Impresje

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Moje słuszne poglądy na wszystko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Moje słuszne poglądy na wszystko. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 lipca 2017

[Moje słuszne poglądy na wszystko] Zamach stanu

Nie cofnęli się. Zmienili ustrój w kilka dni. Teraz to już tylko formalność: senat jutro wszystko klepnie, a Andrzej Duda już szykuje długopis. Nie łudzę się, że prezydent zgłosi weto do ustawy o KRS, o ustroju sądów powszechnych i o Sądzie Najwyższym. Trwa zamach na polski system prawny, a on pojechał na wakacje. 

A to jeszcze nie koniec. PiS wzięło się za organizacje pozarządowe, po wakacjach podobno czas na media. Kto będzie następny? Nikt z nas nie zna dnia ani godziny, bo Polską rządzi człowiek niezrównoważony psychicznie, który niszczy nasz kraj, żeby załatwić jakieś swoje prywatne wyimaginowane porachunki. Pomagają mu w tym posłuszni zeloci. Robi mi się naprawdę niedobrze, kiedy widzę, jak ich wianuszek otacza w sejmie uśmiechającego się pogardliwie Jarosława Kaczyńskiego. Skąd on wytrzasnął takie indywidua jak Beata Mazurek, Krystyna Pawłowicz, Mariusz Błaszczak i cała reszta? 

Ale pojawiło się maleńkie (bardzo maleńkie) światełko w tunelu: w protestach bierze udział coraz więcej młodych osób. Wreszcie. Nie chcą mieszkać w obciachowym państwie rządzonym przez miernoty. Chcą być obywatelami a nie prolami. Dziś pod krakowskim sądem młodzieży było naprawdę dużo.

Jest elektoratem do zagospodarowania. Młodzi ludzie nie zagłosują na PiS, ale możliwe też, że nie zagłosują na żadną inną partię. Bo partie - póki co - nie mają dla nich żadnej propozycji, zresztą dla tych starszych obywateli też nie. Rozumiem, że w ostatnich dniach dużo się dzieje, ale partie już teraz muszą nam powiedzieć, jak planują urządzić Polskę, kiedy już uda się nam odsunąć PiS od władzy. 

Co prawda nie spodziewam się, żeby to nastąpiło w najbliższym czasie. Wiele osób będzie siedzieć cicho, póki płynąć będzie w ich kierunku kaska z 500 plus albo z synekury załatwionej przez partię. A podobno Polacy tak bardzo kochają wolność... Wolność od.

Cóż, znowu rozpisałam się o polityce, ale zamach stanu nie zdarza się co dzień. Zapamiętajmy jego autorów.

Protest w Krakowie 20.07.2017


piątek, 14 lipca 2017

[Moje słuszne poglądy na wszystko] Zmiana ustroju

Po Jarosławie Kaczyńskim spodziewałam się wszystkiego najgorszego, a mimo to zadziwia mnie bezpardonowość, z jaką rozprawia się z władzą sądowniczą. Po wygranych przez PiS wyborach jedynym (bardzo słabym) pocieszeniem było to, że przecież ta partia nie zdobyła większości umożliwiającej zmianę konstytucji. Spieprzą pięć lat, ale w tym czasie Polacy ochłoną i drugi raz ich nie wybiorą. Jesteśmy członkiem UE i NATO, wiążą nas międzynarodowe umowy i europejskie prawo. Co się może wydarzyć w ciągu tych pięciu lat? 

JK nie potrzebował nawet tyle, żeby przeprowadzić pełzający zamach stanu, znieść trójpodział władzy, a tym samym zmienić ustrój Polski. TO SIĘ DZIEJE WŁAŚNIE TERAZ. Zasypiamy w mocno poturbowanej III RP, a możemy się obudzić już w PRL PiS. Polacy mają powstać z kolan, ale tylko po to, żeby z większej wysokości paść przed prezesem na twarz.

poniedziałek, 27 lutego 2017

Moje słuszne poglądy na wszystko VII

Trafiłam kiedyś przypadkiem (chyba na facebooku) na zapis spotkania z profesorem Grzegorzem Leszczyńskim w krakowskiej księgarni De Revolutionibus. Books&Cafe, które odbyło się w zeszłym roku w ramach Festiwalu Niezależnych Księgarń. Rozmowę prowadził dziennikarz Łukasz Wojtusik. W innych okolicznościach zapewne nie chciałoby mi się tego słuchać do końca, ale akurat sprzątałam łazienkę, która to czynność jest niestety dosyć żmudna, więc postanowiłam ją sobie nieco urozmaicić.

