nie. Niekiedy udaje mi się dokończyć tekst za jednym posiedzeniem, ale na ogół potrzebuję co najmniej dwóch lub trzech. Najłatwiej przychodzi mi ubieranie w słowa opinii o książkach, które mi się nie spodobały, natomiast pisanie o tych, które oceniam wysoko, idzie mi jak po grudzie.

Bezpośrednią winę za to, że od dawna nie pojawił się tutaj żaden nowy tekst, ponosi bezpośrednio Ernst Pawel, autor biografii Franza Kafki, a pośrednio i w znacznie większym stopniu - sam Kafka. To jego wymagające podejście do literatury i słowa pisanego działa na mnie paraliżująco. Cztery razy zaczynałam wpis na jego temat i za czwartym coś mi się wreszcie zaczęło układać. Jestem dopiero w połowie, ale może koło wtorku pojawi się tu nowy post. 

Czasami nie jestem w stanie napisać sensownej opinii o jakiejś książce lub byłoby to w danym momencie zbyt czasochłonne. Tak było z "Atlasem chmur" Davida Mitchella - trudno mi było podsumować mnogość wątków i wrażeń, które tam znalazłam. Dziś dowiedziałam się, że jesienią do kin wejdzie ekranizacja tej powieści w reżyserii Lany Wachowski, Andy'ego Wachowski (nie jestem pewna, jak to odmieniać) i Toma Tykwera. Muszę to zobaczyć! Może przy tej okazji przeczytam książkę raz jeszcze i tym razem zdołam się wysłowić?

piątek, 9 marca 2012

Miniporadnik dla początkujących blogerów

W dyskusjach blogerów piszących o książkach pojawia się czasami podział na "starych" i "nowych". Przeważnie chodzi o pęd świeżaków po egzemplarze recenzenckie (drażliwy i stale powracający temat) surowo krytykowany przez "zasłużonych". Może się obawiają, że dla nich zabraknie?;))

Jak długo musi istnieć blog, aby jego twórca mógł się uważać za kombatanta blogosfery? Trudno powiedzieć. Swój poprzedni blog założyłam we wrześniu 2006 roku, a Impresje w czerwcu 2009, więc jakiś odpowiednik zbowidowskiej legitymacji mi się chyba należy:). A w związku z tym uzurpuję sobie również parę przywilejów, m.in. prawo do udzielania niechcianych rad;).
Nawet jeśli początki naszej działalności kryją się gdzieś w pomroce dziejów, warto sobie czasami o nich przypomnieć i pomóc debiutantom uniknąć naszych błędów.

TWÓJ BLOG ŚWIADCZY O TOBIE
Każdy bloger jest przekonany, że świat obchodzi jego pisanina. W praktyce ów "świat" składa się z kilkudziesięciu czy kilkuset osób (w niewielu przypadkach liczy więcej czytelników), które od czasu do czasu odwiedzają jego stronę. Plus przypadkowe ofiary wyszukiwarek, które zwykle ewakuują się już po kilku sekundach.
Ale nawet przed niewielką publicznością warto pokazać się z jak najlepszej strony, zwłaszcza jeśli występuje się pod prawdziwym nazwiskiem albo ujawnia dane umożliwiające jednoznaczną identyfikację.

Uważam, że blog powinien być jeśli już nie oryginalny (bo ostatecznie iluż z nas stać na oryginalność), to chociaż osobisty. Można się oczywiście ze mną nie zgodzić, ale uważam, że kluczowe jest pisanie o książkach (nie tylko, ale na nich się tutaj skupiam) po swojemu. Bloger nie jest (na ogół) zawodowym krytykiem literackim, więc nie ma sensu, żeby tworzył pseudoprofesjonalne recenzje, naszpikowane okrągłymi zwrotami zaczerpniętymi z prasy, bo wypadnie to co najmniej nieporadnie. Profesjonalnych recenzji szuka się gdzie indziej, a blogi czyta się chyba głównie z powodu osobowości ich autorów. Czyż nie? Przecież nikt nie będzie się przy wyborze lektur kierował gustem kogoś, kogo choć trochę nie zna, nie lubi czy nie ceni. I dlatego uważam, że warto od czasu do czasu wypowiedzieć się na temat niekoniecznie związany z profilem blogu, zamieścić wpis o swoich nieksiążkowych zainteresowaniach, a i recenzje warto urozmaicać prywatnymi poglądami, opiniami.

ORTOGRAFIA, INTERPUNKCJA, STYLISTYKA!
O literaturze nie wypada pisać z błędami. Niby truizm, a jednak aż roi się od blogów, których autorzy chyba nigdy nie zetknęli się ze słownikiem. Doprawdy, zachodzę w głowę, jak można tyle czasu poświęcać na czytanie i jednocześnie zupełnie pomijać warstwę językową tego, co się czyta. Kiepska korekta wielu bestsellerów dla młodzieży nie jest żadnym usprawiedliwieniem - zakładam, może naiwnie, że bloger książkowy czyta/czytał przynajmniej szkolne lektury.

Naturalnie nikt z dnia na dzień nie zostanie mistrzem mowy polskiej, ale warto podczas pisania recenzji zaglądać do słowników, żeby uniknąć najbardziej rażących błędów. Polecam szczególnie sekcję Polszczyzna na stronie Wydawnictwa Naukowego PWN. Fantastyczne miejsce. Dzięki słownikowi języka polskiego można się upewnić co do znaczenia jakiegoś słowa, w słowniku ortograficznym sprawdzić pisownię i odmianę, a w poradni językowej znaleźć wskazówki językoznawców w bardziej skomplikowanych sprawach.
Znaczenie wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych warto również sprawdzać w słowniku Władysława Kopalińskiego.
Słownikami można posiłkować się doraźnie, ale nie zastąpią one znajomości podstawowych zagadnień z zakresu języka polskiego.

Oczywiście wśród bardzo popularnych blogów o książkach są i takie, których autorzy to czystej wody grafomani, ale chyba lepiej równać w górę, prawda?

