Impresje

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prywatnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prywatnie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 15 stycznia 2022

Zapraszam na moją nową stronę

Cześć:). Dawno mnie tu nie było i może już nie będzie, ale jeśli lubiliście czytać moje teksty, to zapraszam na moją nową stronę:


 

Zaczęłam pisać jeszcze w grudniu, żeby sprawdzić, czy mi się będzie chciało, ale opublikowałam ją dopiero kilka dni temu. Nie wszystko może działać, bo przerobiłam ją sama, z dużą pomocą (techniczną) męża, więc proszę o wyrozumiałość. 

O czym to będzie? W przybliżeniu o wszystkim;). Jednym z tematów będzie na pewno celiakia, którą zdiagnozowano u mnie kilka miesięcy temu, i która zmusiła mnie do przejścia na ścisłą dietę bezglutenową. Ale o książkach też skrobnę coś od czasu do czasu. 

 

Jeszcze raz pozdrawiam i zapraszam:).

 

 


piątek, 26 kwietnia 2019

Don't DIY

- Tak coś czasem kombinuję... Jak tak siądę i myślę...
- To, prawda, głupieje na starość, ja wiem. 
Dialog pochodzi oczywiście ze skeczu kabaretu Tey, ale to też jakby o mnie. Otóż jesienią doszłam do wniosku, że nadszedł już chyba czas, żeby wymienić meble w jednym z aż dwóch pokojów, które posiadam, co prawda tylko częściowo, bo mieszkanie należy też do męża (i do banku, który jednak nie dokłada się do czynszu). Deweloperzy i media wnętrzarskie nazywają tego rodzaju pomieszczenia "salonem z aneksem kuchennym", nieco na wyrost, bo chodzi na ogół o klitkę z funkcją oglądania TV i przyrządzania herbaty.

Niestety, nawet takie "apartamenty" słono kosztują, więc kiedy kupowaliśmy nasz prawie siedem lat temu, urządziliśmy go - jak to się mówi - po kosztach. W listopadzie stwierdziłam, że czas wymienić meblościankę w "salonie" na ładniejszą i bardziej pojemną. Po kilku dniach doszłam do wniosku, że w tej sytuacji trzeba też będzie coś zrobić z szafkami w aneksie, które nijak nie będą pasowały do nowego regału w "salonie". Ta zmiana pociągnie za sobą konieczność wymiany płytek podłogowych w aneksie (a więc i w przedpokoju), które nie są jakoś specjalnie zniszczone, ale przy białych frontach wyglądałyby nieszczególnie. W toku dalszych prac koncepcyjnych naszła mnie refleksja, że trzeba będzie jeszcze usunąć płytki ze ścian aneksu. I pomalować ściany i sufity. I jeszcze... o, pomysłów miałam sporo, ale wszystkie oznaczały wydawanie pieniędzy, więc się samoograniczyłam.

Zaczęliśmy od szafek w "salonie". Zamówiliśmy je w Ikei, z dostawą i montażem. Cieszę się, że zdecydowaliśmy się na tę usługę, bo skoro fachowcom zajęło to osiem godzin, to my ślęczelibyśmy nad tym co najmniej tydzień. Do montażu przydzielono nam dwóch panów z Ukrainy, z których jeden trochę mówił po polsku, a drugi wcale:). Do dziś nie wiem, co dokładnie mieli na myśli, mówiąc o "armaturze" w ścianie, która to "armatura" uniemożliwiła przykręcenie półki w wybranym przez nas miejscu. Jedną z półek zamontowali troszkę krzywo, a drugą do góry nogami, ale nie jesteśmy drobiazgowi:).

W listopadzie zamówiliśmy również meble do aneksu i umówiliśmy się na montaż w połowie stycznia, więc do tego czasu musieliśmy załatwić nowe płytki podłogowe, usunąć stare ze ściany i przenieść niektóre gniazdka. Wzięłam na początku stycznia kilka dni urlopu, a jeszcze wypadło mi L4, bo miałam takie ataki kaszlu, że pomogły mi dopiero wziewy ze sterydami, przepisywane zwykle astmatykom. Siedziałam więc w domu, kasłałam, jadłam jakieś ohydne zupki chińskie (nie mieliśmy przecież kuchni) i wsłuchiwałam się w odgłosy remontu oraz historie z życia pana wykończeniowca: ile zapłacił za swoje mieszkanie, jak przerobił sobie szafkę z okapem kuchennym (pokazał mi zdjęcia) i jakimi samochodami jeździł, odkąd zrobił sobie prawo jazdy.

Po montażu mebli kuchennych postanowiliśmy trochę odpocząć od remontów, przynajmniej tych poważniejszych, ale w tak zwanym międzyczasie zdecydowałam się na przemalowanie szafki, bo na milionie blogów opisano to jako czynność wręcz banalną, nawet dla amatorów. Nie dla wszystkich, jak się okazało. Mnie cały proces zajął prawie miesiąc...

Szafka jest dość duża (64x54x230 cm), dwustronna, wykonana na wymiar i stoi na niej dwieście czy trzysta książek (nigdy nie liczyłam dokładnie). Koleżanka z pracy poleciła mi farbę V33, którą sama przetestowała, ale chyba na czymś mniejszym... Kupiłam farbę, folię i taśmę malarską, kuwetkę, benzynę ekstrakcyjną i wałek, bo wyczytałam, że w tym przypadku pędzel się nie sprawdzi. Wszystko to kosztowało ok. 200 zł. W sklepie okazało się oczywiście, że nie wiem, który wałek należy wybrać, bo są produkowane z różnych materiałów i w różnych rozmiarach, musiałam więc jeszcze pogrzebać w internecie, ale o takich detalach informacji znalazłam bardzo niewiele.

W domu zaczęłam dokładnie czytać instrukcję na opakowaniu i na stronie producenta. Okazało się, że między nakładaniem kolejnych warstw powinno się odczekać 12 godzin, a "pełne właściwości i odporność powłoka uzyskuje po 20 dniach". Blogerzy i youtuberzy, których wskazówki czytałam/oglądałam, jakoś pomijali te szczegóły, nieistotne może z punktu widzenia kogoś, kto na czas remontu ma do dyspozycji przestronną piwnicę, garaż albo cały pokój w w dużym domu, ale kluczowe dla osoby, która cały swój dobytek, w tym tę nieszczęsną szafkę, przechowuje na 42 metrach kwadratowych.

Książki z biblioteczki porozkładałam, gdzie się tylko dało: na parapetach, koło telewizora, w szafie w przedpokoju, na stoliku, na krześle, w jakichś pudłach, wszędzie. Umyłam szafkę, wyjęłam z niej cztery półki (trzy pozostałe wmontowane są na stałe) i zaczęłam malować. 