Tematem owego spotkania była "kulturotwórcza i społeczna rola księgarza i księgarń", mówiono więc o sprawach poważnych, ale w sposób dla mnie jednak niestrawny. Być może machanie ścierką, gąbką i szczotką do sedesu uniemożliwiło mi wtedy dostrojenie się do tej konwersacji. Tkwiłam fizycznie w prozie życia, podczas gdy panowie wznosili się na wyżyny stereotypu.

niedziela, 29 maja 2016

Moje słuszne poglądy na wszystko VI - prawo jazdy w Krakowie

Główną przyczyną przedłużającej się ciszy na moim blogu był kurs prawa jazdy, na który zapisałam się w lutym i który niedawno szczęśliwie zakończyłam. Zdołałabym zapewne załatwić to szybciej, gdyby wykłady i jazdy nie kolidowały mi z pracą.

Postanowiłam przygotować się gruntownie do zdania egzaminu teoretycznego i praktycznego, co było o tyle trudne, że pochodzę z rodziny niezmotoryzowanej, więc pewne kwestie oczywiste dla innych dla mnie wcale takie nie były. Mimo to udało mi się zdać za pierwszym razem i teorię, i praktykę, choć oczywiście miałam też sporo szczęścia, zwłaszcza w przypadku praktyki na mieście;). Poniżej kilka informacji i refleksji, może okażą się dla kogoś pomocne, szczególnie jeśli zamierza zdawać w Krakowie.

środa, 16 marca 2016

Moje słuszne poglądy na wszystko V - Rządzie, publikuj!

Odnoszę wrażenie, że za mało Polaków interesuje się sprawą Trybunału Konstytucyjnego, a w każdym razie zdecydowanie zbyt mało w stosunku do wagi problemu. Oczywiście działania obecnego rządu i obecnego prezydenta, a przede wszystkim obecnego prezesa nie tylko w tej sprawie są idiotyczne i przerażające, ale ta konkretna kwestia jest bardzo szczególna. Właśnie się rozstrzyga, czy partia, która wygrała wybory parlamentarne, może wszystko, na przykład bezkarnie podeptać konstytucję.

czwartek, 15 października 2015

Moje słuszne poglądy na wszystko IV - Hipokryzja

Zaczyna się.

Olga Tokarczuk ośmieliła się powiedzieć w telewizji, że Polacy bywali sprawcami straszliwych zbrodni wobec naszych wschodnich sąsiadów, wobec chłopów i wobec Żydów. 
Myślę, że trzeba będzie stanąć z własną historią twarzą w twarz i spróbować napisać ją trochę od nowa, nie ukrywając tych wszystkich strasznych rzeczy. [źródło]
Przez internet i niektóre inne media przetacza się właśnie fala nienawiści i niewybrednych uwag w stosunku do pisarki, grożono jej nawet śmiercią. Atakuje się najczęściej samą Tokarczuk, bo trudno polemizować z pewnymi faktami, chociaż oczywiście są ludzie, których zdaniem Jedwabne się nie wydarzyło, chłopi bardzo sobie chwalili pańszczyznę i nigdy żaden Polak nie skrzywdził żadnego Ukraińca. Owszem, to tylko niektóre aspekty historii naszego kraju, są i takie, z których można być dumnym, ale ja uważam, że pamiętać trzeba o jednych i drugich.

sobota, 14 lutego 2015

Moje słuszne poglądy nasz wszystko III - Spoilery

Od czasu do czasu ożywa na chwilę dyskusja o kondycji i znaczeniu blogów książkowych, zwłaszcza na tle stron o innej tematyce. Niektórzy blogerzy czują się niesłusznie niedoceniani, inni utrzymują, że na statystykach im nie zależy, bo pisanie o książkach to ich pasja.

Źródła i cele tej pasji mogą być jednak bardzo różne, a co za tym idzie różne są też sposoby jej realizowania. Bardzo uogólniając, można podzielić blogerów na takich, którzy skupiają się na zachęceniu lub zniechęceniu potencjalnych czytelników do danej książki, oraz autorów głębszych analiz adresowanych głównie do osób, które omawianą pozycję już znają. 

