Impresje

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Girls Just Want to Have Fun. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Girls Just Want to Have Fun. Pokaż wszystkie posty

piątek, 4 września 2015

Narodowe Czytanie streszczenia "Lalki"

Podobno jutro Naród będzie czytał "Lalkę" Prusa. Moim zdaniem w akcji wzięłoby znacznie więcej osób, gdyby lekturę stanowiło dzieło o objętości "Antka" czy "Naszej szkapy", a w tle zamiast muzyki poważnej słyszelibyśmy subtelny akompaniament zespołu Bayer Full. Ja patronuję akcji, której patronuje już ASZdziennik. Pomożecie?


I w tym samym serwisie genialny tekst (a właściwie obraz) na inny temat: o pomocy, jakiej Polacy udzielają uchodźcom.


czwartek, 19 marca 2015

Zmieniam się dla Was!

Zaczynajcie już odkładać kasę na SMS-y, żeby zagłosować na Impresje w konkursie na Blog Roku 2015! Postanowiłam odświeżyć nieco formułę tej strony i dać innym, tkwiącym wciąż w marazmie blogerom książkowym przykład, jak z szafiarkami zwyciężać mamy. Nie będzie żaden lajfstajlowiec pluł nam w twarz!

Jak to osiągnę? Oto Mój Plan:

środa, 8 października 2014

Bloger to ma klawe życie!

W środowisku blogerów książkowych wrze, na wierzch wypływają - dotąd ukryte, a może podświadome - wewnętrzne podziały. Burzę wywołał artykuł Mileny Rahid Chehab pod zgrabnym i obiecującym tytułem "Reckę napisałaś miodzio - kim są polscy blogerzy książkowi?" 

Jedni tekst chwalą, inni krytykują. Można dostrzec wyraźną linię frontu: entuzjazm i wdzięczność wyrażają ci blogerzy, których niedawno zaszczycono zaproszeniem do redakcji magazynu "Książki", natomiast ci pominięci zarzucają autorce, że jej artykuł jest powierzchowny, bo wymieniła w nim tylko niektórych blogerów piszących o książkach, a powinna wymienić wszystkich.

Ja zaliczam się niestety do tych wzgardzonych i brutalnie pozbawionych możliwości zrobienia sobie selfie na ściance "Książek" czy fotki z Karpowiczem. Staram się być obiektywna, ale artykuł rzeczywiście wydaje mi się nieco nieprecyzyjny: nie wyjaśnia - a bardzo na to liczyłam - czy jestem frajerką, czy może potencjalną celebrytką i trendsetterką, która już niebawem będzie zasypywana przez wydawnictwa lukratywnym propozycjami? Mam inwestować w licówki czy nie?

Postanowiłam podzielić się moimi wątpliwościami z panią Beatą Walewską, szefową działu sprzedaży renomowanego Wydawnictwa, a pani Walewska łaskawie zgodziła się ze mną spotkać i udzielić mi wywiadu.


E: Kim, Pani zdaniem, są blogerzy książkowi: frajerami czy przedstawicielami coraz bardziej liczącego się nurtu krytyki literackiej?

B.W.: Zdecydowanie ta druga opcja. Współpraca z blogerami pomaga nam promować literaturę ambitną i specjalistyczną, którą recenzenci z tradycyjnych mediów zwykle nie są zainteresowani, mimo że wydawane przez nas tytuły to potencjalne bestsellery. Dzięki blogerom świetnie sprzedała się na przykład głęboka i demaskatorska praca historyczna pt. "Czy Putin to przyrodnia siostra Tuska?" i kanoniczna dla weterynarzy pozycja pt. "Najnowsze trendy w stylizacji chomiczych pazurków". 

E: Rzeczywiście, w mediach głównego nurtu rzadko omawiane są równie wartościowe tytuły. Blogerzy podejmują się jednak tego trudnego zadania, w dodatku robią to za darmo, dlatego czują się czasami trochę niedoceniani.