Z drugiej strony ortodoksyjna hiperpoprawność językowa to przesada. Świadome wtrącanie kolokwializmów, mniej lub bardziej udanych neologizmów, slangu czy nawet niewulgarnych przekleństw może ubarwić naszą wypowiedź.

NETYKIETA
Co prawda sam fakt czytania książek nie czyni jeszcze człowieka kulturalnym, ale generalnie blogi o literaturze należą do spokojniejszej części polskiej blogosfery. Osobiście uważam, że nieco mniej układności i ciągłego odwzajemniania rewerencji (niekiedy bezpodstawnych, gdyby mnie ktoś pytał) byłoby z pożytkiem dla naszego światka.

Tymczasem nawet rzeczowa krytyka jest zwykle uważana za złośliwą wycieczkę osobistą i jako taka spotyka się (na ogół) z totalnym potępieniem ze strony autora blogu i jego stałych czytelników.

Wybór należy do Ciebie. Jeśli wystarczy Ci tani poklask, wklejaj słodziutkie komentarze gdzie tylko się da albo odwrotnie - hejterzenie też bywa w cenie. Jeśli jednak naprawdę chciałbyś zawierać (choćby tylko internetowe) znajomości z ludźmi, którzy po prostu lubią czytać i rozmawiać o książkach, to pisz szczerze, na temat i z sensem - powinno wystarczyć:).

PROMOCJA BLOGU
Mój blog do popularnych nie należy, więc o promocji wypowiem się nie z pozycji ekspertki, ale jako obserwatorka.

Można się promować na wiele sposobów.
Przede wszystkim poprzez dobrą lub wysoką jakość treści, które pojawiają się na naszym blogu, sensowne komentarze na cudzych, organizowanie ciekawych dyskusji lub wyzwań literackich i uczestniczenie w takowych.
Warto też bywać w miejscach, do których zaglądają potencjalni odbiorcy: na Biblionetce, Lubimyczytac, nakanapie itp.

Są jednak łatwiejsze, mniej ambitne, choć chyba równie czasochłonne metody. Przede wszystkim należy się udzielać na możliwie wielu blogach. Nie trzeba ich zaraz uważnie czytać, wystarczy zostawić choćby jednozdaniowy, koniecznie miły, niekoniecznie treściwy komentarz - ktoś na pewno kliknie w link do Ciebie. Po drugie dobrze jest od czasu do czasu zorganizować u siebie konkurs, w którym uczestniczyć będą mogły tylko osoby, które zostaną obserwatorami Twojego blogu, polubią go na facebooku i jeszcze umieszczą na swojej stronie informację o tym konkursie. Zwycięzcy nie możesz tak po prostu wylosować - powinieneś użyć specjalnego programu losującego lub zaangażować jakieś dziecko czy nawet zwierzątko; należy udostępnić bogatą dokumentację fotograficzną każdego etapu losowania.

I znów: wybór należy do Ciebie.

KILKA DEFINICJI
STOSIK - sfotografowany zbiór książek, które nabyłeś/otrzymałeś w ostatnim czasie. Zdania na temat stosików są podzielone - jedni je uwielbiają, inni ich nie znoszą. Przyjęło się, że w komentarzach do stosików wypada wyrazić publicznie swoją zazdrość, pochwalić gust autora lub złożyć mu gratulacje z powodu powiększenia się biblioteczki. No cóż.

WYZWANIE CZYTELNICZE - organizowana przez jednego lub więcej blogerów akcja czytania i recenzowania w określonym czasie jakiegoś konkretnego typu książek (np. autorstwa danego pisarza lub pochodzących z jakiegoś kraju czy kontynentu).

EGZEMPLARZ RECENZENCKI - książka otrzymana od wydawnictwa w zamian za recenzję. O blaskach i cieniach takiej współpracy dyskutowano niedawno na blogu Agnieszki Tatery; to temat, który od czasu do czasu powraca.

SPRAWY TECHNICZNE
PLATFORMA
Obecnie większość blogerów decyduje się na publikowanie na Bloggerze lub na Wordpressie. Obie platformy mają swoje wady i zalety, przetestuj je zanim zdecydujesz się na jedną.

WYGLĄD
Blog powinien być czytelny i funkcjonalny. Dostosowując jego szablon do swoich upodobań, nie zapominaj o odbiorcach. Zwróć szczególną uwagę na rozmiar i kolor czcionki i rozsądną liczbę gadżetów i zdjęć na stronie głównej.

RSS
Wiele osób śledzi nowe wpisy na ulubionych blogach poprzez czytnik RSS, warto zatem umieścić na swoim blogu linki do subskrypcji wpisów i komentarzy. Obie platformy blogowe oferują gotowe rozwiązania.

WYSZUKIWARKA
Warto umieścić ją na swoim blogu - umożliwia szybsze odnalezienie jakiegoś wpisu niż archiwum.

PODSUMOWANIE
Znaj proporcją, mocium panie. Tworzenie blogu ma być przede wszystkim świetną zabawą!

***   ***   ***

W powyższym miniporadniku dałam wyraz własnym upodobaniom i opiniom. Ciekawa jestem Waszych. Co jeszcze powinno się w nim znaleźć? A może coś należałoby usunąć? Zwracam się do "starych" i "nowych" blogerów:).

***   ***   ***


środa, 14 września 2011

Różności

Wbrew pozorom nie rezygnuję z prowadzenia blogu. Niektórych (zapewne bardzo nielicznych) ta wiadomość ucieszy, innych być może zmartwi:). Nowe wpisy pojawiają się ostatnio rzadziej, bo w sierpniu "przypominałam" sobie poprzednie tomy cyklu "Pieśń lodu i ognia" George'a R.R. Martina, żeby nie pogubić się w trakcie lektury "A Dance with Dragons". W Polsce książka ta ukaże się - zgodnie z zapowiedziami wydawnictwa Zysk i S-ka - w listopadzie tego roku, więc czytam oryginał, a ponieważ nie posługuję się angielskim biegle, idzie mi to trochę wolniej niż gdybym czytała te tysiąc stron po polsku.

