Impresje

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Historia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Historia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 20 marca 2020

Epidemia w literaturze III

Fragment długi, ale myślę, że ciekawy. Warto zauważyć, jak w ciągu nieco ponad wieku wzrosło tempo rozszerzania się epidemii, a także to, że i dawniej walkę z zarazą wykorzystywano w celach propagandowych...


Źródło cytatu: Historia XIX wieku. Przeobrażenie świata Jürgena Osterhammela, tłumaczenie: Izabela Drozdowska-Broering, Jerzy Kałążny, Adam Peszke, Katarzyna Śliwińska, Wydawnictwo Poznańskie 2013, str. 251-254


Dotychczas największa fala dżumy wyszła w 1892 r. z Chin Południowo-Zachodnich. W 1893 r. dotarła do południowochińskiej metropolii - Kantonu, w 1894 r. do sąsiedniej kolonii korony brytyjskiej - Hongkongu i najpóźniej wtedy wywołała szerokie i przypominające panikę zainteresowanie międzynarodowe. Międzynarodowy transport morski przeniósł zarazki w 1896 r. do Indii, w 1898 r. do Wietnamu, w 1899 r. na Filipiny. Do roku 1900 dotarły one do tak odległych portów jak san Francisco i Glasgow. W Kapsztadzie w 1901 r. zmarła połowa zarażonych - 371 osób. Najbardziej zadziwiającym wyjątkiem była Australia: dżumę stwierdzono wielokrotnie w portach, nigdy jednak nie przybrała ona rozmiarów epidemii, ponieważ władze, wiedzione słusznym instynktem, brutalnie walczyły ze szczurami. Pandemia szalała aż do pierwszej dekady XX w., a według niektórych historyków medycyny zakończyła się dopiero około 1950 r. Późną reakcją było w roku 1910 przeniesienie zarazków przez statek z ryżem z Birmy na Jawę, na której do tego czasu nigdy nie było dżumy; pomiędzy 1911 i 1939 r. zmarło ponad 215 tys. Jawajczyków. Następstwem była wyraźna poprawa warunków mieszkaniowych i opieki zdrowotnej w kolonii.
   Tak jak w wypadku innych epidemii epoki od razu pojawili się eksperci. W pierwszej chwili panowała bezradność, ponieważ na ponowne pojawienie się dżumy także w Azji nikt nie był przygotowany. Japonia nigdy wcześniej nie zetknęła się z dżumą. W Indiach była tak mało znana, że tam, inaczej niż w Chinach, nie było nawet bóstwa dżumy. Brytyjski Hongkong stał się niebawem najważniejszym laboratorium rywalizujących w skali międzynarodowej badań naukowych nad dżumą. Zaalarmowany rząd w Tokio delegował niezwłocznie słynnego bakteriologa Kitasato Shibasaburo, który był wcześniej asystentem Roberta Kocha. Z oddziału Instytutu Pasteura w Sajgonie pospieszył uczeń Pasteura Alexandre Yersin. To Yersin odkrył następnie w 1894 r. pałeczkę dżumy, wykazując zarazem niezbędny udział szczurów; krótko potem uznano również znaczenie pcheł jako zwierząt przenoszących chorobę. Szczury miały odtąd trudniejszy los. Władze Hanoi płaciły podczas epidemii dżumy w 1903 r. za każdego zabitego i dostarczonego szczura 0,20 piastra - skuteczny środek, który był zarazem zachętą do prywatnej hodowli szczurów. W Japonii wystąpiły w 1899 r. odosobnione przypadki choroby, nie doszło jednak do epidemii. O tym, jak nieznana była ta choroba dla Japończyków, świadczy fakt, że nazwali ją na zasadzie fonetycznego naśladownictwa pesuto, bowiem rodzima nazwa nie istniała.

środa, 18 marca 2020

Epidemia w literaturze II

Doszłam do wniosku, że na naszych półkach znajdzie się więcej źródeł cytatów dotyczących tego, jak w mniej lub bardziej odległej przeszłości postrzegano epidemie i jak na nie reagowano. Stąd nieco odkurzam blog i planuję kolejny cykl wpisów. O ile się nie rozmyślę;).

Źródło cytatu:"W kręgu upiorów i wilkołaków" Bohdana Baranowskiego, Wydawnictwo Łódzkie, 1981 r., str. 261-265


   Póki nie poznano prawdziwych przyczyn chorób zakaźnych, tłumaczono je sobie w przeróżny sposób - karą niebios, złośliwością szatana i jego ziemskich sojuszników czarownic. W XVII i XVIII wieku następstwem niemal każdej "zarazy" było polowanie na czarownice. Wiele niewinnych kobiet poniosło śmierć w straszliwych męczarniach jako karę za sprowadzenie "zarazy".
   Znane są wypadki, że podczas epidemii dżumy, która nawiedziła południowo-wschodnie ziemie dawnej Rzeczpospolitej, w początkach siedemdziesiątych lat XVIII w., zabito, ptopiono lub nawet spalono na stosie kilka osób, które jakoby rozsiewały zarazki tej choroby. Były to zresztą typowe skutki samosądów, których uczestnicy nie ponieśli jednak żadnej kary.
   Jeszcze w końcu XIX w. podczas epidemii tyfusu w Konopnicy w Wieluńskiem pobito dotkliwie dwie stare kobiety, posądzone o czary, Atmosfera we wsi była tak napięta, że za radą kilku rozsądnych mieszkańców odesłano staruszki do Kalisza, gdzie zostały umieszczone w przytułku. Nawet w powiatowym mieście w Radomsku, w czasie epidemii "hiszpanki" w 1918 r. zebrani na ulicy lżyli pewną staruszkę, którą posądzono o "rozsiewanie zarazy".

wtorek, 17 marca 2020

Cytat o epidemiach w średniowieczym Krakowie

Wczoraj skończyłam czytać książkę Agnieszki Bukowczan-Rzeszut "Jak przetrwać w średniowiecznym Krakowie" (Wydawnictwo Astra) i pewne analogie nasuwają się same, mimo że - na szczęście - absolutnie nie można wprost porównywać dżumy i SARS-CoV-2. 
Źródło cytatu: str. 338-343

(...) Na szczęście u nas zawczasu wiedziano, jak ograniczyć skalę zarazy. Miasta, w których odnotowano pierwsze zachorowania, obejmowano kwarantanną, a do tych, gdzie choroba jeszcze nie dotarła, moglibyście, drodzy Czytelnicy, wejść wyłącznie z dokumentem potwierdzającym, że nie przybywacie z miejsc zapowietrzonych. Walkę ułatwiała też mniejsza populacja - stołeczny Kraków liczył około 30 tysięcy mieszkańców, gry w tym czasie populacja Paryża była ponad sześciokrotnie wyższa. Także słabiej rozwinięta sieć dróg zwolniła pochód czarnej śmierci.
   Mieszkając lub przebywając w opanowanym epidemią średniowiecznym Krakowie, moglibyście, drodzy Czytelnicy, zaobserwować podobne obrazy, jak w innych ówczesnych miastach. Gdy władze miejskie potwierdziły, że w Krakowie rozgościła się zaraza, pospiesznie wybierano rajców, po czym każdy, kto mógł, uciekał z miasta. Burmistrz musiał zostać na stanowisku, chyba że znalazł kogoś na zastępstwo. Miasto pustoszało i głuchło, przypominało wymarłe. Zakazywano wszelkich zgromadzeń, zamknięte na głucho były nie tylko łaźnie, ale i gospody czy zajazdy. Dbano pilniej o higienę: w mieście regularnie wywożono śmieci, zamiatano i czyszczono ulice, tępiono wałęsające się zwierzęta. Z miasta wypędzano prostytutki i ludzi luźnych, z ostrożnością traktowano przyjezdnych. Zmarłych wynoszono, kładziono na wozie przykrytym suknem i zaprzężonym w konie z doczepianymi dzwoneczkami, po czym grzebano poza murami, a domy opanowane przez chorobę pieczętowano. Zdrowi dostawali jedzenie, ale nie mogli wychodzić do czasu ustania zarazy. (...)