B.W.: Moim zdaniem niesłusznie. Ci najlepsi mogą przecież pisać o książkach bez konieczności ich kupowania! Wybranym wysyłamy "szczotki" na długo przed premierą. Bez takiego wsparcia ich blogi nie miałyby racji bytu - któż by zaglądał na ich strony, żeby poczytać o wyżebranych w bibliotece odgrzewanych kotletach sprzed roku czy - o zgrozo! - dwóch lat? Nikt. Pozwalamy im również na umieszczanie u siebie logo naszego Wydawnictwa, co dla blogerów jest przecież niezwykle nobilitujące!

E: W środowisku mówi się - choć mnie wydaje się to nieprawdopodobne - że niektórzy domagają się dosyłania po premierze ostatecznych wersji książek.

B.W.: Niestety, w każdym środowisku trafiają się od czasu do czasu pazerne czarne owce. Słyszałam, że niektóre wydawnictwa zgadzają się na takie bezczelne żądania, ale my nie. Nie zamierzamy profanować szlachetnego poświęcenia blogerów poprzez wystawianie ich na pokusę łatwego zarobku. Pełnowartościowa książka zostałaby przez nich sfotografowana w stosiku i natychmiast sprzedana z zyskiem. Ich miłość do literatury powinna pozostać bezinteresowna. 

E: Ciekawa jestem, jakie kryteria stosują Państwo przy wyborze blogowych recenzentów?

B.W.: Ten proces jest bardzo przejrzysty. Wysyłamy propozycję otrzymania egzemplarza recenzenckiego do wszystkich i wybieramy do współpracy tych, którzy odpowiedzą najszybciej i zwrócą się do nas w sposób najbardziej uniżony.

E: Jakość blogu, osobowość blogera - czy to nie ma dla Państwa żadnego znaczenia?

B.W.: Chcemy dać szansę każdemu! Tzn. każdemu z przyzwoitymi statystykami, kto dodatkowo zobowiąże się do przestrzegania szczegółowego regulaminu współpracy z naszym Wydawnictwem.

E: Co zawiera ów regulamin?

B.W.: Przewiduje na przykład wysokie kary finansowe za spóźnioną publikację recenzji na blogu, zakaz wyrażania negatywnych opinii o naszych tytułach, obowiązek zamieszczania recenzji dodatkowo na stronach księgarni internetowych i portalach społecznościowych. Standard.

E: Jaka będzie przyszłość blogosfery książkowej?

B.W.: Myślę, że będzie to jeszcze ściślejsza współpraca z nami, wydawcami. W mojej firmie powstaje właśnie projekt, który umożliwi blogerom udział w przygotowywaniu książki do druku. Tym najlepszym zaoferujemy udział w korekcie i redakcji książki: będą obcować z esencją literatury, surowymi, świeżymi tekstami bezpośrednio spod piór autorów. Większość blogerów posługuje się w jakimś tam stopniu językiem polskim, więc spokojnie zastąpią część naszych dotychczasowych pracowników. I to bez dodatkowych opłat!

E: To bardzo hojna oferta! 

B.W.: Prawda? A to jeszcze nie wszystko! Dla najbardziej zaangażowanych blogerów przewidujemy moc atrakcji: raz w roku wyślemy im bezpłatną zakładkę!

E: Niesamowite! Nie zna Pani może jakiegoś specjalisty od licówek?


poniedziałek, 15 października 2012

Wywiad ze wschodzącą gwiazdą polskiej literatury

W żadnej krakowskiej księgarni nie stawia się literatury na tak wysokim piedestale jak to się czyni w Empiku przy Rynku. Analfabeci i inni profani, którzy wchodzą tam czasami przypadkiem albo dlatego, że akurat pada, zatrzymują się na ogół tylko w kruchcie na parterze tego przybytku, gdzie - dla zmylenia niewiernych - sprzedaje się prasę, perfumy i widokówki. Wtajemniczeni Czytelnicy wiedzą jednak, że piętrowe prezbiterium znajduje się Wyżej.

Tam, w atmosferze literackiego ekumenizmu i tolerancji, można wybierać spośród tysięcy woluminów, które po uiszczeniu drobnej opłaty prezentuje się potem zadziwionym gościom na ołtarzach prywatnych regałów.