***

Wspomnianą wyżej powieść czytam na telefonie - postanowiłam iść z duchem czasu i wymieniłam moją czteroletnią prawie nokię na samsunga z Androidem. Nie muszę już siedzieć przy komputerze, żeby przeglądać Wasze blogi, choć oczywiście na normalnym monitorze wszystko jest o wiele bardziej przejrzyste. Również dlatego, że większość blogów ma bardzo rozbudowane szablony, które na wyświetlaczu telefonu stają się zupełnie nieczytelne. (Mam nadzieję, że dużo osób weźmie przykład z Mary albo Klaudyny, które ostatnio uprościły swoje strony).

Można jednak w prosty sposób ułatwić życie (no dobra, może nie życie, ale na pewno czytanie blogów) użytkownikom telefonów. Otóż jeśli blog istnieje na blogspocie, należy kliknąć po lewej stronie na Szablon, potem w przycisk pod obrazkiem przedstawiającym wygląd blogu w komórce i zaznaczyć opcję "Tak, pokazuj szablon dla urządzeń przenośnych na urządzeniach przenośnych".


Nie wpływa to na wygląd blogu na zwykłym monitorze, jest to proces odwracalny, a zresztą osoba, która wejdzie na blog za pomocą telefonu, może w każdej chwili zaznaczyć, że chce oglądać stronę w "wersji na komputer". 

Naturalnie "szablon dla urządzeń przenośnych" jest bardzo uproszczony - nie widać żadnych dodatkowych gadżetów, a strony można wyświetlać za pomocą rozwijalnego menu. No ale coś za coś. 

***

No i trzecia sprawa. 
Dawniej mogłam o sobie powiedzieć, że interesuję się polityką i bieżącymi wydarzeniami, ostatnio jednak to się zmienia, ponieważ irytuje mnie sposób, w jaki media (te najbardziej popularne) przekazują informacje. I nawet nie chodzi mi o powierzchowność i płytkość relacji. Najbardziej przeszkadza mi to, że tzw. newsy nie są w żaden sposób przez dziennikarzy filtrowane, wszystko może stać się wiadomością dnia, choć już następnego nikt o niej nie pamięta. 
Ponadto do programów telewizyjnych i radiowych przeważnie nie zaprasza się ludzi kompetentnych, specjalistów w danej dziedzinie. Gości dobiera się tak, żeby się między sobą pokłócili, pokrzyczeli na siebie - niekoniecznie na temat, a potem wyciąga się parę zdań z kontekstu i robi z tego kolejnego newsa. 
Nie jestem w stanie tego oglądać, czytać ani słuchać. Drażni mnie infantylizacja i wulgaryzacja języka tzw. debaty publicznej i postępująca tabloidyzacja większości mediów. Czy znajdzie się wreszcie dziennikarz/dziennikarka, który odważy się w trakcie rozmowy z politykiem powiedzieć wprost: To, co pan/pani mówi, to wierutna bzdura i/lub kłamstwo? 

niedziela, 6 marca 2011

Zaległości i (znowu) marudzenie

Pisanie o książkach sprawia, że czytam je uważniej, ale skłania mnie również do czytania ich dwa razy. Co najmniej. Nie wszystkich, ale większości. Bez tego nie jestem w stanie sklecić paru zdań na ich temat. To znaczy mogłabym, ale czułabym się z tym jakoś nie w porządku - wobec siebie, wobec autora. I właśnie dlatego mam pięć (a jak się dobrze policzy - to sześć albo i siedem) zaległych "recenzji" (muszę znaleźć określenie, które bardziej przystawałoby do tych moich wpisów). To straszne. 
Dawniej kończyłam czytać, siadałam i pisałam, a ostatnio... W dodatku popadam w kompleksy wobec niektórych innych blogerek i blogerów "książkowych", bo potrafią jakoś tak ładnie i zwięźle przedstawić swoje opinie, a ja, choć staram się pisać o konkretach, bezradnie obserwuję przedziwne rozrastanie się moich wpisów do jakichś niesamowitych (jak na blog) rozmiarów.

I nie, nie jest to tylko wpływ nadchodzącej wiosny, bo w stan ten popadłam na początku roku, a poza tym wiosną myślę raczej o stuningowaniu swojej figury (na planowaniu zawsze się zresztą kończy), a nie o książkach. 
Chociaż nie, o nich też trochę ostatnio myślę pod wpływem akcji "pokaż swoją biblioteczkę" czy jakoś tak, która przetoczyła się właśnie przez blogi. Fajna sprawa, choć z drugiej strony zazdrość człowieka czasem zżera:). (Na marginesie przyznam się, że kiedy wieczorem przemierzam miasto, zerkam w rozświetlone okna i sprawdzam, czy w pokojach są książki, a jeśli są, to myślę sobie miło o ich domniemanych właścicielach. Wiem, że posiadanie literatury jeszcze niczego nie dowodzi, nawet jej czytanie niczego nie przesądza, ale...)

Zawsze uważałam, że natura poskąpiła mi tzw. kobiecości (a w każdym razie tego, co się za kobiecość powszechnie uważa) i może dlatego, podświadomie chyba, czytałam i czytam książki pisane przeważnie przez mężczyzn. Zdałam sobie z tego sprawę dopiero przy okazji "rozmowy" o wyborze kolejnych lektur do Klubu czytelniczego organizowanego przez Annę. Przychodziły mi na myśl głównie utwory, których autorami byli panowie, i musiałam chwilę pogłówkować, zanim przypomniałam sobie o jakiejś dobrej powieści napisanej przez kobietę... No ładnie, zwłaszcza w kontekście zbliżającego się Dnia Kobiet i przemierzających kraj manif. Postanowienie: z następnej wyprawy do biblioteki muszę wrócić z powieściami autorstwa pań.

