Impresje

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Reportaż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Reportaż. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 18 września 2017

BIEŻEŃSTWO 1915. ZAPOMNIANI UCHODŹCY

Tytuł: Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy
Pierwsze wydanie: 2016
Autorka: Aneta Prymaka-Oniszk

Wydawnictwo: Czarne 2016
ISBN: 978-83-8049-350-6
Stron: 367

 
Ogłoszono niedawno siedmiu finalistów Nagrody Nike, a ja jak co roku stwierdzam, że nie tylko nie czytałam jeszcze żadnej z wyróżnionych pozycji, ale też żadnej z pozostałych nominowanych. Swoją ignorancję dotyczącą nowości od czasu do czasu nieco zmniejszam wypożyczając z biblioteki książki wydane na przykład zaledwie w poprzednim roku. Jest tam taka półeczka z nowymi nabytkami, wśród których czasami znajduję coś potencjalnie interesującego. Zdecydowałam się na "Bieżeństwo" z powodu okładki ze zmartwionymi wiejskimi kobietami okutanymi w chustki i jakieś koce.

poniedziałek, 9 stycznia 2017

PRZEZ KRAJ LUDZI, ZWIERZĄT I BOGÓW

Tytuł: Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów (Beasts, Men and Gods)
Pierwsze wydanie: 1922
Autor: Antoni Ferdynand Ossendowski

Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Seria: Podróże Retro
ISBN: 978-83-7506-261-8
Stron: 382
 

Ta książka to swego rodzaju reportaż z podróży, którą Ossendowski odbył w 1920 roku z Krasnojarska, przez Mongolię, do Pekinu. Nie była to bynajmniej wycieczka krajoznawcza - musiał uciekać przed bolszewikami, którzy łagodnie mówiąc mieli mu za złe wspieranie białych.

Na początku, w Dedalusie, zaintrygowała mnie okładka, a potem przejrzałam kilka pierwszych stron i szybko zdecydowałam się na zakup - już na trzeciej stronie autor w przebraniu chłopa zaczyna ukrywać się w tajdze, gdzie żywi się tym, co upoluje, i niewielkim zapasem sucharów i herbaty. Spodobała mi się lakoniczność Ossendowskiego. Tak dla odmiany. To, co on opisał w jednym króciutkim rozdziale, współczesnemu reportażyście zajęłoby co najmniej jedną trzecią książki, a gdyby ów reportażysta miał zamiłowanie Knausgårda do detali, to jeden tom ledwie by pomieścił opis ucieczki z Krasnojarska.

niedziela, 29 marca 2015

WYBÓR PISM PUBLICYSTYCZNYCH (I)

Tytuł: Wybór pism publicystycznych ( t. 1)
Pierwsze wydanie: 1966
Autor: Ksawery Pruszyński
Wstęp: Kazimierz Wyka

Wydawnictwo Literackie
Stron 480



"Prześniona rewolucja" okazała się jedną z najbardziej inspirujących książek, jakie ostatnio czytałam. Jest interesująca sama w sobie, ale też skłania do dalszych poszukiwań. Pod jej wpływem sięgnęłam po "Wyprawę w dwudziestolecie", kupiłam "Wielką trwogę" Zaremby i zamówiłam sobie od Agory autobiografię Izabelli Cywińskiej. Z kolei po lekturze książki Miłosza i Kasperka nabyłam "Kroniki tygodniowe" Słonimskiego i wypożyczyłam z biblioteki "Doktor Murek zredukowany" Dołęgi-Mostowicza i właśnie wybór pism Ksawerego Pruszyńskiego.

środa, 11 lipca 2012

DZIENNIKI KOŁYMSKIE

Tytuł: Dzienniki kołymskie
Autor: Jacek Hugo-Bader
Pierwsze wydanie: 2011

Wydawnictwo: Czarne
ISBN: 978-83-7536-292-3
Stron: 318

Ocena: 3+/5


"Dzienniki kołymskie" czytałam w czasie, kiedy temperatura w cieniu przekraczała 30 stopni, ale dzięki tej książce na słupek rtęci spoglądałam z nieco mniejszą niż zwykle o tej porze roku dozą nienawiści. Schadenfreude, przyznaję się. 