Wstęp może nieco górnolotny, ale i temat, który pragnę tu poruszyć, jest podniosły. Otóż w trakcie jednej z niedawnych pielgrzymek do wspomnianej świątyni literatury wzrok mój przykuła specjalna półka dla neofitów, którą na ogół skrzętnie omijam, bo znajdujące się tam książki już od dawna są częścią mojej biblioteczki. Mój wyrobiony literacki smak, wspomagany przez newslettery wydawców, podpowiada mi zazwyczaj, jakie tytuły trafią do empikowego top 50, tym większe było zatem moje zdziwienie, że o debiutanckiej powieści pani Małgorzaty de la Meyer von Wiśniewski, która zajmowała na owej półce poczesne miejsce, nigdy wcześniej nie słyszałam. Jest to zarazem pierwsza książka wydana przez nowe, ale prężne wydawnictwo Sensu Stricte.

"Sto twarzy Bronisławy" to mocna, polska odpowiedź na przereklamowaną, doprawdy, książkę E.L. James. Entuzjastyczną recenzję powieści pani Małgorzaty zamieszczę w kolejnym wpisie, ale rąbka tajemnicy uchyli już dzisiaj sama Autorka w wywiadzie, który przeprowadziłam z nią via skype, a którego dokładną transkrypcję znajdziecie poniżej.


Elenoir: Dzień dobry, pani Małgorzato. Dziękuję, że zechciała pani ze mną porozmawiać mimo wielu zobowiązań związanych z promocją pani książki.

Małgorzata de la Meyer von Wiśniewski: Witam serdecznie! Jest pani pierwszą blogerką, która poprosiła mnie o wywiad, więc nie mogłam odmówić. Co prawda Impresje to strona, na którą nawet kot z powyłamywanymi nogami nie zagląda, ale na początek dobre i to.

E: Hmm, no tak. Tym bardziej jestem pani wdzięczna. Już wkrótce zagości pani pewnie w najbardziej opiniotwórczych programach telewizyjnych, takich jak "Kawa czy herbata" lub może nawet "Dzień dobry TVN". Tymczasem proszę opowiedzieć o sobie nam, blogerom. Zacznijmy może od pani pseudonimu: czy odnosi się on do wiadomych luminarzy literatury?

MdlMvW: Domyśliła się pani, że to pseudonim? Gratuluję przenikliwości! Rzeczywiście, moje nazwiska de domo i primo voto brzmią zupełnie inaczej, wolę jednak pisać pod pseudonimem z dwóch powodów. Po pierwsze ze względów marketingowych: złożoność mojego nazwiska zwiastuje czytelnikowi głębię mojej prozy. Po drugie rzeczywiście chcę w ten sposób oddać hołd ulubionym autorom: Stephanie Meyer i Januszowi L. Wiśniewskiemu. Wstawiam ich sobie za wzór i stale pracuję nad swoim warsztatem, żeby im dorównać, choć czasami myślę, że to porywanie się z drabiną na Słońce, a nie ma przecież aż tak długich drabin. Ale nie ustanę w poszukiwaniach!

E: Może na Allegro coś się trafi. Czy zdradzi nam pani, czym zajmuje się na co dzień?

MdlMvW: Pracuję w redakcji znanego portalu lajfstajlowego, poza tym jestem szczęśliwą córką, siostrą, szwagierką, ciocią, żoną, synową i matką.

E: Na czym polega pani praca?

MdlMvW: Jestem świetną researcherką. W ciągu godziny jestem w stanie przygotować się do napisania profesjonalnego artykułu na każdy temat. Na przykład aż do wczoraj nawet nie słyszałam o Thomasie Pynchonie, ale na polecenie szefa w ciągu jednego popołudnia stworzyłam obszerną i dobrze udokumentowaną notkę biograficzną tego wybitnego pisarza.

E: Widzę, że nie ma dla pani rzeczy niemożliwych. Kilka dni temu ogłoszono nazwisko laureata Nagrody Nobla w dziedzinie literatury...

MdlMvW: [śmiech] Pani mi pochlebia! Wiem, że moja debiutancka powieść jest świetna, ale myślę, że na razie zasłużyłam tylko na przyszłoroczną Nike.

E: Byłby to pierwszy romans doceniony przez kapitułę tej nagrody.