Od jednych i drugich wymaga się (przynajmniej teoretycznie) poparcia opinii rzeczowymi argumentami, przy czym zdradzanie fabuły jest zdecydowanie źle widziane. Nie raz i nie dwa docierały do mnie odgłosy oburzenia ze strony autora albo wydawnictwa, które miało do blogera pretensje o spoilery (jeśli ktoś zna sensowny odpowiednik tego słowa w języku polskim, to proszę o uświadomienie mnie w tym względzie) zawarte w recenzji/opinii. Nie chodziło, oczywiście, o mnie - rzadko piszę o polskiej literaturze współczesnej, której twórcy są pod tym względem szczególnie wrażliwi, a nawet gdybym pisała częściej, to przecież i tak mało kto by to przeczytał i skrytykował;). 

wtorek, 28 października 2014

Moje słuszne poglądy na wszystko II - Zjazd statystyków

Na osławionym "zjeździe" blogerów "książkowych" (oba cudzysłowy uważam za uzasadnione) poruszono m.in. niezmiennie kontrowersyjne tematy: statystyki i jakość blogów o literaturze. 

Kiedy próbujący prowadzić to spotkanie pan Sławomir Krempa z portalu granice.pl sam już nie wiedział, co dalej, mikrofon przejęła grupka blogerek (Gosiarella, Magnolie, Bałagan kontrolowany). Właściwie to dobrze, bo na spotkaniu blogerów wypowiadać się powinni przede wszystkim uczestnicy. Z tym że żadna z tych trzech dziewczyn/pań nie uważa się obecnie za blogerkę książkową, ale (pop)kulturalną - tak przynajmniej piszą na swoich stronach. Proszę więc sobie wyobrazić zdumienie większości pozostałych uczestników "zjazdu", kiedy blogerki nieksiążkowe zaczęły mówić blogerom książkowym, że ich blogi są nieoryginalne, nudne i przede wszystkim o książkach; że większość wpisów sprowadza się do opisania fabuły książki i wyartykułowania opinii o niej.

Ich wystąpienie było spontaniczne, może nie do końca to miały na myśli, może gdyby ujęły to inaczej, to powstałoby pole do jakiejś sensownej dyskusji, ale wyszło jak wyszło i odnoszę się do efektu.

Jedna ze wspomnianych blogerek zaczęła mówić o statystykach, tzn. głównie o tym, że wzrosły, odkąd zaczęła pisać na swojej stronie na tematy niekoniecznie związane z literaturą. Wtedy ktoś z sali zapytał, czy pisze dla statystyk, na co blogerka odpowiedziała, że pisze dla czytelników, bo ich kocha. Inna blogerka z sali zaczęła opowiadać, że największą "czytalność" mają jej wpisy o kocie i że pewne tematy porusza, bo jej czytelnicy są do tego przyzwyczajeni. I tak dalej. Ton tej dyskusji trochę mnie zaskoczył. Właściwie nie zamierzałam o tym tutaj pisać, ale przez blogi przetacza się właśnie fala krytyki pod adresem wszystkiego i wszystkich, więc postanowiłam dorzucić swoje trzy grosze;).


Wydaje mi się, że blogosfera książkowa coraz bardziej się różnicuje. Dla niektórych (chyba większości) blog to po prostu hobby, nic zobowiązującego, miejsce do wyrażania opinii, sposób na poznanie (choćby wirtualne) ludzi o podobnych zainteresowaniach. Inni się "profesjonalizują", ich wpisy bardziej przypominają recenzje prasowe, używają szablonów widywanych dotąd częściej na portalach niż na blogach, na poważnie współpracują z wydawnictwami. Jeszcze inni "zmieniają branżę" i stają się blogerami (pop)kulturalnymi, lajfstajlowymi i próbują na tym zarabiać.

W internecie jest miejsce dla wszystkich i krytykowanie samej formuły (a nie treści) cudzego blogu uważam za niepotrzebne i bez sensu - to wybór właściciela/autora i jego sprawa. Nie podoba mi się, to nie czytam. 


W dyskusjach na niektórych blogach przewija się też pogląd, że blogerzy, którzy deklarują, że nie przejmują się statystykami, są hipokrytami, bo statystyki to czytelnicy, a blog prowadzi się po to, żeby był czytany; osoby, które deklarują, że robią to głównie dla siebie, są nieszczere.

