W żadnej krakowskiej księgarni nie stawia się literatury na tak wysokim piedestale jak to się czyni w Empiku przy Rynku. Analfabeci i inni profani, którzy wchodzą tam czasami przypadkiem albo dlatego, że akurat pada, zatrzymują się na ogół tylko w kruchcie na parterze tego przybytku, gdzie - dla zmylenia niewiernych - sprzedaje się prasę, perfumy i widokówki. Wtajemniczeni Czytelnicy wiedzą jednak, że piętrowe prezbiterium znajduje się Wyżej.
Tam, w atmosferze literackiego ekumenizmu i tolerancji, można wybierać spośród tysięcy woluminów, które po uiszczeniu drobnej opłaty prezentuje się potem zadziwionym gościom na ołtarzach prywatnych regałów.
Wstęp może nieco górnolotny, ale i temat, który pragnę tu poruszyć, jest podniosły. Otóż w trakcie jednej z niedawnych pielgrzymek do wspomnianej świątyni literatury wzrok mój przykuła specjalna półka dla neofitów, którą na ogół skrzętnie omijam, bo znajdujące się tam książki już od dawna są częścią mojej biblioteczki. Mój wyrobiony literacki smak, wspomagany przez newslettery wydawców, podpowiada mi zazwyczaj, jakie tytuły trafią do empikowego top 50, tym większe było zatem moje zdziwienie, że o debiutanckiej powieści pani Małgorzaty de la Meyer von Wiśniewski, która zajmowała na owej półce poczesne miejsce, nigdy wcześniej nie słyszałam. Jest to zarazem pierwsza książka wydana przez nowe, ale prężne wydawnictwo Sensu Stricte.
"Sto twarzy Bronisławy" to mocna, polska odpowiedź na przereklamowaną, doprawdy, książkę E.L. James. Entuzjastyczną recenzję powieści pani Małgorzaty zamieszczę w kolejnym wpisie, ale rąbka tajemnicy uchyli już dzisiaj sama Autorka w wywiadzie, który przeprowadziłam z nią via skype, a którego dokładną transkrypcję znajdziecie poniżej.
Elenoir: Dzień dobry, pani Małgorzato. Dziękuję, że zechciała pani ze mną porozmawiać mimo wielu zobowiązań związanych z promocją pani książki.
Małgorzata de la Meyer von Wiśniewski: Witam serdecznie! Jest pani pierwszą blogerką, która poprosiła mnie o wywiad, więc nie mogłam odmówić. Co prawda Impresje to strona, na którą nawet kot z powyłamywanymi nogami nie zagląda, ale na początek dobre i to.
E: Hmm, no tak. Tym bardziej jestem pani wdzięczna. Już wkrótce zagości pani pewnie w najbardziej opiniotwórczych programach telewizyjnych, takich jak "Kawa czy herbata" lub może nawet "Dzień dobry TVN". Tymczasem proszę opowiedzieć o sobie nam, blogerom. Zacznijmy może od pani pseudonimu: czy odnosi się on do wiadomych luminarzy literatury?
MdlMvW: Domyśliła się pani, że to pseudonim? Gratuluję przenikliwości! Rzeczywiście, moje nazwiska de domo i primo voto brzmią zupełnie inaczej, wolę jednak pisać pod pseudonimem z dwóch powodów. Po pierwsze ze względów marketingowych: złożoność mojego nazwiska zwiastuje czytelnikowi głębię mojej prozy. Po drugie rzeczywiście chcę w ten sposób oddać hołd ulubionym autorom: Stephanie Meyer i Januszowi L. Wiśniewskiemu. Wstawiam ich sobie za wzór i stale pracuję nad swoim warsztatem, żeby im dorównać, choć czasami myślę, że to porywanie się z drabiną na Słońce, a nie ma przecież aż tak długich drabin. Ale nie ustanę w poszukiwaniach!
E: Może na Allegro coś się trafi. Czy zdradzi nam pani, czym zajmuje się na co dzień?
MdlMvW: Pracuję w redakcji znanego portalu lajfstajlowego, poza tym jestem szczęśliwą córką, siostrą, szwagierką, ciocią, żoną, synową i matką.
E: Na czym polega pani praca?
MdlMvW: Jestem świetną researcherką. W ciągu godziny jestem w stanie przygotować się do napisania profesjonalnego artykułu na każdy temat. Na przykład aż do wczoraj nawet nie słyszałam o Thomasie Pynchonie, ale na polecenie szefa w ciągu jednego popołudnia stworzyłam obszerną i dobrze udokumentowaną notkę biograficzną tego wybitnego pisarza.
E: Widzę, że nie ma dla pani rzeczy niemożliwych. Kilka dni temu ogłoszono nazwisko laureata Nagrody Nobla w dziedzinie literatury...
MdlMvW: [śmiech] Pani mi pochlebia! Wiem, że moja debiutancka powieść jest świetna, ale myślę, że na razie zasłużyłam tylko na przyszłoroczną Nike.
E: Byłby to pierwszy romans doceniony przez kapitułę tej nagrody.
