Tytuł: Dobrzy żołnierze (The Good Soldiers)
Autor: David Finkel
Pierwsze wydanie: 2009
Tłumaczenie: Jacek Szela
Wydawnictwo Dolnośląskie
ISBN: 978-83-245-9036-0
Stron: 319
Ocena: 4-/5
Nie lubię czytać o wojnie i nie lubię oglądać filmów o tej tematyce. Może za dużo było tego rodzaju lektur w liceum. Może widziałam wtedy zbyt wiele kiepskich i tendencyjnych produkcji. W ubiegłym roku obejrzałam jednak jedną dobrą: "Kompanię braci". Serial zaskoczył mnie ogromnym realizmem, pokazano w nim, że wojna polega na zabijaniu i umieraniu, często w okropnych męczarniach. Oczywiście tzw. wielcy tego świata uzasadniają sens walk patriotyzmem, dziejową koniecznością itd., ale przecież oni nigdy nie opuszczają swoich zacisznych gabinetów i nie nadstawiają karku. Nie muszą, nadstawiają cudze, wmawiają milionom młodych ludzi, że muszą walczyć dla jakichś - często wydumanych - idei. Wielu żołnierzy trzeźwieje dopiero na froncie, wielu łudzi się jednak nadal, że ich poświęcenie ma jakiś sens. (Owszem, czasami tak, ale na ogół - jak sądzę - nie).
Do sięgnięcia po książkę Davida Finkela zachęciło mnie to, że ten dziennikarz "Washington Post" pofatygował się do Iraku osobiście, spędził tam wśród żołnierzy batalionu 2-16 osiem miesięcy i opisał konflikt z ich perspektywy. Ciekawa byłam, w jakim tonie będzie utrzymana ta relacja: "jesteśmy Amerykanami, więc nikt nas nie pokona" czy może "byliśmy głupi, że daliśmy się na to namówić". Wydaje mi się, że nastroje dość szybko zaczęły pikować od tej pierwszej opcji do drugiej.
Skrót 2-16 oznaczał drugi batalion szesnastego pułku piechoty zespołu bojowego czwartej brygady piechoty Pierwszej Dywizji Piechoty. Batalion liczył około ośmiuset żołnierzy, którymi dowodził podpułkownik Ralph Kauzlarich. Dowódca miał czterdzieści lat, średnia wieku podległych mu żołnierzy wynosiła 19 lat, a jeden z nich miał tylko 17 lat. Ta informacja trochę mnie zszokowała, byłam przekonana, że w tak niebezpieczne miejsca wysyłani są tylko doświadczeni żołnierze. Okazuje się, że wcale tak nie jest - dla większości tych chłopców była to pierwsza misja. W pełnym rynsztunku, w hełmach, kamizelkach, z karabinami wyglądali poważnie i groźnie, ale w książce zamieszczono również ich zdjęcia w samych mundurach - widać, że wielu z nich to jeszcze dzieciaki i niebezpieczne ulice Bagdadu to ostatnie miejsce, w którym powinni się znaleźć.
Oczywiście niektórzy znaleźli się tam, bo zawsze chcieli być żołnierzami, ale dla wielu była to po prostu najlepiej płatna praca, jaką mogli dla siebie znaleźć. Czy jednak tak młodzi ludzie mogli w pełni świadomie podjąć decyzję o wyjeździe na tego rodzaju misję? Nie sądzę.
Batalion 2-16 wyjechał do Iraku w ramach strategii Surge, która polegała na wysłaniu tam dodatkowych 30000 żołnierzy w celu ustabilizowania sytuacji na tyle, by stopniowo sami Irakijczycy mogli przejąć rządy i zapewnić bezpieczeństwo swoim obywatelom. Cel częściowo osiągnięto, ale nie ma przecież nic za darmo. Przed upływem piętnastu miesięcy (tyle trwała misja batalionu) zginie 14 żołnierzy z 2-16, a wielu z nich odniesie rany lub stanie się inwalidami. Kiedy czytałam o dziewiętnastoletnim Duncanie Crookstonie, który stracił obie nogi, prawe ramię, lewe przedramię, uszy, nos, powieki, a całą resztę ciała miał poparzoną, to naprawdę coś ściskało mnie w gardle.