To niby o mnie:). Piszę o książkach, bo lubię czytać i wyrażać opinie. Blog jest rodzajem notatnika - pomaga mi uporządkować wrażenia po lekturze, sprawia, że czytam uważniej i więcej zapamiętuję. Nie zatracam też uczonej w szkole umiejętności pisemnej wypowiedzi - gdyby nie ta strona, to ćwiczyłabym ją tylko mailując w pracy:).

Moje posty są publicznie dostępne, bo to mnie trochę dyscyplinuje, kiedy je tworzę. Oczywiście jest mi miło, jeśli ktoś je skomentuje, ale też wcale nie uważam za stracony czasu, który poświęciłam na stworzenie notki, do której nikt się nie odniósł. Piszę głównie o książkach, ale jeśli zachce mi się (tak jak teraz) wyrazić swoją opinię na inny temat, to się nie krępuję i wyrażam.

Nie kocham czytelników. Nie znam ich. Cenię mniej lub bardziej albo wcale ich wypowiedzi i ustosunkowuję się do nich (albo i nie).
No dobrze: niektórych zdalnie lubię:). 

Korzystam z Google Analytics, wiem, ile osób zagląda na mój blog, ale właściwie bardziej interesują mnie słowa kluczowe - bawią mnie takie różne kuriozalne przypadki, kiedy ktoś trafił na Impresje, wpisując w wyszukiwarce np. frazę "slipy ojca gej blog" (nie przypominam sobie, żebym poruszała taki temat...)

Piszę tak, jak lubię. Zapewne nie dość intrygująco i ciekawie, ale mam prawo do bycia przeciętną. Zdaję sobie sprawę, że gdyby moje posty były krótsze, miały bardziej chwytliwe tytuły i w większym stopniu dotyczyły nowości wydawniczych, to statystyki by mi wzrosły, ale mnie naprawdę na nich nie zależy i nie życzę sobie, żeby obcy ludzie podawali to w wątpliwość tylko dlatego, że taka postawa nie mieści się w ich światopoglądzie.

czwartek, 7 sierpnia 2014

Moje słuszne poglądy na wszystko* I - Czytalność

Zastanawiam się, czy większość autorów pisze książki kierując się gustem potencjalnych czytelników, czy może jednak tworzy przede wszystkim dla własnej artystycznej satysfakcji. Trudno o rzetelne badania w tej materii, natomiast można chyba założyć, że większość redaktorów myśli raczej o odbiorcach.