środa, 16 lutego 2011

OPOWIEŚĆ SIĘ ROZPOCZYNA. SZKICE O LITERATURZE

Wspominałam w moim niedawnym cierpiętniczym wpisie o niezbyt elokwentnym tytule "Eeeee..." (kiedy go pisałam, byłam chora), że przeglądam tę książkę i że dochodzę do pewnych nieprzyjemnych (dla mnie) wniosków. Otóż wydaje mi się, że na ogół dostrzegam zaledwie część tego, co autor danego utworu w nim zawarł; oglądam fragment wnętrza przez dziurkę od klucza, a opisuję i oceniam cały pokój. Czytam nieuważnie i nie docieram do drugiego dna w obawie, że mogę się pomylić i dostrzec w książce coś, czego w niej nie ma - ze strachu przed nadinterpretacją unikam interpretacji. Dziełu, któremu autor poświęcił kilka miesięcy czy nawet kilka lat swojego życia, ja poświęcam kilka godzin i oceniam je w skali od 1 do 5. Usprawiedliwiam się tym, że przecież ja nie piszę recenzji, że to tylko taka moja blogowa grafomania, subiektywne impresje. Zwalniam się w ten sposób również z obowiązku wnikania w strukturę i konstrukcję utworu, choć ich analiza bywa istotna dla zrozumienia utworu. Niniejszym posypuję głowę popiołem.


A teraz połowę tego paskudztwa strząsam z włosów. Bo właściwie czego ja od siebie wymagam? Nie jestem krytykiem, moja przygoda z nauką języka polskiego zakończyła się na wypracowaniu maturalnym, więc silenie się na głębokie analizy literackie wypadałoby co najmniej śmiesznie. Nadal będę więc zaśmiecać internet moimi tekścikami, ale postaram się je pisać z trochę większą pokorą - przynajmniej dopóty, dopóki reszty popiołu nie wywieje czas.


Tytuł: Opowieść się rozpoczyna. Szkice o literaturze
Autor: Amos Oz
Tłumaczenie: (z angielskiego) Wacław Sadkowski
Pierwsze wydanie: 1996

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Seria: Biblioteczka Interesującej Prozy
ISBN: 83-7337-585-6
Stron: 144

Ocena: 3+/5


Teraz przejdę do książki, która skłoniła mnie do tych rozterek. "Opowieść się rozpoczyna" to zbiór dziesięciu esejów opartych na wykładach wygłoszonych przez Amosa Oza w latach 1995-1996. Autor analizuje w nich sposoby, w jakie różni pisarze rozpoczynali swoje opowiadania lub powieści. Początkowy fragment utworu nazywa kontraktem z czytelnikiem - pisarz w pierwszych akapitach zobowiązuje się do czegoś, coś czytelnikowi obiecuje lub sugeruje sposób interpretacji tekstu. Czytelnik musi jednak pamiętać, że w literaturze wszystkie chwyty są dozwolone.
"Zabawa w lekturę" wymaga od ciebie, czytelniku, czynnego udziału, wykorzystania twego doświadczenia życiowego i twej niewinności, a także uwagi i przebiegłości. Kontrakty wstępne bywają często ukryte, wymagają odnalezienia, niekiedy wyłożone są kawa na ławę, a czasami znów przypominają partię szachów albo rozgrywkę pokerową. Albo układanie puzzli. Albo sprytny figiel. Albo zaproszenie do labiryntu. Albo - do tańca. Albo podstęp oszusta, który coś obiecuje i nie dotrzymuje słowa lub też dostarcza niewłaściwy produkt, albo to, czego wcale nie obiecywał, bądź wreszcie poprzestaje na niespełnionej obietnicy. [str. 141]

poniedziałek, 7 lutego 2011

Eeeee...

Boli mnie brzuch. Boli mnie gardło. Boli mnie głowa. Mam nadzieję, że to nie atak jakichś tajemniczych rotawirusów, które kilka dni temu napadły na moją chrześnicę. Nawet ciesząc się doskonałym zdrowiem bywam niemiła, a kiedy coś mi dolega, to... no cóż, lepiej nie wchodzić mi w drogę - potrafię zamarudzić takiego śmiałka niemal na śmierć. Wydaje mi się wtedy (tzn. na przykład dzisiaj), że cały świat powinien robić wszystko, aby ulżyć mym cierpieniom. P. już dość się dziś nasłuchał, więc postanowiłam powylewać swoje żale jeszcze tutaj.

Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. Potrzebowałam pokrzepiającej lektury, więc ponownie sięgnęłam po "Jonathana Strange'a i pana Norrella" Susanny Clarke. Nie pamiętam już teraz, dlaczego kiedyś oceniłam tę powieść tylko na 4+; obecnie wydaje mi się, że zasługuje na 5. 

Wciąż nie mogę się zabrać za omówienie "Atlasu chmur" Mitchella, ostatnio przeczytałam też "Przekleństwo Adama" Sykesa (ciekawa książka, nie powiem) i zaczęłam "Marsz Polonia" Pilcha (średnio mi się podoba). Przejrzałam też początek książki "Opowieść się rozpoczyna" Oza i dochodzę do wniosku, że ja chyba nie umiem czytać tak naprawdę, więc tym bardziej pisać o czytaniu nie powinnam.

W międzyczasie obejrzałam "Jak zostać królem" i "Prawdziwe męstwo". Oba filmy mi się podobały, nawet bardzo, choć żadnego z nich nie nazwałabym arcydziełem. "Jak zostać królem" jest świetnie zagrany, ale scenariusz wydał mi się trochę za schematyczny, uładzony, polukrowany, wyzbyty wszelkich niejasności. W "Prawdziwym męstwie" zauroczyły mnie przede wszystkim zdjęcia. W najbliższym czasie mam zamiar zobaczyć jeszcze "Czarnego łabędzia". 

sobota, 15 stycznia 2011

Pomarudzę

22 stycznia zbliża się nieuchronnie, a wraz z nim rusza Klub czytelniczy. Jeśli ktoś jest zainteresowany, to jeszcze zdąży, można zresztą dołączyć w każdej chwili. Nasza pierwsza lektura to "Jądro ciemności" Conrada. Nigdy wcześniej nie czytałam żadnego utworu tego autora, bo siostra, która przerabiała w liceum "Lorda Jima", skutecznie mnie do niego zniechęciła. Okazało się, że nie taki diabeł straszny. Być może napiszę o tym opowiadaniu na blogu, ale najpierw podyskutujemy u Anny.