MdlMvW: Ależ romans to tylko pretekst! W "Stu twarzach Bronisławy" odbija się jak w stalowym garnku do szparagów wypolerowanym osobiście przez Perfekcyjną Panią Domu całe spektrum postaw i zainteresowań Polaków na początku drugiej dekady XXI wieku! Miłość, zdrada, nowy katalog Ikei, macierzyństwo, ojcostwo, plazma większa niż u sąsiadów, przyjaźń, śmierci Hanki i Ryśka... Proszę mi pokazać innego polskiego pisarza, który tak zgrabnie połączyłby te wszystkie wątki w całość, a mówię przecież ledwie o pierwszym rozdziale mojej powieści!

E: To prawda. Wśród nas, blogerów, a zwłaszcza blogerek, powszechne jest przekonanie, że romans to gatunek niesłusznie deprecjonowany. Weźmy pod lupę choćby twórczość Jane Austen. Wszystkie powieści, które ukończyła, traktują o miłości i kończą się co najmniej jednym ślubem, a jednak należą do kanonu literatury i nadal są chętnie czytane i ekranizowane.

MdlMvW: Właśnie! Uważam jednak, że należy iść za potrzebą współczesnego czytelnika i formułę romansu nieco odświeżyć.

E: W przeciwieństwie do Austen, która skupiała się na platonicznym etapie związków, pani niemal od razu przechodzi do opisów ich konsumowania, co więcej - niczego nie pozostawia pani domyślności czytelnika.

MdlMvW: Nie po to ludzie wydają trzydzieści pięć złotych, żeby się jeszcze potem musieli zastanawiać, o czym jest książką, którą kupili.

E: Widzę, że w odróżnieniu od wielu innych pisarzy myśli pani przede wszystkim o odbiorcach. To się chwali. Zdradzi im pani na pewno, jak zaczęła się pani literacka kariera.

MdlMvW: Zaskoczę panią. Najpierw zaistniałam w społeczności internetowej jako autorka fanfików do mojego ulubionego serialu "M jak miłość". Publikowałam je na własnym blogu, który w krótkim czasie stał się bardzo popularny, nawiązałam nowe znajomości i nawet przyjaźnie z osobami o podobnych zainteresowaniach i gustach. To one namówiły mnie, żebym nie ukrywała dłużej swojego talentu w korcu maku.

E: Koneserzy ambitnej literatury wiele im w takim razie zawdzięczają. Zechce nam pani opowiedzieć, jak nawiązała pani współpracę z wydawnictwem Sensu Stricte?

MdlMvW: Najpierw poszłam po najmniejszej linii oporu i posłałam "Sto twarzy Bronisławy" Wydawnictwu Literackiemu, Znakowi i W.A.B., ale widocznie nie poznali się na mojej prozie, bo nawet mi nie odpisali. Postanowiłam zatem wydać swoją powieść w drugim obiegu, na własny koszt. Redakcję i korektę tekstu zrobiła moja przyjaciółka, która zajmuje się tym zawodowo dla naszego portalu, a okładkę zaprojektował mój ukochany mąż, na którego zawsze mogę liczyć. Sensu Stricte pozostało już tylko dopracowanie technicznych aspektów mojego dzieła.

E: I wywiązali się ze swojego zadania znakomicie: czcionka jest na tyle duża, że moja babcia, która ma krótkowzroczność -10 dioptrii, mogła podczytywać mi przez ramię, siedząc na fotelu pół metra dalej.

MdlMvW: A marginesy są tak szerokie, że wystarczą do zanotowania wszystkich złotych myśli, które zakłębią się w głowach czytelników mojej powieści!

E: Zakończenie "Stu twarzy Bronisławy" to klasyczny cliffhanger, domyślam się zatem, że planuje pani kontynuację.

MdlMvW: Nie zasypuję gruszek w popiele, mam pomysły na co najmniej dziewięć kolejnych tomów! Nietrudno się domyślić, że i w nich będę odmieniała przez wszystkie przypadki słowo "kochać". Moja kreatywność mnie samą przeraża! [śmiech]

E: Czy wybiera się pani na tegoroczne Targi Książki w Krakowie?

MdlMvW: Oczywiście. Z tego miejsca pragnę zaprosić wszystkich blogerów na stoisko Sensu Stricte, gdzie w sobotę będę rozdawała autografy i uśmiechy, a jeśli to nie wystarczy, to jeszcze cukierki.

