Impresje

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Film. Pokaż wszystkie posty

środa, 12 listopada 2014

Gosford Park

Właściwie zaczęłam pisać o "Pierwszym kroku w chmurach" Hłaski, przeczytałam jeszcze raz najlepszy utwór z tego zbioru, czyli "Pętlę", i obejrzałam na youtube fragmenty ekranizacji tego opowiadania, generalnie - zaczęłam się (znowu) zastanawiać nad tamtymi czasami, ale w międzyczasie przejrzałam najnowszy numer "Polityki" i po prostu muszę tu dać wyraz mojemu oburzeniu. Bardzo lubię, jak wiadomo, prezentować swoje opinie, a już zwłaszcza publicznie oburzać się i piętnować;).

Janusz Wróblewski napisał artykuł dotyczący m.in. Clive'a Owena i popełnił karygodny błąd rzeczowy we fragmencie traktującym o roli tego aktora w "Gosford Park". Nie będę tutaj wyjaśniać, na czym ten błąd polegał (zrobiłam to w komentarzu na stronie tygodnika), bo nie chcę nikomu popsuć przyjemności śledzenia fabuły, ale waga tej pomyłki sugeruje, że albo Wróblewski "Gosford Park" nie oglądał, albo ma postępującą sklerozę, albo zobaczył w swoim życiu już tyle filmów, że wszystkie mu się teraz mylą.

Helen Mirren
W tym przypadku rację na pewno mam ja, bo "Gosford Park" to jeden z moich ulubionych filmów i odświeżam go sobie co najmniej raz w roku. Świetny scenariusz, reżyseria, muzyka. Idealnie dobrani aktorzy. Przepadam za takim pomieszaniem, a właściwie współwystępowaniem gatunków: mamy tu kryminał, skomplikowane stosunki rodzinne i towarzyskie, relacje downstairs/upstairs, satyrę na Hollywood. (M.in. z tego samego powodu - miszmaszu - tak bardzo lubię "Imię róży" Eco). Bohaterów jest wielu i każdy z nich ma swoją własną historię, ale też przynależy do określonej społeczności, co w dużym stopniu determinuje jego postępowanie. Oczywiście to raczej klasa wyższa oddziałuje na niższą, ale w drugą stronę też to jednak działa, choć w mniejszym stopniu.

Michael Gambon

Akcja toczy się w Anglii w 1932 roku w posiadłości ziemskiej sir Williama McCordle i jego żony lady Sylvii. Na przyjęcie i polowanie przybywają mniej lub bardziej mile widziani przez gospodarzy goście. Większości z nich towarzyszy służba (pokojówka lub kamerdyner), bez której nie są w stanie się obyć. Hierarchia towarzyska (upstairs) i służbowa (downstairs) jest z góry ustalona i sztywna i nawet kilku parweniuszy i podejrzanych filmowców nie jest w stanie na dłuższą metę jej zakłócić. Byłoby to kolejne nudne spotkanie rodzinno-biznesowe, na które przybywa się raczej z konieczności niż dla przyjemności, gdyby nie doszło do morderstwa.


Maggie Smith
Więc niby nic takiego, a jednak. Zresztą wystarczy spojrzeć na obsadę. Helen Mirren fantastycznie zagrała niezwykle kompetentną gospodynię, która z pozoru jest równie uczuciowa jak Stevens z "Okruchów dnia". Maggie Smith jest jak zawsze genialna jako nieznośnie snobistyczna lady Trentham. Kristin Scott Thomas doskonale wcieliła się w rolę zimnej i zblazowanej lady Sylvii. Emily Watson znakomicie wypadła jako służąca Elsie, która w całym tym towarzystwie jest chyba najnormalniejszą postacią. Ona i Ivor Novello (w tej roli Jeremy Northam), członek mniej zamożnej gałęzi rodziny i znany aktor. Tak, panowie też zagrali świetnie. Michael Gambon, który kojarzy mi się przede wszystkim z rolą profesora Dumbledore'a i pana Woodhouse'a, tu jest bogatym panem domu i biznesmenem, który doskonale zdaje sobie sprawę, że to własnie on w tym towarzystwie rozdaje karty. Nie przepadam jakoś specjalnie za Clivem Owenem, ale w tym filmie zagrał bardzo dobrze trochę tajemniczego lokaja Parksa, który przyjechał do posiadłości McCordle'ów ze swoim chlebodawcą i załatwia przy tej okazji prywatne sprawy. Świetni są też Alan Bates i Derek Jacobi jako służący, Stephen Fry jako inspektor, który ma wyjaśnić okoliczności zbrodni. Poza tym, czy ktoś mógłby lepiej niż Richard E. Grant zagrać ironicznego George'a? 
Właściwie powinno się pochwalić całą obsadę, role drugo- i trzecioplanowe też są świetne i znaczące.