Nakładanie farby wałkiem na płaską, poziomą powierzchnię okazało się całkiem łatwe, ale pomalowane cztery półki musiałam rozłożyć do wyschnięcia na jakichś prowizorycznych podstawkach na podłodze w "salonie" i czekać 12 godzin z nałożeniem kolejnej warstwy, a warstw takich potrzeba minimum pięć, jeśli chcemy z półki w kolorze wenge zrobić białą. (Producent pisze o dwóch warstwach i być może sprawdza się to przy mniej radykalnej różnicy w kolorach "przed" i "po"). Oczywiście kiedy półki wyschły z jednej strony, cały proces trzeba było powtórzyć dla strony drugiej... 

Malowanie stojącej szafki jest zdecydowanie bardziej kłopotliwe, zwłaszcza malowanie spodów półek wmontowanych na stałe. Gąbka od wałka, szczególnie na początku, ciągle spadała mi z uchwytu i lądowała na podłodze, na półce niżej albo na mnie samej. Podłogę trzeba to było zaraz ścierać, żeby nie zostały ślady (na włosach miałam białe smugi przez ponad tydzień, no ale przecież nie mogłam ich sobie wyrwać z czubka głowy...). Przekonałam się przy tej okazji, że benzyna może usuwać farbę z listwy przypodłogowej razem z jej oryginalnym wzorem i kolorem... Jeśli gąbka spadła na półkę niżej, to czasami uszkadzała warstwę farby, a jak mi rączka wałka zjechała na ścianę szafki, to w tym miejscu widać było znowu kolor wenge. 

Nie za bardzo wiedziałam, jak pomalować kąty między półkami i ściankami, więc po prostu wciskałam tam wałek nasączony farbą. Dopiero przy ostatniej warstwie machnęłam ręką na cudze instrukcje i poprawiłam te miejsca zwykłym pędzlem. 
Szafka stoi między ścianą i słupkiem i jest dokładnie w tę wnękę wpasowana, więc uznałam, że nie ma sensu jej wysuwać i malować zewnętrznych boków, skoro i tak ich nie widać. W bardzo wąskich szczelinach między szafką a ścianami nakleiłam taśmę malarską. Niestety, kiedy po wszystkim zaczęłam ją usuwać, to w niektórych miejscach odłaziła z farbą ze ściany i z szafki, bo to się wszystko jakoś posklejało, więc musiałam te miejsca malować ponownie.

Przy wkładaniu do szafki wyjętych wcześniej półek znowu zrobiła mi się rysa aż do koloru wenge, mimo pięciu warstw farby i odpowiedniego czasu ich schnięcia, postanowiłam więc tym bardziej przestrzegać zalecenia producenta, żeby poczekać na pełne utwardzenie się powierzchni przez 20 dni. I tak te dziesiątki tytułów walały mi się po całym mieszkaniu i byłam tym wszystkim już taka zmęczona, że kiedy te 20 dni wreszcie minęło, ustawiłam książki na półkach byle jak, choć do tej pory zawsze układałam je tematycznie/geograficznie/chronologicznie. "Hellada królów" sąsiaduje teraz z biografią Andersena, "Duma i uprzedzenie" z "Czarodziejską górą", a "Gepard" Lampedusy z "Dawcą przysięgi" Brandona Sandersona. Dawny porządek przywrócę dopiero po malowaniu, które może uda się przeprowadzić w maju. Na razie kupiłam kilka próbek farb i pomazałam nimi ściany w kilku miejscach, ale nadal nie mogę się zdecydować: ulotna szarość, aksamitny agat czy może jakiś inny kolor o jeszcze dziwniejszej nazwie? Przekonałam się zresztą, że odcień i intensywność koloru zupełnie inaczej wygląda na próbce w sklepie i potem na ścianie w mieszkaniu...

Biblioteczka prezentuje się teraz całkiem ładnie, zwłaszcza z pewnej odległości, z której trudniej dostrzec nierówności i zacieki, odczuwam też pewną satysfakcję, bo zrobiłam to wszystko prawie sama (mąż pomalował jedną warstwę na półkach) i przetworzyłam mebel, który w innym przypadku musiałabym wyrzucić (ewentualnie komuś oddać czy sprzedać), ale gdybym mogła cofnąć czas, zamówiłabym jednak nową szafkę. DIY najwyraźniej nie jest dla mnie. Może nie trzeba było zabierać się od razu za malowanie mebli, tylko zacząć od czegoś mniejszego?

Remont i urządzanie mieszkania to prawie same problemy do rozwiązania i przemyślenia. Myślę, że gdyby np. ktoś napisał praktyczny poradnik, jakie dokładnie wymiary trzeba podać krawcowej/krawcowi, do którego zanosimy firankę do uszycia, zarobiłby na tym znaczną sumę. Oczywiście autor musiałby uwzględnić mnóstwo rzeczy: rodzaj karnisza/szyny, sposób zawieszenia firanki: szelki, żabki, przelotki czy fleksy, marszczenie: 1:1,5, 1:2, 1:2,5, rodzaj materiału: żakard, markizeta, woal, muślin, kresz... Głowiłam się nad tym wszystkim pół dnia, a efekt i tak jest niezupełnie taki, jakiego oczekiwałam. Również dlatego, że kiedy już odebrałam firankę i próbowałam zmarszczyć taśmę 1:2, to jakimś cudem źle ściągnęłam sznureczki, obcięłam je nie tam, gdzie trzeba, i musiałam je potem ręcznie wszywać. Wczoraj z kolei przez pomyłkę wyrzuciłam jakieś małe śrubeczki mocujące do ramki na plakat i musieliśmy poszukać jakichś zastępczych. 

A skoro już o plakatach mowa, to długo szukałam czegoś ciekawego do powieszenia na ścianie, co nie byłoby bardzo drogie, nie przedstawiałoby żadnej wariacji na temat jelenia (dlaczego to taki modny motyw?) ani inspirujących napisów. Wreszcie trafiłam na stronę wall-being.com (to nie jest wpis sponsorowany) i zamówiłam trzy plakaty, a dwa z nich wyglądają tak:


Po prawej stronie biblioteczka, o której pisałam:). Ramki są z Ikei. Pół godziny chodziłam po dziale z obrazkami i ramkami i zastanawiałam się, które wybrać, aż sprzedawca zaczął się na mnie dziwnie patrzeć, a przynajmniej tak mi się wydawało. W sklepach jest po prostu za dużo rzeczy...


