Impresje

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Felieton. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Felieton. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 1 października 2015

KRONIKI TYGODNIOWE 1927-1931

Tytuł: Kroniki tygodniowe 1927-1931
Autor: Antoni Słonimski
Przedmowa: Roman Loth

Wydawnictwo LTW
ISBN: 83-88736-31-0
Stron: 366




Nie będę próbowała się wymądrzać (i tak by się nie udało); zamiast tego zacytuję fragment przedmowy profesora Romana Lotha:
   Obraz tamtych dni, przekazany nam w Kronikach, mimo że niepełny i subiektywny, jest nam przecież bliższy niż opis z podręczników historii, ze szkoły czy z oficjalnego studium uniwersyteckiego. Bliższy, bo oglądany z perspektywy historii aktualnie dziejącej się, z pozycji kronikarza, dla którego historia ta jest współczesnością, jeszcze bez ciągów dalszych. Bliższy również przez to, że jest zapisem emocjonalnym, emocjonalnym tak dalece, że czasem niesprawiedliwym w ocenach. Jest świadectwem uczuciowego zaangażowania autora w przemiany świata, dowodem poczucia współodpowiedzialności za dalszy ich bieg. To poczucie jest wartością samą w sobie i wartości tej nie przekreśla daremność dążeń. [s. IX]

czwartek, 3 września 2015

"Obłęd entuzjazmu"

Źródło cytatu: "Kroniki tygodniowe 1927-1931" Antoniego Słonimskiego, Wydawnictwo LTW 2003
   Jeżeli nie można odzwyczaić ludzi od różnych brzydkich czynności, przynajmniej trzeba te szkodliwe zajęcia odgrodzić. Jeżeli nie można od razu oduczyć od polityki, warto by teren walk partyjnych otoczyć drutem kolczastym i opatrzyć tablicą z napisem "Osobom nie należącym do personelu wstęp wzbroniony". Taki czy inny wynik wyborów, takie czy inne zwycięstwo personalne ma w naszych warunkach niewielki wpływ na poziom i ład naszego życia. Ale znaczenie wychowawcze walk partyjnych i szkody wynikające z tego zacietrzewienia są poważne i naprawdę niebezpieczne dla rosnącego pokolenia. W terenie ogrodzonym, niedozwolonym dla młodzieży, maniacy walk partyjnych mogliby się agitować i wzajemnie szkalować. Silniejsi mogliby tam więzić słabszych, a słabsi wchodzić w przymierze z byle draniami, nie wywołując publicznego zgorszenia. Proponowałbym tereny Polesia jako bardzo obfitujące w błoto. Mogliby się w tym błocie tytłać i nurzać, i w końcu wynurzyć paru dokładnie oplutych i obłoconych "przedstawicieli ładu", "reprezentantów społeczeństwa, cieszących się pełnym zaufaniem mas". Nie trzeba zabraniać młodzieży czytania Pitigrillego, ale nie należy dawać dzieciom do ręki pism zarówno rządowych, jak i opozycyjnych. Mniejsze zgorszenie budzi operetka z Chevalierem niż gazeta, która uczy, jak się sprzedaje hasła socjalizmu dla osobistych animozji paru ludzi, jak się utrąca niewygodnych, ale uczciwych, jak się wymyśla nie wiadomo za co i nie wiadomo o co walczy, nie przebierając w środkach.

niedziela, 29 marca 2015

WYBÓR PISM PUBLICYSTYCZNYCH (I)

Tytuł: Wybór pism publicystycznych ( t. 1)
Pierwsze wydanie: 1966
Autor: Ksawery Pruszyński
Wstęp: Kazimierz Wyka

Wydawnictwo Literackie
Stron 480



"Prześniona rewolucja" okazała się jedną z najbardziej inspirujących książek, jakie ostatnio czytałam. Jest interesująca sama w sobie, ale też skłania do dalszych poszukiwań. Pod jej wpływem sięgnęłam po "Wyprawę w dwudziestolecie", kupiłam "Wielką trwogę" Zaremby i zamówiłam sobie od Agory autobiografię Izabelli Cywińskiej. Z kolei po lekturze książki Miłosza i Kasperka nabyłam "Kroniki tygodniowe" Słonimskiego i wypożyczyłam z biblioteki "Doktor Murek zredukowany" Dołęgi-Mostowicza i właśnie wybór pism Ksawerego Pruszyńskiego.

wtorek, 17 marca 2015

FRYWOLITKI

Tytuł: Frywolitki, czyli ostatnio przeczytałam książkę!!!
Pierwsze wydanie: 1997 (wybór tekstów, które ukazały się w prasie w latach 1994-1997)
Autorka: Małgorzata Musierowicz

Wydawnictwo Akapit Press
ISBN: 83-87463-10-8
Stron: 240


Trudno mi obiektywnie ocenić felietony Małgorzaty Musierowicz, bo były adresowane do "kochanych czytelniczek" i "inteligentnych panienek", a żadne z tych określeń do mnie nie pasuje i chyba nigdy nie pasowało. Zresztą nie należę do grupy docelowej nie tylko ze względu na charakter, ale i wiek: może gdybym była dwa razy młodsza, inaczej zareagowałbym na pedagogiczne wysiłki autorki.

"Frywolitki" nie okazały się - wbrew pozorom (czyli podtytułowi) - zapisem wrażeń z lektur, a przynajmniej nie tylko tym. Szkoda, bo moim zdaniem najciekawsze w tym zbiorze są właśnie te teksty, w których Musierowicz opowiada o niedawno przeczytanych książkach. Szczególnie ujmujące wydały mi się felietony o Andersenie, P.L. Travers i o autobiografii Christophera Robina Milne'a (Krzysia). Musierowicz potrafi pochylić się nad jednostką i w kilku akapitach przybliżyć postać innego pisarza, przedstawiciela kultury, nauki lub po prostu bohatera literackiego, ale stawianie diagnoz społecznych nie jest jej najmocniejszą stroną. Nie odmawiam jej prawa do ich publikowania - po prostu wydają mi się ogromnym uproszczeniem.