Tymczasem powinnam coś tu sklecić na temat "Atlasu chmur" Davida Mitchella, ale jakoś zupełnie mi się nie chce. Chyba dlatego, że chciałabym to zrobić dobrze, bo książka mi się podobała, ale to wiąże się z koniecznością uważnego przejrzenia tej powieści jeszcze raz, powinnam też poszukać jakichś wywiadów z autorem, sprawdzić coś tu i ówdzie. Znowu będę "musiała" stworzyć jakiś długaśny wpis, którego prawie nikt nie przeczyta:). Ha, gdybym napisała kiedyś powieść, to sprzedawano by ją w aptekach jako niezawodny lek na bezsenność;).

Zauważyłam, że sporo osób prowadzących blogi o profilu podobnym do mojego bierze udział w konkursie na Blog Roku 2010 (organizatorem jest Onet), zwykle w kategorii Kultura. Mam nadzieję, że wygra ktoś, kogo podczytuję, ale też się za bardzo nie łudzę, że nagrodzone zostaną blogi rzeczywiście najlepsze: do finału przechodzą te, które otrzymały najwięcej głosów, a głosuje się esemesowo. SMS kosztuje 1,23 zł, a dochód (ciekawe, jaka to część przychodu) przeznaczony ma być na cele charytatywne. Nie rozumiem, dlaczego wybrano taką formę głosowania - przecież biorą w nim udział internauci, więc bardziej logiczne byłoby głosowanie poprzez jakiś formularz na stronie organizatora konkursu albo ostatecznie mailowo. Nie sądzicie?
W każdym razie po 10 blogów z każdej kategorii przechodzi do kolejnego etapu, w którym jednoosobowe jury (w przypadku Kultury jest to pan Jerzy Stuhr) wybiera najlepszy w danej kategorii blog i nominuje trzy blogi, które będą się ubiegały nagrodę główną i wyróżnienia. Wydaje mi się, że aby rzetelnie dokonać wyboru, trzeba uważnie prześledzić posty pojawiające się na każdym z tych blogów w ciągu całego roku. Jury ma na to mniej więcej 11 dni. Czy to wystarczy?
Moim zdaniem ten konkurs ma zbyt dużo tzw. wąskich gardeł i dlatego bardziej cenię choćby wyróżnienia typu Kreativ Blogger (postulowałabym jednak zmianę nazwy na polską i ładniejsze logo:)). W obu przypadkach jury jest jednoosobowe i kieruje się subiektywnymi upodobaniami, ale zwykły bloger śledzi więcej blogów niż dziesięć i robi to na co dzień, podczas gdy znana osobistość, np. pan Stuhr, na blogi zagląda raczej rzadko. 

Życzę powodzenia wszystkim "znajomym" blogerkom i blogerom, którzy biorą udział we wspomnianym tu konkursie:). Mam też nadzieję, że powstaną kolejne, z sensowniejszym regulaminem - wtedy może zagłosuję.

poniedziałek, 3 stycznia 2011

Candy!!!

Drodzy Blogerzy i Blogerki! Mole książkowe kochane! U progu Nowego Roku 2011 stajecie przed niepowtarzalną szansą wygrania nagrody w moim pierwszym i ostatnim candy!!!

Organizuję je zupełnie spontanicznie i wcale nie po to, żeby rozreklamować swój blog. Wpadłam na pomysł tego przedsięwzięcia przypadkiem, pewnego niedzielnego popołudnia, między wizytą w księgarni, w której widok tysięcy książek wprowadził mnie nieomal w stan nirwany (personel już chciał wzywać pogotowie), a uroczymi chwilami na dachu pewnej krakowskiej drukarni, gdzie tkwiłam przez kilka godzin ekscytując się  skondensowanymi oparami przemysłu poligraficznego. (Dlaczego nie stworzono jeszcze luksusowych perfum o tym zapachu? Z miejsca stałyby się moim must-have!)


Ad rem. Do wygrania trzy elektryzujące książki:

1. Ekskluzywne i LIMITOWANE wydanie "Złotych myśli" sławnego brazylijskiego filozofa Pamelo Coelo. Jeśli znalazłeś się na życiowym zakręcie i nie wiesz, co dalej, a nie stać Cię na psychologa i nikt nie lubi Cię na tyle, żeby się za darmo babrać w Twoim życiorysie - ta książka jest dla Ciebie! Podarowanie komuś tej książki, np. z okazji urodzin, jest też świetnym sposobem na zakończenie niechcianej znajomości.

2. I kolejny hit: "Jak dobrze wyglądać po 20" Feromony Brej, czyli utalentowanej aktorki znanej z trzecioplanowej roli w drugim odcinku kasowej telenoweli pt. "Ferma szczęścia", której pierwszy (mamy nadzieję, że nie ostatni!) sezon, składający się niestety tylko z dwóch odcinków, wyemitowała jesienią telewizja publiczna. Talent literacki Feromony wręcz mną wstrząsnął. Już po przeczytaniu kilku pierwszych stron doszłam do wniosku, że każde, absolutnie każde wyróżnienie (łącznie z Noblem) jest dla niej osiągalne! Mój podziw jest tym większy, że w dziedzinie dobrego wyglądu Feromona dysponuje przecież wiedzą tylko teoretyczną.

3. I wreszcie najnowszy mroczny skandynawski kryminał pt. "Dziewczyna, która igrała z Mężczyzną, który włożył skarpety nie do pary" Hennoga Larssoga. Komisarz Stroustrup próbuje odnaleźć zwyrodnialca, który na ścianie lokalnego spożywczaka nabazgrał: "Precz z państwem socjalnym! Wiwat libertarianizm!" i wstrząsnął krajem. Oprócz tego Stroustrup zmaga się z problemami rodzinnymi, finansowymi, mieszkaniowymi, zdrowotnymi, imigracyjnymi, politycznymi i wciąż nie może się zdecydować, który z ikeowych foteli nabyć: Ektorp Jennylund czy Ektorp Muren.