Jest prawdą powszechnie znaną, że najlepiej sprzedają się romanse, spiskowe teorie dziejów, tania pseudofilozofia i poradniki oferujące uniwersalną i prostą odpowiedź na pytanie "jak żyć" i/lub "jak schudnąć". Szczególnie predestynowani do osiągnięcia finansowego sukcesu w dziedzinie literatury są ci pisarze, którzy w swoich książkach wymieszają we właściwych proporcjach wszystkie te elementy. Może im w tym pomóc współczesna technologia. Pozwolę sobie zacytować fragment artykułu Justyny Sobolewskiej z poprzedniego numeru Polityki (31/2014):
Żarty żartami, ale faktem jest, że Amazon i inne sklepy oraz serwisy internetowe z książkami zbierają informacje nie tylko o tym, ile osób kupuje czy ściąga książki, ale również jak i kiedy użytkownicy czytają, kiedy kończą (lub porzucają) książkę i sięgają po następną. W czasie gdy czytamy coś na czytniku, równocześnie to on czyta nas. Dotychczas wiadomo było tylko, że ktoś kupił (bądź nie) książkę. To, co się z nią dalej działo, było już tajemnicą czytelnika. Czy stoi i się kurzy, czy ma zagięte rogi, czy ktoś ją zaczął, ale nie skończył. Teraz pomiędzy samotność pisarza, niezbędną do pisania, i samotność czytelnika wchodzą koncerny, pieniądze i statystyki, które to, co prywatne, wyciągają w przestrzeń publiczną. Kiedy uruchamiamy aplikację iBooks w iPadzie, kiedy zaczynamy i przerywamy czytanie książki na Kindle’u, kiedy czytamy szybko, przewijając opisy przyrody, i kiedy wracamy do scen erotycznych, kiedy podkreślamy sobie cytaty – wszystko to zostaje zarejestrowane, łącznie z godzinami, w których czytamy. Te dane nie są zazwyczaj udostępniane użytkownikom. (...)
Wszystkie serwisy, które zbierają dane, są zgodne, że warto to robić po to, by czytelnicy dostawali dokładnie to, czego szukają i pragną. Niektórzy wydawcy udostępniają dane swoim autorom. Pisarze często marzą o tym, by zajrzeć do głowy czytelnika. Ale takie dane w rękach wydawców mogą też być twardym argumentem w negocjacjach z pisarzami. Chantal Restivo-Alessi z wydawnictwa HarperCollins zapewniała niedawno w rozmowie z „New York Timesem”, że autorzy dostają dane, ale wciąż tylko od nich zależy, jak będą pisać swoje książki. Jonathan Galassi z nowojorskiego wydawnictwa Farrar, Starus and Giroux jest zdania, że „czytelnik nie powinien mieć nic wspólnego z długością książki. Nie zamierzamy skrócić »Wojny i pokoju«, bo ktoś nie skończył jej czytać”. Kilku autorów zareagowało alergicznie na propozycję, żeby dostarczać czytelnikom dokładnie tego, czego oczekują. To by znaczyło, że pisanie jest tylko odpowiedzią na zapotrzebowanie rynku i niczym nie różni się od produkcji choćby płatków śniadaniowych. – Ciekawość jest – mówi Sylwia Chutnik – ale bałabym się późniejszego sugerowania się: „Oho, lubią moje puenty, w takim razie co akapit walnę jakąś nową”. Poza tym, im więcej elektroniki, tym więcej statystyk, wykresów i Excela. A ja jestem człowiekiem Worda.
W regulaminach wszystkich chyba serwisów internetowych widnieje informacja o tym, że firma zbiera dane o użytkownikach. Zresztą dokładnie to samo robią platformy, na których większość z nas prowadzi swoje blogi - dostarczają nam podstawowe statystyki, ostatnio mocno przekłamane wskutek intensywnej działalności spamerów. Wielu z nas korzysta również z innych narzędzi, np. z Google Analytics. Mierzą one popularność blogu i mogą być argumentem w negocjacjach ze sponsorami. Na blogach książkowych raczej się jeszcze nie zarabia, ale czytałam, że niektóre wydawnictwa proszą o statystyki zanim zdecydują się na wysyłanie egzemplarzy recenzenckich. 

Telewizje od dawna badają oglądalność, radia - słuchalność, a teraz wydawcy i autorzy mogą sprawdzać "czytalność". I wyciągać wnioski. Być może już niedługo książki, opisy i akapity będą miały optymalną długość, zwroty akcji pojawią się w najbardziej preferowanych momentach, na końcu rozdziału znajdzie się zapowiedź tego, co stanie się w następnym, a autorzy wielotomowych serii będą uzależniać losy swoich bohaterów od wyników sondy przeprowadzonej wśród nabywców poprzednich tomów. I to nadal będzie literatura. Efekt będzie mniej więcej taki, jak dzisiaj, ale autor osiągnie go w nieco inny sposób.

Myślę, że na "czytalności" skupią się przede wszystkim twórcy i wydawcy literatury popularnej, lekkostrawnej, tzw. literatury pięknej nie da się chyba pisać w ten sposób. Statystyki mogą popdpowiedzieć rozwiązanie fabularne, ale - póki co - z dostawcy "kontentu" nie zrobią błyskotliwego erudyty, wielkiego stylisty czy świetnego opowiadacza historii. Ale kiedyś - kto wie? - może do tworzenia literatury popularnej człowiek nie będzie w ogóle potrzebny?



