Impresje

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 3. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 3. Pokaż wszystkie posty

środa, 15 maja 2013

TRAFNY WYBÓR

Tytuł: Trafny wybór (The Casual Vacancy)
Pierwsze wydanie: 2012
Autorka: J.K. Rowling
Tłumaczenie: Anna Gralak
Ocena: 3+/5

Wydawnictwo: Znak
ISBN: 978-83240-2146-8
Stron: 505

Na ogół unikam powieści obyczajowych, bo ich tematem przewodnim są najczęściej rachityczne relacje międzyludzkie, co mnie raczej nudzi, ale ciekawa byłam pierwszej powieści Rowling dla dorosłych. Autorka nie wysiliła się na oryginalność: "Trafny wybór" traktuje o tym, że ludzie to idioci, którzy unieszczęśliwiają siebie i innych, a już zwłaszcza własne dzieci. Z drugiej strony czytało mi się tę książkę bardzo dobrze, szybciutko przewracałam kartki, żeby dowiedzieć się, co dalej, chociaż było jasne, że happy endu nie będzie. Nawet jeśli do jakiejś postaci los się na chwilę uśmiecha, to chyba tylko po to, żeby następnego dnia zrzucić jej na głowę cięższą cegłę. (Wyjątkiem jest Sukhvinder Jawanda, która musiała pociąć się żyletką i prawie utonąć, żeby rodzice przestali uważać ją za leniwe beztalencie i dostrzegli w niej końcu człowieka).

Bohaterowie powieści należą do dwóch społeczności, które dzieli niewielka odległość geograficzna, ale mentalny dystans między nimi jest na tyle duży, że stanowi barierę niemal nie do przebycia. Obywatele niewielkiego (fikcyjnego) miasteczka Pagford z wyższością pomieszaną ze strachem i odrazą patrzą na mieszkańców Fields, pobliskiego osiedla domków komunalnych, które na ich terenie kilkadziesiąt lat wcześniej wybudowała sąsiednia gmina Yarvil.

W końcu pojawia się szansa przekazania Fields na rzecz Yarvil, skąd całe to zło kiedyś przypełzło. Rada Gminy Pagford, która ma wydać w tej sprawie opinię, jest podzielona na dwa zwalczające się obozy. Nieformalnym przywódcą jednego z nich jest zamożny sklepikarz, a drugiego - Barry Fairbrother, powszechnie lubiany dyrektor lokalnego oddziału banku. Barry urodził się w Fields, ale dzięki nauce i ciężkiej pracy udało mu się awansować do klasy średniej i przeprowadzić do Pagford. Nie zapomniał jednak o swoich korzeniach i robił, co mógł, żeby mieszkańcom Fields pomóc. Ostro sprzeciwiał się połączeniu osiedla z Yarvil.

Tego wszystkiego dowiadujemy się z retrospekcji - Barry umiera już na drugiej stronie powieści i w Radzie Gminy powstaje wakat. Oba obozy mają swoich kandydatów na jego miejsce. Przy okazji wyborów wypłynie sporo brudów pranych do tej pory w domowych zaciszach - oprócz oficjalnego konfliktu o Fields, wszyscy toczą podjazdowe wojenki ze swymi najbliższymi, którzy lepiej niż ludzie postronni wiedzą, jak wbić wrogowi nóż w plecy.


Czytelnik już od pierwszych stron znajduje się w centrum wydarzeń, Rowling darowała sobie wstępną prezentację bohaterów. Fabułę poznajemy z perspektywy kilkunastu osób, przy czym najciekawsze są te fragmenty, w których świat dorosłych obserwujemy oczyma ich dzieci. Nie ma w tej powieści typowego głównego bohatera, choć niektórym autorka poświeciła nieco więcej miejsca niż innym. Poszczególne postaci wypadają autentycznie, Rowling musi być niezłą "psycholożką", nie do końca przekonujące jest może tylko nagromadzenie nieszczęść na kilometr kwadratowy. W trakcie lektury zastanawiałam się, CO jeszcze może przytrafić się Krystal Weedon i jej braciszkowi.

"Trafny wybór" może być ciekawym punktem wyjścia do dyskusji o społecznej solidarności (a raczej - o jej braku). Stawia pytania, sugeruje, ale nie daje ostatecznych odpowiedzi. I słusznie. W beletrystyce wolę taką "obiektywną" narrację od zaangażowanej, która kojarzy mi się z miejsca ze "Sprawą dla reportera", w której pani Jaworowicz przekrzykuje wszystkich (chcąc nie chcąc muszę czasami rzucić okiem na ten program, kiedy odwiedzam rodziców).

Może jakimś nadzwyczajnym stylem Rowling nie błysnęła, ale po raz kolejny udowodniła, że potrafi tworzyć interesujące, niebanalne opowieści. Dobra książka obyczajowa nie jest zła:).


niedziela, 28 kwietnia 2013

ZATRUTE CIASTECZKO

Tytuł: Zatrute ciasteczko (The Sweetness at the Bottom of the Pie)
Pierwsze wydanie: 2009
Autor: Alan Bradley
Tłumaczenie: Jędrzej Polak

Wydawnictwo: Vesper
ISBN: 978-83-61524-38-0
Stron: 366
Ocena: 3+/5


Prawdopodobnie wszyscy oprócz mnie czytali już tę książkę (i kolejne tomy serii), więc proszę nie spodziewać się po moim wpisie oryginalności. Zwłaszcza że nigdy nie była moją mocną stroną. Moją - raczej złą - stroną jest natomiast przywiązanie do pewnych schematów.

Więc najpierw o treści. Czas akcji: rok 1950. Miejsce: Anglia. Główna bohaterka: jedenastoletnia Flawia de Luce, inteligentna, rezolutna, odważna. I samotna, mimo że w starym rodzinnym dworze mieszka z ojcem, dwiema starszymi siostrami i ogrodnikiem. Ojciec zauważa istnienie córek tylko wtedy, gdy łamią ustalone przez niego zasady. Matka od wielu lat nie żyje. Z Dafne i Ofelią Flawia toczy nieustanne wojny, w których nie przebiera się w środkach (w użyciu bywają kneble, trucizny i złośliwe plotki). Większość czasu dziewczynka spędza w laboratorium chemicznym zmarłego wuja, znajdującym się w jednym ze skrzydeł budynku. Szczególnie interesują ją trucizny. Niezbyt wesołe dzieciństwo, prawda?

Kiedy na grządce ogórków znajduje umierającego mężczyznę, postanawia się wykazać i znaleźć mordercę jeszcze zanim zrobią to lekceważący ją początkowo policjanci. Nie muszę chyba dodawać, że świetnie sobie poradziła.

środa, 24 kwietnia 2013

MIASTECZKO MIDDLEMARCH

Tytuł: Miasteczko Middlemarch (Middlemarch: A Study of Provincial Life)
Pierwsze wydanie: 1871-1872
Autorka: George Eliot (Mary Ann Evans)
Tłumaczenie i przedmowa: Anna Przedpełska-Trzeciakowska

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
ISBN: 83-7255-810-8
Stron: tom I 499, tom II 467
Ocena: 3+/5



(SPOILERY)

Wydane po raz pierwszy w 1874 roku "Miasteczko Middlemarch" podobno wyróżniało się swego czasu realistycznym przedstawieniem angielskiej prowincji i wewnętrznych przemian bohaterów. Cóż, mnie o wiele bardziej podoba się opis francuskiej prowincji i jej mieszkanców w "Pani Bovary" (1856 r.), bo choć mam dla George Eliot dużo sympatii, to muszę jednak stwierdzić, że do poziomu Flauberta nawet się nie zbliżyła. Nie zamierzam tu porównywać obu tych powieści; to tylko luźne skojarzenie, które wzięło się stąd, że i w "Middlemarch" pewien młody lekarz poślubia kobietę, której nie jest w stanie zapewnić takiego poziomu życia, o jakim ona marzy, co oczywiście kończy się katastrofą, ale zupełnie innego rodzaju. Gdyby ktoś chciał się pokusić o jakieś analizy porównawcze, to sensowniej byłoby napisać o "Middlemarch" i "Portrecie damy" Henry'ego Jamesa.

