Ponieważ wczoraj od rana lało niemal bez przerwy, nie wybrałam się na planowany spacer do biblioteki. Zrobiłam sobie, dla odmiany, dzień nicnierobienia, w co wpisuje się również - jako działanie całkowicie niekonstruktywne - tworzenie tekstów na blog.
Zainspirował mnie pomysł Zacofanego w lekturze, który zaprasza czytelników swojego blogu do stworzenia listy godnych polecenia książek dla młodzieży "napisanych przez polskich autorów i wydanych w latach 1945-1989". Większość tytułów zaproponowanych w komentarzach pod linkowanym wpisem zupełnie nic mi nie mówi, co sprawiło, że przez chwilę poczułam się znowu młodo:).
Nastolatką będąc pochłaniałam książki w ilościach hurtowych, stąd niewiele z nich utkwiło mi w pamięci na dłużej. Może to i dobrze, bo pewnie nie wszystkie były najwyższych lotów. Na pewno przeczytałam poważną część serii "Portrety", ale dziś nie umiałabym sobie przypomnieć ani jednej fabuły. Lubiłam powieści Siesickiej, Ożogowskiej, Bahdaja, serię o Tomku Wilmowskim Szklarskiego, "Zwyczajne życie" i "Nawiedzony dom" Chmielewskiej, "Pięć przygód detektywa Konopki" Domagalika, "Wielka, większa i największa" Broszkiewicza, natomiast nie wciągnęłam się jakoś w przygody Pana Samochodzika. Pod koniec podstawówki poznałam pierwsze tomy "Jeżycjady", co miało ten negatywny skutek, że wyobraziłam sobie, że kiedy będę już w liceum moje rozmowy ze znajomymi będą na poziomie dywagacji Grupy ESD. Nawet filozofów zaczęłam czytać. Rozczarowanie przyszło nieuchronnie:).
Lepiej zapamiętałam książki, które poznałam jako małe dziecko i to one wywarły na mnie większy wpływ. Rzadko ukazywały się na dobrym papierze, ale kolorowe zwykle ilustracje i tak były atrakcyjne na tle ówczesnej szarzyzny (zwłaszcza gdy się miało w domu tylko czarno-biały telewizor). Teraz jest mi na ogół wszystko jedno, jak wydana jest książka, którą czytam, ale dawniej przedkładałam obrazki nad ciekawą fabułę:). Postanowiłam przypomnieć sobie (i Wam) parę tytułów.
***
W drugiej połowie lat osiemdziesiątych większość moich rówieśników miała w domu te same tytuły (o ile w ogóle jakieś miała). Były to przede wszystkim kwadratowe książeczki z serii Poczytaj mi mamo (Nasza Księgarnia niedawno je wznowiła). Często widziało się też serię z Krasnalem - do dziś pamiętam niektóre ilustracje - np. z "Serca dzwonu" Marii Krüger, "Calineczki" Andersena, "Kwiatu paproci" Kraszewskiego...
![]() |
seria Poczytaj mi mamo |
![]() |
"Chory kotek" Stanisława Jachowicza |
![]() |
seria z Krasnalem |
Najbardziej lubiłam opowieści "O złotopiórym gołębiu", "O okrutnym carze, złotym dzbanie, kochającym synu i mądrym starcu", "Prządki złota" i "O mądrej Sałym-Chan". Najpierw czytała je nam mama i babcia, z czasem zaczęłyśmy radzić sobie same, a potem to my czytałyśmy te baśnie młodszym kuzynkom.
Pierwszą książką, którą przeczytałam sobie zupełnie sama, była "Królowa śniegu" Andersena wydana przez Naszą Księgarnię. To był prezent pod choinkę. Od razu rozłożyłam się na dywanie i zaczęłam czytać. Uwielbiałam ilustracje Srokowskiego! Również te z "Króla Maciusia I" Korczaka, chociaż były takie smutne.
Przepadałam też za "Bajkami Samograjkami" (umiałyśmy je z siostrą praktycznie na pamięć) i zbiorem "Tańcowała igła z nitką" Brzechwy.
A pamiętacie "Bajeczki z obrazkami" Sutiejewa? Bajeczki jak bajeczki, ale obrazki były świetne. Powycinałyśmy je sobie z tej książki:).
Czytywało się też "Koziołka Matołka" i komiksy o Kleksie, np. "Porwanie księżniczki":
Zdarzało się nam też sięgnąć po książeczki, powiedzmy, edukacyjne, np. "Jak Krak zbudował Kraków" Anny Świrszczyńskiej:
I komiksy, w których historię Polski opisywano w dwóch językach:
Niektórzy z Was pamiętają też może książeczki rozkładanki. Ja i moja siostra dostałyśmy po jednej od Mikołaja, który wręczał nam paczki po mszy, w salce katechetycznej (musiał to być zatem 1989 albo 1990 rok). Moja była o Kaczorze Donaldzie, a Agnieszki o Królewnie Śnieżce. Dziś po tych książeczkach nie został nawet ślad, ale wyglądały one mniej więcej tak.