MdlMvW: Ależ romans to tylko pretekst! W "Stu twarzach Bronisławy" odbija się jak w stalowym garnku do szparagów wypolerowanym osobiście przez Perfekcyjną Panią Domu całe spektrum postaw i zainteresowań Polaków na początku drugiej dekady XXI wieku! Miłość, zdrada, nowy katalog Ikei, macierzyństwo, ojcostwo, plazma większa niż u sąsiadów, przyjaźń, śmierci Hanki i Ryśka... Proszę mi pokazać innego polskiego pisarza, który tak zgrabnie połączyłby te wszystkie wątki w całość, a mówię przecież ledwie o pierwszym rozdziale mojej powieści!
E: To prawda. Wśród nas, blogerów, a zwłaszcza blogerek, powszechne jest przekonanie, że romans to gatunek niesłusznie deprecjonowany. Weźmy pod lupę choćby twórczość Jane Austen. Wszystkie powieści, które ukończyła, traktują o miłości i kończą się co najmniej jednym ślubem, a jednak należą do kanonu literatury i nadal są chętnie czytane i ekranizowane.
MdlMvW: Właśnie! Uważam jednak, że należy iść za potrzebą współczesnego czytelnika i formułę romansu nieco odświeżyć.
E: W przeciwieństwie do Austen, która skupiała się na platonicznym etapie związków, pani niemal od razu przechodzi do opisów ich konsumowania, co więcej - niczego nie pozostawia pani domyślności czytelnika.
MdlMvW: Nie po to ludzie wydają trzydzieści pięć złotych, żeby się jeszcze potem musieli zastanawiać, o czym jest książką, którą kupili.
E: Widzę, że w odróżnieniu od wielu innych pisarzy myśli pani przede wszystkim o odbiorcach. To się chwali. Zdradzi im pani na pewno, jak zaczęła się pani literacka kariera.
MdlMvW: Zaskoczę panią. Najpierw zaistniałam w społeczności internetowej jako autorka fanfików do mojego ulubionego serialu "M jak miłość". Publikowałam je na własnym blogu, który w krótkim czasie stał się bardzo popularny, nawiązałam nowe znajomości i nawet przyjaźnie z osobami o podobnych zainteresowaniach i gustach. To one namówiły mnie, żebym nie ukrywała dłużej swojego talentu w korcu maku.
E: Koneserzy ambitnej literatury wiele im w takim razie zawdzięczają. Zechce nam pani opowiedzieć, jak nawiązała pani współpracę z wydawnictwem Sensu Stricte?
MdlMvW: Najpierw poszłam po najmniejszej linii oporu i posłałam "Sto twarzy Bronisławy" Wydawnictwu Literackiemu, Znakowi i W.A.B., ale widocznie nie poznali się na mojej prozie, bo nawet mi nie odpisali. Postanowiłam zatem wydać swoją powieść w drugim obiegu, na własny koszt. Redakcję i korektę tekstu zrobiła moja przyjaciółka, która zajmuje się tym zawodowo dla naszego portalu, a okładkę zaprojektował mój ukochany mąż, na którego zawsze mogę liczyć. Sensu Stricte pozostało już tylko dopracowanie technicznych aspektów mojego dzieła.
E: I wywiązali się ze swojego zadania znakomicie: czcionka jest na tyle duża, że moja babcia, która ma krótkowzroczność -10 dioptrii, mogła podczytywać mi przez ramię, siedząc na fotelu pół metra dalej.
MdlMvW: A marginesy są tak szerokie, że wystarczą do zanotowania wszystkich złotych myśli, które zakłębią się w głowach czytelników mojej powieści!
E: Zakończenie "Stu twarzy Bronisławy" to klasyczny cliffhanger, domyślam się zatem, że planuje pani kontynuację.
MdlMvW: Nie zasypuję gruszek w popiele, mam pomysły na co najmniej dziewięć kolejnych tomów! Nietrudno się domyślić, że i w nich będę odmieniała przez wszystkie przypadki słowo "kochać". Moja kreatywność mnie samą przeraża! [śmiech]
E: Czy wybiera się pani na tegoroczne Targi Książki w Krakowie?
MdlMvW: Oczywiście. Z tego miejsca pragnę zaprosić wszystkich blogerów na stoisko Sensu Stricte, gdzie w sobotę będę rozdawała autografy i uśmiechy, a jeśli to nie wystarczy, to jeszcze cukierki.
E: Zjawimy się na pewno, choćby po cukierki [śmiech]. À propos: jak pani ocenia już opublikowane na kilku blogach recenzje "Stu twarzy Bronisławy"?
MdlMvW: Bardzo dobrze, choć nie mogłam nie zauważyć tu pewnej nieprawidłowości: blogerzy, których Sensu Stricte nie zaszczyciło propozycją współpracy i darmowym egzemplarzem mojego dzieła, ocenili je negatywnie, dowodząc w ten sposób, że słowo profesjonalizm pasuje do nich jak piąte koło do karety. Cóż, będę robić wielkie oczy do ich podstępnej gry.
E: Dziękuję za wywiad i życzę, żeby pani dekalogia odniosła sukces, tak artystyczny, jak i komercyjny.
MdlMvW: W artystyczny nigdy nie zwątpiłam.