Jacek Hugo-Bader wybrał się na Kołymę pod koniec września 2010 roku, ale w tamtym rejonie jesień podobniejsza jest naszym zimom, i to nie tym łagodnym. Trudno się tam żyje, więc i ludzi mieszka tam mało i z roku na rok coraz mniej. Wielu z nich to potomkowie dawnych zesłańców: więźniów politycznych i kryminalnych. Ci pierwsi byli zaprzęgani do niewolniczej pracy przy budowie infrastruktury i wydobyciu z wiecznej zmarzliny cennych surowców. Ucieczki były praktycznie niemożliwe, próby kończyły się prawie zawsze śmiercią lub ponownym uwięzieniem. Zresztą nie było dokąd uciekać, archipelag łagrów otaczało morze trudnych do przebycia nawet latem lasów i gór.

Na Kołymie wydobywano przede wszystkim złoto, które przewożono z obozów do portu w Magadanie tzw. Trasą Kołymską. Dziś biegnie ona nieco inaczej, jest dłuższa - liczy około dwa tysiące kilometrów, łączy Magadan z Jakuckiem; daleko jej do autostrady, ale od niedawna jest przejezdna nawet zimą. Tę właśnie drogę postanowił przebyć Jacek Hugo-Bader, żeby zobaczyć, jak się na tym cmentarzu żyje zwykłym ludziom.

Podczas trwającej około miesiąca podróży autostopem z Magadanu do Jakucka spotkał takich wielu, a niektórych opisał w tej książce. Wśród nich byli kierowcy ciężarówek, z których uprzejmości korzystał na co dzień, lokalni urzędnicy, miejscowi oligarchowie, poszukiwacze złota, drobni przedsiębiorcy, uzdrawiacze, dawni więźniowie, córka Nikołaja Jeżowa i rosyjska arystokratka. Hugo-Bader w Rosji bywał już nieraz, więc nawiązywanie kontaktów przychodziło mu łatwo, zwłaszcza że swoich rozmówców nie oceniał. W "Dziennikach kołymskich" przekazuje ich historie w takich wersjach, w jakich je usłyszał. Nagrywał je dyktafonem, więc nie miał potem problemu z odtworzeniem w książce sposobu mówienia swoich interlokutorów; zamieścił w niej również zdjęcia niektórych z nich, dzięki czemu łatwiej sobie te konserwacje wyobrazić.
Mój zasób wiadomości o Rosji jest bardzo skromny, a o obwodzie magadańskim i Jakucji nie wiedziałam do tej pory praktycznie nic, wiec parę rzeczy mnie zaskoczyło oczywiście - o ile można wyciągać jakieś wnioski na podstawie jednego reportażu.

Jest prawdą powszechnie znaną, że konsumpcja wódki w Rosji jest bardzo wysoka, ale nie wiedziałam, że ludzie niepijący albo pijący w rozsądnych ilościach są właściwie skazani na społeczny ostracyzm, zakłada się z góry, że nie piją, bo mają coś do ukrycia.
Druga taka prawda dotyczy wszechobecnej korupcji i silnych, bezpośrednich związków między biznesem i służbami specjalnymi.

Kolejna sprawa to świadoma amnezja dotycząca wstydliwych kart historii tego kraju. Rosjanie nie są zresztą pod tym względem wyjątkowi, u nas jest podobnie. Oczywiście my, współcześni, nie odpowiadamy za to, co się stało dziesiątki lat temu, ale nieprzyjemnie jest pomyśleć, że, kto wie, może któryś z naszych przodków brał udział w pogromie żydów albo współpracował z gestapo czy NKWD. A wielu mieszkańców Kołymy nie chce pamiętać o milionach ciał upchniętych pod tą ziemią, płytko - ze względu na wieczną zmarzlinę, czasami wydobywanych na powierzchnię po latach przez buldożery dokopujące się do złotych żył.  Byli więźniowie często ukrywali swój pobyt w łagrach, nawet przed dziećmi, bo propaganda zrobiła z nich przestępców, szpiegów i wrogów państwa. Marija Jakowlewna Koszalenko pracowała w czasie wojny fabryce min, maszyna urwała jej palec, więc poszła na zwolnienie lekarskie. Wróciła z niego o jeden dzień za późno, co uznano za gospodarczą kontrrewolucję i ukarano zesłaniem na Kołymę na sześć lat. Takie to były przestępstwa.