środa, 11 lipca 2012

DZIENNIKI KOŁYMSKIE

Tytuł: Dzienniki kołymskie
Autor: Jacek Hugo-Bader
Pierwsze wydanie: 2011

Wydawnictwo: Czarne
ISBN: 978-83-7536-292-3
Stron: 318

Ocena: 3+/5


"Dzienniki kołymskie" czytałam w czasie, kiedy temperatura w cieniu przekraczała 30 stopni, ale dzięki tej książce na słupek rtęci spoglądałam z nieco mniejszą niż zwykle o tej porze roku dozą nienawiści. Schadenfreude, przyznaję się. 

Jacek Hugo-Bader wybrał się na Kołymę pod koniec września 2010 roku, ale w tamtym rejonie jesień podobniejsza jest naszym zimom, i to nie tym łagodnym. Trudno się tam żyje, więc i ludzi mieszka tam mało i z roku na rok coraz mniej. Wielu z nich to potomkowie dawnych zesłańców: więźniów politycznych i kryminalnych. Ci pierwsi byli zaprzęgani do niewolniczej pracy przy budowie infrastruktury i wydobyciu z wiecznej zmarzliny cennych surowców. Ucieczki były praktycznie niemożliwe, próby kończyły się prawie zawsze śmiercią lub ponownym uwięzieniem. Zresztą nie było dokąd uciekać, archipelag łagrów otaczało morze trudnych do przebycia nawet latem lasów i gór.

Na Kołymie wydobywano przede wszystkim złoto, które przewożono z obozów do portu w Magadanie tzw. Trasą Kołymską. Dziś biegnie ona nieco inaczej, jest dłuższa - liczy około dwa tysiące kilometrów, łączy Magadan z Jakuckiem; daleko jej do autostrady, ale od niedawna jest przejezdna nawet zimą. Tę właśnie drogę postanowił przebyć Jacek Hugo-Bader, żeby zobaczyć, jak się na tym cmentarzu żyje zwykłym ludziom.

Podczas trwającej około miesiąca podróży autostopem z Magadanu do Jakucka spotkał takich wielu, a niektórych opisał w tej książce. Wśród nich byli kierowcy ciężarówek, z których uprzejmości korzystał na co dzień, lokalni urzędnicy, miejscowi oligarchowie, poszukiwacze złota, drobni przedsiębiorcy, uzdrawiacze, dawni więźniowie, córka Nikołaja Jeżowa i rosyjska arystokratka. Hugo-Bader w Rosji bywał już nieraz, więc nawiązywanie kontaktów przychodziło mu łatwo, zwłaszcza że swoich rozmówców nie oceniał. W "Dziennikach kołymskich" przekazuje ich historie w takich wersjach, w jakich je usłyszał. Nagrywał je dyktafonem, więc nie miał potem problemu z odtworzeniem w książce sposobu mówienia swoich interlokutorów; zamieścił w niej również zdjęcia niektórych z nich, dzięki czemu łatwiej sobie te konserwacje wyobrazić.
Mój zasób wiadomości o Rosji jest bardzo skromny, a o obwodzie magadańskim i Jakucji nie wiedziałam do tej pory praktycznie nic, wiec parę rzeczy mnie zaskoczyło oczywiście - o ile można wyciągać jakieś wnioski na podstawie jednego reportażu.

Jest prawdą powszechnie znaną, że konsumpcja wódki w Rosji jest bardzo wysoka, ale nie wiedziałam, że ludzie niepijący albo pijący w rozsądnych ilościach są właściwie skazani na społeczny ostracyzm, zakłada się z góry, że nie piją, bo mają coś do ukrycia.
Druga taka prawda dotyczy wszechobecnej korupcji i silnych, bezpośrednich związków między biznesem i służbami specjalnymi.

Kolejna sprawa to świadoma amnezja dotycząca wstydliwych kart historii tego kraju. Rosjanie nie są zresztą pod tym względem wyjątkowi, u nas jest podobnie. Oczywiście my, współcześni, nie odpowiadamy za to, co się stało dziesiątki lat temu, ale nieprzyjemnie jest pomyśleć, że, kto wie, może któryś z naszych przodków brał udział w pogromie żydów albo współpracował z gestapo czy NKWD. A wielu mieszkańców Kołymy nie chce pamiętać o milionach ciał upchniętych pod tą ziemią, płytko - ze względu na wieczną zmarzlinę, czasami wydobywanych na powierzchnię po latach przez buldożery dokopujące się do złotych żył.  Byli więźniowie często ukrywali swój pobyt w łagrach, nawet przed dziećmi, bo propaganda zrobiła z nich przestępców, szpiegów i wrogów państwa. Marija Jakowlewna Koszalenko pracowała w czasie wojny fabryce min, maszyna urwała jej palec, więc poszła na zwolnienie lekarskie. Wróciła z niego o jeden dzień za późno, co uznano za gospodarczą kontrrewolucję i ukarano zesłaniem na Kołymę na sześć lat. Takie to były przestępstwa.

Zaskoczyło mnie również to, że zdaniem Mustafy, którego spotkał na Trasie Hugo-Bader, w ZSRR nacjonalizm rosyjski nie był tak widoczny jak obecnie, co Mustafa jako Ingusz mocno teraz odczuwa.


W niektórych rozdziałach Hugo-Bader pisze nie tylko o spotykanych ludziach, ale prowadzi też typowy dziennik podróży. Migawki z miejscowości, przez które przejeżdżał, uzupełnione nieco encyklopedycznie brzmiącymi wstawkami o ich historii (chwilami kojarzyło mi się to z powieściami Szklarskiego o Tomku Wilmowskim, ale tylko trochę). Żadne tam analizy, raczej widoczki, ale ciekawe.

***
Całą książka jest napisana prostym, potocznym stylem, co - jak zrozumiałam - zaleciła autorowi jakucka szamanka Dora ("przepowiedziała" również kolor okładki i tytułu). Moim zdaniem miejscami trochę zbyt potocznym. ("Dupa. Wygląda na to, że dupa! Jestem w dupie. Ale po kolei". [str. 249]) Mam tu na myśli przede wszystkim rozdziały stanowiące dziennik podróży. Autor prowadził go na bieżąco i w miarę możliwości fragmenty wysyłał mailem do redakcji Gazety Wyborczej, na której stronach można go znaleźć do dziś. To, co jest w książce, to znacznie bardziej rozbudowana wersja tych maili. O ile jestem w stanie zrozumieć obecność wstawek w rodzaju wyżej cytowanej w bieżących notatkach, sporządzanych w wyziębionych pokojach hotelowych, to w obrobionym materiale nie bardzo mi pasują.
Podobało mi się wplatanie w tekst rosyjskich słów czy zwrotów, nie podobało - sugerowanie czytelnikowi, że za chwilę wydarzy się nie wiadomo co, ale szybko okazywało się, że to puste obietnice.
Dzisiaj przeprowadzam swoją pierwszą operacje w życiu. Złamanie kości udowej. Otwarte, bardzo skomplikowane. Z silnym krwotokiem, bo kość przecina tętnicę udową. [str. 43]
No cóż, szybko okazuje się, że w rzeczywistości autor tych słów siedział sobie w restauracji wraz z byłym lekarzem zwolnionym ze szpitala za pijaństwo, do którego zadzwonili mniej doświadczeni koledzy z prośbą o pomoc. Wkład Hugo-Badera w tę operację polegał na pobiegnięciu do kiosku po doładowania do telefonu komórkowego i papierosy dla tego lekarza.

Fanką stylu tego autora nie zostanę również dlatego, że nie ujęła mnie w ogóle metafora, którą Hugo-Bader najwyraźniej sobie upodobał, skoro użył jej kilkakrotnie w niewielkich odstępach tekstu. "Oplata mnie jedwabnymi rzemykami przydymionych swoich spojrzeń". To podobno (jak mi internet podpowiada) cytat, ale mniejsza z tym. Rzemyki, ze swej natury, nie mogą być jedwabne!

***

Mimo wszystko polecam "Dzienniki kołymskie", zwłaszcza jeśli powrócą upały:). Może nie jest to wielka literatura, ale zbiór ciekawych historii - na pewno. Przytoczę na koniec fragment jednej z nich:

Maleńka wnuczka Marii Jakowlewnej bardzo choruje. Lekarze mówią, że jedyny ratunek to wynieść się z Kołymy gdzieś, gdzie łagodniejszy klimat. Ale Jura i jego młoda żona nie mają grosza przy duszy. Związek Radziecki się rozpada, wszyscy są w tarapatach, to nie ma nawet od kogo pożyczyć na wyjazd.
   Marija oddaje im więc na sprzedaż swoją wspaniałą bibliotekę.
  - Imperium upada, a w dziurze w środku tajgi ludzie mają kupować książki?
  - Kupowali! Wydawali ostatnie kopiejki, ale kupowali - mówi z dumą kobieta. - To uratowało życie mojej wnuczki. Braliśmy za książki tylko tyle, ile sama zapłaciłam. Jak cztery dwadzieścia, to cztery dwadzieścia. Ważne, żeby na bilety starczyło. Wśród książek było pięćdziesięciotomowe, przepiękne wydanie światowej literatury dziecięcej. Jakie tam ilustracje! Tego synowa nie sprzedała. Zabrali ze sobą na kontynent. Mieli pięć waliz i plecak, bo wyjeżdżali na zawsze, a w dwóch walizkach literatura dziecięca.
   - Kochali swoje dziecko - mówię.
   - I książki. Zostawili też... To najwspanialsze, co miał Związek Radziecki obok Szostakowicza, Achmatowej, Gagarina, Wysockiego...
   - Co takiego?
 - Wielkie, dwustutomowe wydanie literatury światowej. Dla dorosłych. Wszyscy chcieli je kupić, bo to najwspanialszy skarb, jaki można mieć w domu, ale nie wiedzieliśmy, ile zbierzemy pieniędzy, to na te dwieście tomów robiliśmy zapisy. Ponad sto osób się na nie zapisało! W takim posiołku, gdzie żyło parę tysięcy mieszkańców! W takich trudnych czasach! Ale policzyliśmy, że na trzy bilety już mamy, i nie sprzedaliśmy. Pojechali z dziecięcą literaturą, a dorosłą syn zabrał dopiero w tym roku.
   - Nie musieliście oddawać.
   - Ale chciałam - mówi Marija Jakowlewna. - Bardzo lubię dawać książki moim dzieciom. Kupowałam je całe życie, a te dwieście i pięćdziesiąt tomów było na zapisy, subskrypcje. Co miesiąc przychodził jeden tom. Wyobrażacie sobie?! Całość zbierałam ponad dwadzieścia lat. Na poczcie się odbierało. [str. 165-166]


sobota, 14 kwietnia 2012

MILLENNIUM

Zamiast brnąć dalej przez "Zamek" Kafki, podzielę się dziś wrażeniami z trylogii Larssona. Tym razem nie może być mowy o impresjach, bo skończyłam ją czytać w lutym.

Do lektury zachęcił mnie film "Dziewczyna z tatuażem" (muszę kiedyś zobaczyć szwedzką wersję), zwłaszcza jego zakończenie, w którym - moim zdaniem - pewne sprawy wyjaśniono zbyt lakonicznie. A przecież w kryminałach zakończenie jest właściwie najważniejsze.

Pierwszy tom pt. "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet" czytałam właśnie dla finału, chciałam go porównać z tym filmowym. Fabułę znałam, więc książka niezbyt mnie wciągnęła - lektura w sam raz do tramwaju. Z rozpędu chyba wzięłam się za "Dziewczynę, która igrała z ogniem", ale początek bardzo mnie rozczarował - przez 1/3 książki prawie nic się nie działo, treść można by równie dobrze zmieścić na kilku stronach. Za to potem akcja ruszyła z miejsca i pędziła tak aż do zakończenia, które było typowym cliffhangerem. Na szczęście miałam pod ręką trzeci tom i mogłam natychmiast zabrać się za czytanie! Praktycznie przez cały Tłusty Czwartek leżałam na łóżku i czytałam "Zamek z piasku, który runął", przerywając tylko na wyprawę do cukierni po osiem pączków (ja zjadłam cztery). Kiedy zrobiło się wpół do pierwszej w nocy, dałam za wygraną i poszłam spać. Dokończyłam następnego dnia w pracy:). Muszę przyznać, że dawno żadna fabuła tak mnie nie wciągnęła.

Mocną stroną tej książki są główni bohaterowie: zdolny dziennikarz i współwłaściciel miesięcznika "Millennium" Mikael Blomkvist i superinteligentna, ale aspołeczna Lisbeth Salander. Nie dlatego, żeby to były jakoś szczególnie dobrze skonstruowane postaci, po prostu zainteresowały mnie ich losy. Inna sprawa, że bohaterowie, pierwszo- i drugoplanowi, mogliby być nieco mniej czarno-biali. U Larssona ludzie są albo obdarzeni jakimiś niesamowitymi umiejętnościami, albo po prostu bardzo mili i wyluzowani, albo wyjątkowo źli i okrutni, ewentualnie bezgranicznie głupi. Same ekstrema. W końcu któż by chciał czytać o przeciętniakach:).

Nie szkodzi, że styl autora jest nijaki - "Millennium" czyta się przecież dla fabuły. Gdybym pisała tę notkę w lutym, to wytknęłabym Larssonowi nałogowe wtrącanie w dialogach angielskich zwrotów lub nawet całych zdań, ale w międzyczasie  przeczytałam "Złą krew" Arne Dahla, który robił to samo, więc dochodzę do wniosku, że w Szwecji tak się rzeczywiście mówi.

Do minusów zaliczyłabym zbyt wolne rozkręcanie się (bardzo zawikłanej) akcji w dwóch pierwszych tomach, a także nadmiar szczęśliwych zbiegów okoliczności oraz drobiazgowych opisów, które dla następnych pokoleń mogą mieć pewien walor poznawczy (dowiedzą się np., z jakich komputerów korzystali hakerzy na początku XXI w., i jaką pizzą zajadali się wtedy Szwedzi), ale mnie trochę nużyły.

Larsson, podobnie jak Blomkvist, był dziennikarzem, więc cykl "Millennium" to po trosze reportaż lub może raczej esej o współczesnej Szwecji, która nam może się jawić jako Eldorado, ale z powieści wynika, że to obraz mocno pochlebiony. Państwo opiekuńcze kuleje, policja i opieka społeczna są nieskuteczne, bankierzy doprowadzają gospodarkę do upadku, służby specjalne się panoszą, przymyka się oczy na handel ludźmi, wciąż nie do końca rozliczono się ze szwedzkim nazizmem z okresu II wojny światowej... Przeciętny Szwed może pokładać pewną nadzieję tylko w pracy nieustraszonych dziennikarzy, którzy te wszystkie brudy wywlekają i piętnują. Larsson sporo miejsca poświęcił etyce i etosowi tego zawodu, przy czym - mam wrażenie - za bardzo go idealizował. Pewnie sam chciał być jak Blomkvist, ale nie miał pod ręką żadnej Salander.