No, ponarzekałam sobie:).


wtorek, 20 marca 2018

CZARNY PIĄTEK 23.03.2018


Rok temu pisałam o "Opowieści podręcznej" Margaret Atwood. Być może już wkrótce obudzimy się w naszej polskiej wersji Gileadu. Dla niezorientowanych:
Sejmowa komisja sprawiedliwości pozytywnie zaopiniowała dla komisji polityki społecznej i rodziny projekt „Zatrzymaj aborcję”, nowelizujący ustawę o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży. Głosowało w sumie 25 posłów, za było 16, przeciw 9.
Nowelizacja wzbudza ogromne kontrowersje, bo zakłada całkowity zakaz przerywania ciąży ze względu na ciężkie wady płodu. Projekt składa się wyłącznie z jednego punktu i nie zakłada żadnych rozwiązań systemowych, które wspierałyby kobiety opiekujące się ciężko chorymi lub niepełnosprawnymi dziećmi.
Pod obrady komisji polityki społecznej projekt „Zatrzymaj aborcję” może trafić już 21–23 marca.
Komisja sprawiedliwości jest już drugą sejmową komisją, która popiera zakaz aborcji ze względów embriopatologicznych. W lutym na ten temat wypowiedziała się już komisja ustawodawcza, uznając, że „selekcyjnego charakteru przesłanek eugenicznych nie można uzasadniać wolnością kobiety czy jej komfortem psychicznym”. [źródło: Agata Szczerbiak, Polityka]
CO ZA HIPOKRYZJA I NIKCZEMNOŚĆ!!! Czy biskupi, politycy albo inni ortodoksi popierający ten projekt gotowi są osobiście zająć się choćby jednym cudzym dzieckiem, które przyjdzie na świat z bardzo poważną wadą genetyczną, chore lub umierające? Nie, kobieta i jej rodzina, jeśli ją ma, zostają z tym problemem absolutnie sami, do końca życia ich lub dziecka. Nie można zmuszać ludzi do takiego heroizmu. Jeśli ktoś jest gotowy na takie poświęcenie, to obecne przepisy mu je umożliwiają. Jeśli nie, powinien mieć wybór - i to rzeczywisty, a nie iluzoryczny.

Takie prawo, gdyby weszło w życie, uderzy przede wszystkim w kobiety niezamożne, bo te lepiej sytuowane już teraz załatwiają badania i zabieg prywatnie, w Polsce albo za granicą. 

Na piątek planowany jest duży protest w Warszawie o godz. 16 i zachęcam do udziału wszystkich, którzy mają taką możliwość (z niektórych miast będą nawet autokary, info znaleźć można na facebooku). Ja nie mogę się wybrać, ale jeśli coś będzie się działo wtedy w Krakowie, to też będę. MUSIMY ZNOWU UPOMNIEĆ SIĘ O SWOJĄ GODNOŚĆ, WOLNOŚĆ I O SWOJE PRAWA, I TO TE NABYTE.

 

Udało się w CZARNY PONIEDZIAŁEK 3 października 2016, marsze były liczne, a więc skuteczne. W niedzielnym proteście pod kurią w Krakowie było jednak bardzo mało osób; mainstreamowe media nie poświęcają tej sprawie tyle czasu, ile powinny, więc nie wszyscy w ogóle zdają sobie sprawę z tego, co się dzieje.  W CZARNY PIĄTEK ZNOWU MUSZĄ NAS ZOBACZYĆ I USŁYSZEĆ! Ta sprawa dotyczy nas wszystkich.


czwartek, 22 czerwca 2017

Na okoliczność ósmej rocznicy

Przegapiłam chyba wszystkie rocznice istnienia tego blogu poza pierwszą. Owszem, zawsze kojarzyłam, że premierowy wpis (o biografii Oskara Wilde'a) opublikowałam jakoś w czerwcu 2009 roku, ale dokładna data przepadała w czarnej dziurze mojej pamięci (razem z datami prawie wszystkich Ważnych Wydarzeń Historycznych). Tym razem jakimś cudem wystarczająco wcześnie przypomniałam sobie, że to już jutro, 23 czerwca, ale tak naprawdę - cóż tu celebrować?

Na pewno nie same teksty, bo w ciągu tych ośmiu lat napisałam może kilka czy kilkanaście dobrych, ale reszta jest co najwyżej przeciętna, mało odkrywcza, niesatysfakcjonująca. Na szczęście mam już ten komfort, że tych starszych, sprzed kilku lat, nie pamiętam:).

Początkowo wpisów było zdecydowanie więcej, bo wydawało mi się wtedy, że muszę na blogu wspomnieć o każdej przeczytanej przeze mnie książce. Z czasem przestałam odczuwać taką presję, miałam też zdecydowanie mniej czasu, więc nowe posty pojawiały się coraz rzadziej, a ja właściwie przestałam współtworzyć społeczność blogerów książkowych, prawie nie komentuję cudzych postów i nie biorę udziału w dyskusjach, bo dotyczą one zwykle spraw, o których kilka lat temu już się wypowiadałam. 

Nigdy nie ukrywałam, że piszę głównie dla siebie: dzięki blogowi więcej wynoszę z czytanych książek, powtarzam sobie zasady ortografii i interpunkcji, ze znajomości których na co dzień nikt mnie nie rozlicza, a przede wszystkim - nierzadko świetnie się bawię (zwłaszcza pisząc coś z cyklu "Girls Just Want to Have Fun").

środa, 8 marca 2017

Międzynarodowy Strajk Kobiet

Gdyby politycy zaczęli uchwalać przepisy przywracające pańszczyznę albo niewolnictwo, uznano by ich za szaleńców. Kiedy kobiety protestują, bo politycy wraz z księżmi próbują znowu sprowadzić je do roli przedmiotów, inkubatorów, reproduktorek kolejnych pokoleń Narodu Polskiego, ich sprzeciw uważa się za histerię i głupotę.

Niestety, Polską rządzą mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet, wspierani przez kobiety, które najwyraźniej nienawidzą innych kobiet. Kilka przykładów:
  • obecna niezwykle restrykcyjna ustawa antyaborcyjna nie jest przestrzegana - uprawnionym do zabiegu kobietom uniemożliwia się skorzystanie z przysługujących im praw,
  • prawa te chce się im zresztą całkowicie odebrać; pomysł, żeby aborcji w ogóle zakazać, może wrócić w każdej chwili,
  • planowane jest wprowadzenie recept na tabletki "dzień po" - minister zdrowia Konstanty Radziwiłł powiedział, że nie przepisałby tego środka nawet zgwałconej kobiecie - świetny przykład dla lekarzy,
  • tzw. standardy okołoporodowe nie będą już regulowane rozporządzeniem ministra zdrowia, ale dokumentem o znacznie niższej randze - rekomendacją, której lekarze nie będą musieli przestrzegać; co więcej - nowe standardy będzie tworzył doktor Bogdan Chazan, który odmówił kobiecie aborcji mimo bardzo poważnych wad płodu, nie wskazał placówki, w której przeprowadzono by zabieg i przetrzymał w szpitalu do czasu, kiedy legalny zabieg był już niemożliwy;
  • minister "sprawiedliwości" Zbigniew Ziobro ponownie odmówił wsparcia finansowego m.in. Fundacji Centrum Praw Kobiet, która pomaga kobietom - ofiarom przemocy, bo jego zdaniem takie organizacje pomagając tylko paniom dyskryminują mężczyzn; i nieważne, że prawie 90% ofiar to kobiety i dzieci.
  • a co sądzi prezydent o konwencji antyprzemocowej? "Przede wszystkim nie stosować"

Politycy nigdy nie przyznali kobietom żadnych praw tylko dlatego, że im się należały. Piekło kobiet będzie trwać, dopóki na to pozwolimy. Zamiast kwiatków chcemy szacunku, zmian w prawie i jego egzekwowania.