Jest więc o co powalczyć. Zadajecie sobie zapewne pytanie, jak zdobyć te perły literatury. Nie ukrywam - nie będzie łatwo. Oto regulamin mojego candy:

piątek, 31 grudnia 2010

Podsumowanie 2010 roku

W ubiegłym roku nie robiłam podsumowania, może dlatego, że wtedy prowadziłam (ten) blog dopiero od kilku miesięcy. W 2010 roku zamieściłam tutaj 124 posty (łącznie z tym), przy czym w 71 z nich omówiłam 77 książek. Nie znaczy to jednak, że tylko tyle przeczytałam. Bardzo lubię wracać do pozycji, które kiedyś mi się spodobały, więc gdybym i te powtórne lektury uwzględniła, lista przeczytanych w tym roku książek byłaby o co najmniej połowę dłuższa (w wakacje przypomniałam sobie prawie całą "Jeżycjadę" Musierowicz, poza tym "Imię róży", prawie cała Jane Austen, od czasu do czasu jakiś kryminał Agathy Christie, coś Sienkiewicza, część "Pieśni lodu i ognia" Martina, cały "Harry Potter" itd., itp).

Zastanawiam się, czy nie oznaczać niektórych książek dodatkowym tagiem: Styliści. Fabuła jest ważna, ale najbardziej cenię pisarzy, którzy mają własny styl, których stać na oryginalne metafory. W tym roku do tego grona zaliczyłabym (kolejność przypadkowa):

Bardzo duże wrażenie wywarły na mnie również (kolejność nieprzypadkowa):

Owszem, najczęściej sięgam po beletrystykę, ale nie zawsze. Przeczytałam również kilka książek innego rodzaju, które mogłabym oznaczyć wspólnym tagiem: Poszerzające horyzonty. Nie były to lektury łatwe, ale warte zachodu (kolejność przypadkowa):

Poszerzyłam również swoją wiedzę o dynastii Tudorów. Oprócz wspomnianego już "Zakochanego Szekspira" sięgnęłam w tym roku po trzy powieści dotyczące tego okresu:

i dwie książki popularnonaukowe na ten temat:

***

Czytelniczy rok 2010 zaliczam do bardzo udanych, mam nadzieję, że kolejny przyniesie co najmniej tyle samo świetnych lektur, czego sobie i Wam życzę! Dziękuję za odwiedziny i komentarze, miłe słowa i dyskusje.

***

wtorek, 14 grudnia 2010

Insygnia Śmierci i in.

Szablon bloga. Znów go zmieniłam. Poprzedni, po dodaniu gadżetu LinkWithin, wydał mi się zbyt kolorowy. W dodatku dopiero teraz oświecono mnie, że da się ustawić inny kolor linków w postach i komentarzach, a inny w reszcie strony. Usunęłam jedną z dwóch kolumn i poszerzyłam stopkę bloga. Mam nadzieję, że jest w miarę czytelnie i łatwo wszystko znaleźć.

Tak nawiasem mówiąc, to dziękuję twórcom czytników RSS i bardzo użytecznego rozszerzenia/wtyczki do chrome o nazwie Readability. Dzięki nim jestem w stanie wyłuskać treść z najbardziej zaśmieconej strony, nawet jeśli jej autor/autorka preferuje maleńką czcionkę na czarnym tle.

Harry Potter. Wybrałam się do kina sama, P. filmy o czarodziejach ma w pogardzie;). Para po lewej prawie cały czas coś jadła: menu mieli zróżnicowane - na przemian chrupali i szeleścili. No naprawdę, czy nie można zjeść w domu albo PRZED seansem?! Musiałam też jakoś przeżyć dwudziestominutowy blok reklamowy (spot Coca-Coli Zero był koszmarny).

SPOILERY

Twórcy filmu nie mieli łatwego zadania - W "Insygniach Śmierci" Rowling sporo się dzieje, ale akcja w pierwszej połowie książki, po upadku Ministerstwa, nie jest zbyt widowiskowa. W dodatku poszukiwanie horkruksów sprowadza się głównie do czytania książek i myślenia, co w tego rodzaju filmie trudno przedstawić. Ale da się. "Dwie wieże" też traktowały głównie o wędrowaniu, a moim zdaniem wypadły o wiele lepiej niż "Powrót króla".
W "Insygniach" podobały mi się przede wszystkim aktorstwo (nawet Daniel Radcliffe zagrał całkiem nieźle), scenografia (pisał o niej niedawno cedroo), efekty, muzyka też była w porządku. Świetnie zmontowano scenę w lesie, kiedy Harry, Ron i Hermiona próbują uciec przed szmalcownikami. Tylko niech mi ktoś powie, dlaczego ani w książce, ani w filmie oni się nie deportowali??
Za to scenariusz był beznadziejny. Jeśli ktoś nie czytał książki, to nie połapie się, o co chodzi. Sceny dynamiczne przeplatają się ze spokojniejszymi, ale brakuje napięcia, w ogóle jakoś nie widać, żeby trójce głównych bohaterów bardzo zależało na odnalezieniu i zniszczeniu reszty horkruksów. Nie odczuwałam prawie w ogóle tej grozy, jaka podobno opanowała świat czarodziejów. Nie dowiedziałam się, co się dzieje w Hogwarcie. Zakończenie wypadło raczej blado - może dlatego, że wcześniej wątek Różdżki Przeznaczenia był bardzo słabo wyeksponowany. Generalnie - niby kluczowe wydarzenia z książki są tu pokazane, ale kupy się to wszystko raczej nie trzyma, choć początek zapowiadał coś innego. Twórcy filmu powinni trochę więcej czasu poświęcić scenariuszowi i akcji, a nie szukaniu malowniczych krajobrazów (dlaczego Harry, Hermiona i Ron wciąż rozbijali namiot na jakichś opoczystych pustkowiach?).
Są świetne sceny: "konferencja" śmierciożerców i Voldemorta w dworze Malfoyów, wizyta Harry'ego i Hermiony w domu Bathildy Bagshot, śmierć Zgredka, wspomniana próba ucieczki przed szmalcownikami. Ciekawa była animowana wersja "Baśni o trzech braciach", ale kiepsko powiązano ją z całą resztą. Sympatycznie wypadł taniec Harry'ego i Hermiony, który podobno wzbudził tyle kontrowersji. Wydaje mi się jednak, że ten film mógł być dużo lepszy. No cóż, czekam na drugą część.