środa, 17 lipca 2013

NA KRAKOWSKIM CK BRUKU

Tytuł: Na krakowskim ck bruku
Autor: Jan Rogóż
Pierwsze wydanie: 2008 (jak sądzę)
Wydawnictwo: Radamsa
ISBN: 978-83-86552-32-0
Stron: 240


Odpoczywam, jak widać, od beletrystyki. Ponownie sięgnęłam po felietony dotyczące przeważnie wydarzeń z przełomu XIX i XX wieku, ale tym razem napisane współcześnie - zawarte w książce teksty ukazywały się na łamach krakowskiego "Dziennika Polskiego" w latach 2001-2007. 
Pan Jan Rogóż poszperał w starych rocznikach lokalnych gazet i innych archiwach i wydobył stamtąd na światło dzienne wydarzenia i ludzi, o których dziś mało kto pamięta. Albo pamięta, ale w zupełnie innym kontekście.
Najbardziej na moją wyobraźnię podziałały felietony dotyczące sytuacji ówczesnych robotników i służących oraz opis kryminogennej okolicy wiaduktu kolejowego nad ulicą Lubicz (zaraz koło Dworca Głównego), ale poruszone zostały i inne tematy, np. pierwszy pokaz lotniczy nad Krakowem, eksplozje wojskowych magazynów z bronią (wszak Kraków był twierdzą), wyjątki z kroniki kryminalnej miasta itd. Kiedy czytam o dawnym Krakowie, zdumiewa mnie wciąż, jak bardzo w stosunkowo krótkim okresie zmieniły się jego granice administracyjne. Do 1910 roku powierzchnia miasta wynosiła niecałe 7 kilometrów kwadratowych (w tym Błonia). Dziś od siebie do mojej siostry jadę tramwajem ponad pięćdziesiąt minut.



Autorka: Anna Kaczmarz, źródło: Dziennik Polski
Deweloper budujący obecnie mieszkania na terenie dawnego browaru, nieopodal wspomnianego wiaduktu nad ulicą Lubicz, reklamuje swoją inwestycję hasłem: "Najbardziej prestiżowy adres w Krakowie". Z takim twierdzeniem można oczywiście dyskutować (moim zdaniem najbardziej prestiżowy adres w Krakowie to Wawel - tak, są tacy, którzy są tam zameldowani), ale nie wydaje się ono już tak bardzo absurdalne, jak jeszcze sto lat temu. Oddaję głos autorowi:
   Dowiedziałem się przy okazji, iż wiadukt ów, wsparty na 16 kamiennych kolumnach, zbudowany w latach 1896-1898 był pierwszym cywilnym dwupoziomowym skrzyżowaniem w naszym mieście i największym tego typu założeniem drogowo-mostowym na ziemiach polskich pod zaborem austriackim. Projekt inwestycji przygotowali specjaliści austriackich kolei państwowych, które również sfinansowały budowę, asygnując na nią niebagatelną kwotę ponad pół miliona koron. Wykonanie powierzono znanemu krakowskiemu architektowi Teodorowi Talowskiemu. Do czasu budowy wiaduktu ulica Lubicz krzyżowała się z torami kolejowymi na jednym poziomie, co bardzo utrudniało ruch.
   Dzięki przepustowi pojazdy i mieszkańcy Krakowa mogli już bez przeszkód, nie bacząc na ruch pociągów przedostać się na drugą stronę kolejowego szlaku. Była to zatem inwestycja bardzo ważna dla miasta. Pociągnęła za sobą jednakowoż pewną dolegliwość - skądinąd nieuniknioną, a wynikającą z bliskości dworca, który przyciąga jak magnes różnego autoramentu podejrzane osobistości. ["Nocne życie pod wiaduktem", str. 69]
Z rozbawieniem przeczytałam, że w jednej z nobliwie dziś wyglądających kamienic przy ul. Lubicz, dokładnie w miejscu, w którym przez pewien czas pracowała moja siostra, mieścił się kiedyś "wyszynk najpodlejszej kategorii", do którego w pierwszej kolejności kierowali swe kroki policjanci szukający sprawcy jakiegoś przestępstwa. 
Również Pawia nie była miejscem szczególnie przyjemnym - znajdował się przy niej najbardziej obskurny dom publiczny. Lokalizacja dla tego rodzaju działalności była świetna, nie tylko ze względu na bliskość dworca - z felietonu pana Rogoża dowiedziałam się, że w budynkach należących dziś do Politechniki Krakowskiej znajdowały się koszary wojskowe, podobnie zresztą jak przy Rakowickiej i na Olszy.
Była to więc dzielnica uciech, równie tanich co niewyszukanych, krakowski "trójkąt bermudzki" - gdzie ludzie i portfele po zapadnięciu zmroku przepadali bez wieści. A wszystko to pod bokiem krakowskiej policji, która miała swą kwaterę nieopodal, przy ulicy - nomen omen - Zacisze.
   Wszystkie szlaki tych nocnych - czy to z konieczności, czy z własnego wyboru - marków: podróżnych, pijaków, amatorów nocnych rozrywek, złodziei, nożowników, prostytutek krzyżowały się w sposób naturalny w podziemnym przejściu pod wiaduktem. [j.w. str 71]
Wiadukt i przejście pod nim zostały kilka lat temu odnowione. Zresztą dzięki budowie nowego dworca PKS, usunięciu tych wszystkich budek sprzed dworca PKP (przynajmniej z terenu obecnego Placu Jana Nowaka-Jeziorańskiego) i renowacji kolejnych kamienic okolica dużo zyskała na estetyce. Pozytywny efekt zrównoważyło, a może nawet przeważyło, wybudowanie Galerii Krakowskiej, która pasuje tam jeszcze mniej niż Bunkier Sztuki do Plant. Zresztą jeden z felietonów dotyczy właśnie tego miejsca przy Placu Szczepańskim - pan Rogóż pisze o pożarze znajdującej się tu kiedyś secesyjnej kawiarni Drobnera.



Wspomniałam, że niektóre teksty traktują o trudnym życiu krakowskich rzemieślników i robotników. Ci ludzie zapracowywali się niemal na śmierć. W latach 1898-1899 przeprowadzono wywiady z robotnikami reprezentującymi różne zawody. Pytano o zarobki, czas pracy, warunki, bezpieczeństwo itd.
Jeden z ankietowanych, zatrudniony w piekarni w Czarnej Wsi (dziś to część Krakowa - przyp. E.), zapodał, że praca trwała tam od 9 wieczór do 6 po południu, z przerwami. W czasie przerwy nie wolno było jednak wychodzić do domu, więc spało się we wspólnym łóżku. W innej piekarni, ankietowany, który dostarczał o niej wiadomości, pracował od 7.30 wieczorem do 4 po południu, tak że nie wracał po kilka dni do domu. Odpoczywał tylko w nie dzielę od 9 rano do 6, 7 wieczorem. Wszystko to za 8 złr. tygodniowo. ["Stare dobre ciężkie czasy", str. 33]
Powszechnym zjawiskiem było pracowanie również w niedzielę i święta, przy czym wcale nie dotyczyło to tylko najsłabiej wykwalifikowanych robotników czy czeladników. W niedzielne przedpołudnie funkcjonowały sądy, a wyżsi urzędnicy zostawali w pracy tyle, ile "służba wymaga", co często oznaczało pracę po godzinach, nawet w święta.

Nielekko miała też służba domowa. Autor przytacza historię niejakiego Karola Pochwalskiego ("Jak kelner Karol po Europie podróżował"), który pokłócił się z pracodawcą i uciekł z jego domu. Adwokat Balka (ów pracodawca) zwrócił się do policji, żeby Pochwalskiego aresztować i "odstawić na powrót do obowiązku". Policja stanęła - wyjątkowo - na wysokości zadania, delikwenta odnalazła i wychłostała, oczywiście dopiero wtedy, kiedy lekarz orzekł, że zbieg jest zdrowy. Odprowadzono Pochwalskiego do mecenasa, który pokwitował jego odbiór.
W obowiązującym jeszcze w roku 1890 regulaminie dla sług domowych w Galicji, w paragrafie 8 czytamy: "jeśli sługa wzbrania się wstąpić w służbę to stosownie do zachodzących okoliczności trzeba go ukarać i na żądanie służbodawcy nawet użyciem środków przymusowych zniewolić do wstąpienia do służby". [str. 209]
A jeśli już o służących mowa, dowiedziałam się z tej publikacji, że "na przełomie XIX i XX stulecia w każdy pierwszy i piętnasty dzień miesiąca pod pomnikiem (Mickiewicza - przyp. E) odbywał się też swoisty targ niewolników" ("Dziewczęta spod Mickiewicza"). Pod Adasiem panie domu, które szukały służącej, mogły przebierać w tłumie dziewczyn i kobiet, które nie miały wyjścia. Teoretycznie było to nielegalne, "służbodawczynie" powinny korzystać z pośrednictwa biur "stręczenia sług", ale praktyka była właśnie taka.



Dzięki tej lekturze zrozumiałam, co miał na myśli Boy, kiedy pisał o nocnym stróżu z halabardą. Okazuje się, że w Krakowie mniej więcej do 1907 roku przetrwała instytucja stróżów nocnych, wywodząca się z formacji porządkowej istniejącej w tym mieście od ok. 1627 roku. Na przełomie XIX i XX wieku było ich około dwudziestu i odgrywali już tylko niewielką rolę. Mieszkali wraz z rodzinami w zrujnowanych basztach i bramach miejskich, na służbie nosili halabardy, co już wtedy wyglądało niedorzecznie, ale dodawało nocnemu Krakowowi swoistego klimatu. Tak ich wspominał Boy w "Prawym brzegu Wisły":
W dzień jeszcze Kraków miał jakieś pozory życia, nie bardzo zharmonizowanego zresztą z jego murami; za to w nocy mury brały władztwo nad człowiekiem. Z uderzeniem dziesiątej krakowianin, oszczędny z musu, chronił się do domu przed godziną tradycyjnej s z p e r y, oszczędzając na stróżu niemniej tradycyjną s z ó s t k ę. Zdąży, nie zdąży... Zdążył: zdyszany dopadł bramy, zanim niechętnie spoglądający na ten wyścig stróż zdołał ją zamknąć, i za chwilę już wydzwaniały ową dziesiątą cztery wieżowe zegary, otrębywał ją hejnał mariacki na cztery strony maleńkiego świata. Na opustoszałej ulicy zostawał jedynie policjant i ta samotna „kokotka”, której – jak opiewała jedna z piosenek Szopki krakowskiej – nie pozostawało nic, jak rozkochać się w romantycznym pięknie tego miasta umarłych. Ale niebawem wsiąkała w mury i ona, wyłaniał się stróż nocny z halabardą, można było mniemać, że się jest, het, w wiekach średnich. [wolnelektury.pl]

Na starość staję się coraz bardziej sentymentalna, a poza tym lubię czytać o przeszłości miejsc, które znam, więc lektura książki pana Rogoża sprawiła mi niemałą przyjemność. Miałabym jednak kilka uwag co do jej strony, że tak powiem, technicznej. Rozumiem, że trudno jest edytować i redagować własne teksty (przypuszczam, że pan Rogóż robi to samodzielnie, bo jest właścicielem wydawnictwa, a nie podano w książce informacji o korekcie i redakcji w wykonaniu innych osób), ale jednak literówek jest trochę za dużo; tu i ówdzie poprawiłabym również interpunkcję. Poza tym w egzemplarzu, który wypożyczyłam z biblioteki, kilka stron było wklejonych w niewłaściwej kolejności. I to "pisze na nim" (chodzi o bilet) na str. 228... 