Nie tylko w Polsce źle się dzieje - dziś protesty odbędą się w wielu krajach. Idę na marsz w Krakowie. Liczę na to, że nasz sprzeciw odniesie skutek, choć na pewno nie od razu.


Warto zrobić też coś konkretnego dla kobiet, które są w trudnej sytuacji, a nie mogą lub boją się protestować. Przy okazji wypełniania PIT-ów pamiętajmy o tym, że 1% podatku można przekazać na organizacje, które np. pomagają kobietom - ofiarom przemocy. Od tego rządu wsparcia na pewno nie dostaną, pokażmy więc, że kobieca solidarność to nie tylko hasło z transparentów.

środa, 28 grudnia 2016

Prehistoria

Nie jestem fanatyczką przedświątecznych porządków. Może dlatego, że święta spędzam na ogół u rodziców - moich albo męża; kupuję tylko prezenty, a o gotowanie nie muszę się martwić, bo i tak w tej dziedzinie nikt się po mnie cudów nie spodziewa;). Dom się jednak sam nie sprzątnie, jak mawiała Rebeka Dew, więc chcąc nie chcąc co jakiś czas wszystko wywracam do góry nogami i czasami przy okazji dokopuję się do ciekawych znalezisk. Nie są to oczywiście żadne skarby, tylko przedmioty, które prawie każdy na moim miejscu już dawno by wyrzucił. Ja tego nie robię, bo niestety albo stety jestem typem chomika, który pozbywa się rupieci dopiero wtedy, kiedy w jego norce zaczyna brakować miejsca dla niego samego. 

W tym roku tak się złożyło, że zamiast przedświątecznych porządków robię poświąteczne, ale takie bardziej gruntowne niż zwykle. Co udało mi się wyszperać?

czwartek, 22 grudnia 2016

Wesołych Świąt!

Bywam niekiedy pytana, co - jako ateistka - robię w Boże Narodzenie. Odpowiadam, że generalnie to samo, co większość Polaków: spotykam się z rodziną, odpoczywam i jem dużo dobrych rzeczy:). 
I tego Wam wszystkim życzę.


PS. Uwielbiam kartki firmy Bug Art. Zawsze kupuję co najmniej jedną na targach książki w Krakowie, bynajmniej nie ze świętokradczą myślą o wysłaniu ich komukolwiek. Są sprzedawane z kopertą i zafoliowane. Nie rozpakowuję ich nawet, tylko stawiam na półce i się zachwycam:).

sobota, 17 grudnia 2016

GRZECZNI JUŻ BYLIŚMY!

To, co się dzisiaj stało w sejmie, nie mieści mi się w głowie. Uchwalanie budżetu w Sali Kolumnowej, do której nie wpuszczono mediów i w której trudno policzyć nie tylko głosy za i przeciw, ale nawet samych posłów, więc praktycznie nie da się udowodnić, czy było kworum, czy nie? Sfilmowano niektórych posłów PiS, którzy podpisywali się na liście obecnosci już po zakończeniu głosowania. Co to ma być, do jasnej cholery?!? I co będzie dalej? Może ustawa, zgodnie z którą kworum będzie stanowił poseł Jarosław Kaczyński? 

Już od ponad roku niemal codziennie zastanawiam się, czy to już, czy to już jest ten moment? Czy "Prawo" i "Sprawiedliwość" posunęło się wreszcie tak daleko, że przed nimi tylko przepaść, w którą zepchną ich w końcu wkurzeni obywatele? Uziemienie Trybunału Konstytucyjnego, zawłaszczenie prokuratury, zadłużanie państwa, misiewicze i piotrowicze, kolesiostwo i nepotyzm, skandaliczne projekty reformy oświaty, ustawy godzące w ochronę przyrody, tworzenie bojówek w postaci tzw. WOT, próba wprowadzenia całkowitego zakazu aborcji, plany wypowiedzenia konwencji antyprzemocowej, wycofywanie dotacji do programów pomocy kobietom, obniżanie standardów opieki medycznej nad kobietami, ignorowanie problemu uchodźców, sprzyjanie nacjonalistom i ksenofobom, klerykalizacja państwa - czy to nie wystarczy? Do tego dochodzi ciągłe obrażanie ludzi, którzy mają poglądy inne niż prezes, i jawne groźby owego prezesa, który kilka dni temu bredził coś o uporządkowaniu opozycji. O zszarganym wizerunku naszego kraju na arenie międzynarodowej nawet nie wspomnę.

W ciągu najbliższych dni w całej Polsce będą organizowane protesty, w których warto wziąć udział, żeby pokazać, że to wszystko nie jest nam obojętne. 

Tak, "PiS" zdobyło władzę w wyniku demokratycznych wyborów, ale okazuje się, że okłamało obywateli, bo wiele rzeczy obiecywało w trakcie kampanii, ale nie uprzedziło, że zrobi z naszego kraju takie szambo.

GRZECZNI JUŻ BYLIŚMY.

poniedziałek, 3 października 2016

Piekło kobiet trwa!

Nie strajkuję, bo nie mogę, ale w pełni popieram dzisiejszy strajk i kolejne czarne protesty. Chwilami po prostu nie wierzę, że w XXI wieku rozważa się w cywilizowanym podobno kraju wprowadzenie całkowitego zakazu aborcji, a może i antykoncepcji. Chory i obrzydliwy pomysł!!!


Piekło kobiet trwa! 

PROTESTUJĘ!!! 

Na blogach książkowych oczywiście cisza jak makiem zasiał... Nie rozumiem tego. Po ludziach, którzy dużo czytają, spodziewałam się jednak większej wyobraźni i wrażliwości. A może obchodzi ich/Was tylko lista październikowych nowości w księgarniach? Moim zdaniem trzeba protestować, jak i gdzie tylko się da. Zanim będzie za późno. Poniżej fragment felietonu Boya-Żeleńskiego sprzed prawie stu lat! Całość tutaj.

Toteż postawa społeczeństwa w tej kwestii jest zupełnie zdecydowana. Podczas gdy nasi prawodawcy traktują w swoim projekcie przerwanie ciąży na równi z dzieciobójstwem (!!), społeczeństwo — ubolewając nieraz nad jego koniecznością — absolutnie nie uważa go za występek. Wręcz przeciwnie, mimo frazesów o dostojeństwie macierzyństwa, tysiąc razy łatwiej „przebaczy” społeczeństwo matce przerwanie ciąży niż urodzenie nieślubnego dziecka. „Zastanówmy się — mówił jeden z prawników na ostatnim zjeździe, czy gdyby który z nas wiedział, że jego siostra dopuściła się tego czynu, czy uważałby ją za zbrodniarkę?” — „W takim razie jesteśmy wszyscy przestępcami” — mówił znów na innym zebraniu do swoich kolegów pewien prokurator. Gdyby prawo zechciało działać, trzeba by dla samej Warszawy zbudować więzienie rozmiarów sporego miasta, aby tam co rok pomieścić kilkadziesiąt tysięcy dobrowolnie roniących kobiet. Bo w praktyce społeczeństwo zajęło stanowisko równie zdecydowane: uważa prawo za nieistniejące. Niestety, jak wspomniałem, istnieje ono, ale tylko aby szkodzić.
Bo to jedno jest pewne, że jakkolwiekby się ktoś zapatrywał na sprawę przerywania ciąży, nie należy ona do rzędu zagadnień, które załatwia się więzieniem, choćby i dożywotnim! Wniknąć w istotę tych stosunków, szukać na nie lekarstwa, oto zadanie prawodawcy. Zagadnienia tego nie można traktować odrębnie i mechanicznie; trzeba je rozważać i leczyć w całym kompleksie zjawisk.
(...) Głosić wzniosłe teorie o „prawie płodu do życia”, znów grozić matce więzieniem w imię praw tego płodu, ale równocześnie nie troszczyć się o to, aby nosicielka tego płodu miała co do ust włożyć… I rzecz szczególna, ten sam płód, nad którym trzęsą się ustawodawcy, póki jest w łonie matki, w godzinę po urodzeniu traci wszelkie prawa do opieki prawnej, może zginąć pod mostem z zimna, gdy matka — którą jej „święte” macierzyństwo czyni nieraz wyrzutkiem społeczeństwa — nie ma dachu nad głową.

niedziela, 7 sierpnia 2016

Trzy po trzy

Ludzkość dzieli się na dwie grupy: tych, którzy uważają, że przesadzam, kiedy skarżę się na - ich zdaniem wyimaginowane - fizyczne dolegliwości (sugerują raczej istnienie psychicznych), oraz na tych, którzy dostrzegają we mnie istotę wrażliwą i chorowitą, która zdecydowanie częściej powinna korzystać z pomocy lekarzy. Ta pierwsza grupa jest liczniejsza; do drugiej należy tylko moja mama.

Jeśli jednak ktoś jeszcze ośmieli się nazwać mnie hipochondryczką, zmiażdżę tę potwarz następującym argumentem: kilka niepozornych plamek na plecach, które zauważyłam w niedzielę wieczorem, wzięłam początkowo za efekt działalności bieszczadzkich komarów i mimo nasilających się - mniej wizualnych - objawów, dopiero w środę rano po raz pierwszy przyszło mi do głowy, że być może to ospa wietrzna lub ewentualnie jakaś egzotyczna groźna choroba przywleczona do Krakowa przez pielgrzymów, na którą jako Europejka z dziada pradziada jestem zupełnie nieodporna. Lekarz stwierdził jednak ospę i tak po dwóch tygodniach urlopu i dwóch dniach w pracy, mam zwolnienie lekarskie do końca przyszłego tygodnia. Na razie. W moim wieku może przecież dojść do poważnych powikłań.

Zgodnie z zaleceniem lekarza siedzimy teraz w domu - ja i moje krosty - i nic nie robimy, więc pomyślałyśmy sobie, że może ostatecznie popełnimy jakiś wpis na blogu. Uprzedzam jednak, że tym razem w niewielkim stopniu dotyczył on będzie literatury - w czasie urlopu zdecydowanie dużo spacerowałam i zwiedzałam, więc na czytanie czasu i sił już nie starczyło. Może dlatego, że już wtedy w moim organizmie bez mojej wiedzy i pozwolenia panoszył się podstępny wirus.

piątek, 8 lipca 2016

Dolinki krakowskie, Dubie - Bębło

W pewien czerwcowy dzień wybraliśmy się na małą wycieczkę do Dolinek Krakowskich. Nie do wszystkich, rzecz jasna, a tylko do dwóch. Wyprawa była bardzo przyjemna, zwłaszcza że spora część trasy wiodła przez las, gdzie upał aż tak nie doskwierał. 

niedziela, 29 maja 2016

Moje słuszne poglądy na wszystko VI - prawo jazdy w Krakowie

Główną przyczyną przedłużającej się ciszy na moim blogu był kurs prawa jazdy, na który zapisałam się w lutym i który niedawno szczęśliwie zakończyłam. Zdołałabym zapewne załatwić to szybciej, gdyby wykłady i jazdy nie kolidowały mi z pracą.

Postanowiłam przygotować się gruntownie do zdania egzaminu teoretycznego i praktycznego, co było o tyle trudne, że pochodzę z rodziny niezmotoryzowanej, więc pewne kwestie oczywiste dla innych dla mnie wcale takie nie były. Mimo to udało mi się zdać za pierwszym razem i teorię, i praktykę, choć oczywiście miałam też sporo szczęścia, zwłaszcza w przypadku praktyki na mieście;). Poniżej kilka informacji i refleksji, może okażą się dla kogoś pomocne, szczególnie jeśli zamierza zdawać w Krakowie.

wtorek, 5 stycznia 2016

Słomiany zapał

Muszę Was rozczarować: mimo szumnych zapowiedzi z marca nie wezmę udziału w konkursie na blog roku. Pieniądze, które odkładaliście, żeby na mnie zagłosować, wpłaćcie na konto Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Albo oszczędzajcie na kaucje i wyroki dla znajomych wegetarian, rowerzystów, ekologów i wojujących ateistów - w świetle niedawnych wypowiedzi ministra Waszczykowskiego penalizacja tych postaw i zachowań wydaje się nieuchronna.

poniedziałek, 23 listopada 2015

Inwentaryzacja

Lubię mieć książki. Nie jestem osobą rozrzutną, ale przecież kupowanie literatury to nie to samo, co wydawanie pieniędzy na kolejną bluzkę. To stwarzanie sobie możliwości przyjemnego spędzenia czasu w mniej lub bardziej odległej przyszłości. Nie zajrzałam jeszcze do nowego tłumaczenia "Geparda" czy "Rękopisu znalezionego w Saragossie", bo czytałam już poprzednie wydania, ale wiem, że kiedy będę miała na to ochotę, będą pod ręką i bardzo cieszy mnie ta świadomość.