środa, 17 listopada 2010

LubimyCzytać i różności

Założyłam sobie konto w serwisie lubimyczytac.pl. Łatwo mnie znaleźć (o ile ktoś będzie szukał;)), ponieważ i tam występuję jako Elenoir. Zamierzam jednak zachować konto na goodreads.com, przynajmniej dopóki na jego polskim odpowiedniku nie będzie ładniejszych gadżetów na bloga (te dostępne obecnie są trochę siermiężne i w ogóle nie da się wyedytować ich wyglądu w html). Mam nadzieję, że pojawi się również możliwość komentowania cudzych tekstów.

Nie mam zamiaru, oczywiście, porzucać moich Impresji, przeciwnie - na lubimyczytać będę wrzucała raczej kilkuzdaniowe opinie o książkach, ewentualnie z linkiem do tego bloga. Tam wypada się ograniczyć do typowej recenzji/opinii, a tu mogę sobie pisać, o czym mi się żywnie podoba, niekoniecznie na temat, dodawać obrazki, formatować tekst itd. Zresztą chyba nie chciałabym, żeby niektóre moje wpisy (choć nie przeceniam ich jakości) zagubiły się w tamtejszym tłumie.

***

Tematyczny news mam już z głowy, więc teraz czas na różne różności (oby mi się z tego bloga nie zrobił jakiś pamiętnik...).

TVN. Oglądam te ich "Fakty" kilka razy w tygodniu i prawie zawsze w ogromne zdumienie wprawiają mnie wydumane pointy, podsumowujące niektóre newsy. Te teksty są na ogół po prostu głupie i bzdurne. Postuluję mniej pseudoelokwentnej błyskotliwości, więcej merytorycznych informacji!

Kult relikwii. Zastanawiam się, czy nie napisać  na ten temat, choć pewnie wiele osób moja wypowiedź mogłaby oburzyć;) Chcecie?

Egzemplarze recenzenckie. Niedawno na blogu Stara szafa przeczytałam ciekawą dyskusję  mniej więcej na temat szczerości recenzji książek otrzymywanych od wydawnictw.
Subskrybuję sporo blogów o tematyce "książkowej" i widzę, że problem rzeczywiście istnieje. Nie dotyka mnie może jakoś osobiście, bo wydaje mi się, że potrafię nieszczere recenzje wyłapać, ale jednak trochę razi.

Wyobrażam sobie, że to bardzo miło otrzymywać za darmo egzemplarze recenzenckie i że tak obdarowany "mól książkowy" może próbować, nawet podświadomie, jakoś się wydawnictwu odwdzięczyć za tak wspaniały prezent. Tylko że, bądźmy szczerzy, firmy nie wysyłają samych arcydzieł.

czwartek, 7 października 2010

Różne różności

Śniło mi się, że czytam na jakimś książkowym blogu bardzo krytyczną recenzję mojego opowiadania, które zamieściłam gdzieś w internecie. Zarzutów pod jego adresem padło sporo, ale zapamiętałam tylko dwa: nadużywanie młodzieżowego slangu oraz posługiwanie się stereotypami. To był oczywiście tylko sen, majak i ułuda, bo nigdy w życiu nie napisałam żadnego opowiadania, a gdyby nawet - wątpię, czybym je komuś pokazała. 
Zastanawiałam się kiedyś nad swego rodzaju wyzwaniem, nie czytelniczym, ale dla czytelników - osoby na co dzień krytykujące cudzą twórczość podjęłyby próbę napisania opowiadania na dowolny temat, które byłoby opublikowane na specjalnym blogu czy forum, a pozostali uczestnicy mogliby je tam ocenić. Przekonalibyśmy się wtedy na własnej skórze, jak trudno wymyślić interesującą fabułę, ciekawych bohaterów i sensowne dialogi. 
Tylko czy to by miało sens? Dość jest już grafomanii w internecie, zresztą - wszędzie. Po co ją jeszcze dodatkowo mnożyć? Ze smutkiem konstatuję, że nawet na blogach książkowych zdarzają się błędy frazeologiczne... (Mam nadzieję, że na Impresjach nie, ale w razie czego zwróćcie mi, proszę, uwagę).

***

Nie napiszę o Nagrodzie Nobla, bo wszyscy już to zrobili, a poza tym czytałam tylko jedną książkę zwycięzcy i wcale mnie nie urzekła. Z drugiej strony lepszy już taki news, niż wałkowanie non stop tematu dopalaczy. Naród i władza pospołu zapłonęły świętym oburzeniem. Niedługo prawy obywatel będzie się czuł uprawniony, ba! - zobowiązany do polowania na sprzedawców tego świństwa i do podkładania bomb pod inkryminowane sklepy. 

***

Postanowiłam zmienić szablon bloga, bo tamten mi się znudził.

***

Odwiedziłam w tym tygodniu Muzeum Archeologiczne w Krakowie. Była to już druga moja wizyta w tym miejscu. Znajduje się ono w samym centrum miasta, więc jeśli ktoś w Stołecznym Królewskim Mieście będąc, ma wolne dwie czy trzy godziny i nie wie, co z nimi zrobić, to polecam. 

