Impresje

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Serial. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Serial. Pokaż wszystkie posty

piątek, 1 marca 2019

Seriale o czarownicach

Doszły mnie niedawno słuchy, że ma powstać jakiś rodzaj kontynuacji serialu "Penny Dreadful", o którym pisałam tutaj kilka lat temu. Twórcą tej nowej produkcji również będzie John Logan, ale poza tym - przynajmniej na pierwszy rzut oka - nic chyba tych seriali nie będzie łączyło. No nie wiem, może nastrój? Akcja przeniesie się z początku ostatniej dekady XIX wieku i z Londynu do roku 1938 w Los Angeles, inne będą postaci, inni aktorzy, kult Santa Muerte zamiast wiedźm i wampirów. Raczej nikt tu nie będzie cytował dziewiętnastowiecznej poezji angielskiej:). Oczywiście zamierzam obejrzeć, ale w tej chwili nie potrafię sobie wyobrazić, że jakikolwiek sequel mógłby dorównać trzem pierwszym sezonom.

Powtórzyłam je sobie niedawno na Netfliksie i muszę przyznać, że za drugim razem serial spodobał mi się jeszcze bardziej! Na blogu pisałam tylko o pierwszym sezonie, ale dwa kolejne są naprawdę świetne. Ciekawych wątków jest tu wiele, ale chyba najbardziej zaintrygowała mnie kwestia potrzeby i prawa jednostki do bycia sobą, nawet jeśli - tak się złożyło - jest się potworem.

Serial jest świetnie zagrany (bez Evy Green i Rory'ego Kinneara to już na pewno nie będzie to samo...), muzykę napisał Abel Korzeniowski, a cytowane wiersze są melancholijne i dołujące. Czegóż chcieć więcej?:)



niedziela, 18 lutego 2018

"Everything is connected"

Wciąż nie mogę się pogodzić z tym, że jeden z najfajniejszych seriali, jakie widziałam w ciągu kilku ostatnich lat, został zakończony już po drugim sezonie. "Holistyczna agencja detektywistyczna Dirka Gently'ego" nawiązuje w pewnym stopniu (podobno niewielkim) do powieści Douglasa Adamsa, których akurat nie czytałam. Serial nie jest może arcydziełem, ale ma jedną z najbardziej pokręconych fabuł, jakie oglądałam (zwłaszcza pierwszy sezon), fajnie napisane postaci, świetnych aktorów, dobre dialogi i poczucie humoru. Oczywiście nie każdy zaakceptuje taki poziom dziwności, ale warto dać się wciągnąć w ten klimat. Mnie tak zauroczył, że zaraz po obejrzeniu drugiego sezonu, wróciłam do pierwszego (który widziałam mniej więcej rok temu), a potem jeszcze raz obejrzałam drugi...

wtorek, 16 maja 2017

Ania, nie Andzia

Nie mogłam nie obejrzeć najnowszej ekranizacji "Ani z Zielonego Wzgórza", która zresztą okazała się raczej oryginalną adaptacją powieści.

Na początku wszystko względnie się zgadza, ale z każdym kolejnym odcinkiem obserwujemy coraz większe rozbieżności między scenariuszem a książką Lucy Maud Montgomery. Z jednej strony w serialu więcej jest realizmu i naturalizmu: pokazano np. jak źle traktowano Anię w domach, w których wcześniej pracowała, i jak to na nią wpłynęło. Bardziej prawdopodobne wydaje się chłodne - łagodnie mówiąc - przyjęcie sieroty przez społeczność Avonlea, zwłaszcza przez dzieci, niż powieściowe ostrożne zaciekawienie. Za to zupełnie nierealne wydaje się zachowanie Ani i parobka Jerry'ego pod dachem ciotki Józefiny - nie sądzę, żeby taka dziewczynka pozwoliła spać w swoim łóżku jakiemukolwiek przedstawicielowi płci przeciwnej, nawet rówieśnikowi, bo ten bał się zasnąć w luksusowym pokoju gościnnym. Bieganie po okolicy w piżamce lub bieliźnie też chyba nie było typowe dla mieszkanek Wyspy Księcia Edwarda.

niedziela, 7 sierpnia 2016

Trzy po trzy

Ludzkość dzieli się na dwie grupy: tych, którzy uważają, że przesadzam, kiedy skarżę się na - ich zdaniem wyimaginowane - fizyczne dolegliwości (sugerują raczej istnienie psychicznych), oraz na tych, którzy dostrzegają we mnie istotę wrażliwą i chorowitą, która zdecydowanie częściej powinna korzystać z pomocy lekarzy. Ta pierwsza grupa jest liczniejsza; do drugiej należy tylko moja mama.

Jeśli jednak ktoś jeszcze ośmieli się nazwać mnie hipochondryczką, zmiażdżę tę potwarz następującym argumentem: kilka niepozornych plamek na plecach, które zauważyłam w niedzielę wieczorem, wzięłam początkowo za efekt działalności bieszczadzkich komarów i mimo nasilających się - mniej wizualnych - objawów, dopiero w środę rano po raz pierwszy przyszło mi do głowy, że być może to ospa wietrzna lub ewentualnie jakaś egzotyczna groźna choroba przywleczona do Krakowa przez pielgrzymów, na którą jako Europejka z dziada pradziada jestem zupełnie nieodporna. Lekarz stwierdził jednak ospę i tak po dwóch tygodniach urlopu i dwóch dniach w pracy, mam zwolnienie lekarskie do końca przyszłego tygodnia. Na razie. W moim wieku może przecież dojść do poważnych powikłań.

Zgodnie z zaleceniem lekarza siedzimy teraz w domu - ja i moje krosty - i nic nie robimy, więc pomyślałyśmy sobie, że może ostatecznie popełnimy jakiś wpis na blogu. Uprzedzam jednak, że tym razem w niewielkim stopniu dotyczył on będzie literatury - w czasie urlopu zdecydowanie dużo spacerowałam i zwiedzałam, więc na czytanie czasu i sił już nie starczyło. Może dlatego, że już wtedy w moim organizmie bez mojej wiedzy i pozwolenia panoszył się podstępny wirus.

wtorek, 5 stycznia 2016

Słomiany zapał

Muszę Was rozczarować: mimo szumnych zapowiedzi z marca nie wezmę udziału w konkursie na blog roku. Pieniądze, które odkładaliście, żeby na mnie zagłosować, wpłaćcie na konto Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Albo oszczędzajcie na kaucje i wyroki dla znajomych wegetarian, rowerzystów, ekologów i wojujących ateistów - w świetle niedawnych wypowiedzi ministra Waszczykowskiego penalizacja tych postaw i zachowań wydaje się nieuchronna.

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Seriale: "Cranford" i "Północ i Południe"

Wielbicielką stylu Elizabeth Gaskell na pewno nie zostanę, ale muszę pochwalić dwie ekranizacje jej twórczości, dokładniej: dwa seriale. Oba powstały w ubiegłej dekadzie i może wszyscy oprócz mnie już dawno je widzieli, ale dla mnie to było małe odkrycie:). 

Najpierw obejrzałam "Cranford", mimo że książek jeszcze nie czytałam. W moim przypadku to kolejność trochę nietypowa. Są dwa sezony: pierwszy składa się z 5 odcinków, a drugi z dwóch dłuższych. Pierwszy podobał mi się o wiele bardziej, kolejny wydał mi się kręcony trochę na siłę. W serialu gra plejada fantastycznych aktorów: Judy Dench, Eileen Atkins, świetna Imelda Staunton... właściwie powinnam wymienić całą obsadę.
Fabułę można streścić następująco: małe angielskie miasteczko (plus dwór) w obliczu nieuchronnie zbliżającej się nowoczesności, której najbardziej sugestywną, bliską i groźną emanacją staje się kolej. Bywa wzruszająco i bywa zabawnie. Nie wiem, jak się ma serial do powieści, ale bardzo mi się spodobał.

środa, 19 listopada 2014

Penny Dreadful

Przedostatni wpis był o filmie, a dzisiaj mam ochotę napisać o serialu "Penny Dreadful", który może nie jest produkcją wybitną, ale na pewno wartą uwagi. Z kilku powodów. Po pierwsze: zdjęcia, scenografia i kostiumy. Po drugie: Eva Green. Po trzecie: Rory Kinnear. Po czwarte: nastrój.

Twórcy serialu połączyli wątki znane z literatury (m.n. "Dracula", "Portret Doriana Graya", "Frankenstein") i tanich ("penny") powieści grozy publikowanych w odcinkach. Miejscem akcji uczynili wiktoriańską Anglię pod koniec dziewiętnastego wieku. 