piątek, 28 czerwca 2013

WCZORAJ-DZIŚ-JUTRO

Tytuł: Wczoraj - dziś - jutro (wybór felietonów)
Pierwsze wydanie (tego zbioru felietonów): 1973
Autor: Bolesław Prus
Wybór, przedmowa, przypisy: Zygmunt Szweykowski
Wydawnictwo: PIW
Stron: 390


Być może Bolesław Prus rzeczywiście wielkim pisarzem był, ale z tego zbioru felietonów bynajmniej to nie wynika. W każdym razie jego styl wydał mi się nieco zbyt ciężkostrawny nie tylko w odniesieniu do współczesnej publicystyki, ale choćby w porównaniu z o jedno pokolenie młodszym Boyem-Żeleńskim. Za grzecznie, zbyt oględnie, z poczuciem humoru, jakie spotkać można było sto lat temu na imieninach wiekowej cioci. Tak właśnie pisał swoje felietony Prus, bo też takie były widocznie gusta i potrzeby ówczesnych czytelników prasy. Poza tym  (znowu - w przeciwieństwie do Boya) nieco zbyt bałwochwalczo, jak na mój gust, traktował uznane autorytety: niemal klękał przed Sienkiewiczem i Mickiewiczem (przytoczenie w jednym felietonie ponad dwudziestu aforyzmów naszego wieszcza lub przez niego przetłumaczonych to jednak pewna przesada). Nie mam natomiast do niego pretensji za niektóre rozwlekłe odrobinę opisy - dziś nie musiałby porównywać "formy fabryki" w Zawierciu do grzebienia z wyłamanymi zębami, zamiast tego w artykule znalazłaby się fotografia.

Zbiór zawiera trzydzieści sześć felietonów, z których najwcześniejszy pochodzi z 1877 roku, a najpóźniejszy z 1912. Niektóre dotyczą spraw, którymi dziś trudno się doprawdy zainteresować - jakieś artykuły prasowe, dawno przebrzmiałe polemiki, sztuki teatralne, o których nikt już dziś nie pamięta... Dzięki obszernym przypisom można się mniej więcej zorientować co do sedna problemu, ale trzeba dużo samozaparcia, żeby wniknąć w szczegóły.


Przebrnęłam przez tę książkę bez większej czytelniczej satysfakcji, ale kilka tekstów zasłużyło jednak - z różnych względów - na wspomnienie o nich. 

Zainteresowała mnie dosyć, przyznaję, relacja z podróży do Wieliczki [Kartki z podróży (Wieliczka), "Kurier Warszawski" 1878]. Może dlatego, że kilka razy już się tam wybierałam, ale coś jednak zawsze stawało na przeszkodzie (zwykle wrodzona inercja). W każdym razie przypuszczam, że dziś zwiedzanie jest bardziej egalitarne niż w czasach Prusa:
Trzeba wiedzieć, że klasy istnieją nie tylko w społeczeństwie, urzędach i gimnazjach, ale nawet w zwiedzaniu kopalni. Kto chce ją oglądać pierwszą klasą przy iluminacji i dźwiękach muzyki, ten płaci 65 reńskich - za kilka zaś reńskich dostanie tylko jednego przewodnika z jednym kagankiem. Łatwo pojąć, że im więcej zbierze się osób, tym snadniej złożyć się mogą na pierwszą klasę. Łatwo też odgadnąć, że truchlałem na myśli, co ze mną będzie, jeżeli stanę do apelu sam jeden?
Trzeba by się może spoufalić z drugą klasą...  Udało się Prusowi tego nieszczęścia uniknąć, bo amatorów zwiedzania kopalni z towarzyszeniem kolorowych ogni i dźwięków orkiestry było więcej. Po włożeniu w Szybie Daniłowicza "czapeczki austriackiej" (?) i płóciennego szlafroczka panowie i damy podążyli za przewodnikami w głąb ziemi.

Szyb Daniłowicza w Wieliczce
Prus podejmował i poważniejsze tematy. Ujmował się za ludnością wiejską i robotnikami, postulował wprowadzenie zmian, które stopniowo poprawiałyby sytuację "klas pracujących". Były to propozycje bardzo konkretne, bo różnie się temu autorowi w życiu wiodło - przez pewien czas sam pracował jako robotnik w fabryce, wiedział więc dobrze, o czym pisze.
W większej części kronik wspominam o kwestiach dotyczących robotników. Od siedmiu lat nie ma prawie tygodnia, ażebym nie zrobił wzmianki o potrzebie szkół fachowych, kas oszczędności, kas emerytalnych, lombardów, tanich mieszkań, fabrycznych sklepów, słowem - o tysiącach rzeczy mających na celu zmniejszenie biedy i podniesienie dobrobytu ważnej i uczciwej klasy robotniczej. [W imieniu klas pracujących, "Kurier Warszawski" 1881]
Gdybym się urodziła sto lat wcześniej, też pewnie byłabym socjalistką - oczywiście, o ile po wieczornym oprzątaniu starczyłoby mi na to czasu i sił:).


Ciekawy był też felieton pt. Szynk i społeczne zepsucie (również "Kurier Warszawski" 1881), w którym Prus protestuje przeciwko planom odebrania szynków Żydom. Jego zdaniem kolejne zakazy i nowe ustawy nie poprawią sytuacji robotników i chłopów, którzy w takich przybytkach tracą pieniądze i zdrowie. Postulował stworzenie w miastach kramów, w których ludzie niemajętni mogliby kupić tanio herbatę; domagał się również lepszej edukacji ludności wiejskiej, zwłaszcza nauki rzemiosła, które zapewniłoby chłopom zajęcie (zimą) i dodatkowy zarobek.
Dajcie ludowi możność pić piwo i herbatę, a sam przestanie pić wódkę.
No jasne.

Prus był naiwnym racjonalistą. Uważał, że większość problemów (społecznych) można rozwiązać na długiej niekiedy i wyboistej, ale prostej drodze reform: diagnoza, wybór środków zaradczych, wprowadzenie ich w życie. W chwilach słabości dostrzegał jednak drobną przeszkodę: naturę Polaków.
Nurtuje nas jakaś niemoc; ale nie tylko młodzież jest nią dotknięta. Niemoc tę czuje się wśród wszystkich klas, we wszystkich dziedzinach życia narodowego. Nędza obok zbytku, bandytyzm obok wyzysku, handel polskimi kobietami i bezładna emigracja pracowników, napływ nowożytnych hunnów, zwanych "litwakami", i wyślizgiwanie się majątku nieruchomego z rąk polskich, powszechna ciemnota i chorobliwa literatura, podkopywanie uczuć religijnych i lekceważenie nauk ścisłych, mała pracowitość w ogóle i prawie cisza o polskich odkryciach czy wynalazkach, oto obraz naszego bytu, malowany może zbyt jaskrawo, lecz nie bardzo odbiegający od rzeczywistych stosunków. [Od upadku do odrodzenia, "Tygodnik Ilustrowany" 1912]
Remedium na ten przykry stan miałyby być według niego "praca organiczna" (a co za tym idzie - cywilizacyjny, kulturalny rozwój całego narodu), a przede wszystkim zjednoczenie Polaków wokół jednej wspólnej idei i celu - urzeczywistnienie cząstki Królestwa Bożego na Ziemi. Prus rozwija tę myśl w swoim felietonie, mnie się nie chce.


Warto też przejrzeć tekst o zaćmieniu Słońca w 1887 roku. Zjawisko to wywarło na Prusie duże wrażenie, co niewątpliwie znalazło odbicie w pamiętnej scenie z "Faraona". Wybrał się wtedy pociągiem do Mławy, zresztą wraz z "całą Warszawą", bo pas całkowitego zaćmienia przebiegał wtedy przez Wielkopolskę, Kujawy, Mazury i Wileńszczyznę (źródło). Ci, którzy nigdzie wybrać się nie mogli, kupowali przynajmniej "okopcone szkiełka".

Kadr z filmu "Faraon" (źródło)
Prus, jak to on, nie poprzestał na opisie podróży i samego zjawiska. Najpierw wyjaśnił czytelnikom na kilku obrazowych przykładach naturę zaćmienia, potem napomknął o wycieczce w Tatry, o współpasażerach w pociągu, przytoczył kilka dygresji geograficznych i metafizycznych, dodał do tego kilka obrazków rodzajowych.

Nie przypominam sobie, co dokładnie myślałam stercząc na balkonie w 1999 roku ze specjalnie na tę okazję nabytą szybką spawalniczą, nic mądrego zapewne, natomiast Prus odczuł zaćmienie bardzo głęboko:
Chodzę, siadam, przypatruję się niebu i ludziom na tamtym wzgórzu, lecz nie mogę sobie znaleźć miejsca ani rozrywki. Nie jest to strach; jest raczej świadomość jakiegoś rozbratu między myślą i uczuciami. Skąd ten niepokój? Czy z zaćmienia?... Ależ takie zaćmienie można widzieć przed każdą burzą, która w tej chwili nie grozi. Czy niebezpieczeństwo?... Niebezpieczeństwa nie ma, to chyba zrozumie każde dziecko.
   Więc co mnie dręczy? Oto, w świecie czuję brak odpowiednich współistnień, dysharmonię, a w umyśle - brak odpowiednich definicji. Jest niby ciemno, a jednak wszystko widać; jest mrok burzowy, lecz obłoki nie mają burzowego wyglądu. Oczy moje coś widzą, ale ja nie umiem tego określić. Brak mi nawet porównań. Tylko wielki żal, który rozpiera mi serce, może znaleźć porównanie. Gdyby konający widział własną twarz, doznałby zapewne tego smutku, jaki się ma patrząc na stopniowe zamieranie światła.
   A jednocześnie czujesz inny żal: że ten widok skończy się tak prędko! [Wędrówka po ziemi i niebie, "Kurier Codzienny" 1887]

Siłą rzeczy zainteresowały mnie też felietony pośrednio związane z Krakowem: Wystawa projektów na pomnik Mickiewicza ["Kurier Warszawski" 1885] i tytułowy Wczoraj - dziś - jutro ["Tygodnik Ilustrowany" 1910]. Oba teksty, zwłaszcza ten pierwszy, są raczej nudnawe, ale przynajmniej dowiedziałam się, że fundatorem Pomnika Grunwaldzkiego na Placu Matejki był Paderewski.


Prus miał na pewne sprawy dość postępowe jak na tamte czasy poglądy, ale z pewnością nie dotyczyło to miejsca kobiety w społeczeństwie. W dodatku był, zdaje się, rasistą. Potrafił wczuć się w rolę chłopa i robotnika, trudno mi więc zrozumieć, dlaczego nie dostrzegał problemów pań i innych dyskryminowanych grup.
   Naród przecie nie jest histeryczną babą, która wobec nieszczęścia dostaje nerwowego ataku, naród powinien być siłą męską, która gdy nie może obronić się, przynajmniej zaciska zęby i milczy. W żadnym zaś wypadku nie robi widowisk, które zarówno nieprzyjaciół, jak i obojętnych widzów wprowadzałyby w dobry humor.
   Klęska materialna czy moralna może spaść na każdy naród i prędzej lub później, na takiej czy owakiej drodze może być powetowana. Ale ataków histerii społecznej nie powetuje nic, bo one nie tylko marnują siły narodowe, nie tylko zaszczepiają nałogi niebezpieczne, ale - co najokropniejsza - świadczą jakby o rasowej niższości społeczeństwa.
   Anglika cechuje nie erudycja albo lotność umysłowa, ale raczej daleko sięgająca przezorność i wytrwała, niczym nie pokonana energia; gdy tymczasem rasy niższe na przykład Murzyni, odznaczają się nadmierną wrażliwością, brakiem przezorności tudzież brakiem energii, która ciągle odnawiałaby się i nieustannie dążyła do raz zamierzonego celu. [Chochoł nowej guberni, "Tygodnik Ilustrowany" 1912]

Podsumowując - lektura dla wytrwałych:).

czwartek, 5 kwietnia 2012

REFLEKTOREM W MROK

Tytuł: Reflektorem w mrok. Wybór publicystyki
Autor: Tadeusz Żeleński (Boy)
Wybór, wstęp i opracowanie: Andrzej Z. Makowiecki

Wydawnictw: PIW, 1978
Seria: Biblioteka klasyki polskiej i obcej
Stron: 653

Ocena: 5/5


Tadeusz Żeleński odczuwał, wydaje mi się, nieustającą potrzebę zabierania głosu, wygłaszania opinii, zajmowania stanowiska. Postawa często spotykana, zwłaszcza w naszych czasach, kiedy opinia "eksperta" albo celebryty właściwie zastąpiła już informację.

Również Boy poruszał tematy, w których nie był fachowcem. Robił to z pozycji człowieka wykształconego, doświadczonego, nieobojętnego na to, co się wokół niego dzieje, racjonalisty. Przecież nie trzeba się specjalizować w prawie karnym, żeby krytykować karę śmierci, tak jak nie trzeba być pedagogiem, żeby uznać, że nauka religii w szkole nie ma sensu. Oczywiście - niektóre zagadnienia trochę spłaszczał, ale przecież co do istoty problemu miał na ogół rację.

"Reflektorem w mrok" to wybór artykułów/felietonów/esejów Żeleńskiego, które w okresie międzywojennym ukazywały się najpierw w prasie, a potem większość z nich wydawano w postaci książek. Tu podzielono je na bloki tematyczne:
  • Młoda Polska, Przybyszewski, Wyspiański
  • Dziewice konsystorskie i okupanci w sutannach
  • Piekło kobiet i zaułki paragrafów
  • "Ludzki obyczaj ciekawy jest nadzwyczaj..."
  • Literackie prowokacje
  • O języku nie całkiem serio
Z tekstów skupionych w tym pierwszym bloku wyłania się obraz Młodej Polski zupełnie inny niż ten zapamiętany przeze mnie z lekcji polskiego. "Istotnie, mówić o oddziaływaniu Przybyszewskiego nie mówiąc o alkoholu, to byłoby tyle, co pisać dzieje Napoleona, a nie wspomnieć o wojsku". Właśnie.
Żeleński wspomina barwną cyganerię krakowską z przełomu wieków, klimat ówczesnych kawiarni, działalność Zielonego Balonika, premierę "Wesela". Wiele miejsca poświęca Stanisławowi Przybyszewskiemu, którego przyjazd do Krakowa w 1898 roku zelektryzował miasto. W "Znaszli ten kraj?..." przytacza taką scenę:
Oto melodia, która mi się przyplątała mimo woli i która mnie prześladuje od chwili, gdy zamierzyłem dalej snuć swoje wspomnienia na marginesie Moich współczesnych Przybyszewskiego. I widzę bardzo wyraźnie taką scenę. Świt, filująca lampa dogasa, okno balkonu otwarte na ogród, z którego wnika chłód poranka i ćwierkanie ptaszków. Stach śpi głęboko w fotelu, cała jego gromadka, z zielonkawymi twarzami, kipi porozkładana, gdzie tam któremu padło, a w środku, pod stołem, leży młody medyk Szyszka, muzykalny jak Cygan, i rżnie może od godziny na skrzypcach Znaszli ten kraj Moniuszki. Gra leżąc z głową wspartą o pustą flaszkę i raz po raz trąca smyczkiem o blat stołu, co oryginalnie rwie na strzępy tę płynną melodię, bogacąc ją kaprysem niespodzianek. Obok mnie Ludwik Janikowski, ze swoją genialną trupią czaszką, zanosi się od płaczu siedząc na podłodze. Zdaje się, że popłakujemy wszyscy, ale on szlocha, ryczy... A Szyszka gra i gra, aż wreszcie zmęczona ręka grajka wypuściła smyczek, zrobiło się cicho, Janikowski siorbał tylko nosem, i tylko ćwierkanie ptaszków, i chrapanie Stacha... [str. 75]
I jeszcze jeden cytat:
Kawiarnie miały rozmaite stopnie. Jedne sale otwarte były dla wszystkich, inne tylko dla wybranych, jak ów słynny „Paon”. Tam było pianino, były przybory malarskie, tam Przybyszewski genialnie fuszerował Szopena, a Wyspiański, zawsze poważny, zamyślony, zwykł był przypinać papier do blejtramu i kreślić swoje uduchowione portrety.
Ale nadmiar życia nie dał się zamknąć w ciasnej sali, przelewał się na ulice. I dopiero od czasu, jak wdarła się do niego sztuka, pokazało się, że ten i mały, smutny Kraków jest cudownym miastem, że trudno by wymarzyć piękniejszą ramę dla tych nocnych biesiad i wędrówek. Młodzi cyganie nie umieli się rozstać z sobą o żadnej godzinie, koczowali po kawiarniach, snuli się, mówiąc wiersze, nocami po starych zaułkach i ulicach, tłukli się do bram Wawelu, zmieniali, dzięki uprzejmości gospodarza, w swoje obozowisko skład fortepianów w Krzysztoforach, gdzie długie rzędy czarnych zwierzów szczerzyły w nocy fantastycznie swoje białe uzębienie... „Świt już, świt... już gasną latarnie... Ta noc czy mi ujdzie bezkarnie, czy nie sięgnie za zapłatę po życie...” – pisał młodziutki wówczas i wątły Perzyński. Czasem rewolucjonizowano mieszkania szanownych obywateli krakowskich, czasem zapraszano przez okno obcych ludzi z ulicy. Czasem zdarzało się, że jeden z wędrowców, obejmując rękami gruby kasztan na plantacjach, wołał drugiego na pomoc naiwnymi słowami: „Potrzymaj drzewko, bo się chwieje...” Z nastaniem nocy Kraków zmieniał się w miasto z nieprawdziwego zdarzenia. Kraków odrabiał cyganerię za cały wiek i za całą Polskę. 
[Cygan nieznany, str. 57-58]
Nie uznaję pijaństwa, ale z dwojga złego wolałabym, żeby wieczorem po "plantacjach" włóczyli się schlani artyści niż - jak obecnie - pijana smarkateria i brytyjska żulerka. No ale dość dygresji. Żeleński upstrzył relację o tamtych czasach anegdotami o ludziach, którzy współtworzyli krakowską bohemę. I wcale nie byli to sami artyści. Np. taki Zdzisław Gabryelski - "meloman, filozof i oryginał, zarazem właściciel największego w Krakowie składu fortepianów", ciekawie opisany w "Fortepianie Stacha".

Żeleński przytacza te wspomnienia nie tylko z sentymentu do lat młodości. Te felietony to, jak sądzę, kolejny element prowadzonej przez niego kampanii odbrązawiania pisarzy. Nie chciał, żeby i jego znajomi jawili się kolejnym pokoleniom zastygli w pomnikowych pozach.
Polska była podobno zawsze krajem „indywidualistów”, mamy też w każdym pokoleniu indywidualności ciekawych sporo i życie artystyczne dość bujne, ale ubożymy je nie umiejąc się z nim obchodzić. Z dwojga złego raczej „plotka” niż kanonizacja, raczej artysta w szlafroku niż w brązie na co dzień! Z pewnością szlafrok będzie bliższy prawdy od pomnika i lepiej pozwoli nam zrozumieć żywego człowieka. Historia bez anegdoty, to kuchnia bez soli. Nie umiemy żyć z literaturą po prostu, jak z przyjacielem, jak z kochanką; obcałowujemy ją po rękach jak matronę albo biskupa. Każde proste słowo, każdy żart brane są za złe i wykładane opacznie, jak gdyby uśmiech nie był bardzo naturalną formą obcowania duchów. [Cichy jubileusz, str. 51]
Najsłynniejsze były obrachunki Boya z Mickiewiczem i Fredrą. Poproszono go napisanie przedmowy do "Dzieł" Mickiewicza. I wtedy, i teraz wiadomo, że Mickiewicz wielkim poetą był, więc Żeleński zajął się tymi fragmentami jego życiorysu, które dotąd przeważnie skrzętnie pomijano, bo nie pasowały cokolwiek do wizerunku wieszcza.
Mickiewicz był to posąg z brązu w naszym narodowym kościele: czuwano pilnie, aby na tym posągu nie było rysy. [str. 463]
[...]
Życie ma swój patos i ma swój komizm, i dopiero te dwie rzeczy razem dają pełnię prawdy.
Tak, jednolitość posągu osiągnięto nieco sztucznie. Tymczasem wspaniały tragizm jego życia leży nie w jednolitości, ale w jego walkach i rozdarciach. Nie ma potrzeby go powiększać ani upiększać; jest dość wielki i piękny. Mickiewicz to nie posąg; to człowiek ze swymi wzlotami i upadkami, to wielki twórca, którego nieszczęścia ojczyzny wzbiły na najwyższy szczyt i złamały go na nim [str.466]
[Mickiewicz a my]
Nieco inaczej Boy postąpił z Fredrą - zajął się nie tyle jego życiorysem, ile raczej analizą  twórczości. Współcześni literaturoznawcy nie znajdą w niej pewnie niczego odkrywczego, ale mnie, amatorce, wydały się orzeźwiające.


Nie samą literaturą Tadeusz Żeleński żył. Choć my nazywamy czasy, w których trudnił się publicystyką, dwudziestoleciem międzywojennym, to dla Boya i jemu współczesnych był to okres powojenny, lata odbudowy i scalania niepodległego wreszcie państwa. Żeleński obserwował i z entuzjazmem opisywał gwałtowne przemiany obyczajowe, wierzył w jakiś ogólnonarodowy, zgodny, wspólny pęd ku lepszemu, ramię w ramię...
Takie rzeczy to nie u nas.

W granicach II Rzeczpospolitej znalazły się ziemie należące do niedawna do trzech zaborów, a więc podlegające trzem różnym systemom prawnym, mniej lub bardziej restrykcyjnym. Ich ujednolicaniem zajmowała się Komisja Kodyfikacyjna. Jej działalność, zwłaszcza w zakresie tworzenia przepisów dotyczących ślubów cywilnych, rozwodów, aborcji i kary śmierci, była szeroko komentowana, również przez Boya.

Uważał on, że prawo powinno nadążać za przemianami społecznymi i dopuszczać możliwość ślubów cywilnych, rozwodów i aborcji - również ze względów społecznych. Co więcej: państwo i prawo powinny być świeckie! Nawet dziś dla wielu osób, zwłaszcza duchownych, to wcale nie jest takie oczywiste, a co dopiero wtedy! Żeleński nie krył się ze swoim antyklerykalizmem.
Ewolucja, którą przechodzimy, zasługuje na to, aby ją śledzić z cała bacznością. O k u p a c j a  kraju, o której nieraz mówiłem, postępuje. Dzieje się to zwłaszcza dzięki osobliwej konfiguracji frontów politycznych. Jeżeli Sienkiewicz w Potopie porównał Rzeczpospolitą do postawu czerwonego sukna, które sobie wydzierają królewięta, to dziś można by powiedzieć, że wszystkie bez wyjątku partie wydzierają sobie czarną połę sutanny.
[Ku czemu Polska idzie..., str. 226] 
Czy to nam czegoś nie przypomina?
Jednym z najpospolitszych sposobów, używanym od niepamiętnych czasów, jest wmówienie w publiczność, że nie to jest niemoralne, co niemoralne stosunki stwarza, ale że niemoralny jest ten, który je ujawnia i wskazuje. A drugi sposób to utożsamienie sprawy księżej ze sprawą Boga, kleru z religią. Ale to zużyty sposób.
[Rozmyślania wielkopostne, str. 193] 
I tu się Boy mylił. Sposób ten nadal stosuje się, i to z powodzeniem.

Żeleńskiego oburzała buta, hipokryzja i pazerność duchowieństwa, które uzurpowało sobie prawo do wpływania na każdy niemal aspekt życia wiernych (i niewiernych). W cyklu felietonów pt. "Dziewice konsystorskie" piętnował obłudę i groteskę tzw. rozwodów kościelnych (właściwie: unieważnień małżeństwa), które ludzie zamożni mogli sobie po prostu kupić, choć rozwodom cywilnym kościół ostro się sprzeciwiał, w domyśle - bo łamały jego monopol na orzekanie o tym, co na ziemi jest nierozerwalne. Boy podpadł kościołowi również serią artykułów o aborcji, wydanych potem w zbiorze pt. "Piekło kobiet" (w poprzednim wpisie zamieściłam kilka cytatów). W dwóch tekstach ("Przedwiośnie" i "Literatura mniejszości seksualnych") wspomniał też o homoseksualizmie (choć tylko w męskim wydaniu), ale potraktował to zjawisko raczej jak ciekawostkę obyczajową.

Tadeusz Żeleński nie stronił również od mniej poważnych spraw. Pisał np. o karnawale "wczoraj i dziś", o zmianach w dziedzinie savoir-vivre'u, o ogłoszeniach drobnych, o zazdrości w małżeństwie, podrwiwał sobie z kodeksu honorowego Boziewicza, który regulował zasady pojedynkowania się (wznowiło go niedawno Wydawnictwo Bona, można go również przeczytać w PBI).

Zresztą, nawet jeśli kogoś nie interesują podejmowane przez Boya tematy, jeśli czasami irytuje go trochę nazbyt kokieteryjny styl czy pobrzmiewająca nieco fałszywie przesadna skromność, to i tak polecam mu lekturę tekstów Żeleńskiego - choćby dla przyjemności płynącej z obcowania z piękną polszczyzną. Zapewne to kwestia wprawy nabytej podczas tłumaczenia wybitnej literatury francuskiej, kwestia wyobraźni i słuchu; takie zwroty nie biorą się znikąd:

nieustanny głód podrażnień (str. 64)
ciekawy przykład "mimetyzmu" (czy jak się to nazywa), zawsze reprodukował czyjąś indywidualność, zwykle nie na jego miarę (str. 87)
tajemnicza czepność słów drastycznych (624)

 Itd. Pozazdrościć.

Pierwszy tekst w zbiorze to wygłoszony przez Tadeusza Żeleńskiego w wielu polskich miastach odczyt pt. "Jak zostałem literatem". Był kimś znacznie więcej - jedną z najwybitniejszych osobistości polskiej kultury.
Od początku roku jego twórczość należy do tzw. domeny publicznej. "Reflektorem w mrok" można sobie przeczytać w CBI lub kupić na allegro za parę złotych. Mam nadzieję, że wkrótce wszystkie teksty Boya będą równie łatwo dostępne.

***

Raz po raz w trakcie lektury trafiałam na uroczo staroświeckie nieznane słówko: eskamotować (zręcznie coś ukryć lub skraść), pazdur (1. pazur, 2. w budownictwie ludowym ozdoba z drewna umieszczana na szczycie dachu), sztrozak (?), rzadzizna (1. pot. o czymś bardzo rzadkim, 2. wada wewnętrzna odlewu w postaci drobnych pustek), butada (ekstrawagancki żart lub pomysł), fakunda (gadatliwość), fatydyczny (proroczy), preferans (rodzaj gry w karty), kraszuarka (spluwaczka), ażiotaż (spekulacja), prostracja (1. skrajne wyczerpanie nerwowo-psychiczne, 2. leżenie na brzuchu z rozłożonymi rękami, będące w chrześcijaństwie wyrazem pokory wobec Boga i głębokiej modlitwy), zaakaparować (przeciągnąć na swoją stronę), zaszłapane (?) itd. A wiecie, że w dwudziestoleciu międzywojennym garsonka była "popularnym określeniem dziewczyny wyemancypowanej i nowoczesnej (od tytułu powieści V. Margueritte'a La Garçonne, Chłopczyca, 1924)"?

czwartek, 30 września 2010

DZIENNIK POWROTU

Tytuł: Dziennik powrotu
Autor: Sławomir Mrożek
Pierwsze wydanie: 2000

Wydawnictwo: Noir sur Blanc
ISBN: 83-86743-84-0
Stron: 264

Ocena: 4/5

Gdzie nie spojrzę, tam Mrożek. Wydawnictwo Literackie tak zintensyfikowało kampanię reklamową związaną z opublikowaniem pierwszego tomu jego Dziennika, że aż boję się otwierać lodówkę, bo a nuż... Gdyby wydali trochę mniej na marketing, to może wtedy książka nie kosztowałaby prawie 70 zł.

W tym miejscu pozwolę sobie na krótką dygresję (mogę, w końcu ja tu rządzę;)). Może ktoś z Was, "którzy tu wchodzicie", pracuje w jakimś wydawnictwie i mnie oświeci - dlaczego wiele książek ukazuje się tylko w wersji deluxe? Dlaczego np. po miesiącu czy dwóch od premiery książki nie wydaje się jej w miękkiej oprawie, na trochę mniej białym papierze, ale w przyzwoitej cenie? Nie wiem, może to się firmie nie opłaca, w końcu nie jest instytucją charytatywną.
Całkiem dobrze mi się czytało "Mgły Avalonu" Marion Zimmer Bradley w starym, przeciętnym wydaniu - książka była o połowę chyba mniejsza, a już na pewno znacznie lżejsza... A tę nową ledwo wtaszczyłam na czwarte piętro, w dodatku nie da się jej czytać leżąc na plecach, bo na brzuchu tego tomiszcza przecież nie oprę, ani godzinami trzymała nie będę... Koniec dygresji.