Spotkałam się w internecie z opiniami, że to film nudny i przegadany. Moi zdaniem tak nie jest. Rzadko wobec czegokolwiek jestem tak bezkrytyczna jak w stosunku do "Gosford Park".

Kristin Scott Thomas
Interesują mnie relacje między dawnymi służącymi i ich pracodawcami, bo z dzisiejszego punktu widzenia jest to już trochę egzotyczne, a poza tym nasza literatura i film jakoś nie podejmują tego tematu (może poza "Moralnością pani Dulskiej", "Granicą"). Nie fascynuje mnie ta problematyka aż tak, żeby oglądać kolejne sezony "Downton Abbey", ale "Gosford Park" nigdy mnie nie nudzi. Zdaje się, że współcześni pisarze i filmowcy próbują jakby wyrównać zaniedbania swoich poprzedników, którzy jeśli w ogóle dostrzegali służących, to nadawali im znaczenie porównywalne z umeblowaniem jadalni. Niedawno ukazała się na naszym rynku powieść "Dworek Longbourn", w którym autorka przedstawia wydarzenia z "Dumy i uprzedzenia" Austen właśnie z punktu widzenia służby. Czekam, aż pojawi się w bibliotece. Ciekawa też jestem, kiedy u nas ktoś napisze np. "Noce i dnie" z punktu widzenia serbinowskiego chłopa albo "Pana Tadeusza" okiem kucharki.


Mam nadzieję, że zawodowym krytykom literackim książki nie mylą się tak, jak niektórym filmy. Pamięć jest zresztą ulotna i to jest zrozumiałe, natomiast nie pojmuję, jak można opublikować w poważnym tygodniku artykuł z tego rodzaju błędem - w dzisiejszych czasach streszczenie każdej fabuły można znaleźć w internecie w ciągu kilku sekund.

środa, 28 grudnia 2011

Poświątecznie

W sobotę lub niedzielę pojawi się wpis o biografii Tadeusza Żeleńskiego, a dziś jeszcze kilka luźnych uwag na różne tematy.

***
Należę do osób niezmotoryzowanych, więc do domu pojechałam busem, w którym miejsce trzeba było rezerwować dwa tygodnie wcześniej, ale nie o tym chciałam napisać. Kierowca chciał umilić pasażerom podróż i włączył nam film pt. "Między piekłem a niebem". Słyszałam o nim już dawniej, ale nigdy nie miałam okazji obejrzeć.

Już pierwsze ociekające lukrem sceny wskazywały, że to nie jest film dla mnie. A potem było jeszcze gorzej, coraz gorzej i jeszcze gorzej. 

Fabuła wyglądała mniej więcej tak: pewnemu małżeństwu umiera dwoje kilkunastoletnich dzieci (giną w wypadku samochodowym), matka próbuje popełnić samobójstwo i trafia do szpitala psychiatrycznego, z którego wychodzi dzięki pomocy i miłości swego męża, który po kilku latach również umiera wskutek wypadku samochodowego i trafia do nieba; wówczas żona popełnia samobójstwo i trafia do piekła, a on, choć wydaje się to niemożliwe, postanawia ją tam odnaleźć. Zgadnijcie, czy mu się uda.

O rany, co za szmira i kicz!!! Tani i głupi sentymentalizm w ładnym chwilami, kolorowym opakowaniu. Lubię bajki, ale nie znoszę, gdy udają to, czym nie są. Ten film udziela zbyt prostych, prostackich wręcz odpowiedzi na fundamentalne pytania. Rozumiem, że to tylko wizja stworzona na potrzeby pewnego typu publiczności, stworzona na sprzedaż, ale głupoty, zwłaszcza tak chwalone, trzeba krytykować, co niniejszym czynię. 