Chciałabym się przy okazji odnieść do jeszcze innego prasowego artykułu, tym razem z "Gazety Wyborczej". Jego autor, Kazimierz Orłoś, nadał mu znamienny tytuł: "Najpierw żyj, potem pisz"

Najpierw pan Orłoś dokłada krajowym krytykom literackim (zwłaszcza tym po polonistyce), którzy - jego zdaniem - narzucajom młodym pisarzom pewne mody i konwencje, a potem promują i nagradzają tych posłusznych. Tego komentować nie będę, bo ja się w tym światku nie obracam. Trudno mi się jednak zgodzić z inną tezą pana Orłosia (pisownia oryginalna):
Mam wrażenie, że dziesiątki młodych autorów korzysta z tej "pogody na pisanie". Obdarzeni łatwością pisania, tworzą powieść za powieścią, zyskując aplauz życzliwych krytyków. Gdzieś podział się warunek niezbędny: wartość powieści realistycznej powinna wynikać z doświadczenia autora, z jego życiorysu, z nabytej w ciągu lat znajomości ludzi, ludzkich zachowań i namiętności. Wiązać się z jego pamięcią. Wskazana jest zmiana zawodów, miejsc - długie "terminowanie w życiu" w różnych okolicznościach. Bo postacie w powieści, jak mówi Singer, powinny być brane z życia, mieć swoje odpowiedniki - wzory.
Tymczasem się okazuje , że można wszystko napisać, czerpiąc z własnej wyobraźni i wiedzy komputerowej.
Tak jakby pisarze z wiekiem automatycznie stawali się mądrzejsi i zyskiwali coraz głębszą znajomość ludzkiej natury, co wprost proporcjonalnie przekłada się na jakość ich prozy. Uważam, że niejednokrotnie młody człowiek może mieć o wiele więcej doświadczeń potencjalnie literaturotwórczych niż ktoś o kilka dekad od niego starszy. Czy zdaniem pana Orłosia pisać powieści można dopiero na emeryturze? Moim zdaniem liczy się jednak przede wszystkim talent.
To zdumiewające, że część krytyków nie dostrzega tej różnicy: między prozą, której autor coś przeżył, a tą, której autor jedynie coś sobie wyobraził. To zasadnicza różnica, jasno wynikająca z historii literatury, z twórczości wielkich realistów i polskich, i obcych. Tymczasem jest przeciwnie - ten trend, ten poklask, jaki zdobywają młodzi autorzy pozbawieni doświadczenia życiowego, są w najwyższym stopniu niebezpieczne. Prowadzą do powstawania literatury powierzchownej, często efektownej, ale pozbawionej autentycznej refleksji nad człowiekiem.
Szkoda, że autor nie pokusił się o jakieś konkretne przykłady młodych pisarzy pozbawionych doświadczenia życiowego, przez to powierzchownych, a jednak nagradzanych.

Nie rozumiem, dlaczego tak deprecjonuje wyobraźnię. Czyżby sugerował, że pisać można tylko autobiografie albo reportaże?

Poza tym obecnie nie ma raczej u nas mody na tworzenie wielkich powieści realistycznych w rodzaju "Lalki" czy "Ziemi obiecanej". Oczywiście, powstają współczesne powieści obyczajowe, ale wydaje mi się, że czytelnicy nie szukają w nich twardego realizmu - mają go dosyć na co dzień we własnym życiu, dodatkowe dawki mogą sobie zaaplikować, czytając reportaże albo oglądając tzw. programy interwencyjne. Trzeba by było naprawdę ogromnego talentu, żeby stworzyć powieść realistyczną o naszych czasach, która zajęłaby dzisiejszego czytelnika. Doświadczenie życiowe na pewno tu nie wystarczy, choć niewątpliwie pomoże.

Dalej pan Orłoś zarzuca "autorom z młodego i średniego pokolenia" m.in. wulgarność oraz dążenie do szokowania czytelnika. Zawsze byli tacy pisarze. A wulgarność wcale nie jest właściwia tylko ludziom młodym. Pani Ewa Wójciak, daleko nie szukając, dyrektorka teatru, nazwała papieża wiadomo jak, a "wiedza komputerowa" podpowiada, że urodziła się w 1951 roku. Nie najmłodsi przecież bohaterowie tzw. afery taśmowej używają słownictwa teoretycznie właściwego dla grupki osiedlowych żuli. Wulgarność, nie tylko werbalna, jest nieodłącznym elementem współczesnej rzeczywistości i jeśli literatura ma opowiadać o naszych czasach, to chyba też musi taka właśnie być. Mnie też to razi, ale nie mam na to wpływu.




* Miałam kiedyś blog o takim tytule. Lubię autoironię tej frazy, więc postanowiłam nazwać tak cykl wpisów, które niekoniecznie traktują o książkach. Może zresztą cykl to nieodpowiednie słowo, ot, czasami coś skrobnę.