E: Zjawimy się na pewno, choćby po cukierki [śmiech]. À propos: jak pani ocenia już  opublikowane na kilku blogach recenzje "Stu twarzy Bronisławy"?

MdlMvW: Bardzo dobrze, choć nie mogłam nie zauważyć tu pewnej nieprawidłowości: blogerzy, których Sensu Stricte nie zaszczyciło propozycją współpracy i darmowym egzemplarzem mojego dzieła, ocenili je negatywnie, dowodząc w ten sposób, że słowo profesjonalizm pasuje do nich jak piąte koło do karety. Cóż, będę robić wielkie oczy do ich podstępnej gry.

E: Dziękuję za wywiad i życzę, żeby pani dekalogia odniosła sukces, tak artystyczny, jak i komercyjny.

MdlMvW: W artystyczny nigdy nie zwątpiłam.


poniedziałek, 3 stycznia 2011

Candy!!!

Drodzy Blogerzy i Blogerki! Mole książkowe kochane! U progu Nowego Roku 2011 stajecie przed niepowtarzalną szansą wygrania nagrody w moim pierwszym i ostatnim candy!!!

Organizuję je zupełnie spontanicznie i wcale nie po to, żeby rozreklamować swój blog. Wpadłam na pomysł tego przedsięwzięcia przypadkiem, pewnego niedzielnego popołudnia, między wizytą w księgarni, w której widok tysięcy książek wprowadził mnie nieomal w stan nirwany (personel już chciał wzywać pogotowie), a uroczymi chwilami na dachu pewnej krakowskiej drukarni, gdzie tkwiłam przez kilka godzin ekscytując się  skondensowanymi oparami przemysłu poligraficznego. (Dlaczego nie stworzono jeszcze luksusowych perfum o tym zapachu? Z miejsca stałyby się moim must-have!)


Ad rem. Do wygrania trzy elektryzujące książki:

1. Ekskluzywne i LIMITOWANE wydanie "Złotych myśli" sławnego brazylijskiego filozofa Pamelo Coelo. Jeśli znalazłeś się na życiowym zakręcie i nie wiesz, co dalej, a nie stać Cię na psychologa i nikt nie lubi Cię na tyle, żeby się za darmo babrać w Twoim życiorysie - ta książka jest dla Ciebie! Podarowanie komuś tej książki, np. z okazji urodzin, jest też świetnym sposobem na zakończenie niechcianej znajomości.

2. I kolejny hit: "Jak dobrze wyglądać po 20" Feromony Brej, czyli utalentowanej aktorki znanej z trzecioplanowej roli w drugim odcinku kasowej telenoweli pt. "Ferma szczęścia", której pierwszy (mamy nadzieję, że nie ostatni!) sezon, składający się niestety tylko z dwóch odcinków, wyemitowała jesienią telewizja publiczna. Talent literacki Feromony wręcz mną wstrząsnął. Już po przeczytaniu kilku pierwszych stron doszłam do wniosku, że każde, absolutnie każde wyróżnienie (łącznie z Noblem) jest dla niej osiągalne! Mój podziw jest tym większy, że w dziedzinie dobrego wyglądu Feromona dysponuje przecież wiedzą tylko teoretyczną.

3. I wreszcie najnowszy mroczny skandynawski kryminał pt. "Dziewczyna, która igrała z Mężczyzną, który włożył skarpety nie do pary" Hennoga Larssoga. Komisarz Stroustrup próbuje odnaleźć zwyrodnialca, który na ścianie lokalnego spożywczaka nabazgrał: "Precz z państwem socjalnym! Wiwat libertarianizm!" i wstrząsnął krajem. Oprócz tego Stroustrup zmaga się z problemami rodzinnymi, finansowymi, mieszkaniowymi, zdrowotnymi, imigracyjnymi, politycznymi i wciąż nie może się zdecydować, który z ikeowych foteli nabyć: Ektorp Jennylund czy Ektorp Muren.


Jest więc o co powalczyć. Zadajecie sobie zapewne pytanie, jak zdobyć te perły literatury. Nie ukrywam - nie będzie łatwo. Oto regulamin mojego candy: