Impresje

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Autobiografia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Autobiografia. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 sierpnia 2016

DZIENNIK

Tytuł: Dziennik
Pierwsze wydanie: 2012
Autor: Jerzy Pilch

Wydawnictwo: Wielka Litera
ISBN: 978-83-64142-85-7
Stron: 464

 
"Dziennik" zawiera teksty napisane między grudniem 2009 i listopadem 2011 roku, które na bieżąco były publikowane w "Przekroju". Wydaje mi się, że te zapiski były dla Pilcha formą rehabilitacji - w znaczeniu zupełnie dosłownym. Właśnie tak, moim zdaniem, trzeba interpretować każdą linijkę tej książki: jako próbę odtwarzania samego siebie. Sukces możliwy jest tylko na stosunkowo krótkich odcinkach, porażka - jeszcze przed metą - jest właściwie nieuchronna. Chodzi o to, żeby jak najpóźniej się poddać.
Mam za sobą rok nie najgorszej formy i zupełnie koszmarnego - dzień w dzień - samopoczucia. Plus ryzykowną wiedzę, jak jednym ruchem, tracąc formę, poprawić samopoczucie. Plus proste przeświadczenie, że minimalny wysiłek - najlepiej umysłowy - warto zrobić. Całkiem w sobie samym jeszcze się nie uplasowałem, ale kto wie. Sporo odzyskując, nie mam częstego u współbraci złudzenia, że uzyskałem życie wieczne. Skąd! Poczucie jego biegu teraz dopiero jest tragiczne. Ale zwycięża - cóż z tego, że nieco zgrana - kwestia smaku. Od frazy: "Zapił się na śmierć", znacznie przecież bardziej wyrafinowana, znacznie dowcipniejsza i znacznie radośniejsza jest fraza: "Przestał pić i umarł". [21 stycznia 2011, str. 282]

sobota, 18 kwietnia 2015

DZIEWCZYNA Z KAMIENIA

Tytuł: Dziewczyna z Kamienia
Pierwsze wydanie: 2015
Autorka: Izabella Cywińska

Wydawnictwo: Agora
ISBN: 978-83-268-1394-8
Stron: 456


Życie każdego osiemdziesięciolatka to potencjalnie dobry materiał na interesującą autobiografię, a w przypadku urodzonej w 1935 roku pani Cywińskiej dobry podwójnie, bo jej zapiski dotyczą trzech różnych epok widzianych oczyma postaci nietuzinkowej, obracającej się wśród ówczesnych celebrytów, ale i rozsądnej. Zapewne trudno oprzeć się w takich razach pokusie wystąpienia wobec młodszych pokoleń w roli autorytetu, ale pani Cywińskiej to się udało. Miała do dyspozycji wiele póz: artystki, opozycjonistki, polityczki, potomkini arystokracji, ale w "Dziewczynie z Kamienia" napisała po prostu o sobie, i to w sposób zaskakująco bezpretensjonalny (ludzi kultury zawsze podejrzewałam o przerośnięte ego).

niedziela, 3 sierpnia 2014

PIĘKNI DWUDZIESTOLETNI

Tytuł: Piękni dwudziestoletni
Pierwsze wydanie: 1966
Autor: Marek Hłasko

Wydawnictwo: Polityka Spółdzielnia Pracy, 2008
Seria: Polska literatura Współczesna (tom I)
ISBN: 978-83-61174-73-8
Stron: 158



   Ci wszyscy chłopcy, z którymi ja zaczynałem, wiedzieli, że jest fatalnie, ale czekali przez lata, aby móc napisać jeden wiersz, jedno opowiadanie; aby móc namalować jeden surrealistyczny obraz czy też wystawić rzeźbę niepodobną do niczego. Ale byli to ludzie, którzy wbrew faktom i wbrew wszystkiemu, co działo się dokoła, usiłowali zachować wiarę, że nadejdzie chwila, w której wolno będzie powiedzieć: nie. My, łysiejący już, i nie piękni, i nie dwudziestoletni, mieliśmy tych parę kroków w słońcu; jedni z nas zrobili to gorzej, drudzy lepiej; nie powstały w tym czasie dzieła o wielkiej wartości, ale być może przydadzą się one przyszłym kronikarzom jako dowody nędzy i nieudolności i jako dowody niemocy człowieka żyjącego w koszmarze, nie znajdującego w sobie siły, aby to wyznać. Ale jak powiedziałem: byli to ludzie, którzy wierzyli, że wolno im będzie powiedzieć tylko to jedno najważniejsze w życiu każdego człowieka słowo: nie.
   Kiedy dzisiaj spotykam ludzi pięknych, dwudziestoletnich i rozmawiam z nimi, przeraża mnie jedno: wszyscy oni wiedzą, że w Polsce jest źle; wszyscy nie mają złudzeń co do tego, że Polska jest krajem okupowanym; natomiast nikogo z nich to specjalnie nie interesuje. Jedna z najładniejszych dziewczyn, jaką ostatnio spotkałem, chce zostać inżynierem od mózgów elektronowych; inny piękny dwudziestoletni studiuje archeologię śródziemnomorską; jeszcze inny jest inżynierem-metalowcem. Żaden z nich nie chciał być ani pisarzem, ani malarzem, ani rzeźbiarzem; żaden z nich nie czeka już na dzień, w którym wolno będzie mu powiedzieć: nie. Jeśli urywa się na Zachód malarz, pisarz czy reżyser, czekają go lata udręki i dorywczych prac; noce spędzone w brudnych hotelach; kobiety, które płacą; i właściwie nie znam wypadku - poza Miłoszem - aby proces deklasacji społecznej nie towarzyszył zawsze artyście uciekającemu spoza Żelaznej Kurtyny. Ci nowi piękni dwudziestoletni nie będą już mieć tych problemów: po wybraniu azylu dalej będą lekarzami, inżynierami czy Bóg wie zresztą czym. Nie grozi im ani nędza, ani głód, ani tęsknota za krajem, który zostawili, i który nie sprawiał im cierpienia. I to są ci nowi piękni dwudziestoletni. [str. 114-115]

Za to Marek Hłasko wierzył i buntował się nieustannie, zwłaszcza kiedy był agentem milicji i korespondentem "Trybuny Ludu", a już na pewno kiedy wprowadzał się do służbowego mieszkania, które przydzieliła mu ta okrutna władza. Jego wiara świadczyła o naiwności i ignorancji, które zresztą u dwudziestolatka czy dwudziestokilkulatka były (i są) czymś naturalnym. Zwłaszcza w tamtych czasach: przecież po II wojnie światowej zasadne było oczekiwanie, że może być już tylko lepiej, a nowy ustrój oferował młodym ludziom względną stabilizację albo możliwość poważnego awansu społecznego - dopóki byli posłuszni, z wewnętrznego przekonania lub wskutek chłodnej kalkulacji. Skąd następne pokolenia miały brać złudzenia?

Hłasko rozczarował się najpierw Polską, a potem, jeszcze szybciej, Zachodem. Tu był niekwestionowaną gwiazdą literatury i środowiska. Tam postrzegano go jako jednego z bardzo wielu początkujących pisarzy, którzy zwiali zza żelaznej kurtyny i którzy mieli do opowiedzenia te same historie. Z goryczą porównywał swoją sytuację z położeniem byłych komunistycznych aparatczyków, których traktowano zupełnie inaczej, bo ich wiedza przydawała się służbom państw, do których uciekali. W jednym z rozdziałów zaproponował zdesperowanym artystom kilka sposobów przetrwania: udawanie obłędu, publiczne potępianie komunizmu, sutenerstwo, pobyt w więzieniu i wreszcie uczciwa praca, przy czym ta ostatnia opcja dostępna była tylko teoretycznie. Małżeństwo z zamożną niemiecką aktorką również stanowiło jakieś wyjście. Skuteczność większości wymienionych metod przetestował na własnej skórze.

O tym wszystkim (i o jeszcze wielu innych rzeczach) Hłasko pisał szczegółowo i sugestywnie, przeplatając fakty z "prawdziwymi zmyśleniami", więc nawet swojej zrozpaczonej matce musiał potem w liście tłumaczyć, że "Piękni dwudziestoletni" to parodia, a nie autobiografia. Wydaje mi się jednak, że nawet jeśli zmyślał w mniejszym lub większym stopniu szczegóły, to autobiograficznej, gorzkiej prawdy i tak w tych tekstach jest sporo.

Zresztą Hłasko zawarł w tych zapiskach nie tylko opowieść o sobie - swoim dzieciństwie, problemach z nauką, pracy fizycznej w państwowych przedsiębiorstwach, wymuszonej współpracy z milicją, początkach pisania, współpracy z "Trybuną Ludu" i "Po prostu", pobycie w Izraelu itd. - obok tego wszystkiego są tu fragmenty bardziej zbliżone do felietonu niż do autobiografii. Autor ocenił polską literaturę powojenną, omówił wizerunek Polaków literaturze amerykańskiej i postrzeganie Ameryki w peerelowskiej Polsce, barwnie opisał modne lokale i zwykłe mordownie - warszawskie, paryskie, izraelskie, wplótł trochę anegdot o znajomych pisarzach (m.in. Broniewski) i filmowcach (m.in. Polański).

Hłasko poruszył też kwestię własnej twórczości, oczywiście, jak to on, autoironicznie i prowokująco. Stwierdził mianowicie, że zwięzłości i rzeczowości nauczył się pisząc donosy dla policji.
Dzisiaj, kiedy myślę o nich, zaczynam czuć coś w rodzaju wdzięczności: zjawili się wtedy, kiedy nie pomyślałem nawet jeszcze o tym, aby bawić się w życiu piórem, i gdyby nie ich proste a pełne zachęty słowa obiecujące mi przykry okres abstynencji - miast pisania traciłbym zapewne zdrowie w restauracjach, opowiadając moim przygodnym towarzyszom i towarzyszkom historię mego złamanego życia. Myślę, iż w tym to właśnie okresie, z konieczności, która stała się potem upodobaniem, nabrałem miłości do formy krótkiej i zwięzłej. To jedyne, co w tej zabawie liczy się dla mnie naprawdę. Tysiąc policjantów można zmienić jednego dnia i tysiąc więźniów można pognać jednego dnia przez tysiąc kilometrów. Ale nie to jest ważne. Ważne jest tylko to, że w twoim życiu może nadejść tysiąc dni, w ciągu których nie zdołasz napisać ani jednej strony. Gdyby mój dorobek pisarski upoważniał mnie do dawania rad młodym, powiedziałbym im: Każdy z was powinien przez jakiś czas popracować dla tajnej policji, aby wyrobić sobie styl i jasność myślenia. Książki trzeba pisać tak jak donosy, pamiętając przy tym, że głupio napisany donos może zniszczyć przede wszystkim ciebie. [str. 34]
"Pięknych dwudziestoletnich" pisał na przełomie 1965 i 1966 roku w Maisons-Laffitte i w Paryżu, a książka ukazała się w maju 1966 roku w serii Biblioteka "Kultury". W znalezionym w sieci 168 "Zeszycie Historycznym" znalazłam cytat z listu Hłaski do Jerzego Stempowskiego (ciekawe, dlaczego nie ma tej korespondencji w "Listach" wydanych przez Agorę), w którym nadawca wyjaśniał, że napisał "Pięknych dwudziestoletnich", żeby "rozśmieszyć Giedroycia". Być może to jeden z adresatów tych tekstów, może ta podrasowana historia trudnego dzieciństwa i równie trudnej młodości miała Hłaskę trochę usprawiedliwić w oczach pana Jerzego, który po tej lekturze powinien dojść do wniosku, że zachowanie Hłaski jest wprawdzie nie do przyjęcia na dłuższą metę, ale winić za to trzeba okoliczności, w których dorastał. W każdym razie wydaje mi się, że "Piękni dwudziestoletni" to opowieść skierowana głównie do ludzi, którzy po wojnie nie wrócili do Polski, do emigrantów z długim stażem. Polakom w kraju nie trzeba było przypominać, że pracują za głodowe pensje albo że wszyscy i wszędzie kradną, bo inaczej się nie da.
Zresztą oni oficjalnie nie mogli czytać książek wydawanych przez "Kulturę", twórczość Hłaski przestała być w kraju publikowana po 1956 roku, wznawiano ją dopiero w latach osiemdziesiątych i to tylko w drugim obiegu. Być może zatem książki Hłaski były w PRL-u równie poszukiwane, jak utwory Gombrowicza na początku lat pięćdziesiątych:
Wreszcie dano mi Gombrowicza do czytania i wtedy już oszalałem zupełnie.
   Nieprawdą jest to, co sam Gombrowicz pisze o sobie w którymś ze swoich Dzienników, że oceniono jego pisarstwo zbyt późno - zdaje się, że to miało jakiś związek z artykułem Sandauera. Nie wiem, co powiedział, czy też napisał, Sandauer; wiem natomiast, że Gombrowicz był uwielbiany przez młodych i starych. Ja sam pożyczyłem Ferdydurke - ale musiałem zastawić za to swój zegarek, gdyż właściciel nie miał do mnie zaufania; i słusznie. Egzemplarz Ferdydurke, który ja czytałem w roku tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym trzecim, przeszedł już przez setki rąk; kartki były posklejane, pobrudzone. To samo z Pamiętnikiem z okresu dojrzewania. Tych książek nie można było kupić; pożyczało się je na dni; czasem na pół dnia. Tego oczywiście Gombrowicz wiedzieć nie może; a ja tam byłem i widziałem. [str. 22-23]
Hłasko zaczął od opowieści o swoim dzieciństwie, zakończył opisem pobytu w Izraelu, więc teoretycznie chronologia wydarzeń jest zachowana, ale tylko teoretycznie, bo autor skakał z tematu na temat, a anegdota goni dygresję. 
Ja, pisząc te wspomnienia, staram się im nadać jakąś - jak by to powiedzieć - kompozycję stylistyczną raczej, a nie strukturę budowaną na faktach, gdyż, jak już mówiłem, jestem zbyt młody i zbyt mało znaczę, aby pisać pamiętniki w stylu Witosa. [fragment listu Hłaski do Giedroycia z 25.11.1965 roku]
Nawet jeśli Witos napisał jakieś pamiętniki, to prawdopodobnie dziś nie sięgają po nie nawet najzagorzalsi członkowie PSL-u, natomiast Hłaskę nadal czyta się zaskakująco dobrze. Jest autentyczny nawet kiedy zmyśla. Co prawda jego stosunek do kobiet nie może mi się podobać, ale wspaniałomyślnie składam to karb ówczesnej kinematografii, a zwłaszcza Humphreya Bogarta.

Na koniec cytat, który może niekoniecznie tu pasuje, ale szkoda by było go pominąć:
(...) rozumu nie można zastąpić wiedzą o tym, jak należy myśleć. [str. 28]


wtorek, 17 czerwca 2014

MOJE ŻYCIE

Tytuł: Moje życie (My Life)
Autorka: Izadora Duncan
Pierwsze wydanie: 1927

Tłumaczenie: Karol Bunsch
Polskie Wydawnictwo Muzyczne 1982
ISBN: 83-224-0189-2
Stron: 399




Izadora Duncan uważana jest za jedną z prekursorek współczesnego tańca. Na przełomie XIX i XX wieku szokowała publiczność skąpym strojem i oryginalną choreografią. Czasami bywała wielbiona, czasami znienawidzona, zwykle niezrozumiana.

Zaznała biedy, pławiła się w luksusie, a jednocześnie głośno zachwalała nowe porządki w porewolucyjnej Rosji, gdzie nawet przez pewien czas mieszkała. Była Amerykanką rozkochaną w kulturze starożytnej Grecji. Występowała w wielu krajach i na różnych kontynentach, a wszędzie, gdzie się znalazła, przyciągała artystów i oryginałów.

Twierdziła, że w jej życiu Sztuka jest najważniejsza, ale też przyznawała sobie prawo do bycia szczęśliwą kobietą - miewała romanse, z którymi się wcale nie kryła. Gardziła obłudną purytańską obyczajowością, nie tylko głosiła idee emancypacyjne, ale też postępowała zgodnie z nimi.

Nawet umarła w zgoła niekonwencjonalny sposób. W posłowiu Karol Bunsch, tłumacz, opisał to następująco:
Czternastego września 1927 roku wsiadła do otwartego samochodu, owijając szyję dla zabezpieczenia od pędu powietrza długim szalem. Jeden jego koniec zwisający daleko owinął się o koło i szarpnięcie przetrąciło jej kręgosłup. Taneczny korowód jej uczennic ubranych w sandały i tuniki odprowadził ją na wieczny spoczynek przy dźwiękach Koncertu D-dur Bacha.
Odegrała znaczącą rolę w rozwoju sztuki tańca, ale ten wątek jej autobiografii jest dziś interesujący chyba tylko dla specjalistów w tej dziedzinie. Na podstawie egzaltowanych wynurzeń pani Duncan wnioskuję, że jej nowatorstwo polegało na odejściu od mechanicznej sprawności baletu na rzecz tańca wyrażającego raczej stan ducha i puls świata.
Spędzałam w pracowni długie dni i noce, pracując nad koncepcją takiego tańca, który by mógł dać boski wyraz treści ludzkiego ducha za pomocą ruchu. [str. 83]
Zachowały się jakieś króciutkie urywki ukazujące ją w ruchu, ale istotę jej fenomenu można sobie jednak tylko wyobrazić.



Przyznaję, że obyczajowe wątki tej autobiografii zainteresowały mnie o wiele bardziej niż artystyczne i może dlatego czytało mi się tę książkę nadspodziewanie dobrze. Dawniej ludzie chodzili do lunaparków, żeby napatrzeć się na zamknięte w klatce kurioza i móc pogratulować sobie swojej przeciętności. Na trochę podobnej zasadzie ta lektura pozwoliła mi skonfrontować moją zwyczajność z wybujałą osobowością artystki. Podziwiam idealistów, ale nigdy nie pożyczyłabym żadnemu pieniędzy. Z drugiej jednak strony tacy ludzie czasami się społeczeństwu przydają, więc jestem gotowa to i owo im wybaczyć, np. afektowany styl wypowiedzi:

1899 (źródło)

Urodziłam się nad morzem. Zauważyłam, że wszystkie wielkie wypadki mego życia rozegrały się nad morzem. Moje pierwsze wyobrażenie ruchu, tańca, z pewnością zrodziło się z rytmu fal. Urodziłam się pod gwiazdą Afrodyty, która także wyłoniła się z morza. (...) Wiedza astrologiczna nie ma zapewne dzisiaj takiego znaczenia, jakie miała w czasach starożytnego Egiptu lub Chaldei, nie ulega jednak wątpliwości, że nasze życie fizyczne pozostaje pod wpływem planet, i gdyby rodzice to rozumieli, studiowaliby gwiazdy, by płodzić piękniejsze dzieci. [str. 13]


Co za farmazony! Na styl Izadory Duncan co rusz musiałam przymykać oko. Zresztą podejrzewam, że to nie tyle styl, co stylizacja, o której niekiedy zapominała, i wtedy potrafiła pisać zupełnie rozsądnie.
Może nie wszyscy łamiemy Dziesięcioro Przykazań, ale wszyscy jesteśmy do tego zdolni. Czai się w nas przestępca łamiący wszystkie prawa, gotów skoczyć przy pierwszej lepszej sposobności. Ludzie cnotliwi to po prostu tacy, którzy albo nigdy nie podlegali dość silnym pokusom, ponieważ prowadzą wegetatywne życie, albo dlatego, że cele ich są tak jednokierunkowo skoncentrowane, iż nie mają czasu rozejrzeć się dokoła. [str. 8]

Ateny, 1921 (źródło)
Izadora była specyficzną, łagodnie mówiąc, postacią, ale też cała jej rodzina taka była. Rodzina, czyli troje jej rodzeństwa oraz matka, która rozwiodła się z mężem i dzieci wychowywała samotnie. Izadora określała ich mianem "klanu Duncanów" - byli ze sobą blisko i z niechęcią dopuszczali obcych do swojego grona. W każdym razie setnie się ubawiłam czytając opis ich "pielgrzymki do najświętszego przybytku Sztuki", czyli do Aten. "Ku wielkiemu zdziwieniu nowożytnych Greków" postanowili nie profanować Partenonu współczesnymi strojami, zaopatrzyli się więc w tuniki, chlamidy, pepla i przepaski na włosy. Planowali pozostać w Grecji i w związku z tym zaczęli budować dla siebie świątynię na jałowym pagórku, który co prawda był zupełnie pozbawiony ujęć wody, ale pozwalał im zamieszkać na tym samym poziomie, na jakim znajdował się Akropol.

Postanowiliśmy wstawać o wschodzie słońca. Wschodzące słońce witać będziemy wesołym śpiewem i tańcem. Potem mieliśmy posilać się skromną czarką koziego mleka. Ranki poświęcimy nauczaniu mieszkańców tańca i śpiewu. Muszą czcić greckich bogów i porzucić swą przeraźliwą odzież. Potem, po śniadaniu złożonym ze świeżych jarzyn - postanowiliśmy bowiem wyrzec się mięsa i zostać wegetarianami - popołudnia spędzać będziemy na medytacji, a wieczory na ceremoniach pogańskich przy odpowiedniej muzyce. [str. 138]
Cóż, Izadora była cokolwiek niekonsekwentna: tak ceniła naturalność, ale nie tylko zamierzała udawać starożytną Greczynkę, ale jeszcze narzucać innym "powrót do korzeni". Może już zapomniała o upokorzeniu, jakiego doznała jako dziecko w szkole, kiedy powiedziała prawdę: że św. Mikołaj nie istnieje. Teraz chciała, żeby miejscowi chłopi modlili się bogów sprzed prawie dwóch tysięcy lat.
W Grecji Duncanowie przebywali rok, potem pieniądze się skończyły i Izadora musiała udać się na północ, żeby zarobić na przyszłe ekspensy.

Autobiografia Izadory Duncan obejmuje okres do około 1921 roku, kiedy artystka wyjechała do Związku Radzieckiego, gdzie zaproponowano jej prowadzenie szkoły tańca. Była "gotowa wszystkie siły mego życia i swe poglądy artystyczne poświęcić ideałom komunizmu". Może przez chwilę rzeczywiście w to wierzyła. Dopóki się nie przekonała, że fundusze na jej szkołę nie są nieograniczone.
Gdy po raz pierwszy zaproponowano mi napisanie tej książki, przyznaję, że odczułam niepokój. Nie dlatego, by moje życie wydawało mi się mniej interesujące od jakiejś powieści czy mniej awanturnicze niż film, by przedstawione zgodnie z prawdą, nie okazało się epokową opowieścią. Trudność tkwiła w napisaniu jej.
   Lata zmagań, twardej pracy, poszukiwań kosztowało mnie nauczenie się jakiegoś jednego prostego gestu. Nie jest mi na tyle obca sztuka pisania, abym nie zdawała sobie sprawy, że znowu wiele lat skupionego wysiłku będę musiała poświęcić. by napisać jedno proste, piękne zdanie. Jakże często miałam sposobność stwierdzić, że można przedsięwziąć mozolną podróż do równika, przeżyć straszliwe przygody z lwami i tygrysami, a chybić próbując opisać to wszystko; ktoś inny, nie ruszając się z werandy, potrafi pisać o zabijaniu tygrysów w dżungli, tak że czytelnikom wydaje się, że byli tam rzeczywiście, przeżywają wraz z nim jego zmagania i trwogę, czują woń lwa i słyszą z przerażeniem zbliżanie się grzechotnika. Poza wyobraźnią nie istnieje chyba nic, toteż wszystkie te cudowne przeżycia, jakich doznałam, stracą swój smak wskutek tego, że nie mam pióra Cervantesa czy Casanovy. [str. 5]
Prawdopodobnie Izadora Duncan była znacznie lepszą tancerką niż pisarką, ale myślę, że ta książka, taka, jaka jest, nieźle oddaje osobliwość autorki i klimat tamtych czasów.

piątek, 9 maja 2014

AUTOPORTRET Z PAMIĘCI. DOJRZAŁOŚĆ

Tytuł: Autoportret z pamięci. Dojrzałość
Pierwsze wydanie: 1981
Autor: Henryk Vogler

Wydawnictwo Literackie
Stron: 420



Tę książkę kupiłam trochę przypadkowo na Allegro i chociaż okazało się, że to tylko trzeci tom, czego sprzedawca oczywiście nie zaznaczył, inwestycję oceniam jako udaną.

Henryk Vogler opisał w tej części swoje życie od 1945 do 1971 roku, w którym skończył sześćdziesiąt lat i w którym Polska wkroczyła w nieco inną już epokę. Był m.in. krytykiem literackim i teatralnym, redaktorem naczelnym Wydawnictwa Literackiego, kierownikiem literackim teatrów, pisarzem. Urodził się w Krakowie i tu mieszkał i pracował po II wojnie światowej, więc opowiadając o sobie, pisze też sporo o życiu, zwłaszcza kulturalnym, tego miasta. Ale na początku był chaos:
   Wysiadłem z wagonu w hali ojczystego dworca krakowskiego. W gorącu i zaduchu roił się olbrzymi tłum byłych więźniów obozowych ciągnących z rozmaitych kierunków i w rozmaite strony świata.
   Stałem na jednym z peronów krytych oszklonym dachem, trzymając w dłoni małą walizkę, w której znajdował się dobytek uzbierany po wyjściu z obozu: kilkadziesiąt opakowań  z ostrzami do golenia, parę nowych krawatów, pudełka z lekarstwami. Mogło to stanowić kapitał zakładowy na przyszłość. Nagle na przeciwległym peronie ujrzałem gromadkę Węgierek z naszego obozu. Pobiegłem ku nim uradowany. Ale nim przepchnąłem się przez tłumy na drugą stronę torów, już ich nie było, rozpłynęły się w falującej masie. Kiedy powróciłem na swoje miejsce, nie było tam także walizki z moim majątkiem. Ktoś z pozostałych towarzyszy zdążył sobie przywłaszczyć mienie, jakie ja przywłaszczyłem, czy też raczej (używając żargonu obozowego) zorganizowałem sobie w Görlitz.
   Tak oto znalazłem się w Krakowie zupełnie samotny i z pustymi rękoma. Miasto pozostało nie zmienione i - zapewne wskutek tego - zdawało się kryć w sobie jakaś niesamowitość. (...)
   Takie muzealne niemal zakonserwowanie owej części świata w porównaniu z obrazem tego świata, z którego przybywałem, budziło niezwykłe uczucia. Planty szumiały najświetniej i najbujniej swojską zielonością, ulice i budynki były te same, ale ludzie jakby inni. Nie miałem tu już nikogo bliskiego, nie było się do kogo zwrócić. [str. 7-8]
Wojna nie spowodowała większych zniszczeń w architekturze, ale znacząco zmieniła strukturę społeczną Krakowa, a proces ten jeszcze przyspieszyły i pogłębiły działania władz komunistycznych, które wkrótce "zafundowały" stolicy Małopolski Nową Hutę. Vogler wywodził się, jeśli dobrze zrozumiałam, ze zasymilowanej rodziny żydowskiej, więc dla niego powrót do Krakowa musiał być szczególnie bolesny i trudny. Nie wrócił do rodzinnego domu, pomieszkiwał tu i ówdzie kątem, dorabiał, jak się dało. I rzucił się w wir rozrywek: kobiety, karty, alkohol. Stopniowo zaczął też orientować się dokładnie w "szczegółach i subtelnościach nowej sytuacji". Dość przypadkowo właściwie został recenzentem teatralnym. Kultura mogła się wtedy wydawać stosunkowo bezpieczną opcją.
   Po ulicach kroczyli zuchwale młodzi ludzie w lśniących wysokich butach oficerskich. Pojawiły się angielskie wojskowe berety jako najmodniejsze męskie nakrycia głowy. Niekiedy nocami na Plantach, w miejscach moich dawnych dziecięcych zabaw, słychać było pojedyncze strzały albo całe ich serie. Grupy barczystych mężczyzn o proletariackich rysach twarzy obsadzały poszczególne gmachy w centrum miasta, zajmując je na siedziby rozmaitych organów i komitetów. Powstające w ten sposób instytucje otrzymywały nazwy, pozwalające się domyślać, że rodzi się nowy, odmienny od poprzedniego Kraków. [str. 11]
Vogler nie poświęca zbyt wiele miejsca dywagacjom politycznym, najczęściej pisze właściwie o ludziach, a że działał aktywnie w Związku Literatów Polskich i obracał się w światku teatralnym, sporo tu charakterystyk i ploteczek dotyczących przedstawicieli obu tych środowisk, również z zagranicy.
  Brecht, głoszący zawsze - jak bohater jego pierwszej sztuki Baal - chwałę pierwotnej, zmysłowej woli życia i jego uroków, znany był z uwielbienia kobiet. Miewał też koło siebie w teatrze zawsze mały haremik. Opowiadano z uśmiechem, jak niekiedy w pełnym toku prób zrywał się nagle z miejsca, z którego próby te prowadził, i wybiegał w szalonym pędzie z sali. Dopiero po jakimś czasie wracał uspokojony i kontynuował pracę. Wszyscy wiedzieli wówczas, gdzie i u kogo znalazł owo uspokojenie. Za pewną ciekawostkę można uznać fakt, że w tym samym dniu urodziły mu się dwie córki z dwóch różnych matek, z których jedną była Helena Weigel. Zresztą pamiętał o wszystkich swoich wybrankach i wynagrodził je w sposób ściśle wymierny. W testamencie każdą z nich obdarzył którąś ze swych licznych sztuk, przekazując w spadku tantiemy z niej. Rozdział testowanych sztuk i procent tantiem orientowały doskonale w sile dawnych uczuć. Niektóre panie otrzymywały większy, inne mniejszy procent, niektóre jedną tylko sztukę, inne więcej, wreszcie były dziedziczki sztuk słabszych i rzadko grywanych obok takich, którym przekazane zostały utwory najznakomitsze, Helena Weigel, na przykład, otrzymała ich w testamentowym zapisie najwięcej, i to tych, które odnosiły na całym świecie największe triumfy, jak choćby Matka Courage. [str. 280-281]
Pojawiają się nazwiska osób wtedy znaczących, a dziś kompletnie zapomnianych oraz tych, którzy wtedy dopiero zaczynali tworzyć, ale na tyle oryginalnie, że nadal o tym pamiętamy. Vogler wspomina je przez pryzmat twórczości i osobistych relacji. I tak na przykład opisuje dwumiesięczny pobyt swój i Różewicza w Paryżu w 1957, przy czym sugeruje, że poeta wciąż liczył, że starszy i bardziej doświadczony kolega wciągnie go w wir mniej intelektualnych francuskich rozrywek.


Szczególnie interesowało mnie, jak autor oceni po latach stosunek swój i innych pisarzy do władz komunistycznych i obowiązującej ideologii. Vogler wspomina, że literaci i nie tylko oni uważali wtedy komunizm za jedyny ustrój i program polityczny, który był i jest w stanie pokonać nazizm. Niektórych otrzeźwił referat Chruszczowa, innych rok 1968, ale byli i tacy, którzy z przyczyn ideowych lub koniunkturalnych pozostali wierni partii i nie omieszkali wyciągać z tego tylu korzyści, ile się tylko dało.

Vogler zaliczał się - o ile mogę to ocenić - raczej do tych drugich (osobie niepewnej nie powierzano by tylu ważnych stanowisk i nie pozwalano by jej na zagraniczne wycieczki). Nie znam żadnego innego jego tekstu, nie czytałam jego recenzji, powieści ani dramatów, ale z zawartych tutaj wspomnień wynika, że sukces zawodowy osiągnął nie tylko dlatego, że działał - z wewnętrznego przekonania lub nie - zgodnie z obowiązującymi wytycznymi, ale też dzięki osobistym talentom i zaangażowaniu.

Przedstawiciele kultury, którzy wobec nowego ustroju prezentowali właściwą postawę i zaangażowanie, żyli sobie wtedy jak pączki w maśle, w każdym razie w porównaniu ze zwykłymi ludźmi. Można powiedzieć, że Voglerowi też się wiodło. Nie zamierzam potępiać jego postawy, bo uważam, że człowiek, któremu wojna zabrała prawie wszystko, miał prawo po jej zakończeniu urządzić się w życiu jak najwygodniej w takich warunkach, jakie zastał; oczywiście nie cudzym kosztem, ale taka niewinność jest przecież na dłuższą metę niemożliwa. 

Nie wspomina o sygnowaniu w 1953 roku słynnej Rezolucji Związku Literatów Polskich w Krakowie w sprawie procesu krakowskiego. "Autoportret" pisał na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, kiedy jeszcze o pewnych rzeczach wprost mówić nie było można, co częściowo tłumaczy dość enigmatyczny opis lub zupełnie pominięcie niektórych wydarzeń i zagadnień. Częściowo. 


Z przyjemnością wyławiałam z tekstu drobiazgi, które składały się na taką zwykłą, szarą, ale dziś już egzotyczną codzienność tamtego okresu. Wspomniany w poprzednim wpisie strach autora towarzyszący konsumpcji berlińskiej Coca-Coli. Możliwość zobaczenia nowo narodzonego dziecka dopiero po tygodniu i to z daleka, bo trzymanego przez matkę stojącą w oknie na trzecim piętrze szpitala. Wyruszanie w podróż zagraniczną z rzeczami, które zamierzano na miejscu sprzedać, żeby uzupełnić bardzo skromny zapas dewiz zdobyty w kraju. Ciekawie wypadły opisy wojenek podjazdowych między grupami pracowników teatrów albo wspomnienie wizyty w Izraelu. Z książki dowiedziałam się również, że już w latach pięćdziesiątych planowano zrobić z Kazimierza dzielnicę artystów, ale skończyło się na wybudowaniu tylko trzech budynków. W jednym z nich, przy Szerokiej, zamieszkał Henryk Vogler.

środa, 16 listopada 2011

AUTOBIOGRAFIE

Tytuł: Autobiografie (Autobiographische Schriften)
Pierwsze wydanie: informacja w tekście
Autor: Thomas Bernhard
Tłumaczenie: Sława Lisiecka

Wydawnictwo: Czarne
ISBN: 978-83-7536-239-8
Stron: 445

Ocena: 5/5

Prawdę, myślę, zna tylko ten, kogo ona dotyczy, a gdy pragnie się nią podzielić, automatycznie staje się kłamcą. Wszystko, co komunikujemy, może być tylko fałszem i zafałszowaniem, tak więc zawsze komunikowano tylko fałsz i zafałszowania. Wola prawdy to, jak każda inna wola, najszybsza droga do fałszu i zafałszowania danego stanu rzeczy. A próba zapisania czasu, okresu życia, istnienia, bez względu na to, jak bardzo jest odległy, i bez względu na to, czy był krótki, czy długi, jest gromadzeniem setek, tysięcy i milionów fałszów i zafałszowań, które opisującemu i piszącemu znane są wszystkie jako prawdy i tylko jako prawdy. Pamięć dokładnie trzyma się zdarzeń, trzyma się dokładnej chronologii, ale to, co z tego wychodzi, jest czymś innym, niż było w rzeczywistości. [str. 120]
Owszem, opis nigdy nie odzwierciedli w pełni złożoności istnienia osoby, przedmiotu czy wydarzenia, którego dotyczy, ale słowa "kłamca" i "zafałszowanie" wydają mi się tutaj nie na miejscu - oba oznaczają działanie świadome i celowe, podczas gdy komunikujemy się tak, a nie inaczej, bo lepiej - na tym etapie ewolucji - się po prostu nie da. Zastanawiam się, co właściwie Bernhard chciał przez to powiedzieć: czy to tylko jeden z wielu momentów, w których popada w skrajności i przerysowuje (czego nie mam mu za złe, ja to robię permanentnie), czy może stworzył sobie w ten sposób swego rodzaju alibi, na wypadek gdyby ktoś przedstawił inną wersję przytaczanych w "Autobiografiach" wydarzeń.

Książka składa się z kilku części, które pierwotnie były publikowane osobno:
Przyczyna. Przypomnienie (1975)
Suterena. Wyzwolenie (1976)
Oddech. Decyzja (1978)
Chłód. Izolacja (1981)
Dziecko (1982).

Thomas Bernhard (1931-1989) opowiedział w nich o swojej wczesnej młodości i o dzieciństwie, właśnie w tej kolejności. Opisał opresyjną, tłamszącą atmosferę Salzburga; terror psychiczny i fizyczny w kierowanym najpierw przez oficera SA, a potem przez księdza internacie; system oświaty, który zamiast uczyć, ogłupia; praktykę w sklepie znajdującym się w najgorszej dzielnicy miasta; pobyty w szpitalach i sanatoriach, niekompetencję lekarzy i ich pogardę wobec pacjentów; wreszcie - swoje skomplikowane relacje rodzinne. Wiele miejsca poświęcił dziadkowi, który miał na wnuka ogromny wpływ, od którego Thomas Bernhard przejął wiele poglądów i postaw. Przede wszystkim nonkonformizm i przekonanie, że zdecydowanie wyrasta ponad przeciętność.

To właśnie dziadek zadecydował, że chłopiec zamieszka w nazistowskim internacie i będzie uczęszczał do nazistowskiej (innych zapewne wtedy nie było) szkoły w Salzburgu. Z miastem tym Thomas Bernard czuł się potem przez całe życie związany - z powodu traumy, nie miłości.
Salzburg stanowi perfidną fasadę, na której świat nieustannie odmalowuje swoje zakłamanie i za którą wszystko, co jest twórcze (lub każdy, kto jest twórczy), musi zmarnieć, sczeznąć i obumrzeć. Moje rodzinne miasto to w rzeczywistości śmiertelna choroba, wrodzona i wszczepiona jego mieszkańcom, jeśli więc nie odejdą w decydującym momencie, to wprost lub nie wprost, wcześniej czy później będą musieli we wszystkich tych odrażających warunkach albo popełnić nagle samobójstwo, albo też, wprost lub nie wprost, nędznie i powoli zmarnieć w tej w gruncie rzeczy na wskroś wrogiej człowiekowi architektoniczno-arcybiskupio-tępo-narodowo-socjalistyczno-katolickiej ziemi. [str. 10]
(...) to miasto jest miastem przez wieki nikczemnie batożonym przez katolicyzm, a przez dziesiątki lat brutalnie gwałconym przez narodowy socjalizm, co ma swoje konsekwencje. Młody, wrośnięty w nie i rozwijający się w nim człowiek wyrasta w swoim życiu nieomal w stu procentach na katolika albo narodowego socjalistę, toteż mając w tym mieście do czynienia z ludźmi, zawsze mamy do czynienia wyłącznie z (stuprocentowymi) katolikami albo z (stuprocentowymi) narodowymi socjalistami, nienależąca do nich mniejszość jest śmieszna. Zatem duch tego miasta to przez cały rok katolicko-narodowosocjalistyczna bezduszność, a wszystko inne jest kłamstwem. [str. 69]
Bernhard właściwie, na pewnym poziomie, zrównuje katolicyzm z nazizmem, oba nazywa "złośliwą chorobą". Przekonał się na własnej skórze, że metody wychowawcze oficera SA i prefekta katolickiego internatu były w gruncie rzeczy identyczne, zmieniły się jedynie dekoracje.
Pochłaniane teraz i połykane każdego dnia, a więc w przybliżeniu około trzystu razy w roku, ciało Chrystusa przypominało jota w jotę codzienne tak zwane oddawanie hołdu Adolfowi Hitlerowi, w każdym razie, pomijając fakt, że chodzi tu o dwie zupełnie różne wielkości, miałem wrażenie, że ceremonia ta ma ten sam cel i skutek. A podejrzenie, że teraz w obcowaniu z Jezusem Chrystusem chodzi o to samo, o co jeszcze rok czy pół roku temu chodziło z Adolfem Hitlerem, niebawem się potwierdziło. Jeśli przyjrzeć się pieśniom i śpiewom chóralnym, jakie musieliśmy wykonywać w internacie zarówno w czasach nazistowskich, jak i po czasach nazistowskich w celu wielbienia i czczenia tak zwanej niepospolitej osobowości, wszystko jedno jakiej, musimy powiedzieć, że są to ciągle te same teksty do ciągle tej samej muzyki, a w sumie wszystkie pieśni i śpiewy chóralne świadczą wyłącznie o głupocie, podłości i braku charakteru tych, którzy śpiewają te pieśni i chorały z takimi tekstami, jedynie głupota nakazuje je śpiewać, a głupota jest wszechogarniająca i powszechna na całym świecie. Przestępstwa wychowawcze zaś, które wszędzie na całym świecie popełnia się w zakładach wychowawczych na podopiecznych, są zawsze popełniane w imię jakiejś niepospolitej osobowości, bez względu na to, czy ta osobowość nazywa się Hitler czy Jezus i tak dalej. [str. 67-68]
Głupota jest powszechna, bo społeczeństwa i rządy na przestrzeni wieków wypracowały sprawny system ogłupiania ludzi, unicestwiania indywidualizmu jednostek.
Nie ma w ogóle rodziców, istnieją tylko przestępcy płodzący nowych ludzi, którzy z całą swoją głupotą  i tępotą występują przeciw tym nowym spłodzonym przez siebie ludziom, a w owym przestępczym działaniu wspierają ich rządy, niezainteresowane człowiekiem oświeconym, czyli naprawdę dotrzymującym kroku swojej epoce, ponieważ naturalnie jest to sprzeczne z ich celami, toteż miliony i miliardy półgłówków raz po raz, prawdopodobnie jeszcze przez dziesiątki, a może i setki lat, będą produkowały kolejne miliony i miliardy półgłówków. Rodziciele albo ich zastępcy w ciągu trzech pierwszych lat życia nowego człowieka robią z niego to, czym będzie musiał być przez całe swoje życie i czego nie zdoła  nijak zmienić: nieszczęśliwą naturę, czyli totalnie nieszczęśliwego człowieka (...) [str. 56-57]
Autor pisze, że potrzebował trzydziestu lat, żeby otrząsnąć się ze skutków popełnionej również na nim zbrodni wychowania, tak zwanego wychowania, ale swoje "Autobiografie" doprowadza tylko do 1951 roku, więc nie śledzimy całego tego procesu. Rozpoczął się on chyba w momencie, kiedy piętnastoletni Thomas zatrzymał się w drodze do znienawidzonego gimnazjum, zawrócił i udał się do urzędu pracy, gdzie wystarał się o praktykę w sklepie w najgorszej z dzielnic Salzburga. Chciał pójść w przeciwnym kierunku, a chyba żadne miejsce nie mogło być bardziej odległe od dotychczasowej ścieżki prowadzącej na artystyczne wyżyny niż osiedle Scherzhauserfeld.
Mieszkać w osiedlu Scherzhauserfeld znaczyło mieszkać w centrum brudnej plamy i plamy na honorze, tutaj, według opinii całego miasta, żyli trędowaci, a mówić o osiedlu Scherzhauserfeld nie znaczyło nic innego, jak mówić o przestępcach, a ściślej o kryminalistach i pijakach, w gruncie rzeczy zaś o upijających się kryminalistach. Całe miasto omijało Scherzhauserfeld z daleka, pochodzić z Scherzhauserfeld i czegoś pragnąć, oznaczało wyrok śmierci. Określane gettem przestępców Scherzhauserfeld ciągle było osiedlem, z którego do reszty miasta mógł się przedostać jedynie występek, a jeśli ktoś przybywał z osiedla Scherzhauserfeld, znaczyło to tylko, że do miasta przybywa przestępca. [str. 116]
Bernhard skupia się na swoich wewnętrznych ewolucjach i przemyśleniach, ale, co oczywiste, były one ściśle powiązane z okolicznościami zewnętrznymi. Dziadek wpoił mu zainteresowanie filozofią, jednak wnuk nie zawsze chodził z głową w chmurach, był bystrym obserwatorem otoczenia, co znalazło odzwierciedlenie w "Autobiografiach". Bardzo mi się podobały naturalistyczne relacje z pobytu Bernharda w szpitalach i w sanatoriach (chorował na gruźlicę), np. ten:
Mijając mnie, ludzie ci, niewątpliwie ostatecznie wypchnięci poza nawias społeczeństwa, odkręcali z obrzydzeniem, żałośnie i jakby urażeni w swojej świętej dumie, brązowe butelki do odpluwania i odpluwali do nich, z perfidną podniosłością wydobywali tu wszędzie, bezwstydnie i z sobie tylko właściwą wyrafinowaną sztuką, plwocinę z nadżartych płuc i odpluwali ją do butelek. Korytarze wypełniał ten uroczysty pochód wielu tuzinów zżartych płuc i człapanie filcowych pantofli po linoleum nasączonym karbolem. Odbywała się tu procesja, która kończyła się w leżalni, w tak uroczystym nastroju, z jakim spotykałem się dotąd tylko na katolickich pogrzebach, każdy uczestnik tej procesji niósł przed sobą własną monstrancję: brązową butelkę do odpluwania. Kiedy ostatni wchodził na werandę i układał się tam w jednym z długiego szeregu zardzewiałych okratowanych łóżek, kiedy wszystkie te ciała, od dawna już zeszpecone przez chorobę, o długich nosach, o długich rękach i krzywych nogach, o dusząco zgniłym zapachu, zawinęły się w wytarte, wyszarzałe, stęchłe, w ogóle nie dające ciepła pledy, które ja mogłem nazwać jedynie derkami, zapadała cisza. (...) Wszyscy pacjenci nieustannie produkowali plwocinę, większość z nich w dużych ilościach, wielu miało ze sobą nie tylko jedną, ale kilka butelek, jak gdyby nie istniało dla nich pilniejsze zadanie  nad produkowanie plwociny, jak gdyby zagrzewali się wzajemnie do coraz większej produkcji plwociny, współzawodnictwo odbywało się tu codziennie, a zwycięstwo odnosił ten, kto był najbardziej skoncentrowany i odpluł najwięcej do butelki. [str. 272-273]
Liczba cytatów, które tu zamieszczam, świadczy o tym, że spodobał mi się styl autora. Początkowo irytowały mnie częste powtórzenia, te wszystkie uściślenia - "czyli", "tak zwany" itd., nieco emfatyczna kursywa. Nieznośna pewność siebie, pewność swoich przekonań, opinii i sądów, zwłaszcza że poglądy na wiele spraw miał, łagodnie mówiąc, radykalne. A jednak w trakcie lektury zaczęłam coraz lepiej rozumieć, dlaczego Thomas Bernhard stał się właśnie takim, a nie innym człowiekiem, po przeczytaniu ostatniej części pt. "Dziecko" poczułam do niego nawet coś w rodzaju sympatii pomieszanej ze współczuciem.