Podsumowując: niezła rozrywka, można przeczytać.



Cykl Millennium
Autor: Stieg Larsson
Wydawnictwo: Czarna Owca
Seria: Czarna seria
Ocena: 3-/5

Tom 1: Mężczyżni, którzy nienawidzą kobiet (Män som hatar kvinnor)
Pierwsze wydanie: 2005
Tłumaczenie: Beata Walczak-Larsson
Stron: 640
ISBN: 978-83-7554-059-8

Tom 2: Dziewczyna, która igrała z ogniem (Flickan Som Lekte Med Elden)
Pierwsze wydanie: 2006
Tłumaczenie: Paulina Rosińska
Stron: 704
ISBN: 978-83-7554-090-1





Tom 3: Zamek z piasku, który runął (Luftslottet som sprängdes)
Pierwsze wydanie: 2007
Tłumaczenie: Alicja Rosenau
Stron: 784
ISBN: 978-83-7554-127-4

środa, 29 lutego 2012

TSOTSI

Tytuł: Tsotsi
Pierwsze wydanie: 1980
Autor: Athol Fugard
Wstęp: Jonathan Kaplan
Tłumaczenie: Paweł Cichawa

Wydawnictwo: Sonia Draga
ISBN: 978-83-89779-88-5
Stron: 230

Ocena: 3+/5


Ekranizacja powieści Athola Fugarda została w 2006 roku nagrodzona Oscarem dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego. Podobała mi się, ale o tym, że powstała na podstawie książki, dowiedziałam się dopiero niedawno, podczas wizyty w bibliotece. Na okładce widnieją sprytnie dobrane cytaty z recenzji w poważanej prasie zagranicznej sugerujące, że wewnątrz kryje się arcydzieło. Nie wydaje mi się, ale książka jest całkiem niezła. Wiem, że wielu współczesnych pisarzy się ze mną nie zgodzi, ale uważam, że celem autora powieści powinno być przede wszystkim przedstawienie ciekawej historii, która zainteresuje czytelnika, zachęci go do przewracania kartek. Fugardowi się to udało. 

Słowo "tsotsi" oznacza w języku afrikaans "zbira", "oprycha" lub "żula". Główny bohater nie mógłby wybrać sobie bardziej adekwatnej ksywki - jest przywódcą czteroosobowego gangu działającego na przedmieściach Johannesburga mniej więcej na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. I to właściwie wszystko, co może o nim powiedzieć osoba postronna i on sam. 
Tsotsi zawsze myślał o życiu jak o prostej linii, tak nieugiętej jak jego wola, by podążać za kaleką do Terminal Place, i tak nieelastycznej jak biegnące obok tory kolejowe, po których można dotrzeć tylko tam, dokąd prowadzą. A ponieważ nie miał starych wspomnień i nie zbierał nowych, nie mógł nawet cofać się po torach swego życia w czasie. Była tylko chwila obecna, tylko teraz, ten jeden moment przenoszący go do przodu. On sam o nic nie pytał i niczego nie żałował. [str. 129-130]
Sceneria wydarzeń jest egzotyczna, ale historia Tsotsiego ma uniwersalny wymiar, typowy np. dla przypowieści. Miejscami jest także równie schematyczna. 

Pewnego wieczoru po zamordowaniu i ograbieniu człowieka w pociągu jeden z członków gangu, Boston, odczuwa wyrzuty sumienia, pyta Tsotsiego o to, czy on ma w ogóle jakieś ludzkie uczucia, pyta o jego przeszłość, wspomnienia. W rezultacie Tsotsi katuje go niemal na śmierć. Bo nie potrafi Bostonowi odpowiedzieć.
I jeszcze tej samej nocy, zupełnie przypadkowo (albo i nie), deus ex machina, na prostej do tej pory drodze życia Tsotsiego pojawia się niemowlę, które drogę tę bardzo zapętla, sprawia, że pojawiają się na niej skrzyżowania i rozstaje. Tsotsi uświadamia sobie, że musi wybierać; że może wybierać.
Dziecko zakrzywia czasoprzestrzeń chłopaka, staje się jego łącznikiem z przeszłością, przywraca mu ją. Skoro cudem niemal uniknęło śmierci, to może i dla Tsotsiego jest nadzieja? Zyskuje odwagę, żeby zadawać pytania, przede wszystkim samemu sobie. Do tej pory nie chciał nawet pamiętać, jak ma na imię. 
A potem... Więcej nie zdradzę. Powiem tylko, że książka kończy się zupełnie inaczej niż film.

Tych różnic jest zresztą więcej. Przede wszystkim akcję filmu przeniesiono w czasy współczesne i pominięto uwypuklony w książce problem apartheidu. Fugard bardzo obrazowo, sugestywnie opisuje getto na przedmieściach Johannesburga, w którym biali zamknęli miejscowych - biedę, przemoc, bezradność rdzennej ludności wobec niezrozumiałych dla nich przepisów, a pośród tego wszystkiego - sąsiedzką życzliwość.
To, że Dawid stał się Tsotsim, było w dużej mierze skutkiem rasistowskiej polityki. To, że nie dano mu szansy na stanie się na powrót człowiekiem - również. 

Wspomniany już schematyzm trochę mnie miejscami raził, ale może nie da się inaczej opowiedzieć takiej historii. Zakończenie wypadło nieco melodramatycznie, pasuje jednak do całej historii.

Brakło mi jakiejś sceny między rozmową Tsotsiego z Izajaszem a finałem, która potwierdziłaby przemianę głównego bohatera. Być może przyczyna tkwi w historii powstania tej książki (przedstawiona we wstępie Jonathana Kaplana). Fugard zaczął ją pisać w 1960 roku, przerywał jednak pracę, żeby zająć się m.in. reżyserowaniem swojej sztuki (jest przede wszystkim dramaturgiem). Powstało kilka wersji "Tsotsiego", ale autor uważał, że nie warto ich publikować. Rękopis trafił wraz z innymi dokumentami do National English Literatury Museum w Grahmstown, gdzie natknął się na niego jeden z badaczy, Stephen Gray. Uzyskał zgodę Fugarda na zredagowanie i wydanie powieści. 

I jeszcze jedna uwaga o tłumaczeniu: wydaje mi się, że można było trochę bardziej wystylizować dialogi na jakiś uliczny slang. Czytając wypowiedzi Tsotsiego i jego kompanów, nie miałam jakoś wrażenia, że to (w większości) niepiśmienni przestępcy z czarnego getta w RPA.


Kiedy zastanawiał się nad sobą samym, myślał o ciemności. Bo pogrążony był w ciemności, czarnej jak środek nocy i bardziej jeszcze nieprzeniknionej. Kiedy nocą leżał w swoim łóżku, wydawało mu się, że jego ciało oddziela mrok wewnętrzny od mroku nocy. Sen zacierał granicę i ciemność stawała się wszechobecna. [str. 49]

PS Cały film można obejrzeć, póki co,  na youtube (z polskim lektorem).



piątek, 9 grudnia 2011

SONATA KREUTZEROWSKA

Tytuł: Sonata Kreutzerowska (Крейцерова соната)
Pierwsze wydanie: 1889
Autor: Lew Tołstoj
Tłumaczenie: Maria Leśniewska

Wydawnictwo: Książka i Wiedza
Seria: Koliber
ISBN: 83-05-11683-2
Stron: 135
(W tym tomie znajduje się jeszcze jedno opowiadanie pt. "Albert")

Ocena: 3/5

"Sonata kreutzerowska" była październikową lekturą Klubu czytelniczego, ale nie byłam wtedy w odpowiednim do tej prozy nastroju. I, jak się okazuje, trochę trudno mi czytać na konkretny termin, choć może z "Matką Joanną od Aniołów" jakoś się wyrobię:).

Przeczytałam to opowiadanie dwa razy: najpierw w urywkach podczas podróży tramwajami, a wczoraj popołudniu w całości. Fabuła jest prosta: jeden z pasażerów dalekobieżnego pociągu opowiada drugiemu historię swojego małżeństwa zakończoną własnoręcznym zabiciem żony, a przy okazji wykłada nieco skonsternowanemu towarzyszowi podróży swoje poglądy na sytuację i rolę kobiet i mężczyzn w społeczeństwie oraz przedstawia mu sens istnienia ludzkości. 
I ja byłam skonsternowana, czytając te wynurzenia, bo z wieloma stwierdzeniami się zgadzałam, ale równie dużo wzbudziło we mnie po prostu odrazę. Szczerze mówiąc, skupiałam się właśnie na tych treściach, ignorując zupełnie konstrukcję utworu, bohaterów, w ogóle warstwę literacką. Potraktowałam "Sonatę" jak pamflet na instytucję małżeństwa. 

Główny bohater, Pozdnyszew, zaprzecza istnieniu miłości, jego zdaniem ludzi popycha ku sobie wyłącznie zwierzęce pożądanie - przyczyna wszelkich nieszczęść. Wprost porównuje kobiety ze swej sfery (klasa wyższa) do prostytutek, ich matki do stręczycielek, a mężczyzn nazywa obłudnymi i okrutnymi rozpustnikami. 
   - (...) Chciałem powiedzieć, że oszukiwane są tylko nieszczęsne dziewczęta, a matki wiedzą o tym, zwłaszcza matki wyedukowane przez swoich mężów wiedzą o tym doskonale. I udając, że wierzą w czystość mężczyzn, w praktyce postępują zupełnie inaczej. Wiedzą, na jaką przynętę należy łowić mężczyzn dla siebie i dla swoich córek.
   Przecież tylko my, mężczyźni, nie wiemy - a nie wiemy dlatego, że wiedzieć nie chcemy - kobiety natomiast wiedzą doskonale, że najwznioślejsza, poetyczna, jak ją nazywamy, miłość zależy nie od zalet moralnych, lecz od bliskości fizycznej, a przy tym od fryzury, od koloru i kroju sukni. Spytajmy wytrawnej kokietki, która postanowiła usidlić mężczyznę, na co się woli narazić: czy na to, żeby w obecności kuszonego osobnika zdemaskowano jej kłamstwo, okrucieństwo, a nawet rozwiązłość, czy też na to, żeby mu się pokazać w źle uszytej, brzydkiej sukni - a każda zawsze wybierze to pierwsze. Ona wie, że my, mężczyźni, wciąż łżemy o wzniosłych uczuciach, a potrzeba nam tylko ciała i dlatego wybaczymy wszelkie paskudztwa, ale nie wybaczymy brzydkiego, niegustownego stroju. Kokietka wie o tym świadomie, ale i każda niewinna dziewczyna wie o tym, nieświadomie, jak wiedzą zwierzęta.
   Stąd te ohydne dżerseje, te podkładki na tyłkach, te gołe ramiona, plecy, prawie gołe piersi. Kobiety, zwłaszcza te, które przeszły przez szkołę mężczyzn, doskonale wiedzą, że rozmowy na wzniosłe tematy swoją drogą, a mężczyźnie potrzebne jest ciało i to wszystko, co je ukazuje w najponętniejszym świetle, i tak właśnie robią. Przecież wystarczy odrzucić przyzwyczajenie do tego bezeceństwa, które stało się dla nas drugą naturą, i spojrzeć na życie wyższej sfery takie, jakie jest w istocie, z całym jego bezwstydem - toż to po prostu od A do Z dom publiczny. Nie zgadza się pan? Pozwoli pan, że dowiodę - zawołał nie dając mi dojść do słowa. - Powiada pan, że kobiety z naszych sfer mają życie wypełnione czym innym niż kobiety w domach publicznych, a ja twierdzę, że nie, i dowiodę tego. Jeżeli ludzie mają różne cele w życiu, odmienną wewnętrzną treść, wówczas różnice te nieuchronnie odbijają się także na wyglądzie, wygląd też się różni. Ale spójrz pan na tamte nieszczęsne, pogardzane kobiety - i na światowe damy z najwyższych sfer: te same stroje, te same fasony, te same perfumy, to samo obnażanie ramion, pleców, piersi i opinanie sterczącego tyłka, ta sama namiętność do kamyków, do kosztownych błyskotek, te same zabawy, tańce, muzyka, śpiew. Jak tamte wabią na wszelkie sposoby, tak i te. Nie ma żadnej różnicy. Mówiąc ściśle, należy to tak sformułować, że prostytutki na krótką metę są zazwyczaj w pogardzie, prostytutki na długą metę - w poważaniu. [str. 84-86]
Pozdnyszew w dużej mierze ma rację: przez wieki celem młodych kobiet było wyjście za mąż, a to dlatego, że mężczyźni praktycznie je ubezwłasnowolnili i nie pozostawało im nic innego. Jaką taką pozycję społeczną osiągały tylko jako żony i matki. Zapewne zdarzały się małżeństwa z miłości, ale o zawarciu związku decydowały przede wszystkim względy praktyczne.
W podobny sposób, choć nieco subtelniej, pisali na ten temat i inni autorzy; polecam cytaty z mojego cyklu Kobieta w literaturze:  VI, VII i IX.
Niewola kobiety przecież na tym tylko polega, że mężczyźni chcą z niej korzystać jako z narzędzia rozkoszy i uważają to korzystanie za coś dobrego. No i wyzwalają kobietę, dają jej wszelkie prawa równe męskim, ale w dalszym ciągu widzą w niej narzędzie rozkoszy, tak ją wychowują od dziecka, a potem przy pomocy opinii publicznej. W efekcie jest wciąż tą samą poniżoną, zdeprawowaną niewolnicą, a mężczyzna wciąż tym samym zdeprawowanym jej właścicielem.
   Wyzwalają kobietę na kursach i w urzędach, a widzą w niej obiekt rozkoszy. Wystarczy nauczyć ją, jak ją u nas nauczono, patrzeć tak na samą siebie, a pozostanie na zawsze niższą istotą. Albo będzie przy pomocy łajdaków lekarzy zapobiegać poczęciu, czyli będzie zupełną prostytutką, zniżającą się nie do poziomu zwierzęcia, lecz do poziomu rzeczy, albo będzie tym, czym jest najczęściej - osobą psychicznie chorą, histeryczną, nieszczęśliwą, taką, jakimi one są właśnie, bez możliwości rozwoju duchowego. [113-114]
Ze stwierdzeniami z pierwszego akapitu nie mogę się nie zgodzić (w odniesieniu do tamtych czasów), ale już anachroniczność drugiego może by mnie i rozśmieszyła, gdyby nie to, że takie poglądy nadal podziela wiele osób: przeznaczeniem i sensem istnienia kobiety jest macierzyństwo, przyjemność płynącą z seksu może usprawiedliwić tylko wydanie na świat potomstwa. Mimo wszystko w XX wieku sytuacja kobiet (przynajmniej w naszym kręgu kulturowym) znacznie się poprawiła. Ciekawa jestem, co miałby na ten temat do powiedzenia Pozdnyszew, czy może raczej sam Tołstoj, gdyby jakimś cudem przeniósł się do naszych czasów. To i owo pewnie by go zaszokowało, ale po obejrzeniu paru przebojów kinowych, teledysków, billboardów i spotów reklamowych doszedłby niewątpliwie do wniosku, że prostytucja pozostaje zjawiskiem powszechnym.

Tołstoj poruszył w tym opowiadaniu jeszcze jedną ważną kwestię: pokazał, że bycie rodzicem niekoniecznie musi oznaczać sielankę, nawet jeśli ma się do dyspozycji niańki, służbę i pieniądze. Kobieta-matka ma prawo być zmęczona i zniechęcona - takie stwierdzenie i dziś może wzbudzić kontrowersje, a co dopiero wówczas. Oczywiście Pozdnyszew/Tołstoj nie omieszkał nazwać takiej postawy egoizmem, choć po części usprawiedliwionym.
  - Wspomniał pan przed chwilą o dzieciach. Co za niestworzone bzdury wygaduje się na temat dzieci Dzieci to błogosławieństwo boże, dzieci to radość. A przecież to wszystko kłamstwo. Wszystko to było niegdyś, ale teraz nie ma nic podobnego. Dzieci to męka i nic więcej. Większość matek tak to właśnie odczuwa, a niekiedy niechcący mówi to wprost. Spytaj pan większość matek naszej sfery ludzi zamożnych, a powiedzą panu, że z obawy, że dzieci ich mogą chorować i umrzeć, nie chcą w ogóle mieć dzieci, nie chcą karmić, gdy już urodziły, żeby się nie przywiązać i nie cierpieć. Radość, jaką im daje dziecko swym powabem - powabem rączek, nóżek, całego ciałka - przyjemność obcowania z dzie- ckiem, są mniejsze od cierpienia, jakiego doznają - nie mówiąc już nawet o chorobie czy stracie dziecka - z samego strachu przed możliwością choroby i śmierci. Zważywszy dodatnie i ujemne strony, okazuje się, że przeważają ujemne, i dlatego one wolą nie mieć dzieci. Mówią to wprost, odważnie, wyobrażając sobie, że te uczucia wywołane są miłością do dzieci, uczuciem dobrym i chwalebnym, z którego są dumne. Nie widzą, że takie rozumo- wanie jest jawnym zaprzeczeniem miłości, a tylko potwierdzeniem ich egoizmu. Mniej znajdują przyjemności w uroku dziecka niż cierpień ze strachu o nie, i dlatego to ma nie być tego dziecka, które mogłyby kochać. Poświęcają nie siebie dla ukochanej istoty, lecz mającą się zjawić ukochaną istotę dla siebie.
   Jasne, że nie jest to miłość, lecz egoizm. Ale któż podniesie rękę, by potępić matki z zamożnych rodzin za ten egoizm, gdy się przypomni, ile się one namordują w związku ze zdrowiem dzieci dzięki tymże doktorom w naszym wielkopańskim życiu. Skoro tylko przypomnę sobie, nawet teraz, życie i stan żony w pierwszym okresie, kiedy było troje, czworo dzieci i była nimi całkowicie pochłonięta - zgroza ogarnia. To nie było w ogóle życie. Było to jakieś wieczne niebezpieczeństwo, potem wyzwolenie od niego i znów niebezpieczeństwo, znów rozpaczliwe wysiłki i znów ocalenie - stale taka sytuacja jak na tonącym okręcie. [120-121]
Trudno na podstawie tylko tego opowiadania stwierdzić, czego właściwie Tołstoj oczekiwał od kobiet, jaki był jego ideał kobiety. Pozdnyszew potępiał panny, bo uciekały się do wszelkich sposobów, żeby złapać męża; krytykował żony i matki za kłótliwość, finansowe wymagania i bezgraniczne poświęcanie się dla dzieci (w domyśle - kosztem męża), pragnienie podobania się i zdobycia uznania w oczach innych niż najbliższej rodziny. Sugerował, że powinny pozostać czystymi, niewinnymi dziewicami, a marność tego świata nie do końca tłumaczyła, czemu nimi nie są.


Zaskoczyła mnie otwartość i radykalność, z jaką P/T wypowiadał się na tematy - zdawałoby się - tabu. Wydaje mi się, że gdyby w jego poglądach było nieco mniej zacietrzewienia i trochę więcej empatii i współczucia, nie irytowałyby aż tak bardzo.


środa, 30 listopada 2011

DAMY Z GRACE ADIEU I INNE OPOWIEŚCI

Tytuł: Damy z Grace Adieu i inne opowieści (The Ladies of Grace Adieu and Other Stories)
Pierwsze wydanie: 2006
Autorka: Susanna Clarke
Tłumaczenie: Ewa Rudolf
Ilustracje: Charles Vess

Wydawnictwo Literackie
ISBN: 978-83-08-04063-8
Stron: 290

Ocena: średnio 3+/5



Prawie dwa lata temu zauroczyła mnie powieść Susanny Clarke pt. "Jonathan Strange i pan Norrell". Wiedziałam, że wydano u nas również zbiór opowiadań tej autorki, których akcja toczy się mniej więcej w tym samym okresie i w których pojawiają się ci sami bohaterowie, ale jakoś nie mogłam na niego trafić. Aż niedawno wypatrzyłam go na bibliotecznej półce i nie omieszkałam zabrać ze sobą, choć przecież miałam tylko oddać książki...

Opowiadań jest osiem, wszystkie czytało mi się bardzo przyjemnie, ale tak naprawdę podobały mi się trzy: tytułowe "Damy z Grace Adieu", "Pani Mabb" i zwłaszcza "Pan Simonelli lub wdowiec z Faerie"
W pozostałych tkwiło dużo potencjału, ale wydał mi się nie do końca wykorzystany. Dotyczy to zwłaszcza opowiadania pt. "Książę Wellington gubi swego konia" i z wioski Mur (znanej z "Gwiezdnego Pyłu" Gaimana) przypadkowo trafia do Faerie - mogło się tam tyle wydarzyć, a tymczasem cała historia zajmuje ledwo niecałe dziewięć stron i nie jest, łagodnie mówiąc, porywająca. W "Jonathanie Strange'u i panu Norrellu" zdarzały się przypisy podobnej długości i bardziej treściwe. (Nawiasem pisząc, z panem Norrellem nie mamy tu do czynienia, a pan Strange jest tylko drugoplanową postacią w pierwszym utworze).

Oczywiście krótka forma narzuca pisarzowi pewne ograniczenia, ale myślę, że dałoby się tu pomieścić nieco bardziej charyzmatycznych bohaterów i trochę bardziej skomplikowane fabułki. Na końcu Susanna Clarke dziękuje osobom, które namówiły ją do napisania pierwszego opowiadania, choć nie miała na to ochoty. Odnoszę wrażenie, że ten brak chęci rzuca się niekiedy w oczy. 

Mimo wszystko warto sięgnąć po ten zbiór, choćby dla tych trzech wspomnianych opowiadań. I dla lekkiego, eleganckiego stylu autorki, który osobiście bardzo lubię i cenię. 

***

Tym razem Wydawnictwo Literackie bardziej się postarało niż przy powieści Clarke: opublikowało książkę w twardej oprawie i z ilustracjami Charlesa Vessa. 


Karta tytułowa tego opowiadania w tym wydaniu wygląda identycznie, choć tekst jest oczywiście po polsku.

sobota, 29 października 2011

ŻYCIE, A ZWŁASZCZA ŚMIERĆ ANGELIKI DE SANCÉ

Tytuł: Życie, a zwłaszcza śmierć Angeliki de Sancé
Autor: Jacek Podsiadło
Pierwsze wydanie: 2008

Wydawnictwo: Znak
ISBN: 978-83-240-1016-5
Stron: 334

Ocena: 3+/5


Surrealistyczna, acz miła lektura. Składa się z wielu krótkich rozdziałów o dziwacznych tytułach, z których to rozdziałów część ma charakter autobiograficzny, a inne to zwiariowane historie o kolejnych związkach tytułowej Angeliki - autor dowolnie zakrzywia w nich czas i przestrzeń.