niedziela, 5 maja 2019

OBYWATELKI. KOBIETY W PRZESTRZENI PUBLICZNEJ WE FRANCJI PRZEŁOMU WIEKÓW XVIII I XIX


Tytuł: Obywatelki. Kobiety w przestrzeni publicznej we Francji przełomu wieków XVIII i XIX
Autor: Tomasz Wysłobocki
Wydawnictwo: Universitas
ISBN: 978-83-242-2391-6
Stron: 379


Zaniedbuję ostatnio ten blog przeokropnie, uznałam jednak, że nie mogę nie napisać, choćby krótko, o książce Tomasza Wysłobockiego, którą właśnie dziś skończyłam czytać. Oczywiście tematyka tej pracy sama w sobie jest niezwykle interesująca, ale autorowi należy się duże uznanie również za logiczną i przejrzystą konstrukcję wywodu, co wcale nie jest aż tak znowu często spotykane w tego rodzaju publikacjach.

Książka traktuje przede wszystkim o - bardzo szeroko rozumianej - "kwestii kobiecej" w okresie rewolucji francuskiej i krótko po jej zakończeniu, aż do 1804 roku, kiedy to uchwalono "Kodeks cywilny", w którym ową "kwestię" jednoznacznie uregulowano.

Nie jest to przy tym praca tylko dla osób, które bez trudu odróżniają żyrondystów od jakobinów i na wyrywki znają kalendarz rewolucyjny, bynajmniej. Autor uzupełnia główny wywód prezentacją szerokiego kontekstu opisywanych wydarzeń, zaczynając od tego, jak oświeceniowi intelektualiści postrzegali, właściwie - jak definiowali kobiety i ich miejsce w społeczeństwie. Znajomość tych poglądów jest konieczna, okazuje się bowiem, że zwłaszcza przekonania J.J. Rousseau miały - niestety - naprawdę przemożny wpływ na ówczesną publicystykę i prawodawstwo. I nie tylko we Francji; zapatrywania Rousseau na temat kobiet krytykowała m.in. Mary Wollstonecraft, o czym przeczytałam niedawno w "Buntowniczkach" Charlotte Gordon.

czwartek, 10 stycznia 2019

Książki, których nie opisałam

W ubiegłym roku czytałam przede wszystkim literaturę faktu i popularnonaukową, znacznie rzadziej sięgałam po literaturę piękną albo czysto rozrywkową. Fabuły jakoś mnie nie przyciągały, może to kwestia przesytu. Chciałabym jednak krótko wspomnieć o kilku książkach, o których na blogu nie napisałam, bo bezpośrednio po lekturze nie mogłam się zdobyć na dłuższy tekst, z różnych względów.


Tytuł: Pod klątwą. Społeczny portret pogromu kieleckiego
Autorka: Joanna Tokarska-Bakir
Wydawnictwo: Czarna Owca
ISBN: tom I 978-83-7554-936-2, tom II 978-83-8015-851-1
Stron: tom I 768, tom II 808

Największe wrażenie wywarła na mnie praca Joanny Tokarskiej-Bakir pt. "Pod klątwą. Społeczny portret pogromu kieleckiego". Oczywiście o pogromie kieleckim przed tą lekturą słyszałam to i owo, ale teraz znam szeroki kontekst tych wydarzeń. Opowieść autorki jest bardzo szczegółowa, to nie tylko relacja z tamtych lipcowych dni, ale również sylwetki uczestników wydarzeń (ofiar, sprawców, świadków, urzędników), a tym samym portret ówczesnych Kielc. Tym cenniejszy, że często społeczeństwo powojenne przedstawia się w czarno-białych barwach: komuniści vs uciśniony naród, a tu dzięki detalom otrzymujemy portret bardziej zniuansowany.

wtorek, 10 lipca 2018

Marzenie Hernando

W poprzednim numerze "Polityki" natrafiłam na bardzo interesujący artykuł Andrzeja Hołdysa o synu Krzysztofa Kolumba i jego zamiłowaniu do map i książek. Całość można znaleźć w tygodniku, ale mam nadzieję, że autor nie obrazi się za to, że zacytuję tu kilka obszernych fragmentów.

(...) Hernando miał jedno marzenie: chciał zgromadzić pod jednym dachem wszystkie książki, jakie ukazały się na świecie. Zaraz po zakończonej niepowodzeniem konferencji w Badajoz powrócił do Sewilli, aby rozpocząć budowę domu, który wedle jego planów miał stać się największą biblioteką ówczesnej Europy. Był w niej tak rozmiłowany, że – jak przyznał w testamencie spisanym kilka lat przed śmiercią – „nigdy się nie ożenił, ponieważ kobieta nie dałaby mu tego, co dały mu książki”.

poniedziałek, 28 maja 2018

POLSKA STANISŁAWOWSKA W OCZACH CUDZOZIEMCÓW (tom I)

Tytuł: Polska stanisławowska w oczach cudzoziemców (tom I)
Pierwsze wydanie: 1963
Autorzy: K. H. Heyking, J. H. Bernardin de Saint-Pierre, G. G. Casanova de Seingalt, J. Harris, J. Marshall, J. Bernoulli, N. W. Wraxall, W. Coxe, H. Vautrin
Opracowanie i wstęp: Wacław Zawadzki

Wydawnictwo: PIW 1963
Seria: Biblioteka pamiętników polskich i obcych
Stron: 957


Książka wydana została po raz pierwszy w 1963 roku w 4000 + 250 egzemplarzach i chyba nigdy nie została wznowiona. Nie trafiłabym na nią, gdyby nie to, że lubię oglądać cudze biblioteczki.

U cioci mojego P. zaczęłam kartkować pracę, w której opiewano dzieje małej podkarpackiej wsi, w której się właśnie znajdowaliśmy, i zauważyłam w niej interesujący cytat właśnie z "Polski stanisławowskiej", o ile dobrze zapamiętałam - fragment, w którym Vautrin opisał strój osiemnastowiecznych chłopów pańszczyźnianych. Znajduję jakąś masochistyczną przyjemność w czytaniu o niedolach moich ciemiężonych przodków, więc uznałam, że KONIECZNIE muszę poznać całość.