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Zdjęcia


Jeśli nie opublikowało się w internecie zdjęć z wyjazdu, to tak jakby się właściwie nigdzie nie było. Podobno. Wrzucam więc kilka zdjęć z tego roku. Zero egzotyki, oczywiście, ale obiecuję kilka ładnych widoczków Polski w ruinie (zgodnie z moją marcową deklaracją).

wtorek, 26 maja 2015

I po wyborach

Recepta na wygranie wyborów jest prosta: trzeba wszystkim obiecać wszystko. Że Polska będzie rosła w siłę, a ludziom będzie się żyło dostatniej. To postulował kiedyś Edward Gierek. Przypomnę, że kredyty zaciągnięte w czasie jego rządów spłaciliśmy dopiero w 2012 roku, i to tylko dlatego, że sporo nam umorzono. Nasze państwo wciąż się zresztą zapożycza - dług publiczny wynosi ok. 60% PKB i rośnie. Kto go spłaci? Kolejne pokolenia niżu demograficznego, które jednocześnie będą utrzymywać emerytów z wyżu? 

piątek, 8 maja 2015

wtorek, 10 lutego 2015

Bric-à-brac

Wpadłam na pomysł tego wpisu podczas niedawnych porządków w naszej skromnej biblioteczce. Zmieniałam wtedy system rozmieszczenia książek na półkach na bardziej tematyczny, więc moją uwagę przyciągnęły pozycje, które nie pasują do niczego, albo wyróżniające się jeszcze w inny sposób. Niektóre z nich nadają się tylko na śmietnik, ale ja nie jestem w stanie pozbyć się w ten sposób żadnej książki, nawet jeśli jestem pewna, że nigdy jej nie przeczytam.

czwartek, 12 czerwca 2014

Sto dziewięćdziesiąt lat temu w Tarczku

Internet to naprawdę przebiegły złodziej czasu. Tagowałam sobie właśnie zdjęcia na flickrze i chciałam jeszcze sprawdzić w sieci, jak nazywał się ksiądz widoczny na fotografii dokumentującej komunię mojej mamy, kiedy zupełnym przypadkiem trafiłam na stronę, gdzie zamieszczono zdjęcia ksiąg metrykalnych parafii, z których pochodzi moja rodzina. I wsiąkłam. Przez chwilę naiwnie zakładałam nawet, że na tej podstawie uda mi się odtworzyć drzewo genealogiczne moich przodków, szybko jednak zdałam sobie sprawę, że pochłonęłoby to mnóstwo mojego czasu, a poza tym byłoby niemożliwe bez dostępu do wielu innych dokumentów i bez zdobycia wiedzy z kilku innych dziedzin.

Nigdy nie uważałam pochodzenia za coś, czym można się pochwalić, albo czego trzeba się wstydzić. To, kim jesteśmy, zależy przede wszystkim od nas. I nie myślę tak dlatego, że wywodzę się z rodziny robotniczo-chłopskiej, a wśród moich przodków zupełnie brak wybitnych osobistości:).

Już nawet pobieżne przeglądanie wspomnianych dokumentów jest zajęciem niezwykle żmudnym, przede wszystkim ze względu na okropną składnię i obfitujący w zawijasy styl ówczesnej kaligrafii. Do tego dochodzi nieco inna niż dziś pisownia oraz interpunkcja, która wręcz utrudnia zrozumienie tekstu. Nie wiem, kto powadził te księgi - księża czy jacyś kanceliści - w każdym razie mieli oni niekiedy problemy z ortografią. Problem stanowi też zapis nazw miejscowości (niekiedy w jednym roczniku bywają one zapisane na kilka sposobów) i nazwisk - odmieniano je chyba wtedy również przez stan cywilny, i tak panna Gwardyś jest określana jako panna Gwardysiówka albo Gwardysiowka, panna Zacharska występuje jako Zacharszczonka itd.

Mnie jest łatwiej, bo pochodzę z tych stron, więc kojarzę pojawiające się w księgach nazwiska i nawet niektóre ich odmiany. Przy okazji upewniłam się, że większość mieszkańców moich rodzinnych Starachowic wywodzi się właśnie z okolicznych wsi - nazwiska z ksiąg metrykalnych z Tarczku i Świętomarzy pojawiały się choćby wśród osób z mojej klasy. Przypuszczam, że gdzie indziej jest podobnie i że nie tak bardzo odlegli przodkowie wielu tzw. rodowitych warszawiaków czy krakowianek plewili ziemniaki i młócili zboże poza granicami administracyjnymi tych miast:).





Dziś wkleję tu moją własną, a więc bardzo niedoskonałą transkrypcję fragmentu "Akt Małżeństwa y Zapowiedzi Gminy Tarczka na Rok 1824ty spisanych". Informacje dotyczące kolejnych par sporządzone zostały według tego samego schematu, poniższy zapis różni się jednak od większości pozostałych tym, że dotyczy pary "starozakonnej". Poza tym świadkowie własnoręcznie podpisują akt ślubu (po hebrajsku), podczas gdy świadkowie na uroczystościach katolików są zazwyczaj niepiśmienni.
O ile dobrze rozumiem, nie ma tu mowy o ceremonii religijnej, po prostu ksiądz udziela ślubu "w Imieniu Prawa", bo "sprawuje obowiązki Urzędnika Stanu Cywilnego".

Dla ułatwienia podzieliłam tekst na akapity, oryginał wygląda tak (zaczyna się na dole strony po prawej). Gdyby ktoś zauważył jakieś błędy, to proszę o kontakt.



16. Śniadka y Bodzętyn. Roku Tysiącznego Osiemsetnego Dwudziestego czwartego Dnia czternastego miesiąca Listopada, w niedziele My Pleban Parafij Tarczkowskiey sprawujący obowiązki Urzędnika Stanu Cywilnego Gminy Tarczkowskiey Powiatu Szydłowieckiego Obwodu Opoczyńskiego w Woiewództwie Sandomierskim,

udawszy się przez Drzwi Główne weiścia do Domu Gminnego donieśliśmy y ogłosiliśmy po pierwszy raz, iż nastąpiło przyrzeczenie Małżeństwa między

Starozakonnym Szmulem Judkowiczem Młodzianem dwadzieścia cztery lat maiącym, Handlarstwem się trudniącym w Mieście Bodzętynie zamieszkałym,
z Judki Moszkowicza iuż nieżyjącego y Frandli z Moszków spłodzonym Synem z jednei,

a Panną Cyrlą maiącą lat także dwadzieścia cztery spłodzoną z Faywla Leybusiowicza y Matki z Mortkowiczów iuż nie żyjących z Drugiey strony.