Scenariusz jest po prostu straszny. Główny bohater trafia po śmierci jakby do obrazu namalowanego przez swoją żonę, po nowej rzeczywistości oprowadza go ktoś w rodzaju misjonarza, który najpierw wydaje mu się dawnym znajomym, a potem okazuje się synem tego bohatera. Niby może sobie kształtować swój kawałek nieba po swojemu, po czym okazuje się, że są jednak pewne ograniczenia. Następnie nasz protagonista trafia do miejsca, w którym w powietrzu unosi się sporo osób, nie wiadomo właściwie, po co. A potem ów misjonarz/przyjaciel/syn oraz jeszcze jakiś pozujący na intelektualistę Tropiciel przejęci miłością i tęsknotą bohatera postanawiają mu pomóc w odnalezieniu żony. 
Dialogi są śmieszne, a gra aktorska zbyt drewniana (no ale w końcu za wiele do zagrania to tu nie było). I jeszcze ta nachalna muzyka, podpowiadająca widzowi, w którym momencie powinien się wzruszać... 

Najgłupszy film jaki widziałam od czasu "Obcy kontra Predator". Niestety nie mogłam go nie obejrzeć, choć szczęśliwie udało mi się usnąć na jakieś dziesięć minut.

***
W pierwszy dzień świąt wybraliśmy się z P. na spacerek po moim rodzinnym mieście - Starachowicach. Miasto jest brzydkie, ale położone w ładnej okolicy:).

Tak oto wygląda nasz Rynek:). Podobno mają go przebudowywać w przyszłym roku, ale mówi się o tym od lat i, jak dotąd, nic  z tego nie wynikało.


A oto kilka zdjęć jednej z głównych ulic miasta - Marszałka Piłsudskiego (zwana Marszałkowską). Przez lata ludzie budowali tu i gdzie indziej jak chcieli i co chcieli... Oto efekty.




Ale naprawdę dobiło mnie przerobienie budynku przy ul. Spółdzielczej, w którym przed laty była poczta (to zdjęcie pochodzi z 2009 roku):


na coś takiego:


Nie twierdzę, że w poprzedniej formie budynek ten był jakoś specjalnie ładny, ale uważam, że nie powinno się tak ingerować w co starsze miejsca użyteczności publicznej, bo jest ich u nas naprawdę mało. 

Powstają za to kolejne "galerie" - handlowe, nie sztuki. Najnowsza tuż przy kościele św. Trójcy.



Przy odpowiednim oświetleniu, jeśli przymrużyć oczy, nawet Starachowice wyglądają niekiedy ładnie:

Schody przy ul. Wojska Polskiego
Odsłonięcie geologiczne przy dawnym Manhattanie

poniedziałek, 30 maja 2011

Prywatnie i filmowo

Od lat żyję w przekonaniu, że nie jestem do końca zdrowa, ale nie lubię konfrontować tej mojej hipotezy z diagnozą lekarską. Po pierwsze dlatego, że lekarze bagatelizują albo wyolbrzymiają znaczenie objawów, a po drugie dlatego, że każdy z nich twierdzi co innego. Chodzę do przychodni tylko wtedy, kiedy już muszę.
W ubiegły wtorek wybrałam się na rutynowe badanie okulistyczne. I się zaczęło. Okazało się (dlaczego wcześniej tego nie wykryto?!), że mam szerszą prawą źrenicę, choć nie w takim stopniu jak David Bowie:), a poza tym cieńsze niż normalnie listki barwnikowe tęczówek (do tej pory myślałam, że mam po prostu taki dziwny kolor oczu). Ale nic to. Musiałam sobie przypomnieć wszystkie poważniejsze choroby, które przechodziłam w ciągu całego mojego życia, a nawet ile punktów w skali Apgar otrzymałam po urodzeniu. Pozapisywałam się na różne badania i może pod koniec lata dowiem się czegoś konkretnego. Albo i nie. 

Prawdopodobnie powyższy akapit nikogo nie zainteresuje, ale ja lubię dzielić się informacjami na temat mojego stanu zdrowia z każdym, kto się tylko nawinie - rodzice i siostra nigdy nie wierzyli w to, że źle się czuję, ich zdaniem po prostu przesadzałam, przekonywały ich dopiero wyniki badań i recepty, przywykłam zatem do opowiadania o moich kłopotach zdrowotnych innym ludziom:).

***

Rzadko oglądam coś w telewizji, bo mam tylko kilka programów, na których i tak rzadko trafia się coś ciekawego. Nie lubię filmów z lektorem, przerywanych reklamami, tańców z gwiazdami itd., programy typu "Wiadomości" w TVP albo "Fakty" w TVN na ogół tylko mnie irytują, bo nie spełniają swojej podstawowej funkcji - informacyjnej. Najbardziej wartościowe pozycje lądują w najgorszym czasie antenowym. Osoby cierpiące na bezsenność mogły ostatniej nocy obejrzeć na TVP1 całkiem niezły maraton filmowy: "Blue velvet", potem "Biały" i wreszcie o godzinie trzeciej "Kobietę samotną".


Ten ostatni film oglądałam w telewizji wiele lat temu (kiedy takie rzeczy pokazywano o mniej nienormalnych porach) i wywarł wtedy na mnie ogromne wrażenie. Wydał mi się tak pesymistyczny, że nie zamierzałam już nigdy do niego wracać, ale niedawno zmieniłam zdanie - chciałam się przekonać, jaka dzisiaj będzie moja reakcja. 

Film nie wydał mi się już tak porażający jak kiedyś, może dlatego, że znałam zakończenie, no i jestem starsza, ale sedno opowieści, jej sens chyba zawsze pozostanie aktualny - ludzie najbardziej potrzebujący pomocy zwykle otrzymują jej najmniej. 
Główna bohaterka, Irena Misiak, samotnie wychowuje synka i pracuje jako listonoszka. Jest jej ciężko, nie umie rozpychać się łokciami i często staje się kozłem ofiarnym, bo "nikt za nią nie stoi". Rzecz dzieje się około 1980 roku, kiedy można było jakoś żyć, jeśli miało się znajomości i umiało kombinować. Ale ona nie potrafi. To taka uwspółcześniona wersja Hioba, z tą różnicą, że nad Ireną Bóg się nie ulitował.

Warto obejrzeć ten film również ze względu na kreacje aktorskie Marii Chwalibóg (Irena Misiak), Bogusława Lindy (świetny jako Jacek Grochala - niepełnosprawny były górnik), Sławy Kwaśniewskiej (ciotka Ireny) i Pawła Witczaka (syn Ireny i dowód na to, że w polskich filmach dziecięcy aktorzy nie zawsze są drętwi). Jeśli ktoś zna PRL tylko z komedii Barei, to naturalizm i w ogóle klimat filmu "Kobieta samotna" może go nieco zaszokować. 
Dodam jeszcze, że obraz ten wyreżyserowała Agnieszka Holland, wspólnie z Maciejem Karpińskim napisała scenariusz, muzykę stworzył Jan Kanty Pawluśkiewicz, a autorem zdjęć był Jacek Petrycki.

Film powstał w 1981 roku, ale jego premiera miała miejsce dopiero w 1987; oczywiście został ocenzurowany. Na stronie filmpolski.pl przeczytałam, że "istnieje tzw. integralna wersja filmu. Została ona uzupełniona w stosunku do poprzednich emisji o kilka scen usuniętych przedtem przez cenzurę. W ich trakcie na ekranie pojawiają się napisy angielskie - gdyż tylko kopia z wersją angielską zawierała te sceny". Ciekawe, co wycięli. Ja niestety widziałam tylko wersję okrojoną.

Polecam, ale i uprzedzam - film jest wyjątkowo pesymistyczny. I bardzo prawdziwy.

PS Odradzam czytanie opisu filmu na filmwebie - streszczono tam CAŁĄ fabułę.

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

Wiosenne przesilenie

Zaczęłam "Ex Libris" Fadiman, "Na plebanii w Haworth" Przedpełskiej-Trzeciakowskiej i "Raj utracony" Miltona. Najlepiej idzie mi czytanie "Raju utraconego", mimo że jest to lektura powtórna. Milton miejcami nudzi straszliwie, ale niektóry fragmentu jego poematu są genialne. 
Tak się sprawy mają, więc wątpię, czy zdążę coś napisać o którejś z tych książek przed wyjazdem na święta (może się wyrobię z Fadiman, bo to najkrótsze). Nie mogę się ostatnio skoncentrować na czytaniu, wciąż mnie coś wybija z rytmu, a tu jeszcze mama mnie straszy, że będę musiała piec jakieś placki. Może chce kogoś otruć.

***

Obejrzałam właśnie pierwszy odcinek serialu "Gra o tron" na podstawie powieści George'a R.R. Martina. Bez fajerwerków, ale nie jest źle. Spodobała mi się zwłaszcza Emilia Clarke jako Daenerys. Natomiast Winterfell wygląda jakoś dziwnie. chodzi mi konkretnie o wieże zamku. Nie przypominam też sobie, żeby ciała Dzikich w wiosce za murem były porozrywane - to jest po prostu nielogiczne. Poza tym szczegółem twórcy serialu dość wiernie trzymają się pierwowzoru. Czekam niecierpliwie na kolejne odcinki.

***

Pierwszy raz słyszę o obchodzeniu rocznicy pogrzebu. Wydaje mi się to niepotrzebne i dziwiaczne, bo przecież kilka dni temu obchodzono rocznicę śmierci osób zmarłych w wyniku katastrofy lotniczej pod Smoleńskiem. No ale cóż, niektórzy lubią celebrować celebrację. Jeszcze jedna okazja, żeby pokazać się elektoratowi z zafrasowaną losami Polski miną i poudawać, że chodzi o ideały, a nie o kasę i stołki. Co poniektórzy pewnie żałowali, że koło kościoła Mariackiego albo Wawelu nie poustawiano barierek, przez które można by widowiskowo przeskakiwać, poprzepychać się trochę z ochroną czy strażą miejską, a potem  chwalić się ranami odniesionymi w bohaterskim boju... Za ojczyznę, w błyskach fleszy.
PO nie musi mnie straszyć PiS-em - już się ich boję.

***

W empiku dziś i jutro można kupić książki z rabatem 30%. Promocja dotyczy książek zamawianych przez internet, przy czym zamówienie musi opiewać na kwotę większą nić 50 zł. [źródło]

***

Wypadałoby napisać coś o świętach, a przy okazji dam upust swojemu wrodzonemu sentymentalizmowi. 
Kiedy ja i moja siostra byłyśmy małe, tzn. miałyśmy około 5-6 lat, często zostawałyśmy same w domu. Widocznie rodzice nie bali się, że możemy go podpalić albo zalać... Zbliżały się święta wielkanocne, więc wpadłyśmy na genialny pomysł: postanowiłyśmy zrobić pisanki, co najmniej tak śliczne jak te pokazywane w telewizji. Wzięłyśmy jajka z lodówki i zaczęłyśmy je ozdabiać - oklejałyśmy je kolorową włóczką, malowałyśmy mazakami... Starałyśmy się bardzo. Wszystko na darmo. Niby skąd miałyśmy wiedzieć, że te jajka trzeba najpierw ugotować?? Niestety trzeba je było wyrzucić i całe nasze poświęcenie poszło na marne:(.

poniedziałek, 7 lutego 2011

Eeeee...

Boli mnie brzuch. Boli mnie gardło. Boli mnie głowa. Mam nadzieję, że to nie atak jakichś tajemniczych rotawirusów, które kilka dni temu napadły na moją chrześnicę. Nawet ciesząc się doskonałym zdrowiem bywam niemiła, a kiedy coś mi dolega, to... no cóż, lepiej nie wchodzić mi w drogę - potrafię zamarudzić takiego śmiałka niemal na śmierć. Wydaje mi się wtedy (tzn. na przykład dzisiaj), że cały świat powinien robić wszystko, aby ulżyć mym cierpieniom. P. już dość się dziś nasłuchał, więc postanowiłam powylewać swoje żale jeszcze tutaj.

Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. Potrzebowałam pokrzepiającej lektury, więc ponownie sięgnęłam po "Jonathana Strange'a i pana Norrella" Susanny Clarke. Nie pamiętam już teraz, dlaczego kiedyś oceniłam tę powieść tylko na 4+; obecnie wydaje mi się, że zasługuje na 5. 

Wciąż nie mogę się zabrać za omówienie "Atlasu chmur" Mitchella, ostatnio przeczytałam też "Przekleństwo Adama" Sykesa (ciekawa książka, nie powiem) i zaczęłam "Marsz Polonia" Pilcha (średnio mi się podoba). Przejrzałam też początek książki "Opowieść się rozpoczyna" Oza i dochodzę do wniosku, że ja chyba nie umiem czytać tak naprawdę, więc tym bardziej pisać o czytaniu nie powinnam.