Ku mojemu zdziwieniu znalazłam "Polskę stanisławowską" w miejskiej bibliotece i przeczytałam na razie pierwszy tom. Nie jest to pozycja szczególnie rozchwytywana - w ciągu ostatnich trzydziestu dwóch lat wypożyczono ją zaledwie 11 razy. Co prawda dzisiejsi Polacy podobno bardzo interesują się tym, co się o ich kraju pisze za granicą, ale może ich ciekawość nie sięga aż do drugiej połowy XVIII wieku.

sobota, 3 lutego 2018

GOTOWI NA PRZEMOC

Tytuł: Gotowi na przemoc. Mord, antysemityzm i demokracja w międzywojennej Polsce (Primed for Violence: Murder, Antisemitism, and Democratic Politics in Interwar Poland)

Pierwsze wydanie: 2017
Autor: Paweł Brykczyński
Tłumaczenie: Michał Sutowski

Wydawnictwo Krytyki Politycznej
Seria Historyczna
                                       ISBN: 978-83-65853-20-2
                                       Stron: 278

Odnoszę wrażenie, że opinia publiczna za bardzo skupiła się w ostatnich dniach na grupce neonazistów, którzy uczcili urodziny Hitlera tortem ze swastyką ułożoną z wafelków. Uważam, że realnym problemem jest znaczący wzrost nastrojów nacjonalistycznych i ksenofobicznych oraz promowanie takich postaw przez obecną władzę i partyjne media.

Dominuje w nich narracja, w której stawia się znak równości między nacjonalizmem i patriotyzmem, czemu towarzyszy wybielanie lub wręcz fałszowanie historii naszego państwa. Minister MSWiA Joachim Brudziński wiele razy powtórzył ostatnio, że "Polska jest narodem ofiar, a nie sprawców". To nieprawda. Oczywiście trudno spekulować o dokładnych proporcjach, ale wśród Polaków zdarzali się i zbrodniarze, i bohaterowie. Nie ponosimy odpowiedzialności za czyny tych pierwszych i nie mamy prawa uważać się kogoś lepszego z powodu etnicznego pokrewieństwa z tymi drugimi.

sobota, 23 grudnia 2017

ZANIM POLSKA ZOSTAŁA POLSKĄ

Tytuł: Zanim Polska została Polską
Pierwsze wydanie: 2015
Autor: Przemysław Urbańczyk

Wydawnictwo Naukowe UMK
ISBN: 978-83-231-3399-5
Stron: 443

Obecnie rządzące naszym krajem ugrupowanie lubuje się w celebrowaniu wszelkich rocznic (w tym miesięcznic pogrzebu!), wychodząc prawdopodobnie z założenia, że Polki i Polaków można zjednoczyć tylko wokół jakiegoś pamiętnego wydarzenia z mniej lub bardziej odległej, ale oczywiście wyłącznie chlubnej przeszłości.

W przyszłym roku obchodzić będziemy stulecie odzyskania niepodległości (paski TVP Info wytłumaczą nam zapewne, dlaczego i za tamten przełom powinniśmy być wdzięczni braciom K. i "dobrej zmianie"), a w roku ubiegłym świętowano rocznicę chrztu Polski. Co jest o tyle zabawne, że tysiąc pięćdziesiąt lat temu o Polsce i Polakach nikt jeszcze nie słyszał, chrzest dotyczył zapewne tylko Mieszka I i może jeszcze osób z jego otoczenia, a nie całej krainy, którą władał, a poza tym wcale nie jest pewne, czy wydarzenie to miało miejsce rzeczywiście w 966 roku. Po prostu istnieje bardzo niewiele źródeł pisanych (i innych) dotyczących początków naszego państwa, a i te, które się zachowały, bardzo trudno niekiedy zinterpretować.

sobota, 28 października 2017

CÓRKI WAWELU

Tytuł: Córki Wawelu. Opowieść o jagiellońskich królewnach
Pierwsze wydanie: 2017
Autorka: Anna Brzezińska

Wydawnictwo Literackie 
ISBN: 978-83-08-06393-4
Stron: 835


Nie mogłam pominąć książki, w której o Polsce w czasach Jagiellonów i o renesansowym Krakowie opowiada się z perspektywy kobiet, w dodatku nie tylko tych utytułowanych. Z góry wiedziałam, że tematyka poruszana w "Córkach Wawelu" mnie zainteresuje, natomiast nie byłam do końca przekonana, czy będzie mi odpowiadała forma tej publikacji: po części jest to powieść historyczna, po części esej czy praca popularnonaukowa (ale bez przypisów). Być może fabularyzacja ma ułatwić współczesnemu odbiorcy zrozumienie sposobu myślenia ludzi, którzy żyli pięćset lat temu, i dokonanie bardziej obiektywnej oceny ich decyzji.
 
Akurat mnie nie było to potrzebne. Sporo o tych czasach czytałam już wcześniej (co prawda skupiałam się raczej na dynastii Tudorów, ale między ich dworami i dworami Jagiellonów dostrzegam sporo analogii), a i o historii Krakowa, i o jego dawnej architekturze wiem nieco więcej niż przeciętny krakowianin (nawet ten z dziada pradziada). Informacji o epoce i postaciach, które mnie interesują, szukam przeważnie w pierwszej kolejności w pracach specjalistów, a ewentualnie dopiero potem w powieściach (w trakcie lektury zżymam się na każde dostrzeżone uproszczenie i przeinaczenie). "Córki Wawelu" mają jednak tę zaletę, że ich autorka, Anna Brzezińska, jest z wykształcenia historykiem, można więc czerpać przyjemność z lektury nie obawiając się, że pisarka za bardzo dała się ponieść wyobraźni (z drugiej strony wiem, że nie każdemu by to przeszkadzało). Tu dokładnie wiadomo, co jest faktem, a co zmyśleniem, ale przejścia między tymi warstwami są zaskakująco płynne.

poniedziałek, 18 września 2017

BIEŻEŃSTWO 1915. ZAPOMNIANI UCHODŹCY

Tytuł: Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy
Pierwsze wydanie: 2016
Autorka: Aneta Prymaka-Oniszk

Wydawnictwo: Czarne 2016
ISBN: 978-83-8049-350-6
Stron: 367

 
Ogłoszono niedawno siedmiu finalistów Nagrody Nike, a ja jak co roku stwierdzam, że nie tylko nie czytałam jeszcze żadnej z wyróżnionych pozycji, ale też żadnej z pozostałych nominowanych. Swoją ignorancję dotyczącą nowości od czasu do czasu nieco zmniejszam wypożyczając z biblioteki książki wydane na przykład zaledwie w poprzednim roku. Jest tam taka półeczka z nowymi nabytkami, wśród których czasami znajduję coś potencjalnie interesującego. Zdecydowałam się na "Bieżeństwo" z powodu okładki ze zmartwionymi wiejskimi kobietami okutanymi w chustki i jakieś koce.

poniedziałek, 9 stycznia 2017

PRZEZ KRAJ LUDZI, ZWIERZĄT I BOGÓW

Tytuł: Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów (Beasts, Men and Gods)
Pierwsze wydanie: 1922
Autor: Antoni Ferdynand Ossendowski

Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Seria: Podróże Retro
ISBN: 978-83-7506-261-8
Stron: 382
 

Ta książka to swego rodzaju reportaż z podróży, którą Ossendowski odbył w 1920 roku z Krasnojarska, przez Mongolię, do Pekinu. Nie była to bynajmniej wycieczka krajoznawcza - musiał uciekać przed bolszewikami, którzy łagodnie mówiąc mieli mu za złe wspieranie białych.