Która to Zapowiedź po przeczytaniu oney głośno y wyraźnie przybitą została na Drzwiach Domu Gminnego. Czego Akt spisaliśmy - X W. Kuliński V Tarcz Urzę Sta Cywil


17. Powtórna Zapowiedź Starozakonnego Szmula Judkowicza z Panną Cyrlą Faywlowiczową ogłoszoną została powyższym sposobem jak pierwsza pod Liczbą Aktu Szesnastą na Dniu dwudziestym pierwszym Miesiąca Listopada Tysiąc Osiemset Dwudziestego czwartego roku o godzinie dwunastey w południe - X W. Kuliński V Tarcz Urzę Sta Cywil


18. Roku Tysiąc Osiemset Dwudziestego czwartego Dnia dwudziestego dziewiątego Miesiąca Listopada, Przed Nami Plebanem Tarczkowskim sprawującym obowiązki Urzędnika Stanu Cywilnego Gminy Tarczkowskiej Powiatu Szydłowieckiego Obwodu Opoczyńskiego w Woiewództwie Sandomierskim Stawili się

Starozakonny Szmul Judkowicz Młodzian maiący podług złożonego Aktu Znania z Urzędu Municypalnego Miasta Narodowego Bodzętyna z dnia dwudziestego dziewiątego Miesiąca Stycznia Tysiącznego Osiemsetnego dwudziestego czwartego roku do No 109 a przez Sąd Pokoiu Powiatu Szydłowieckiego pod dniem dziewiątym Miesiąca Lutego roku bieżącego potwierdzonego lat dwadzieścia cztery

z drobnego zarobku Kramarszczyzny utrzymującego się w Mieście Bodzętynie zamieszkały,

w asystencji Matki swoiey Starozakonnej Malki z Mordkowiczów, gdyż oyciec iuż nieżyie,


Tudzież Starozakonna Panna Cyrla Faywlowiczowna dwodząca złożonym przed Nami Aktem Znania w Urzędzie Woyta Gminy Bodzętyńskiej z Dnia Szesnastego Miesiąca Września roku bieżącego do No 109 zdziałanym, a przez Sąd Pokoiu Powiatu Szydłowieckiego z dnia dwudziestego pierwszego Miesiąca Października roku bieżącego do No 333 zatwierdzonego iż ma lat dwadzieścia,

która zostaie przy Matce,

w asystencji teyże Matki z Berkow Goldberkowey w Wsi Tarczku zamieszkałey, gdyż oyciec od lat osiemnastu odumarł,


Strony stawaiące żądaią abyśmy do ułożonego między niemi obchodu Małżeństwa przystąpili, Którego Zapowiedzi uczynionę były, przededrzwiami Naszego Domu Gminnego, to jest pierwsza dnia czternastego, a druga dwudziestego pierwszego Miesiąca Listopada roku bieżącego, o godzinie dwunastey w południe,

Gdy o żadnym tamowaniu rzeczonego Małżeństwa uwiadomieni nie zostaliśmy, a Matki tychże i pokrewni ninieyszym na obchód Małżeństwa zezwalaią, przychylaiąc się do żądania Stron po przeczytaniu wszystkim wyżey wspomnianych Papierów, y Działu 6o Kodeksu Praw o Małżeństwie, zapytaliśmy się przyszłego Małżonka, y przyszłey Małżonki, czyli chcą połączyć się z sobą związkiem Małżeńskim,?

Na co gdy każde z nich oddzielnie odpowiedziało, iż taka ich iest wola, Ogłaszamy w Imieniu Prawa, iż Starozakonny Szmul Judkowicz Młodzian, y Panna Starozakonna, Cyrla Faywlowiczowa, są połączeni z sobą węzłem Małżeństwa,

czego spisaliśmy Akt w przytomności Starozakonnych Chaima Dawidowicza lat mającego piędziesiąt pięć, Stryia Młodey y Dawida Borkowicza liczącego lat czterdzieści osiem, w Wsi Śniadce zamieszkałych, z wyrobku się utrzymuiących, niemniey Jozka Dawidowicza maiącego lat trzydzieści, y Zelmana Dawidowicza lat dwadzieścia cztery maiącego w Wsi Tarczku osiadłych handlem się trudniących,

Akt niniejszy został stawaiącym przeczytanym y tak przez Nas, jako też przez Świadków po hebrayjsku podpisany został,
X W. Kuliński V Tarcz Urzę Sta Cywil
znaczy Dawid Chaimowicz
            Dawid Berkowicz
            Jozek Dawidowicz
            Zelma Dawidowicz

wtorek, 3 czerwca 2014

Stare fotografie

Właściwie powinnam napisać o dwóch przeczytanych niedawno książkach ("Żółte ptaki" Kevina Powersa i autobiografia Isadory Duncan), ale obecnie pochłania mnie coś innego. 

Otóż przed paroma miesiącami postanowiłam stworzyć wirtualny album ze zdjęciami, które zwykle pozostają w zbiorach różnych odgałęzień mojej rodziny. Pożyczam je, skanuję, obrabiam, wrzucam na flickr, w miarę możliwości opisuję, datuję i opatruję tagami. Przy tej okazji dotarłam do fotografii, których nigdy wcześniej nie widziałam. 

To żmudne zajęcie, ale daje mi też dużo satysfakcji. Obecnie robię to wszystko na własny użytek, ale jeśli ktoś z rodziny przejawi kiedyś podobny do mojego sentymentalizm, to chętnie udostępnię mu te zbiory. 


Moja rodzina, z obu stron, pochodzi ze wsi, a kto tam dawniej miał na prowincji aparat. Najstarsze zdjęcia, do których dotychczas dotarłam (a dużo pracy jeszcze przede mną), pochodzą z lat sześćdziesiątych i przedstawiają najczęściej uroczystości religijne, zwłaszcza komunie. 

Zauważyłam, że dawniej utrwalano te wydarzenia według jednego schematu: zdjęcie zbiorowe, zdjęcie indywidualne z księdzem, ewentualnie zdjęcie z jedną czy dwiema innymi "komunistkami". Fotografie robiono zaraz po mszy, przed kościołem, a wspomnienia ze skromnego przyjęcia w domu przechować się mogły tylko w nietrwałej ludzkiej pamięci. 

Jeden z chłopców to mój wujek. Mam nadzieję, że nikt nie będzie miał mi za złe udostępnienie tego zdjęcia. Nikt poza najbliższą rodziną nie rozpozna już dziś tych dzieci.

Jako dziecko widywałam w niektórych domach (na wsi) wiszące na ścianach zdjęcia ślubne, przedstawiające młodą parę siedzącą albo stojącą blisko siebie, nieco pochyloną w stronę drugiej połówki, lekko uśmiechniętą. Fotografie były w zasadzie czarno-białe, ale w niektórych miejscach pokolorowane, np. usta przeważnie były różowe czy czerwone. 

Zdjęcia ślubne z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych również podlegały pewnym standardom. Najpierw fotografowano się w urzędzie stanu cywilnego, a nieco później tego samego dnia - w kościele. Dwie uroczystości wymagały od panny młodej przygotowania dwóch różnych kreacji. 
Zaproszony gość otrzymywał potem następujący zestaw zdjęć: jedno czy dwa ze ślubu cywilnego, jedno czy dwa z kościelnego i tyle fotografii z wesela, na ilu się przypadkowo znalazł. 

Dzisiaj wynajmuje się zawodowców, żeby mieć profesjonalnie zrobione i obrobione zdjęcia. Dawniej zatrudniano fotografów, żeby w ogóle mieć jakieś zdjęcia, bo - jak wspomniałam - mało kto w rodzinie dysponował własnym sprzętem, a jeśli nawet, to były to aparaty raczej dla amatorów i w źle oświetlonym wnętrzu (kościoła, sali weselnej) efekt był często kiepski.