W międzyczasie obejrzałam "Jak zostać królem" i "Prawdziwe męstwo". Oba filmy mi się podobały, nawet bardzo, choć żadnego z nich nie nazwałabym arcydziełem. "Jak zostać królem" jest świetnie zagrany, ale scenariusz wydał mi się trochę za schematyczny, uładzony, polukrowany, wyzbyty wszelkich niejasności. W "Prawdziwym męstwie" zauroczyły mnie przede wszystkim zdjęcia. W najbliższym czasie mam zamiar zobaczyć jeszcze "Czarnego łabędzia". 

wtorek, 14 grudnia 2010

Insygnia Śmierci i in.

Szablon bloga. Znów go zmieniłam. Poprzedni, po dodaniu gadżetu LinkWithin, wydał mi się zbyt kolorowy. W dodatku dopiero teraz oświecono mnie, że da się ustawić inny kolor linków w postach i komentarzach, a inny w reszcie strony. Usunęłam jedną z dwóch kolumn i poszerzyłam stopkę bloga. Mam nadzieję, że jest w miarę czytelnie i łatwo wszystko znaleźć.

Tak nawiasem mówiąc, to dziękuję twórcom czytników RSS i bardzo użytecznego rozszerzenia/wtyczki do chrome o nazwie Readability. Dzięki nim jestem w stanie wyłuskać treść z najbardziej zaśmieconej strony, nawet jeśli jej autor/autorka preferuje maleńką czcionkę na czarnym tle.

Harry Potter. Wybrałam się do kina sama, P. filmy o czarodziejach ma w pogardzie;). Para po lewej prawie cały czas coś jadła: menu mieli zróżnicowane - na przemian chrupali i szeleścili. No naprawdę, czy nie można zjeść w domu albo PRZED seansem?! Musiałam też jakoś przeżyć dwudziestominutowy blok reklamowy (spot Coca-Coli Zero był koszmarny).

SPOILERY

Twórcy filmu nie mieli łatwego zadania - W "Insygniach Śmierci" Rowling sporo się dzieje, ale akcja w pierwszej połowie książki, po upadku Ministerstwa, nie jest zbyt widowiskowa. W dodatku poszukiwanie horkruksów sprowadza się głównie do czytania książek i myślenia, co w tego rodzaju filmie trudno przedstawić. Ale da się. "Dwie wieże" też traktowały głównie o wędrowaniu, a moim zdaniem wypadły o wiele lepiej niż "Powrót króla".
W "Insygniach" podobały mi się przede wszystkim aktorstwo (nawet Daniel Radcliffe zagrał całkiem nieźle), scenografia (pisał o niej niedawno cedroo), efekty, muzyka też była w porządku. Świetnie zmontowano scenę w lesie, kiedy Harry, Ron i Hermiona próbują uciec przed szmalcownikami. Tylko niech mi ktoś powie, dlaczego ani w książce, ani w filmie oni się nie deportowali??
Za to scenariusz był beznadziejny. Jeśli ktoś nie czytał książki, to nie połapie się, o co chodzi. Sceny dynamiczne przeplatają się ze spokojniejszymi, ale brakuje napięcia, w ogóle jakoś nie widać, żeby trójce głównych bohaterów bardzo zależało na odnalezieniu i zniszczeniu reszty horkruksów. Nie odczuwałam prawie w ogóle tej grozy, jaka podobno opanowała świat czarodziejów. Nie dowiedziałam się, co się dzieje w Hogwarcie. Zakończenie wypadło raczej blado - może dlatego, że wcześniej wątek Różdżki Przeznaczenia był bardzo słabo wyeksponowany. Generalnie - niby kluczowe wydarzenia z książki są tu pokazane, ale kupy się to wszystko raczej nie trzyma, choć początek zapowiadał coś innego. Twórcy filmu powinni trochę więcej czasu poświęcić scenariuszowi i akcji, a nie szukaniu malowniczych krajobrazów (dlaczego Harry, Hermiona i Ron wciąż rozbijali namiot na jakichś opoczystych pustkowiach?).
Są świetne sceny: "konferencja" śmierciożerców i Voldemorta w dworze Malfoyów, wizyta Harry'ego i Hermiony w domu Bathildy Bagshot, śmierć Zgredka, wspomniana próba ucieczki przed szmalcownikami. Ciekawa była animowana wersja "Baśni o trzech braciach", ale kiepsko powiązano ją z całą resztą. Sympatycznie wypadł taniec Harry'ego i Hermiony, który podobno wzbudził tyle kontrowersji. Wydaje mi się jednak, że ten film mógł być dużo lepszy. No cóż, czekam na drugą część.