Czytałam z zainteresowaniem, bo lubię sobie od czasu do czasu spojrzeć na świat cudzymi oczami, z perspektywy kogoś zupełnie innego niż ja. A z kim jak z kim, ale z Jackiem Podsiadłą nie łączy mnie chyba nic, może poza tym, że pochodzimy z jednego regionu w Świętokrzyskiem. Autor opisuje siebie jako totalnego luzaka, który żyje po swojemu, owszem - czasami niemal o chlebie i wodzie, ale po swojemu. Tego się właśnie spodziewałam, bo jakiś czas temu czytałam z nim wywiad w Wyborczej. Nie uważam siebie za materialistkę, ale on jest chyba antymaterialistą.
   W gruncie rzeczy pragnę tylko napisać coś o naturze leniuchowania, o pożytkach z niego płynących. O tym, że przyjemnie jest wylegiwać się na drzewie jak leniwiec. Wyjadać ze słoika domowe konfitury jabłkowo-bzowe. Leżeć w trawie jak legawiec. Rano patrzeć, jak słońce uruchamia odblaski na liściach dzikiego szczawiu, a wieczorem piec ziemniaki w ognisku i pleść banialuki. Raz dziennie jechać rowerem do telefonu, żeby porozmawiać z synem. Słuchać ptaków. Leżeć w śpiworze i znowu słuchać ptaków. Robota to głupota. Jasne, że dobrze jest zmyć statki raz na tydzień, posiać kalarepę albo narżnąć drzewa, ale jeździć dzień w dzień wózkiem widłowym po jakiejś zwariowanej kopalni w Zabrzu? Obstawiam, że długo jeszcze będzie nam się ze Śliwą udawało omijać wszelkie kopalnie z daleka. Od wieków tylko módl i się i pracuj, módl się i pracuj. Oratoria i laboratoria, paranoja. Ci wszyscy prezydenci, co wywołują wojny, to też z przepracowania. Gdybym ja był głową państwa, jego godło stanowiłby hamak. [str. 177-178]
No cóż, gdyby takie podejście do życia było powszechne w paleolicie, to ludzkość do dziś by w nim tkwiła, a Jacek Podsiadło mógłby sobie tylko pomarzyć o telefonie, rowerze i wózku widłowym i ziemniakach (chyba że przyszedłby na świat w jakiejś jaskini w Andach).


Nie ma tu żadnego motywu przewodniego. Rozdziały autobiograficzne traktują o epizodach z bardzo różnych okresów życia Podsiadły - dotyczą (o ile się nie mylę) lat osiemdziesiątych i późniejszych. Przypominają zapiski z dziennika czy pamiętnika. Sporo miejsca autor poświęcił relacjom ze spotkań z przyjaciółmi i wspólnych wyjazdów. Jest zabawnie.
Ale bywa też lirycznie, smutno. Szczególnie spodobał mi się rozdział "Widzę. I opisuję", w którym przeprowadzany jest "Powszechny spis inwentarza martwego", czyli przedmiotów, które pozostawiła po sobie kochana kiedyś kobieta. Oraz "I kometa z białych piór spada pod moje stopy", wspomnienie pogrzebu ojca.
Natomiast końcówka książki nieco mnie, szczerze mówiąc, znużyła - konkretnie rozdziały o konnej wycieczce do republik nadbałtyckich i te dotyczące westernów.

Moje przywiązanie do dosłowności uodparnia mnie na ogół dość skutecznie na uroki surrealizmu, a jednak napisane w tej właśnie manierze rozdziały o Angelice czytałam z przyjemnością. Owa heroina przemierza morza, lądy i epoki, z wyboru lub konieczności zawsze w męskim towarzystwie. Oto fragment rozdziału, w którym u jej boku pojawia się tajemniczy graf z Transylwanii:
   Miała na długo zapamiętać pierwsze z nim spotkanie. Wymienili kilka zdawkowych uprzejmości przed sklepikiem aptekarza, a potem, niby dobrzy znajomi, długo spacerowali po mieście. Ona i nieznajomy z ulicy! Jego bliskość sprawiała, że Angelika czuła się dziwnie. Sceneria miasta stała się ruchoma, jakby to szli nie oni, ale jakby ożywione budynki i dzielnice ruszyły w przeciwnym kierunku. Ciężkie od kwiecia drzewa przesuwały się jak baletnice na ukrytych pod sięgającymi parkietu sukniami stopach drobiących kroczki, których się nie zauważa, tak jak nie zauważa się kwantów czasu, w których ruch i bezruch nie są zróżnicowane. Kościoły zdawały się odsuwać od nich, gdy zbliżali się do którego. Gdy dochodzili do skrzyżowań ulic, graf zwalniał kroku, węszył jak zwierzę i mocniej obejmował jej kibić, aby niemal biegiem przebyć skrzyżowanie, jakby obawiał się rozpędzonej dorożki. O dziwo, Angelice było wszystko jedno. Nic o nim nie wiedziała i o nic nie pytała. Zatrzymywali się, a wtedy ujmowała w ręce dłoń grafa o wypielęgnowanych paznokciach. "Twoja ręka jest taka zimna", mówiła przy tym. Gdybyż miała wtedy głowę do onikomancji! Albo opuszkami palców dotykała starannie przypudrowanej twarzy. Pierwszy pocałunek graf złożył na jej szyi. Było to jedno z tych ucałowań, które zostawiają na skórze różowy ślad, dowód namiętności, i Angelika resztką przytomności pomyślała, że jutro trzeba będzie ukryć szyję pod stójką. Nim graf się odessał, dziewczyna zemdlała.
   Ocknąwszy się w jego wychudłych ramionach, zaczęła prawić mu do ucha płoche dyrdymały. Było tego dużo, między innymi: "Moje serce jest jak zegar nakręcany przez ciebie", osiem razy "Twoje piękno dosłownie rozrywa mi rajtuzy" oraz nieskoordynowany miszmasz Longfellowa i Goethego zakończony westchnieniem "Chwilo trwaj, jesteś piękna". [str. 80-81]
Jacek Podsiadło napisał tę książkę "z powodu istnienia języka" [224] i pisząc ją na pewno dobrze się bawił. Z kolei mnie miło się ją czytało. Choć wyrzuciłabym parę rozdziałów, które wydają mi się tylko tzw. zapchajdziurami.

niedziela, 16 października 2011

ŚNIADANIE U TIFFANY'EGO

Tytuł: Śniadanie u Tiffany'ego (Breakfast at Tiffany's), Harfa traw (The Grass Harp)
Pierwsze wydanie: 1958, 1951
Autor: Truman Capote
Tłumaczenie: Bronisław Zieliński

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
ISBN: 83-7180-290-0
Stron: 156

Ocena: 3+/5

"Śniadanie u Tiffany'ego" dzięki ekranizacji z Audrey Hepburn w roli Holly Golightly jest chyba najbardziej znanym utworem Trumana Capote*. Twórcy filmu po hollywoodzku tę historię ugrzecznili i uromantycznili - wersja źródłowa wydaje mi się jednak ciekawsza, choć może nie tak urocza. 

Rzecz dzieje się w Nowym Jorku, podczas II wojny światowej. Początkujący pisarz, pełen nadziei na karierę i wiary we własny talent, wprowadza się do starej czynszowej kamienicy i zaprzyjaźnia z Holly, lokatorką mieszkania znajdującego się piętro niżej. Ich znajomość trwa stosunkowo krótko, ale fascynacja jej osobą nie opuści go już nigdy. 