Nawiasem mówiąc, zdjęcia obrabiało się chyba od zawsze, przecież retusz wymyślono znacznie wcześniej niż photoshopa. Widać to najlepiej na fotografiach do dokumentów, zwłaszcza do legitymacji szkolnych. Zdjęcia te przedstawiają dzieci w trudnym okresie dojrzewania, ale nawet najbystrzejszy obserwator nie dopatrzy się u żadnego z nich najdrobniejszej niedoskonałości cery. Sporo tego rodzaju fotografii przejrzałam, bo za czasów moich rodziców popularne było wymienianie się swoimi podobiznami na zakończenie szkoły. Na odwrocie zdjęcia umieszczano stosowną dedykację w rodzaju:

Wśród wielu wspomnień
miej jedno o mnie
Koleżance ze szkolnej ławki - E.
Jeśli chcesz
bym była z Tobą,
noś to zdjęcie
zawsze z sobą.
Na pamiątkę miłej K. - E.P.
Kwiat jest rozkoszą
Noc marzeniem
a zdjęcie... wspomnieniem.
Kochanej S. - Z.
Kiedy Cię
smutek otoczy
spójrz w kochające
Cię oczy
Kochanej K. - C.
I wariacje na temat nieśmiertelnego "Miej serce i patrzaj w serce".

Cytowałam oryginalne dedykacje z pamiątkowych fotografii należących do mamy P. Moja mama też ma pełno takich zdjęć (ale jeszcze ich nie "przerobiłam"), za to nasi tatowie nie mają żadnych. Czyżby dawniej wymienianie się pamiątkowymi fotografiami uchodziło za niemęskie?



Moja skromna osóbka została po raz pierwszy utrwalona na zdjęciu mniej więcej w wieku pięciu lat, na jakiejś zabawie choinkowej. Jako dziecko byłam dość fotogeniczna (w przeciwieństwie do chwili obecnej), ale właśnie z tamtego okresu mam najmniej zdjęć. Sytuacja ta zmieniła się, kiedy w 1997 roku z pieniędzy otrzymanych z okazji bierzmowania kupiłam sobie własny aparat Premier PC-660 (Auto Flash, Red Eye Reduction). Zapłaciłam za niego, o ile dobrze pamiętam, jakieś sto czy sto dwadzieścia złotych. Służył mi dość długo, prawie dziesięć lat. Przestałam go używać, kiedy P. kupił sobie cyfrówkę. 

Dziś wszyscy mamy stale pod ręką co najmniej aparat w telefonie. Można go użyć w każdej chwili i od razu wrzucić zdjęcia do sieci. Dawniej proces ten był "nieco" bardziej skomplikowany.


Po pierwsze trzeba było kupić kliszę. Występowały w kilku rodzajach, ale laicy tacy jak ja kierowali się raczej liczbą klatek: 24 lub 36. Skąd mogłam wiedzieć, co to jest ISO? 
Po drugie kliszę trzeba było włożyć do aparatu, zahaczyć i pstryknąć jeden czy dwa razy, żeby się tam lepiej zagnieździła. Robiło się wtedy zdjęcia czegokolwiek lub kogokolwiek, bo teoretycznie te fotki miały nie wyjść. W praktyce czasami wychodziły i często ukazywały członków rodziny w dziwnych sytuacjach:).

Po wykorzystaniu wszystkich 24 lub 36 klatek (liczba dziś po prostu śmieszna) zwijało się kliszę w aparacie, wyjmowało i zanosiło do wywołania. Fotograf zaznaczał na specjalnej papierowej kopercie wybrany przez nas rozmiar zdjęć i rodzaj papieru (błyszczący czy matowy). To wcale nie było tanie. Przypadkowo mam właśnie przed sobą taką kopertę z około 1998 roku: zaliczka na wywołanie standardowej kliszy (36 klatek) wyniosła 34 złote. I dziś nie jest to drobiazg, a tym bardziej szesnaście lat temu. Kupowałam wtedy klisze tylko na konkretne okazje, np. klasową wycieczkę do Zakopanego albo oazowy wyjazd. 

Mnóstwo emocji towarzyszyło odbieraniu od fotografa wywołanych zdjęć. Zaczynałam je przeglądać zaraz za drzwiami punktu, zanim jeszcze doszłam do domu. Jak najszybciej chciałam się dowiedzieć, które zdjęcie wyszło, a które nie, i na ilu znowu miałam głupią minę. Dziś efekt można zobaczyć na wyświetlaczu aparatu cyfrowego niemal natychmiast, kiedyś trzeba było czekać - wydawało się - w nieskończoność. 


Dawniej fotografowano chyba przede wszystkim ludzi, miejsca i przedmioty pozostawały na drugim i trzecim planie, ale mnie wydają się dziś nie mniej interesujące niż wizerunki moich cioć i wujków. Na przykład na zdjęciu ze ślubu cywilnego moich rodziców za dekorację urzędu robi kwiatek, coś jakby fikus, w ohydnej brudnej doniczce.


Z kolei na tym zdjęciu widać przede wszystkim mojego wujka na motorze, ale też i stodołę krytą jeszcze strzechą, która stała w tym miejscu mniej więcej do połowy lat osiemdziesiątych.


Tu fragment zdjęcia z wycieczki szkolnej do Zakopanego w 1980 roku. Moja mama i jej koleżanka zdobywały Giewont w sandałkach. O kijkach trekkingowych chyba nikt wtedy nie słyszał. Można? Można.


Poniżej fragment fotografii ze strony rodziny P. Nie wiem, kogo przedstawia, ani gdzie została zrobiona. Model telewizora sugeruje lata sześćdziesiąte albo siedemdziesiąte. Kobieta pali papierosa w domu. 


Albo na tym przyjęciu tylko pito, albo może fotograf uchwycił moment wymiany nakryć.



Na starych zdjęciach utrwalono modę z dawnych lat. Z całym przekonaniem stwierdzam, że najokropniej ubierano się na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych i w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych. Nie zilustruję tego odpowiednimi fotografiami, bo mimo wszystko są to zdjęcia zbyt "świeże" i łatwo można by było rozpoznać, kogo przedstawiają. Nie piszę tego złośliwie, problem dotyczył właściwie wszystkich. Panie obowiązkowo robiły sobie trwałą ondulację, która niszczyła włosy i bardzo postarzała, nosiły plastikowe broszki i klipsy, dość mocno się malowały. Panowie wkładali zielonkawe i fioletowawe, niedopasowane garnitury, krawaty o dziwacznych wzorach i słynne białe skarpetki. Dzieci dżinsowe spodnie, dżinsowe spódnice i dżinsowe kurtki - sam szyk.


Oczywiście oglądanie swoich własnych zdjęć sprzed ćwierćwiecza (!!!) niesie ze sobą nieco smutku i żalu, ale też kilka pożytecznych wskazówek (np. taką, że fryzura z przedziałkiem na środku jest dla mnie ZDECYDOWANIE nie wskazana).