"Autobiografie" to interesująca opowieść o trudnym dzieciństwie, trudnej młodości i trudnych czasach. Nie jest to lektura z gatunku lekkich, łatwych i przyjemnych, może z wyjątkiem przyjemności płynącej z czytania bardzo dobrze napisanej książki. To moje pierwsze spotkanie z Bernhardem, ale z pewnością nie ostatnie. O wielu sprawach myślimy podobnie, no ale ja nie mam tak nieprawdopodobnie wysokiej samooceny:).

Ludzie, którzy wiedzą, że umierają, niczego drugiemu bardziej nie zazdroszczą niż takiej szczęśliwej śmierci bez umierania. Pomyślałem sobie, kiedy wynosili przekupnia z Mattighofen, że śmierć taka leżała w jego naturze, Ten człowiek nie mógł umrzeć inaczej. Złapałem się na tym, że zazdroszczę przekupniowi jego śmierci, sam bowiem nie mogłem mieć pewności, że kiedyś odejdę w przeszłość, przeminę tak nagle, w jednej chwili, tak zupełnie bezboleśnie. W końcu śmierć bez umierania przypada w udziale jedynie nielicznym. Umieramy od momentu narodzin, ale o umieraniu mówimy dopiero pod koniec tego procesu, chociaż czasem koniec ten ciągnie się jeszcze koszmarnie długo. Umieraniem nazywamy ostatnią fazę naszego procesu umierania, trwającego całe życie. A kiedy chcemy się od umierania wykręcić, wzbraniamy się przed zapłaceniem rachunku. Myślimy o samobójstwie, trzymając przed oczami ów rachunek przedstawiony nam pewnego dnia, i szukamy wówczas schronienia w całkiem niskich i płaskich myślach. Zapominamy, że wszystko, co nas dotyczy, jest hazardem, i wskutek tego dokonujemy naszych dni w rozgoryczeniu. U kresu życia  tylko beznadziejność stoi dla nas otworem. Rezultatem jest pokój śmierci, w którym się umiera, raz na zawsze. Wszystko to zwykłe oszustwo. Całe nasze życie, jeśli przyjrzeć mu się dokładnie, jest tylko marnym kalendarzem zdarzeń, z którego została wreszcie zerwana ostatnia kartka. [str. 228-229]

"Ale najpierw żyjemy". (To akurat nie jest cytat z Bernharda).