Zaskoczyło mnie również to, że zdaniem Mustafy, którego spotkał na Trasie Hugo-Bader, w ZSRR nacjonalizm rosyjski nie był tak widoczny jak obecnie, co Mustafa jako Ingusz mocno teraz odczuwa.


W niektórych rozdziałach Hugo-Bader pisze nie tylko o spotykanych ludziach, ale prowadzi też typowy dziennik podróży. Migawki z miejscowości, przez które przejeżdżał, uzupełnione nieco encyklopedycznie brzmiącymi wstawkami o ich historii (chwilami kojarzyło mi się to z powieściami Szklarskiego o Tomku Wilmowskim, ale tylko trochę). Żadne tam analizy, raczej widoczki, ale ciekawe.

***
Całą książka jest napisana prostym, potocznym stylem, co - jak zrozumiałam - zaleciła autorowi jakucka szamanka Dora ("przepowiedziała" również kolor okładki i tytułu). Moim zdaniem miejscami trochę zbyt potocznym. ("Dupa. Wygląda na to, że dupa! Jestem w dupie. Ale po kolei". [str. 249]) Mam tu na myśli przede wszystkim rozdziały stanowiące dziennik podróży. Autor prowadził go na bieżąco i w miarę możliwości fragmenty wysyłał mailem do redakcji Gazety Wyborczej, na której stronach można go znaleźć do dziś. To, co jest w książce, to znacznie bardziej rozbudowana wersja tych maili. O ile jestem w stanie zrozumieć obecność wstawek w rodzaju wyżej cytowanej w bieżących notatkach, sporządzanych w wyziębionych pokojach hotelowych, to w obrobionym materiale nie bardzo mi pasują.
Podobało mi się wplatanie w tekst rosyjskich słów czy zwrotów, nie podobało - sugerowanie czytelnikowi, że za chwilę wydarzy się nie wiadomo co, ale szybko okazywało się, że to puste obietnice.
Dzisiaj przeprowadzam swoją pierwszą operacje w życiu. Złamanie kości udowej. Otwarte, bardzo skomplikowane. Z silnym krwotokiem, bo kość przecina tętnicę udową. [str. 43]
No cóż, szybko okazuje się, że w rzeczywistości autor tych słów siedział sobie w restauracji wraz z byłym lekarzem zwolnionym ze szpitala za pijaństwo, do którego zadzwonili mniej doświadczeni koledzy z prośbą o pomoc. Wkład Hugo-Badera w tę operację polegał na pobiegnięciu do kiosku po doładowania do telefonu komórkowego i papierosy dla tego lekarza.

Fanką stylu tego autora nie zostanę również dlatego, że nie ujęła mnie w ogóle metafora, którą Hugo-Bader najwyraźniej sobie upodobał, skoro użył jej kilkakrotnie w niewielkich odstępach tekstu. "Oplata mnie jedwabnymi rzemykami przydymionych swoich spojrzeń". To podobno (jak mi internet podpowiada) cytat, ale mniejsza z tym. Rzemyki, ze swej natury, nie mogą być jedwabne!

***

Mimo wszystko polecam "Dzienniki kołymskie", zwłaszcza jeśli powrócą upały:). Może nie jest to wielka literatura, ale zbiór ciekawych historii - na pewno. Przytoczę na koniec fragment jednej z nich:

Maleńka wnuczka Marii Jakowlewnej bardzo choruje. Lekarze mówią, że jedyny ratunek to wynieść się z Kołymy gdzieś, gdzie łagodniejszy klimat. Ale Jura i jego młoda żona nie mają grosza przy duszy. Związek Radziecki się rozpada, wszyscy są w tarapatach, to nie ma nawet od kogo pożyczyć na wyjazd.
   Marija oddaje im więc na sprzedaż swoją wspaniałą bibliotekę.
  - Imperium upada, a w dziurze w środku tajgi ludzie mają kupować książki?
  - Kupowali! Wydawali ostatnie kopiejki, ale kupowali - mówi z dumą kobieta. - To uratowało życie mojej wnuczki. Braliśmy za książki tylko tyle, ile sama zapłaciłam. Jak cztery dwadzieścia, to cztery dwadzieścia. Ważne, żeby na bilety starczyło. Wśród książek było pięćdziesięciotomowe, przepiękne wydanie światowej literatury dziecięcej. Jakie tam ilustracje! Tego synowa nie sprzedała. Zabrali ze sobą na kontynent. Mieli pięć waliz i plecak, bo wyjeżdżali na zawsze, a w dwóch walizkach literatura dziecięca.
   - Kochali swoje dziecko - mówię.
   - I książki. Zostawili też... To najwspanialsze, co miał Związek Radziecki obok Szostakowicza, Achmatowej, Gagarina, Wysockiego...
   - Co takiego?
 - Wielkie, dwustutomowe wydanie literatury światowej. Dla dorosłych. Wszyscy chcieli je kupić, bo to najwspanialszy skarb, jaki można mieć w domu, ale nie wiedzieliśmy, ile zbierzemy pieniędzy, to na te dwieście tomów robiliśmy zapisy. Ponad sto osób się na nie zapisało! W takim posiołku, gdzie żyło parę tysięcy mieszkańców! W takich trudnych czasach! Ale policzyliśmy, że na trzy bilety już mamy, i nie sprzedaliśmy. Pojechali z dziecięcą literaturą, a dorosłą syn zabrał dopiero w tym roku.
   - Nie musieliście oddawać.
   - Ale chciałam - mówi Marija Jakowlewna. - Bardzo lubię dawać książki moim dzieciom. Kupowałam je całe życie, a te dwieście i pięćdziesiąt tomów było na zapisy, subskrypcje. Co miesiąc przychodził jeden tom. Wyobrażacie sobie?! Całość zbierałam ponad dwadzieścia lat. Na poczcie się odbierało. [str. 165-166]


niedziela, 3 kwietnia 2011

DOBRZY ŻOŁNIERZE

Tytuł: Dobrzy żołnierze (The Good Soldiers)
Autor: David Finkel
Pierwsze wydanie: 2009
Tłumaczenie: Jacek Szela
Wydawnictwo Dolnośląskie
ISBN: 978-83-245-9036-0
Stron: 319

Ocena: 4-/5

Nie lubię czytać o wojnie i nie lubię oglądać filmów o tej tematyce. Może za dużo było tego rodzaju lektur w liceum. Może widziałam wtedy zbyt wiele kiepskich i tendencyjnych produkcji. W ubiegłym roku obejrzałam jednak jedną dobrą: "Kompanię braci". Serial zaskoczył mnie ogromnym realizmem, pokazano w nim, że wojna polega na zabijaniu i umieraniu, często w okropnych męczarniach. Oczywiście tzw. wielcy tego świata uzasadniają sens walk patriotyzmem, dziejową koniecznością itd., ale przecież oni nigdy nie opuszczają swoich zacisznych gabinetów i nie nadstawiają karku. Nie muszą, nadstawiają cudze, wmawiają milionom młodych ludzi, że muszą walczyć dla jakichś - często wydumanych - idei. Wielu żołnierzy trzeźwieje dopiero na froncie, wielu łudzi się jednak nadal, że ich poświęcenie ma jakiś sens. (Owszem, czasami tak, ale na ogół - jak sądzę - nie).

Do sięgnięcia po książkę Davida Finkela zachęciło mnie to, że ten dziennikarz "Washington Post" pofatygował się do Iraku osobiście, spędził tam wśród żołnierzy batalionu 2-16 osiem miesięcy i opisał konflikt z ich perspektywy. Ciekawa byłam, w jakim tonie będzie utrzymana ta relacja: "jesteśmy Amerykanami, więc nikt nas nie pokona" czy może "byliśmy głupi, że daliśmy się na to namówić". Wydaje mi się, że nastroje dość szybko zaczęły pikować od tej pierwszej opcji do drugiej.

Skrót 2-16 oznaczał drugi batalion szesnastego pułku piechoty zespołu bojowego czwartej brygady piechoty Pierwszej Dywizji Piechoty. Batalion liczył około ośmiuset żołnierzy, którymi dowodził podpułkownik Ralph Kauzlarich. Dowódca miał czterdzieści lat, średnia wieku podległych mu żołnierzy wynosiła 19 lat, a jeden z nich miał tylko 17 lat. Ta informacja trochę mnie zszokowała, byłam przekonana, że w tak niebezpieczne miejsca wysyłani są tylko doświadczeni żołnierze. Okazuje się, że wcale tak nie jest - dla większości tych chłopców była to pierwsza misja. W pełnym rynsztunku, w hełmach, kamizelkach, z karabinami wyglądali poważnie i groźnie, ale w książce zamieszczono również ich zdjęcia w samych mundurach - widać, że wielu z nich to jeszcze dzieciaki i niebezpieczne ulice Bagdadu to ostatnie miejsce, w którym powinni się znaleźć. 
Oczywiście niektórzy znaleźli się tam, bo zawsze chcieli być żołnierzami, ale dla wielu była to po prostu najlepiej płatna praca, jaką mogli dla siebie znaleźć. Czy jednak tak młodzi ludzie mogli w pełni świadomie podjąć decyzję o wyjeździe na tego rodzaju misję? Nie sądzę.

Batalion 2-16 wyjechał do Iraku w ramach strategii Surge, która polegała na wysłaniu tam dodatkowych 30000 żołnierzy w celu ustabilizowania sytuacji na tyle, by stopniowo sami Irakijczycy mogli przejąć rządy i zapewnić bezpieczeństwo swoim obywatelom. Cel częściowo osiągnięto, ale nie ma przecież nic za darmo. Przed upływem piętnastu miesięcy (tyle trwała misja batalionu) zginie 14 żołnierzy z 2-16, a wielu z nich odniesie rany lub stanie się inwalidami. Kiedy czytałam o dziewiętnastoletnim Duncanie Crookstonie, który stracił obie nogi, prawe ramię, lewe przedramię, uszy, nos, powieki, a całą resztę ciała miał poparzoną, to naprawdę coś ściskało mnie w gardle
Wyjechali z bazy przez silnie strzeżoną bramę główną i natychmiast znaleźli się na froncie wojny. Na normalnej wojnie front był linią, do której miało się nacierać i którą miało się przekroczyć, ale na tej wojnie wróg był wszędzie, linia frontu była wszędzie poza okalającymi bazę zasiekami i w każdym kierunku: w tym budynku, w tym mieście, w tej prowincji, w całym tym kraju, 360 stopni naokoło. [str. 45]
Najgroźniejsze były miny. Mogły być ukryte w stercie śmieci, w progu spowalniającym, a nawet w martwym bawole. Poza bazą żołnierze poruszali się w konwojach złożonych z kilku pojazdów humvee. Kiedy zamachowcowi udało się aktywować minę bezpośrednio pod jednym z nim, znajdujący się w środku żołnierze często odnosili bardzo poważne rany lub ginęli. Strzelcy, którzy obsługiwali wieżyczkę strzelniczą (tak jak na tym zdjęciu) ustawiali stopy jedna za drugą, a nie obok siebie, żeby w razie czego urwało im tylko jedną nogę.

Przez wszystkie te miesiące żołnierze żyli w ogromnym stresie, nie byli bezpieczni nawet w bazie, wydaje mi się jednak, że najbardziej dołowało ich patrzenie na śmierć kolegów
Ich odczucia i opinie na temat wojny, w której brali udział, bardzo kontrastowały z szumnymi przemówieniami wygłaszanymi przez prezydenta Busha w Waszyngtonie, cytowanymi na początku każdego rozdziału. Prezydent i ich dowódca twierdzili, że wygrywają tę wojnę, żołnierze byli innego zdania.
- Czasami się zastanawiam, w jakim świecie żyją nasi przełożeni, iż myślą, że wygrywamy - powiedział raz Gietz. - Żaden z chłopaków w to nie wierzy - kontynuował. - Są bliscy załamania. Wystraszeni. Nie potrzebują propagandy. Oczekują zrozumienia. Potrzebują kogoś, kto im powie: "Ja też się boję". [str. 125]
Armia jako całość może rzeczywiście odnosiła sukcesy, ale wielu żołnierzy poniosło osobistą porażkę, choć w pełni ujawniło się to dopiero w domu, gdzie próbowali wrócić do normalnego życia. Nie każdemu się to udało.