Na początku, w Dedalusie, zaintrygowała mnie okładka, a potem przejrzałam kilka pierwszych stron i szybko zdecydowałam się na zakup - już na trzeciej stronie autor w przebraniu chłopa zaczyna ukrywać się w tajdze, gdzie żywi się tym, co upoluje, i niewielkim zapasem sucharów i herbaty. Spodobała mi się lakoniczność Ossendowskiego. Tak dla odmiany. To, co on opisał w jednym króciutkim rozdziale, współczesnemu reportażyście zajęłoby co najmniej jedną trzecią książki, a gdyby ów reportażysta miał zamiłowanie Knausgårda do detali, to jeden tom ledwie by pomieścił opis ucieczki z Krasnojarska.

piątek, 15 kwietnia 2016

CZAS KOR-U. JACEK KUROŃ A GENEZA SOLIDARNOŚCI

Tytuł: Czas KOR-u. Jacek Kuroń a geneza Solidarności
Pierwsze wydanie: 2011
Autor: Andrzej Friszke

Wydawnictwo: Znak, Instytut Studiów Politycznych PAN
ISBN: 978-83-240-1813-0, 978-83-60560-74-5
Stron: 613




Śledzę uważnie to, co się wyprawia na naszej scenie politycznej. Zamiast aktorów snują się po niej kaskaderzy, którymi dyryguje autor dramatu i zarazem reżyser ukryty przed publicznością w budce suflera. Spektakl jest żenujący. Ten teatr potrzebuje gruntownej reformy, ale brakuje autorytetu, osobowości odpowiedniego formatu, której z pełnym zaufaniem moglibyśmy powierzyć tę sprawę.

Najgorsze jest jednak to, że znaczna część społeczeństwa nie dostrzega problemu, albo dostrzega, ale siedzi cicho, konsumując ochłapy w postaci 500 zł. Dopiero teraz widać, jak bardzo nie dojrzeliśmy jeszcze do demokracji i do bycia Europejczykami. Takie egoistyczne i krótkowzroczne nastawienie Polaków mogłaby zmienić odpowiednia edukacja: uczenie tolerancji, empatii, współpracy, odpowiedzialności za siebie i współodpowiedzialności za środowisko, w którym się żyje, pokazywanie jak działa państwo na szczeblu lokalnym i centralnym, tego co jest możliwe, a co jest tylko pustą obietnicą. Długofalowe działania w tym zakresie mogłyby przynieść skutek, ale są znacznie mniej spektakularne niż kolejny apel ku czci, więc raczej nie spodziewam się wysypu tego typu projektów, przynajmniej nie ze strony rządzących polityków.

piątek, 25 marca 2016

KOBIETA EPOKI WIKTORIAŃSKIEJ. TOŻSAMOŚĆ, CIAŁO I MEDYKALIZACJA

Tytuł: Kobieta epoki wiktoriańskiej. Tożsamość, ciało i medykalizacja
Pierwsze wydanie: 2013 (chyba)
Autorka: Agnieszka Gromkowska-Melosik

Wydawnictwo: Oficyna Wydawnicza "Impuls"
ISBN: 978-83-7850-513-6
Stron: 191


Tak, tak, to kolejna książka o tym, jak w XIX wieku ciemiężono kobiety. Na tamtym etapie rozwoju ludzkości klasyczna metoda "za włosy i do jaskini" stała się już nieco zbyt kontrowersyjna (przynajmniej wobec białych kobiet z zamożnych warstw społeczeństwa), wymyślono więc nowe, ale cel pozostał ten sam: kobieta ma rodzić i wychowywać dzieci, ładnie wyglądać, sprzątać jaskinię, gotować - oczywiście najlepiej w milczeniu, no chyba że akurat postanowi wygłosić pean na cześć swego pana i władcy.

niedziela, 30 sierpnia 2015

KACPER RYX

Tytuł: Kacper Ryx
Pierwsze wydanie: 2007
Autor: Mariusz Wollny

Wydawnictwo Otwarte 2007
ISBN: 978-83-7515-014-8
Stron: 580

Wszyscy czytają teraz "Tajemnicę domu Helclów" Maryli Szymiczkowej (a tak naprawdę Sami-Wiecie-Czyją) i ja też mam tę pozycję w planach, głównie ze względu na miejsce akcji: Kraków pod koniec XIX wieku. Dziś jednak napiszę o innym kryminale retro, w którym scenerię wydarzeń również stanowi Kraków, ale młodszy o ponad trzysta lat.

środa, 24 czerwca 2015

NIEMCEWICZ OD PRZODU I TYŁU

Tytuł: Niemcewicz od przodu i tyłu
Pierwsze wydanie: 1939
Autor: Karol Zbyszewski

Wydawnictwo: Zysk i S-ka
ISBN: 978-7785-115-9
Stron: 470

Wcale się nie dziwię, że ta książka wywołała kiedyś skandal. W Polsce wszelkie próby odbrązowienia (nawet nieodległej) przeszłości uchodzą za niepotrzebne, szkodliwe, wrogie, a Zbyszewski nie tylko odbrązowił, ale po prostu zmieszał z błotem wiele postaci historycznych i właściwie całą ówczesną przed- i międzyrozbiorową Polskę, zwłaszcza jej rzekome elity.

Autor wcale nie ukrywał swojego antysemityzmu i mizoginii, co mnie w trakcie lektury trochę mierziło, ale jakoś to przełknęłam, bo "Niemcewicza" czytało mi się świetnie. Zdaję sobie sprawę z tego, że Zbyszewski szkicował ówczesne realia nieco może zbyt grubą kreską, że za łatwo ferował jednoznaczne i surowe wyroki, że tolerancja i wyrozumiałość to pojęcia najwyraźniej całkowicie mu obce, podobnie zresztą jak obiektywizm. Cóż jednak poradzę na to, że mnie się ten styl wyjątkowo spodobał. Cenię bezkompromisową ironię i obrazoburczą złośliwość, jeśli celem takiego ataku jest głupota i hipokryzja. Poza tym książka nie jest tylko wyrazem prywatnych przekonań autora. Świadczy o tym bogata bibliografia.

wtorek, 24 lutego 2015

LEGION

Tytuł: Legion
Pierwsze wydanie: 2013
Autorka: Elżbieta Cherezińska

Wydawnictwo: Zysk i S-ka
ISBN: 978-83-7785-221-7
Stron: 800




Jak to nie zachwyca mnie "Legion" Cherezińskiej, jeśli tysiąc razy czytałam, że innych zachwyca? A tak to. Może dlatego, że spodziewałam się powieści o wojnie, a dostałam ośmiusetstronicowy scenariusz serialu. Też o wojnie, co prawda, ale gdybym preferowała takie ujęcie tego tematu, to obejrzałabym "Czas honoru", a nie wypożyczała grubą książkę z biblioteki. Nie twierdzę, że "Legion" nie ma żadnych zalet, bo ma, i to sporo, ale nie mogę przecież nie wspomnieć o tych kilku sprawach, które mnie uwierały w trakcie czytania.

niedziela, 4 stycznia 2015

WYPRAWA W DWUDZIESTOLECIE

Tytuł: Wyprawa w Dwudziestolecie
Pierwsze wydanie: 1999
Autor: Czesław Miłosz

Wydawnictwo Literackie 2011
ISBN: 978-83-08-04531-2
Stron: 611



Przeczytanie "Wyprawy w Dwudziestolecie" utwierdza mnie w przekonaniu, że Andrzej Leder ma naprawdę dużo racji, kiedy pisze o "prześnionej rewolucji", która zupełnie zmieniła stosunki społeczne i majątkowe w naszym kraju. Prześnionej i zapomnianej lub zignorowanej, w świadomości przeciętnego Polaka przesłoniętej przez popularne ostatnio publikacje o elitach II RP i - z drugiej strony - przez komedie Barei. Wielu osobom okres międzywojenny kojarzy się z rautami, dworkami, kawiarniami, Kresowymi mitami i może jeszcze bitwą warszawską, ale jeśli spojrzy się głębiej, to robi się bardzo nieprzyjemnie.