Potem przyszła pora na pierwsze lektury szkolne. Tekst zaczął dominować nad ilustracjami, ale nadal zdarzały się w tych książeczkach świetne obrazki.
W pamięć wryła mi się "Oto jest Kasia" Miry Jaworczakowej. Książka edukacyjna o tym, że nie wolno być egoistą (również dla własnego dobra) i że trzeba opiekować się młodszym rodzeństwem - w przeciwnym razie będą cię wytykać palcami, tak jak na tej okładce.
W pamięć wryła mi się "Oto jest Kasia" Miry Jaworczakowej. Książka edukacyjna o tym, że nie wolno być egoistą (również dla własnego dobra) i że trzeba opiekować się młodszym rodzeństwem - w przeciwnym razie będą cię wytykać palcami, tak jak na tej okładce.
![]() |
"Czarna owieczka" Jana Grabowskiego |
![]() |
"O psie, który jeździł koleją"Romana Pisarskiego |
![]() |
"Kajtkowe przygody" Marii Kownackiej |
![]() |
"Plastusiowy pamiętnik" również autorstwa Kownackiej |
Niejednego Plastusia ulepiłam z plasteliny (najtrudniejsze były uszy), ale żaden nie miał tyle przygód co ten Tosiny. Albo miały one miejsce, kiedy akurat nie patrzyłam.
Mam w domu inne wydanie (nie mogłam znaleźć w sieci właściwej okładki), ale też z ilustracjami Szancera.
![]() |
"Pinokio" Collodiego |
![]() |
"Porwanie w Tiutiurlistanie" Wojciecha Żukrowskiego |
Stopniowo zabierałam się za książki, w których obrazków było coraz mniej. W pierwszej kolejności sięgałam po te, które były w domu. Wcześnie przeczytałam "W pustyni i w puszczy" (kto nie chciał być odważny jak Staś?), "Anię z Zielonego Wzgórza", "Akademię Pana Kleksa" i "Księcia i żebraka" Twaina.
Najlepiej dziś pamiętam właśnie te książeczki i książki, które były naszą własnością, bo mogłam do nich w każdej chwili wrócić. Niestety, znacznie później większość z nich pod moją nieobecność mama rozdała młodszym kuzynkom i kuzynom. Ech...
Już od pierwszej klasy podstawówki zachęcano nas do wypożyczania książek z biblioteki. Należało o nie dbać - w plecaku nosiło je się w specjalnej tekturowej teczce, a po jej wewnętrznej stronie wpisywało się listę przeczytanych książek - liczba ta świadczyła bardzo na korzyść ucznia (nauczycielka to sprawdzała).
*** *** ***
Oczywiście było tych książek znacznie więcej, ale napisałam o tych dla mnie najważniejszych. Jest też kilka takich, z których kojarzę tylko ilustracje, ale pojęcia nie mam, jaki mogły mieć tytuł ani kto je napisał.
***
Skoro już tak się rozpisałam o czytelniczym aspekcie mojego dzieciństwa (ktoś dotrwał do tego momentu?), to nie mogę pominąć jeszcze dwóch źródeł pochodzenia bajeczek: klisz do aparatu Ania (i znowu - wszyscy go mieli) i płyt winylowych z bajkami muzycznymi (o audiobookach nikt wtedy jeszcze nie słyszał;)).
![]() |
[źródło] |
Ten charakterystyczny zapach rozgrzanego od żarówki plastiku...
Szczególnie dobrze pamiętam "Jasia i Małgosię", "Słonia Trąbalskiego", "Trzech muszkieterów". W tej pierwszej bajce przerażała mnie Baba Jaga, mimo że była taka kolorowa; jej kukła w ludowej zapasce wisiała również na dworcu PKS w Kielcach, co pogłębiało we mnie tę traumę.
Z bajek muzycznych najcieplej wspominam "Pchłę Szachrajkę" Brzechwy w interpretacji m.in. Ireny Kwiatkowskiej. Dostępna jest w całości na youtube! Znaleźć tam można cały kanał poświęcony tego rodzaju bajkom. Bardzo polecam!
***
Na fali wspomnień, szukając w sieci książeczek z dzieciństwa, trafiłam na kilka miejsc, których gospodarze podzielają widocznie mój sentyment do staroci:
- blog To Dla Pamięci, który prowadzi jarmila09, subskrybuję od dawna; bardzo mi pomógł w stworzeniu tego wpisu
- blog Ze starej skrzyni malgorzaty722
- Książki z naszej półki. Kolekcja Hipopotama - głównie nowe książki, ale parę starych też się trafia
- Półeczka z książkami be.el - jw.
- diafilm.pl - tu znalazłam slajdy z bajek na kliszach
- szancer.blogspot.com - prywatna kolekcja pocztówek z ilustracjami Szancera
- wspomniane Bajki z płyt winylowych.