***

David Finkel pozostaje niewidoczny, powstrzymuje się od prezentowania własnych sądów, oddaje głos żołnierzom, pisze tylko o faktach i dlatego jego relacja, choć pozornie obojętna i surowa, poruszyła mnie i wciągnęła. Dzięki realizmowi książka skojarzyła mi się ze wspomnianym na początku serialem "Kompania braci".
Dobrze by było, gdyby zapoznali się z nią niektórzy politycy tak gorliwie wysyłający cudze dzieci na front oraz młodzi ludzie, którym się wydaje, że chcą być żołnierzami. Dobrzy żołnierze umierają tak samo jak ci źli. 

Nie mogę nie wspomnieć o tym, że tekst jest miejscami nieco "chropowaty", nie wiem - może zbyt dosłownie przetłumaczony z angielskiego? Nie utrudnia to w żaden sposób zrozumienia  treści, wydaje mi się jednak, że tłumacz, korektorka, redaktorka lub inna osoba odpowiedzialna za ostateczną wersję książki powinna się trochę bardziej postarać.

***

PS David Finkel opisuje w tej książce pewne wydarzenie, o którym głośno było w zeszłym roku, kiedy WikiLeaks ujawniła to nagranie (w tym konkretnym filmiku jest tylko fragment):



Załoga śmigłowców sądziła, że to uzbrojona grupa rebeliantów, a okazało się, że wśród zabitych był pracujący dla Reutersa fotoreporter Namir Noor-Eldeen i jego pomocnik Saeed Chmagh. 
***

Książkę otrzymałam od Grupy Wydawniczej Publicat.

piątek, 3 grudnia 2010

BÓG REKIN. WYPRAWA DO ŹRÓDEŁ MAGII

Tytuł: Bóg Rekin. Wyprawa do źródeł magii (The Shark God. Encounters with Ghosts and Ancestors in the South Pacific)
Autor: Charles Montgomery
Pierwsze wydanie: 2004
Tłumaczenie: Dorota Kozińska

Wydawnictwo: Świat Książki
ISBN: 978-83-247-0507-8
Stron: 400

Ocena: 4/5

Miałam ochotę na książkę o podróżach. Blurb wyglądał zachęcająco, więc zdecydowałam się na egzotyczną wycieczkę do Melanezji. Oczywiście chodzi o wycieczkę czytelniczą - w realu wolę popijać gorącą herbatę w zasypanym śniegiem, biało-szarym Krakowie niż umierać z gorąca na malowniczej plaży, opędzając się (zapewne bezskutecznie) od stawonogów. (Uwielbiam klimat umiarkowany!).

Charles Montgomery, kanadyjski pisarz, dziennikarz i fotograf, wyruszył do Melanezji śladami swojego pradziadka, Henry'ego Montgomery, biskupa Tasmanii. Celem podróży Henry'ego było nawracanie pogan, natomiast Charles chciał zmierzyć się z rodzinną legendą i utwierdzić się w swoim racjonalizmie (takie odniosłam wrażenie). Obaj przelali wspomnienia na papier. "The Light of Melanesia" (1896) to panegiryk na cześć działalności misyjnej, w którym tubylcy przedstawieni są jako kanibale parający się w dodatku czarną magią (dziełem szatana), a duchowni - jako bohaterowie, herosi z narażeniem życia niosący kaganek oświaty i prawdziwej wiary. "Bóg Rekin" (2004) to próba bardziej obiektywnego i właśnie racjonalnego spojrzenia na dawną i współczesną Melanezję.