niedziela, 2 maja 2010

ZAKOCHANY SZEKSPIR

Tytuł: Zakochany Szekspir
Autorzy: Marc Norman, Tom Stoppard
Tłumaczenie, wstęp i komentarze: Jerzy Limon
Pierwsze wydanie: 1998

Wydawnictwo: słowo/obraz terytoria
ISBN: 83-87316-29-6
Stron: 350

Ocena: 5/5

FILM

"Zakochany Szekspir" to jeden z moich ulubionych filmów. Świetne role, wspaniałe kostiumy, dobra muzyka, ale przede wszystkim - scenariusz! Marc Norman i Tom Stoppard stworzyli naprawdę fajną i oryginalną opowieść o młodym Willu Szekspirze, który w ramionach pięknej szlachcianki odnajduje miłość swojego życia i źródło natchnienia. 
Gwyneth Paltrow jako Viola De Lesseps
Problem polega na tym, że Viola de Lesseps jest już obiecana lordowi Wesseksowi - ustosunkowanemu, choć zubożałemu arystokracie, który za pieniądze z posagu planuje wyjechać (wraz z żoną) do Ameryki i inwestować w plantacje tytoniu. Ślub ma się odbyć za trzy tygodnie, a Viola postanawia przyjemnie spędzić ostatnie chwile swej wolności. 

Colin Firth jako lord Wessex
Viola uwielbia przedstawienia i poezję, więc wymyka się z domu w przebraniu chłopca, aby uczestniczyć w próbach do spektaklu "Romeo i Julia", autorstwa jej ukochanego. I tu trzeba wspomnieć o drugim wątku tego filmu - teatr elżbietański odgrywa w tym obrazie równie ważną rolę, co miłość Willa i Violi.

niedziela, 14 marca 2010

Wilkołak


Za horrorami właściwie nie przepadam i na ten właśnie film wybrałam się do kina trochę przypadkiem. Napiszę może tak: chociaż plakat przypomina ten reklamujący "Zmierzch" (zaznaczam, że oba plakaty mi się podobają), to film "Wilkołak" nie jest żadnym tam romansem grozy dla nastolatek. Już po seansie dowiedziałam się, że jest to remake filmu o tym samym tytule z 1941 r. i to wiele wyjaśnia. Tu nie idealizuje się potworów, choć taki trend obowiązuje obecnie np. przy produkcji filmów o wampirach. Podczas pełni postać grana przez Benicio Del Toro fizycznie i psychicznie zamienia się w prawdziwą bestię, bez żadnych wydumanych problemów egzystencjalnych. Jego "działalność" jest pokazana bardzo dosłownie - w niektórych scenach wszędzie walają się jelita i inne części ciała. Twórcom filmu udało się wykreować odpowiedni klimat, aktorzy wypadli całkiem nieźle, szkoda tylko, że scenariusz był niedopracowany, a fabuła bardzo przewidywalna. Można obejrzeć, ale niekoniecznie

Dalsza część wpisu zawiera spoilery.

środa, 30 grudnia 2009

Avatar

Nie zamierzam pisać żadnych rocznych podsumować, bo w sumie po co. Jeśli kogoś interesuje to, które z recenzowanych książek podobały mi się najbardziej, niech sobie wejdzie w zakładkę Indeksy i posortuje według ocen.


Zamiast tego napiszę o "Avatarze", który właśnie dziś obejrzałam. Naprawdę było warto! Oczywiście istnieją malkontenci, którzy mówią, że to tylko smerfy w kosmosie i czepiają się szczegółów. Pewnie to kwestia nastawienia, z którym wchodzi się do sali kinowej. Ja chciałam zobaczyć efekty specjalne i technikę 3D i się nie zawiodłam.