Lubię muzea, bo lubię starocie. Nie jestem w stanie dostrzec pewnych niuansów w malowidłach na sarkofagach egipskich mumii z różnych dynastii, ale jest coś fascynującego w oglądaniu z tak bliska przedmiotów sprzed tysięcy lat, które kiedyś tkwiły w głębokich grobowcach, a teraz są na wyciągnięcie ręki. 

wtorek, 24 sierpnia 2010

W międzyczasie

Od zamieszczenia tu ostatniego wpisu minął już ponad tydzień, więc spieszę donieść (nie dosłownie spieszę, po prostu lubię ten zwrot), że kolejny powstaje. Będzie rekordowy pod względem długości, choć przecież na tym polu odniosłam już sporo sukcesów:) Ponadto z pewnością okaże się niezawodnym lekiem na najcięższe przypadki bezsenności - mnie samej oczy się zamykają, kiedy go piszę. Zdecydowałam się nawet na to wyznanie, żeby się od tego zajęcia choćby tylko na chwilkę oderwać:)

Chodzi o "Ucieczkę od wolności" Ericha Fromma. To lektura zdecydowanie frapująca, ale pewnie można ją streścić w kilku akapitach. Ja jednak na tym nie poprzestanę. Lepiej coś zapamiętuję, kiedy opowiem to sobie po swojemu, a najlepiej - kiedy o tym napiszę. Nie bardzo wychodzi mi przyswajanie informacji, które tylko usłyszałam. W każdym razie główne tezy pracy Fromma postanowiłam umieścić tu. Czytanie tego typu książek nie ma sensu, jeśli nie poświęca im o wiele więcej uwagi i miejsca niż beletrystyce.
Napisanie postu, którego nie będę się musiała jakoś bardzo wstydzić, wymaga ponownego przeglądania książki, na co w innym wypadku pewnie tak szybko bym się nie zdecydowała. Dla mnie jest to zajęcie pożyteczne, innych efekt może śmiertelnie zanudzić. Zresztą zauważyłam, że osobom zaglądającym tu od czasu do czasu najbardziej podobają się moje wpisy krytyczne, o słabych książkach, kiedy daję upust swojej ironii i złośliwości:) Sarkazm mam zawsze nad podorędziu, toteż takie posty powstają na ogół w okamgnieniu (lub w mgnieniu oka). Inne, nad którymi się biedzę przez kilka dni, mało kto doczytuje do końca. Nic to:) Pocieszam się, że znów osiągnęłam wagę, jaką miałam w pierwszej klasie liceum;) Zwrócono mi uwagę, że wciąż się tym chwalę, ale ja się tym nie przejmuję;)

wtorek, 29 czerwca 2010

Rocznica

Nie przywiązuję szczególnie dużej wagi do tego typu rocznic, dlatego z pewnym opóźnieniem zorientowałam się, że pierwszy wpis na Impresjach opublikowałam już ponad rok temu. Niektórzy przy takich okazjach rozdają swoim czytelnikom książki, ale ode mnie proszę tego nie oczekiwać - odczuwam ogromną awersję do rozstawania się z literaturą:) Lubię czytać książki i prawie tak samo lubię je mieć.

Staram się wspomnieć tutaj o każdej przeczytanej przeze mnie pozycji (choć pomijam na ogół te, które czytam powtórnie). Parę razy udało mi się nawet napisać coś w rodzaju recenzji, choć ostatnio doszłam do wniosku, że powinnam publikować raczej swoje wrażenia z lektury - taka forma usprawiedliwi brak profesjonalizmu;) Nie oznacza to oczywiście, że przestanę przybliżać fabuły lub treść omawianych książek - uważam to za niezbędny składnik moich wpisów. Podobnie jak cytaty i zwroty, które wydały mi się szczególnie oryginalne, frapujące lub, z innych jeszcze względów, znaczące. Dawniej notowałam je sobie w zeszycie, potem w wordzie, a teraz tutaj.

Piszę właściwie głównie dla siebie - zobowiązuje mnie to do trochę uważniejszego czytania książek, sprawia, że z każdej lektury coś pozostaje, choćby tylko wpis; z drugiej strony miło mi oczywiście, gdy ktoś te moje posty czyta, a zwłaszcza gdy konstruktywnie się na ich temat wypowiada:)
Poza tym musi istnieć w internecie jakaś przeciwwaga do "komenatrzy na onecie" - im więcej miejsc w sieci, w których ludzie piszą w miarę poprawnie, tym lepiej. (Staram się nie popełniać błędów, ale nie zawsze mi się to udaje).

W ciągu tego roku miałam okazję przekonać się, jak dużo osób prowadzi "książkowe" blogi (oczywiście są lepsze i gorsze) i niekiedy, choć właściwie nie za często, sięgałam po rekomendowane tam lektury. Być może i pod wpływem mojej pisaniny ktoś przeczytał coś fajnego?

środa, 10 marca 2010

Nowy szablon

Nie da się ukryć: mój ulubiony kolor to fioletowy i jego pochodne;)

Szablon Arthemia jest przeznaczony właściwie dla wordpressa, ale pojawiła się wersja dla bloggera i właśnie tutaj ją zaimplementowałam, oczywiście po paru modyfikacjach. Kilka drobnych zmian pewnie jeszcze wprowadzę, ale w najbliższym czasie blog będzie wyglądał mniej więcej tak, jak teraz. Zdaję sobie sprawę, że opcja "czytaj dalej" wyświetla się nawet w postach i na stronach, w których jej nie użyłam, ale nie wymyśliliśmy jeszcze, co z tym zrobić. Na stronach w lewym górnym rogu wyświetla się taki malutki dziwny znaczek, ale tego problemu też jeszcze nie rozwiązaliśmy.

Jeśli coś jeszcze jest nie tak, to dajcie znać. U mnie w przeglądarce google chrome jakoś to wygląda, w firefoksie i w operze też.

wtorek, 2 marca 2010

Techniczny

Stary szablon mi się znudził, więc znalazłam sobie nowy, który wprawdzie nie do końca spełniał moje oczekiwania, ale dosyć mi się podobał. I co? I już następnego dnia nie działa. Super. 

poniedziałek, 15 lutego 2010

Kreativ Blogger

Każde wyróżnienie, nawet nie do końca zasłużone, jednak cieszy:) Otrzymałam je od snoopy'ego, który prowadzi blog bric-à-brac. "Za osobowość i ... przejrzystość:)"

Wydawało mi się i wydaje nadal, że na tym blogu piszę raczej neutralnie i że moja osobowość z tych wpisów jakoś specjalnie nie wyziera:) Kiedyś prezentowałam ją trochę szerzej na wordpressie, gdzie pisałam o polityce, swoim i cudzym światopoglądzie oraz o bieżących wydarzeniach. Ostatnio trochę mi tego brakuje, więc postanowiłam takimi wstawkami urozmaicać od czasu do czasu facebookową stronę mojego bloga.