Wśród zalet "Penny Dreadful" nie wymieniłam scenariusza, bo wydaje mi się, że poszczególne historie można było połączyć jednak nieco zgrabniej. 
Osią fabuły jest poszukiwanie Miny Harker, córki znanego podróżnika i odkrywcy sir Malcolma Murraya, nie dowiadujemy się jednak, w jakich okolicznościach zniknęła, co się stało z jej mężem ani skąd wzięło się podejrzenie, że w grę wchodzić może działanie sił, powiedzmy, nadprzyrodzonych. Nie chcę zdradzać zbyt wiele, więc ujmę to tak: fizyczni reprezentanci owych sił, czyli przeciwnicy głównych bohaterów, może i są straszni, ale jednocześnie bezosobowi i trudno powiedzieć, co nimi kieruje, do czego zmierzają, bo pojawiają się na chwilę, w epizodach. Śledzimy losy tylko jednej strony konfliktu, co trochę obniża napięcie. 

Seans spirytystyczny
Akcja serialu rozpoczyna się, kiedy poszukiwania Miny trwają już od pewnego czasu, poznajemy tę historię od środka i dopiero po obejrzeniu kolejnych odcinków można się zorientować, co działo się wcześniej i o co właściwie tutaj chodzi. Niektóre odcinki skupiają się w szczególny sposób na konkretnej postaci, inne są bardziej ogólne. Jest makabrycznie i wyzywająco - to zdecydowanie nie jest serial dla dzieci. 


Wątków jest, jak wspomniałam, kilka, ale ja mam dwa ulubione: historię Vanessy Ives i historię Kalibana, jednego z tworów doktora Frankensteina. 

Eva Green jako Vanessa Ives
Tajemniczą Miss Ives rewelacyjnie zagrała Eva Green, aktorka miała zresztą duże pole do popisu, bo jej bohaterka jest niejednoznaczna, a jej losy są naprawdę pokręcone. Napisałabym o niej szerzej, ale nie chcę zdradzać zbyt wiele. W każdym razie serial warto obejrzeć choćby tylko dla tej postaci.

Rory Kinnear jako Kaliban
Z kolei w roli Kalibana wystąpił przekonujący Rory Kinnear. Jego bohater pojawia się znienacka w końcówce drugiego odcinka - i to jest dopiero mocne wejście. Ten wątek jest najbardziej spójny, poprowadzony najbardziej liniowo. Potworność Kalibana wyklucza go z ludzkiej społeczności, brzydzi się nim nawet jego stwórca, doktor Frankenstein, i porzuca go. Jakimś cudem Kaliban trafia do jedynego miejsca, gdzie jego powierzchowność nie razi aż tak bardzo - do teatru Grand Guignol (ale nie tego paryskiego), na którego scenie na każdym przedstawieniu przelewają się hektolitry sztucznej krwi. Właściwie obu tym postaciom powinnam chyba poświęcić osobny wpis, pasowałby (w części dotyczącej Kalibana) do ciekawego wyzwania organizowanego niedawno przez Rusty Angel. Tylko musiałabym najpierw przeczytać powieść Mary Shelley.

Harry Treadaway jako Victor Frankenstein
Pozostali aktorzy również zasługują na duże uznanie. Docenić też trzeba osoby współtworzące stronę wizualną: scenografów, oświetleniowców, specjalistów od kostiumów, charakteryzacji  i od efektów specjalnych: efekt ich pracy jest fantastyczny. Świetna jest zwłaszcza scena seansu spirytystycznego i wspomniany teatr Grand Guignol, ta część za kulisami, z maszynerią itd. Muzyka skomponowana przez Abla Korzeniowskiego podkreśla klimat serialu. 


Akcja "Penny Dreadful" rozpoczyna się w 1891 roku i tę dziewiętnastowieczność widać w każdej scenie. Seanse spirytystyczne, odkrycia geograficzne, postęp naukowy, dekadenckie rozrywki. Ludzie są otwarci na nowe idee - to, co nieprawdopodobne, wcale nie wydaje im się niemożliwe.

Pierwszy sezon składa się z ośmiu odcinków, planowany jest następny. Rozwój niektórych wątków można z grubsza przewidzieć, pojawią się pewnie też nowe. W każdym razie zamierzam oglądać.


Zapowiedź sezonu pierwszego:



Może kiedyś, kiedy znowu będę nie w sosie, napiszę jeszcze o dwóch świetnych serialach: "True Detective" i "Most nad Sundem". Może po następnej morfologii?