Miłosz, który urodził się w 1911 roku, został - jak pisze - przez tę epokę ukształtowany, więc jego perspektywa jest zupełnie inna.
(...) tamta Polska  nie odpowiadała wcale idealnemu obrazowi, jaki nowe pokolenie może sobie tworzyć. Dość było zjawisk budzących przerażenie, litość i gniew. Przecie te właśnie silne uczucia przesądzały o tym, czym stałem się jako poeta, i ślady tych uczuć można znaleźć w moich utworach.
   Nie wątpię, że zapoznanie się z tamtą Polską będzie dla wielu czytelników trudnym przeżyciem, być może wstrząsem, i że będą zapytywali: "Jak to możliwe?" Ale było możliwe, jak wskazują zebrane przeze mnie materiały, prawie wszystkie drukowane przed rokiem 1939. [str. 6]
Miłosz określa tę książkę jako "ogród wycinków", bo składa się ona przede wszystkim z cytatów pochodzących z różnego rodzaju tekstów z tamtego okresu: artykułów prasowych, felietonów, reportaży, ulotek propagandowych, fragmentów powieści, pamiętników, listów, memoriałów, przemówień, odezw itd. Cytaty te pochodzą z publikacji wyszukanych pod kierunkiem Miłosza przez doktoranta polonistyki UJ Kamila Kasperka. Miłosz opatrzył je swoimi komentarzami, niezbyt obszernymi - do wyobraźni czytelnika mają przemówić same teksty.

Nie jest to lektura łatwa, zwłaszcza na początku, kiedy dotyczy niezwykle skomplikowanych stosunków polsko-litewskich, polsko-ukraińskich i polsko-białoruskich. Przynajmniej mnie się one takie wydają, no ale może to dlatego, że nie za wiele jeszcze o nich wiem. I choć wszystkim tym stronom można wiele zarzucić, to najwięcej chyba polskiej administracji, która wobec tych narodów postępowała ze zdumiewającą krótkowzrocznością, nieuzasadnioną wyższością, a często z bezmyślnym okrucieństwem. Zresztą podobny stosunek miały "elity" do Polaków z uboższych warstw: robotników, chłopów, wyrobników, czyli do zdecydowanej większości obywateli. Z kolei wielu Polaków ze wszystkich klas prezentowało co najmniej niechętny stosunek do Żydów, zwłaszcza w czasach Wielkiego Kryzysu, a potęgowała to jeszcze postawa kościoła.
Polski nacjonalizm nie osiągnął tak monstrualnych rozmiarów, jak niemiecki, ale wynikało to raczej z braku środków niż z braku ambicji i zaangażowania. Takie nastroje dominowały wtedy w całej chyba Europie. Zawsze trzeba przecież kogoś obwinić za to, że nie ma co do garnka włożyć, a najłatwiej obwinić obcego, innego.

Sytuacja tzw. prostych ludzi była okropna, tragiczna, a co najgorsze - nie było absolutnie żadnych nadziei na jej poprawę. Ziemi rolnej było za mało, a chłopów za dużo. Światowy krach gospodarczy zatrzymał rozwój przemysłu, który mógłby zaabsorbować ten nadmiar. W miastach wcale nie było lepiej - robotnicy cieszyli się, jeśli znaleźli pracę, nawet jeśli pensja była dosłownie głodowa.

Członkowie rodziny Żeberkiewiczów przed swoim prowizorycznym mieszkaniem, 1935 r. (Źródło: NAC)

Życie kulturalne, owszem, kwitło, ale dostęp do niego był bardzo ograniczony. Zresztą ten temat Miłosz tu pomija, nie pisze też o literaturze, m.in. dlatego, że akurat ona zostawiła przecież trwały stosunkowo trwały ślad, łatwiej ją dziś uchwycić niż nastroje i temperaturę debat z tamtych lat.

Ogromną rolę odgrywała wtedy prasa - wśród tych, których było na nią stać. Podejmowała bardzo różne tematy, często w sposób dogłębny i radykalny - artykuły były wtedy dłuższe, a prawo prasowe chyba mniej restrykcyjne (polemiki - o czym dowiedziałam się już wcześniej od Boya - bywały naprawdę ostre). Nabrałam ochoty na lekturę reportaży Ksawerego Pruszyńskiego, mimo że był, jak się zdaje, konserwatystą. Może też przeczytam wreszcie jakąś powieść Dołęgi-Mostowicza (tu cytowany jest utwór pt. "Doktor Murek zredukowany").


Obok tekstów łatwo przyswajalnych (mam tu na myśli zwłaszcza reportaże lub wspomnienia) są fragmenty trudniejsze w odbiorze (np. odezwy różnych komitetów), ale całość stanowi świetne wprowadzenie w atmosferę międzywojnia, może też stanowić uzupełnienie już posiadanej wiedzy. Miłosz w swoich komentarzach świadomie nie jest obiektywny, ale chyba nie można nie pisać subiektywnie o czasach dorastania i młodości.

Cytaty zebrane są w bloki tematyczne, np. "Traktat ryski", "Stolica", "Robotnicy" itd. Szkoda tylko, że wydawnictwo nie zamieściło na końcu spisu cytowanych publikacji - łatwiej byłoby znaleźć konkretny fragment.


***

Tradycyjnie na koniec kilka cytatów:

Dla tych, dla których nie buduje się szkół, będzie się budowało więzienia. [str. 348, Maria Milkiewiczowa, Wieś polska ginie, "Wiadomości Literackie" 1936, 10. V, nr 20]

Z tego samego źródła fragment o odwiecznej pazerności kościoła katolickiego, który podobno udziela sakramentów za "co łaska":

W czasach, w których nie stać na budowanie domów mieszkalnych i szkół, poświęca się olbrzymie sumy na budowanie kościołów. W jednym powiecie rzeszowskim  - pisze Michałowski - wykończono w ostatnich latach siedem kościołów. Najtańszy w Bartkowicach kosztował 25 tysięcy złotych, osiągniętych z opodatkowania się po pięć złotych z morgi i - ze składek. Kościół w Rudnej pochłonął 210 tysięcy złotych, a jeszcze nie jest wykończony. Na budowę kościoła w Lubeni poszło półtora miliona cegieł. Opoką,na której te kościoły zostały zbudowane, jest niewątpliwie lud.
   Żaden poborca podatkowy nie potrafi tak zręcznie wydobyć od chłopa ostatnich paru groszy, jak umie to zrobić ksiądz. (...)
   Drobnorolny gospodarz z powiatu dąbrowskiego opowiada, że proboszcz jego parafii umyślnie zwlekał z daniem mu ślubu aż do adwentu, a potem zażądał dodatkowej opłaty w wysokości 50 złotych za dyspensę. (...)
   Jednakże kryzys na wsi jest już tak wielki, że czasami nawet księżom nie udaje się już nic od chłopa wyciągnąć. Gospodarz dwumorgowy z powiatu skierniewickiego wyznaje, że nie bierze ślubu, bo nie ma 30 złotych, których ksiądz wymaga za pobłogosławienie związku małżeńskiego. Autor 8. pamiętnika również ze ślubu zrezygnował, tylko - w sposób znacznie mniej spokojny. Od niego ksiądz zażądał 60 złotych po zainkasowaniu 10 złotych danych na zapowiedzi. Chłop zaproponował 20 złotych. Ksiądz nawymyślał mu od chamów i parobasów i chciał go wyrzucić za drzwi. Chłop się zdenerwował i rozbił krzesło na "konsekrowanej głowie". Naturalnie - ślubu nie dostał. Żyje ze swoją kobietą "na wiarę". Dzieci nie chrzci, bo nie ma i na to. "Trzeba chyba iść kraść - powiada inny chłop - by kupić te wiare, to zbawienie". (...)
   Największe kłopoty sprawiają chłopom pogrzeby. Ostatecznie chłop godzi się nie brać ślubu ze swoją kobietą i nie chrzcić swoich dzieci, ale nie może zdobyć się na grzebanie swoich zmarłych w nie poświęconej ziemi. Kler doskonale o tym wie i odpowiednio wyzyskuje to najbardziej niezawodne źródło dochodów. Właściciel trzymorgowego gospodarstwa w powiecie radomszczańskim zapłacił za pochowanie matki sumę, której równowartość stanowił zarobek czterdziestodniowy, a nie należy zapominać, że małorolnemu rzadko kiedy udaje się przepracować tyle dni w ciągu całego roku. Żeby grzebać swoich zmarłych w poświęconej ziemi, chłopi najczęściej są zmuszeni zaciągać nowe długi i płacić od nich procenty. [str. 348-350]


Rozbawił mnie fragment pochodzący z pisma "Zadruga", wydawanego przez skrajnie nacjonalistyczną Grupę "Zadruga":
Jesteśmy nacjonalistami, to znaczy, że siłę duchową, która sprawi Wielkość Narodu, znajdziemy w niezmierzonych głębinach Polskiego Biosu, dotychczas sponiewieranego tragicznie w pętach wrażych mocy. [str. 485, Kim jesteśmy?, "Zadruga" 1937, XI, nr 1]


Maria Dąbrowska o oporze ziemiaństwa wobec planowanej reformie rolnej:
Żądza sprawowania hegemonii nad całym życiem narodu opętuje dziś każde środowisko zorganizowane i posiadające władzę, wpływy lub uczucie posłannictwa i jakiejś prawdy absolutnej, domagającej się powszechnego uznania. W moim rozumieniu nawet uczucie posiadanie prawdy absolutnej nie upoważnia do jej wdrażania gwałtem czy bodaj pewnego rodzaju moralnym terrorem. Jeśli taka prawda istnieje, miarą jej siły i wartości byłaby chyba jej samorzutna zdolność do masowego jednania sobie zwolenników i wyznawców. Ale ponieważ jest kilka prawd, podawanych za jedyne i absolutne, w życiu więc musimy sobie ustępować. Przynajmniej o tyle, by podporządkowując jednemu despotycznemu rygorowi wszystko, nie niszczyć wielu pięknych i twórczych możliwości, zdolnych wyniknąć z odmiennej postawy ducha. [str. 352, Maria Dąbrowska, Rozdroże. Studium na temat zagadnień wiejskich, Warszawa - Kraków 1937]

wtorek, 16 grudnia 2014

KATARZYNA ARAGOŃSKA. HISZPAŃSKA KRÓLOWA HENRYKA VIII

Tytuł: Katarzyna Aragońska. Hiszpańska królowa Henryka VIII (Catherine of Aragon: Henry's Spanish Queen)
Pierwsze wydanie: 2010
Autor: Giles Tremlett
Tłumaczenie: Emilia Skowrońska

Wydawnictwo Astra 2013
ISBN: 978-83-89981-61-0
Stron: 108


Czytałam "Królowe: sześć żon Henryka VIII" Davida Starkeya, "Sześć żon Henryka VIII" Antonii Fraser i kilka jeszcze innych książek o tym władcy i jego córkach, ale kiedy trafiam na kolejny tytuł o Tudorach, nie mogę się powstrzymać i kupuję. Giles Tremlett nie poszerzył jakoś znacząco mojej dotychczasowej wiedzy o Katarzynie Aragońskiej (Starkey i Fraser poświęcili jej w swoich pracach bardzo dużo miejsca), ale jego książkę również czytałam z dużym zainteresowaniem.

Autor nie jest historykiem, jest dziennikarzem, jego sposób opowiadania o Katarzynie jest bardziej narracyjny, ale ta metoda nie jest obca innym autorom (również tym wyżej wymienionym) - tak się teraz pisze prace popularnonaukowe. Tremlett pisze o domniemanych emocjach postaci historycznych, ale absolutnie nie pozwala sobie na fabularyzowanie.

Stosunkowo sporo miejsca poświęcił pochodzeniu i dzieciństwu Katarzyny i okresowi między jednym i drugim małżeństwem. Zaciekawiły mnie zwłaszcza opisy hiszpańskiego dworu, który dzięki wpływom kultury islamskiej stał wtedy na znacznie wyższym poziomie cywilizacyjnym niż w większości innych państw europejskich.

Księżniczka zapewne pozostałaby najchętniej w niedawno zdobytej przez rodziców Alhambrze, ale nie dano jej wyboru - z księciem Arturem zaręczono ją, kiedy miała trzy lata, więc kiedy osiągnęła stosowny wiek, musiała udać się w niebezpieczną podróż do dżdżystej i mniej wyrafinowanej Anglii, żeby wyjść za mąż i przedłużyć dynastię Tudorów. Opowieść o jej dalszych losach chyba nie może nie być interesująca i taka właśnie jest praca Gilesa Tremletta.

Autor często cytuje korespondencję i ówczesne kroniki, co bardzo lubię w tego rodzaju książkach. Przedstawia kolejne wydarzenia szczegółowo, ale przystępnie, bez przytaczania faktów, które zainteresować mogą już tylko historyka specjalizującego się w tej epoce.