Wyjechali z bazy przez silnie strzeżoną bramę główną i natychmiast znaleźli się na froncie wojny. Na normalnej wojnie front był linią, do której miało się nacierać i którą miało się przekroczyć, ale na tej wojnie wróg był wszędzie, linia frontu była wszędzie poza okalającymi bazę zasiekami i w każdym kierunku: w tym budynku, w tym mieście, w tej prowincji, w całym tym kraju, 360 stopni naokoło. [str. 45]
Najgroźniejsze były miny. Mogły być ukryte w stercie śmieci, w progu spowalniającym, a nawet w martwym bawole. Poza bazą żołnierze poruszali się w konwojach złożonych z kilku pojazdów
humvee. Kiedy zamachowcowi udało się aktywować minę bezpośrednio pod jednym z nim, znajdujący się w środku żołnierze często odnosili bardzo poważne rany lub ginęli. Strzelcy, którzy obsługiwali wieżyczkę strzelniczą (tak jak na
tym zdjęciu) ustawiali stopy jedna za drugą, a nie obok siebie, żeby w razie czego urwało im tylko jedną nogę.
Przez wszystkie te miesiące żołnierze żyli w ogromnym stresie, nie byli bezpieczni nawet w bazie, wydaje mi się jednak, że najbardziej dołowało ich patrzenie na śmierć kolegów.
Ich odczucia i opinie na temat wojny, w której brali udział, bardzo kontrastowały z szumnymi przemówieniami wygłaszanymi przez prezydenta Busha w Waszyngtonie, cytowanymi na początku każdego rozdziału. Prezydent i ich dowódca twierdzili, że wygrywają tę wojnę, żołnierze byli innego zdania.
- Czasami się zastanawiam, w jakim świecie żyją nasi przełożeni, iż myślą, że wygrywamy - powiedział raz Gietz. - Żaden z chłopaków w to nie wierzy - kontynuował. - Są bliscy załamania. Wystraszeni. Nie potrzebują propagandy. Oczekują zrozumienia. Potrzebują kogoś, kto im powie: "Ja też się boję". [str. 125]
Armia jako całość może rzeczywiście odnosiła sukcesy, ale wielu żołnierzy poniosło osobistą porażkę, choć w pełni ujawniło się to dopiero w domu, gdzie próbowali wrócić do normalnego życia. Nie każdemu się to udało.
David Finkel pozostaje niewidoczny, powstrzymuje się od prezentowania własnych sądów, oddaje głos żołnierzom, pisze tylko o faktach i dlatego jego relacja, choć pozornie obojętna i surowa, poruszyła mnie i wciągnęła. Dzięki realizmowi książka skojarzyła mi się ze wspomnianym na początku serialem "Kompania braci".
Dobrze by było, gdyby zapoznali się z nią niektórzy politycy tak gorliwie wysyłający cudze dzieci na front oraz młodzi ludzie, którym się wydaje, że chcą być żołnierzami. Dobrzy żołnierze umierają tak samo jak ci źli.
Nie mogę nie wspomnieć o tym, że tekst jest miejscami nieco "chropowaty", nie wiem - może zbyt dosłownie przetłumaczony z angielskiego? Nie utrudnia to w żaden sposób zrozumienia treści, wydaje mi się jednak, że tłumacz, korektorka, redaktorka lub inna osoba odpowiedzialna za ostateczną wersję książki powinna się trochę bardziej postarać.
PS David Finkel opisuje w tej książce pewne wydarzenie, o którym głośno było w zeszłym roku, kiedy WikiLeaks ujawniła to nagranie (w tym konkretnym filmiku jest tylko fragment):
Załoga śmigłowców sądziła, że to uzbrojona grupa rebeliantów, a okazało się, że wśród zabitych był pracujący dla Reutersa fotoreporter Namir Noor-Eldeen i jego pomocnik Saeed Chmagh.
***
Książkę otrzymałam od
Grupy Wydawniczej Publicat.