***

Oto opis stroju królowej Izabeli, w jakim wystąpiła na zaręczynach swojej córki z angielskim księciem:
Para królewska ubrana była w stroje "utkane w całości ze złota". Szaty króla poszyto najkosztowniejszym sobolim futrem, jednak to strój królowej wprawił Machada (herolda angielskiej delegacji - przyp. E.) w prawdziwy zachwyt. Wspaniała kreacja i biżuteria, które miała na sobie tego wieczoru, oraz pozostałe suknie, zakładane przez nią w ciągu następnych dni wizyty ambasadorów podczas wystawnych biesiad, potyczek, walk byków i tańców, były jego zdaniem warte szczegółowego opisu.
   Na złotą szatę Izabela przywdziała "kaptur jeździecki z czarnego aksamitu z otworami, przez które przebijało złoto", ozdobiony linią grubości palca składającą się z prostokątnych bloków ze złotej nici, inkrustowanych klejnotami "tak wspaniałymi, że ludzkie oko takich dotąd nie widziało". Biały, skórzany pas z sakwą, wyglądający zdaniem Machada na męski, został ozdobiony "czerwonym spinelem [z Persji] o rozmiarach piłki tenisowej, pięcioma wybornymi diamentami oraz innymi drogimi kamieniami wielkości fasoli".
   Biżuteria królowej wywoływała podobny zachwyt. "Na szyi miała piękny złoty naszyjnik, złożony z białych i czerwonych róż, a każda z nich zdobiona dużym klejnotem; poza tym dwie wstęgi, zawieszone po obu stronach piersi, upiększone wielkimi diamentami, spinelami oraz rubinami, perłami i wszelkimi innymi kamieniami szlachetnymi w liczbie stu lub więcej. Na suknię założyła przepiękny krótki płaszcz ze szkarłatnej satyny, podszyty gronostajowym futrem. Został on zarzucony [niedbale] ukośnie na lewe ramę. Równie okazale prezentował się stroik z tyłu głowy (oryg. coiffe de plaisance)". Machado, który potrafił ocenić wartość odzieży i biżuterii, oszacował, że złoto królowej było warte około 200 tys. koron (tyle miał być wart posag Katarzyny - przyp. E.)
   Każdy rubin, diament i fragment drogocennej tkaniny czy futra podkreślał przewagę Izabeli nad uczestnikami doniosłych wydarzeń. W rzeczywistości ustalone prawa antyzbytkowe zabraniały osobom ze ściśle określonego otoczenia królowej przewyższania jej w dostojeństwie. Nakazy te regulowały wszystko: od stosowania jedwabiu i brokatu, aż po posrebrzanie lub pozłacanie ostróg. Nikt nie mógł przyćmić rodziny monarszej. [str. 27-28]

A tak wyglądała w 1494 roku Grenada według norymberskiego humanisty Hieronymusa Münzera"
"Nie ma piękniejszego miasta w naszym kontynencie", oznajmił z zachwytem. Dla mieszkańca Europy Północnej był to egzotyczny świat fig, szafranu, purpurowych wiśni, karczochów, migdałów, rodzynek, dzikich zielonych palm, oliwek, granatów, pomarańczy, cytryn, jabłek, gruszek i niezrównanego w smaku pstrąga. Kozy, owce i woły - obok dzików, saren i kuropatw - zapewniały duże ilości pożywnego mięsa.
   W piątki rozbrzmiewało w mieście nawoływanie  do modlitwy. (...)
   Według szacunków Münzera w mieście, w którym przy wąskich uliczkach sytuowały się małe domki, mieszkało niewiele ponad 50 tys. osób. "Niemal wszyscy mogli cieszyć się [bieżącą] wodą i zbiornikami", relacjonował. "Są dwa rodzaje rur i akweduktów: jednymi płynie czysta woda do spożycia, drugie zaś zbierają nieczystości, ekskrementy etc [...]. Na każdej z ulic znajdują się specjalne kanały, aby mieszkańcy domów , nie mających dostępu do rur , mogli nocą wylewać do nich brudną wodę". Wokół głównego meczetu znalazł - oprócz standardowych miejsc do ablucji - pisuary i kompleksy toalet tureckich, połączonych bezpośrednio z podziemnym kanałem. (...)
   Alhambra ujrzana przez Münzera, w której mieszkała Katarzyna, była znacznie większa i wytworniejsza niż obecnie. "Widzieliśmy niezliczone pałace, pokryte wspaniałym białym marmurem, przepiękne ogrody, pełne drzew cytrynowych i mirtów, z marmurowymi basenami oraz misami", pisał Münzer. Sypialnie były okazałe, a w każdym pałacu znajdowały się miednice z białego marmuru z krystalicznie czystą wodą. Lśniący marmur był niemal wszędzie, zarówno we wnętrzu, jak i na zewnątrz budowli, wznoszono z niego kolumny, tworzono podłogi z wielkich płyt o długości czterech i pół metra. Woda była dostępna w ogrodach i pokojach dzięki systemom rur i kanałów, których często podróżujący Münzer nigdy wcześniej nie widział. "A łaźnia - cóż to za cudo! - ze sklepionym dachem", relacjonował pełen zachwytu. W łaźniach znajdowały się sale z gorącą, ciepłą i zimną wodą - o wiele wspanialsze aniżeli renesansowe pałace imitujące Alhambrę, zamówione w XVI wieku przez cesarza Karola V. (...)
   "We wszystkich pałacach budziły zachwyt kasetonowe sufity ze złota, lapis lazuli, kości słoniowej i drewna cyprysowego odznaczające się tak wielką różnorodnością stylów. iż nie da się tego wyjaśnić ani opisać" - nie mógł wyjść z podziwu Münzer. (...)
   Dziedziniec Mirtów wyłożono białym marmurem. Nocą biło od niego łagodne, a zarazem zjawiskowe światło. W księżycowym i gwiezdnym blasku lśnienie marmuru wzmacniały błyszczące tafle czystej wody w basenach. [str. 50-51]

wtorek, 14 października 2014

PRZEŚNIONA REWOLUCJA. ĆWICZENIE Z LOGIKI HISTORYCZNEJ

Tytuł: Prześniona rewolucja. Ćwiczenie z logiki historycznej
Autor: Andrzej Leder
Pierwsze wydanie: 2014

Wydawnictwo Krytyki Politycznej
Seria historyczna
ISBN: 978-83-63855-61-1
Stron: 207



Kilka miesięcy temu prawie za każdym razem, kiedy włączałam TOK FM, słyszałam o tej właśnie książce - niezmiennie w samych superlatywach. Kupiłam i przeczytałam.
Fakty zaprezentowane w "Prześnionej rewolucji" i omówione w niej procesy nie były dla mnie zupełną nowością, bo na początku tego roku dokształciłam się trochę przy okazji czytania "Onych" Teresy Torańskiej. Profesor Leder z faktów historycznych wysnuwa jednak pewne tezy odnoszące się do - powiedzmy - kondycji społecznej współczesnych Polaków - tezy ciekawe i warte przemyślenia. 

Tytułowa rewolucja najintensywniej rozgrywała się w latach 1939-1956 (czyli w trakcie II wojny światowej i w okresie stalinizmu), a zakończyła się ostatecznie w 1989 roku. Przeorała strukturę społeczną zastaną na terenach dawnej II RP w 1939 roku, "tworząc warunki do dzisiejszej ekspansji klasy średniej, czyli po prostu mieszczaństwa. To zaś oznacza, że utorowała drogę do, najgłębszej być może od wieków, zmiany mentalności Polaków - odejścia od mentalności określonej przez wieś i folwark ku zdeterminowanej przez miasto i miejski sposób życia" [str. 7]. Część społeczeństwa w wyniku tej rewolucji straciła wszystko, ale zdecydowana większość dużo zyskała: status społeczny i materialny ubogich chłopów i prostych robotników znacznie się poprawił; stało się to kosztem ziemiaństwa i Żydów. 

Profesor Leder podkreśla istotny aspekt tych przemian: zostały Polakom narzucone z zewnątrz przez Niemców i Rosjan, przeprowadzone głównie ich rękami, ale duża część społeczeństwa nawet jeśli aktywnie tej rewolucji nie popierała, to przynajmniej milcząco ją akceptowała. Więcej: odczuwała (nie zawsze do końca świadomie) swego rodzaju Schadenfreude i satysfakcję z upadku warstw i społeczności, którym przed wojną musiała się nisko kłaniać, od których musiała kupować i z którymi musiała konkurować na rynku pracy. 

Beneficjenci tych przemian najczęściej niechętnie przypominają sobie o ich genezie i przebiegu, nie powstały w związku z tą rewolucją symbole czy idee zdolne w dłuższej perspektywie zjednoczyć Polaków, zbudować temu nowemu społeczeństwu jakąś wspólną tożsamość, wytworzyć wzajemne zaufanie. Nie wiemy, dokąd teraz zmierza Polska, bo zapomnieliśmy, skąd przychodzimy. 
polska "prześniona rewolucja" nie była zdolna do tworzenia jakiegokolwiek własnego systemu wyobrażeń. Opierająca się na masowym awansie ludności wiejskiej, często tej najbiedniejszej, a więc mającej też dość ubogie "zasoby symboliczne", w dużym stopniu upowszechniła ów "folwarczny" model kultury, który ci ludzie reprezentowali. Typ kultury, w którym miejsce "pana" było puste, bo dawni ziemianie, ścigani przez aparat bezpieczeństwa i piętnowani w setkach kartoteki formularzy personalnych, do owego miejsca nie aspirowali. [str. 182]
Tak naprawdę zdecydowana większość z nas zna dzieje swoich przodków tylko do pokolenia dziadków albo ewentualnie pradziadków. Bo zdecydowana większość z nas wywodzi się z chłopów, a wśród tej warstwy nie było zwyczaju (i nie było możliwości) prowadzenia kronik rodzinnych i gromadzenia pamiątek. Można dziś się zaczytywać opisami "życia elit II RP", zachwycać ziemiańską kulturą i tradycjami, ale trzeba przy tym pamiętać, że te elity mogły sobie tak barwnie poczynać tylko dlatego, że przodkowie większości z nas przez wieki pracowali dla nich najpierw jako pańszczyźniani niewolnicy, potem za głodowe pensje; pogardę dostawali gratis.

W okresie międzywojennym mimo poważnych zmian we wszystkich właściwie dziedzinach życia nadal kluczowe znaczenie miało pochodzenie. Do najbardziej prestiżowych i najlepiej opłacanych stanowisk mogli pretendować potomkowie arystokracji, ziemiaństwa, urzędników czy wojskowych, ale na pewno nie ludzie pochodzący z chłopskich czy robotniczych rodzin. Zresztą w takich zwykłych codziennych sytuacjach zupełnie inaczej traktowano przedstawicieli poszczególnych klas. Szczerze mówiąc, już od jakiegoś czasu wydaje mi się, że w tamtych czasach ludzie myślący i przyzwoici musieli być socjalistami albo przynajmniej powinni sympatyzować z tym ruchem. 

W każdym razie żadne znaki na niebie i ziemi nie zapowiadały, że w strukturze i mentalności polskiego społeczeństwa w krótkim okresie nastąpią - np. pod kierunkiem warstw światlejszych - jakieś rewolucyjne zmiany. A jednak do nich doszło, z tym że rzeczywiście nie jest to fakt jakoś szczególnie eksponowany przez historyków czy polityków. 
Trzeba więc to wypowiedzieć: dla bardzo wielu ludzi wejście w "przygodę" z nowoczesnością odbyło się po żydowskim trupie. To zresztą nadaje nowoczesności w Polsce siną, niezbyt zachęcającą barwę. Sądzę jednak, że obowiązkiem dorosłych Polaków wobec samych siebie jest zadanie sobie pytania: co moi rodzice, co moi dziadowie wtedy robili? [str. 92]
Andrzej Leder upatruje przyczyn tej wybiórczej amnezji m.in. w wypieranym ze świadomości poczuciu winy i wstydu. Mnie się wydaje, że o winie można mówić tylko w odniesieniu do konkretnych osób (np. tych, którzy byli odpowiedzialni za Jedwabne czy nie chcieli zwrócić majątku, który na czas wojny powierzyli im wcześniejsi właściciele), ale raczej nie w stosunku do całego społeczeństwa czy grup społecznych, nie mówiąc już o kolejnych pokoleniach. Człowiek jest pod tym względem autonomiczną jednostką i nie odpowiada ani za winy, ani za zasługi swoich przodków. 

Natomiast wstyd to zjawisko niekoniecznie racjonalne, pojawia się w związku z wydarzeniami, na które jednostka nie zawsze ma jakikolwiek wpływ. Ludzie wstydzą się patologicznych krewnych, biedy, swojego wyglądu itd., ale nigdy nie słyszałam, żeby ktoś się wstydził tego, że jego rodzina uwłaszczyła się na żydowskim albo ziemiańskim majątku. O tym się po prostu nie mówi. 

Chrzest Polski, Grunwald, Rzeczpospolita szlachecka, rozbiory, powstania, odzyskanie niepodległości, dwudziestolecie międzywojenne, II wojna światowa, komunizm, transformacja - te wydarzenia uchodzą za cezury w naszej historii. Powinno się do nich też zaliczyć wypuszczenie wreszcie chłopów ze wsi wskutek reform zatwierdzonych w Moskwie i zupełną zmianę struktury własności, do której przyczynili się niemieccy i rosyjscy okupanci. Te wydarzenia zadecydowały o kształcie rzeczywistości, w której żyjemy, a jednak chyba faktycznie mniej się o nich mówi niż np. o bitwach sprzed setek lat. 

Czy wprowadzenie do powszechnej świadomości informacji o przebiegu i skutkach "prześnionej rewolucji" zmieniłoby coś w mentalności współczesnych Polaków? Trudno powiedzieć. Może schłodziłoby nieco radykalizm ludzi, którzy postrzegają świat w czarno-białych barwach. Może odebrałoby trochę pewności siebie współczesnym nacjonalistom, którzy chętnie głoszą chwałę oręża polskiego, ale zapominają o istnieniu głębokich podziałów klasowych i wystąpieniach antysemickich, które miały miejsce wcale nie tak dawno - w okresie międzywojennym, wojennym i powojennym.


Książka nosi podtytuł "Ćwiczenie z logiki historycznej" - autorowi "chodzi o to, by z powszechnie znanych faktów, obecnych w kanonicznych pracach historyków, wyprowadzić konsekwencje narzucające się w sensie logicznym, ale nieoczywiste dla potocznej świadomości, a następnie zapytać, dlaczego są one niewidoczne" [str. 9]. Wymaga to, jego zdaniem, odpowiednich narzędzi opisu - w tym przypadku psychoanalizy, przede wszystkim Lacanowskiej (pierwsze słyszę). 
Już we wstępie pojawiły się pojęcia z tej dziedziny i mimo że profesor Leder podaje ich definicje, trudno mi było przez te fragmenty przebrnąć podczas pierwszego czytania, więc je pominęłam i przeszłam od razu do kolejnych rozdziałów. Do psychoanalizy od dawna podchodzę bardzo sceptycznie, najwyraźniej w odróżnieniu od autora i cytowanych przez niego intelektualistów, ale wydaje mi się, że mimo tego uchwyciłam sens książki. 


Często bywa tak, że jedna lektura zachęca do sięgnięcia po kolejną. Po "Prześnionej rewolucji" nabrałam chęci na przeczytanie "Wyprawy w Dwudziestolecie" Czesława Miłosza, pracy Marcina Zaremby pt. "Wielka Trwoga. Polska 1944-1947. Ludowa reakcja na kryzys" i może jakiejś książki Daniela Beauvois.