Holly była znana w niezbyt wytwornych kręgach Nowego Jorku - towarzyszyła zamożnym starszym panom i przyjmowała od nich prezenty. O jej przeszłości wiedziano tylko tyle, ile sama zechciała nakłamać. Była młoda, ładna i trochę zwariowana. Świadomie pozowała często na słodką idiotkę, bo to się podobało mężczyznom, ale patrzyła na życie bardzo trzeźwo i realistycznie, choć w sposób zupełnie inny niż większość jej rówieśniczek. Na eleganckiej karteczce na skrzynce na listy umieściła informację: "Panna Holiday Golightly, w podróży", a większość swoich rzeczy trzymała zapakowanych w kufrach - wciąż poszukiwała właściwego dla siebie miejsca i na wszelki wypadek wolała być przygotowana do natychmiastowego opuszczenia dotychczasowego lokum. Porównywała się do dzikiego zwierzęcia, które nie należy do nikogo, korzysta z ofiarowywanej mu miłości, ale jej nie odwzajemnia.

Spodobał mi się sposób, w jaki Capote wprowadza czytelnika w opowieść o Holly, oraz to, że zmusza go do dopowiedzenia sobie jej dalszych losów po swojemu. Nie jest to jakieś wiekopomne dzieło, ale przeczytać na pewno warto - jeśli lubi się ciekawe portrety psychologiczne kobiet w literaturze.


Film nie przypadł autorowi do gustu. Przytoczę stosowny fragment "Rozmów z Capote'em", o których jakiś czas temu pisałam:
Lawrence Grobel: A wracając do filmów, czy chciałbyś zobaczyć nową wersję Śniadania u Tiffany'ego?
Truman Capote: Tak, bo pierwsza wersja nie była za dobra.
LG: Cóż w niej było nie tak?
TC: Mój Boże, wszystko. Był to najgorzej obsadzony film jaki kiedykolwiek widziałem. Chciało mi się rzygać. Taki Mickey Rooney grający japońskiego fotografa. Faktycznie, był w książce japoński fotograf, ale z pewnością nie był to M i c k e y R o o n e y. I chociaż bardzo lubię Audrey Hepburn i jest ona moją wielką przyjaciółką, byłem mocno zaskoczony i wściekły, kiedy obsadzono ją w tej roli. To była najzwyczajniejsza zdrada ze strony producentów. Nie spełnili żadnej z obietnic. Miałam w i e l e ofert na kupno tej książki, praktycznie od wszystkich, a sprzedałem ją w tej grupie z Paramount, ponieważ obiecali mi pewne rzeczy, zrobili nawet listę obietnic i żadnej z nich nie dotrzymali. Od dnia, w którym podpisałem kontrakt, odwrócili się do mnie plecami i zrobili wszystko na opak. Wzięli tak beznadziejnego reżysera jak Blake Edwards. Miałbym ochotę na niego splunąć! George Axelrod napisał scenariusz. Powiem tylko, że zaproponowali napisanie scenariusza mnie, ale nie lubię pisać scenariuszy do własnych książek, wolę je pisać do książek innych.
LG: Czy mimo to nie będziesz rozważał napisania nowej wersji Śniadania?
TC: Znajdę kogoś odpowiedniego, żebym mógł z nim blisko współpracować i żeby nie było żadnych nieporozumień co do tego, kim ta Holly jest. N i e j e s t szykowną czy smukłą Audrey Hepburn o wyrazistych rysach twarzy; jest bystrą dziewczyną, lecz bystrą w zupełnie inny sposób.
LG: Bardziej przypomina Jodie Foster?
TC: Ona jest idealna do tej roli. [str. 161-162]
Wcześniej Truman Capote widział w tej roli inną swoją przyjaciółkę - Marilyn Monroe. I chyba rzeczywiście bardziej pasowałaby do tej roli, niektóre wypowiedzi książkowej Holly w jej ustach brzmiałyby wiarygodniej, np. ta:
Oczywiście, ja nie mam  nic przeciwko kurwom. Tyle tylko, że niektóre mogą być uczciwe w gębie, ale wszystkie są nieuczciwe w głębi serca. No, bo nie można podrywać faceta, wyciągać od niego forsy i przynajmniej nie starać się wierzyć, że go się kocha. Ja tak nigdy nie postępowałam. Nawet z Bennym Shacklettem i tymi wszystkimi gryzoniami. Jakoś sama się hipnotyzowałam, żeby myśleć, że ich czysta szczurowatość ma pewien urok. [str. 52]
Podobno istnieją dwa polskie tłumaczenia "Śniadania u Tiffany'ego". Czytałam wersję Bronisława Zielińskiego - nie wiem, z którego roku pochodzi ten przekład, ale fragmenty, w których postaci mówią slangiem, nie wytrzymały próby czasu. Ciekawa jestem, jak sobie z nimi poradził Rafał Śmietana.

*O odmianie tego nazwiska można przeczytać w Poradni językowej PWN

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

MŁODOŚĆ MARTINA BIRCKA

Tytuł: Młodość Martina Bircka (Martin Bircks ungdom)
Pierwsze wydanie: 1901
Autor: Hjalmar Söderberg
Tłumaczenie: Paweł Pollak
Tłumaczenie wierszy: Jolanta Sztuczyńska

Wydawnictwo: Jacek Santorski & Co
ISBN: 83-60207-03-8
Stron: 112

Ocena: 3+/5

Po przeczytaniu "Opowiastek" zastanawiałam się, czy aby Hjalmar Söderberg nie był pokrewną mi duszą, ale postanowiłam wstrzymać się z ostatecznym werdyktem do momentu, kiedy lepiej poznam jego twórczość. Teraz mogę już stwierdzić, że tak, że jest. Idziemy przez życie bez złudzeń i choć może niektórzy nazwą to pesymizmem czy dekadencją, my wolimy mówić o realizmie - zaprawionym nieuniknioną w tej sytuacji melancholią, bardzo rzadko nieśmiałą nadzieją.

Z taką postawą i światopoglądem nikt się nie rodzi, nie nabywa się ich w procesie wychowania ani edukacji, świtają w głowie chyba pod wpływem lektur, nie wiem. Zresztą nasze opinie nie są niczym wyjątkowym ani niemożliwym do pomyślenia dla przeciętnie inteligentnego człowieka, gdyby ów zechciał się poważniej nad sobą i swoim życiem zastanowić.
Wszelako coraz gęściej pojawiały się te ostrzeżenia i coraz częściej zdarzało się, że w środku tych marzeń, którymi mamiła go młoda krew, łapał się na tym, że słucha owego drugiego głosu, głosu dochodzącego z głębi najdawniejszych czasów i odbijającego się echem we współczesnych książkach, osobliwego głosu, którego nie zdołała zagłuszyć dłużej niż na chwilę żadna z setek nowych ewangelii, okresowo niczym wiosenne sztormy przewalających się przez ludzkie umysły, głosu mówiącego: wszystko jest marnością, nie ma nic nowego pod słońcem. Dlaczego żył, jaki to miało sens? Nie przestał zadawać sobie tych pytań, wciąż bowiem wymagał od tego życia, które widział na własne oczy, żeby coś się pod nim kryło, coś, co można nazwać sensem życia. Zarówno to szczęście, które było udziałem ludzi, jak i to, do którego dążyli, wydawało mu się baśniowym złotem zmieniającym się w zwiędłe liście albo śmieszną zabawką, nie zaś czymś, co można traktować poważnie. Gdy kierował spojrzenie na swoje życie, takie, jakie prowadził z dnia na dzień, nie mógł nie przyznać, że właściwie jest żałosne i puste, a jego jedyna wartość kryje się w niepewnej nadziei, że nie zawsze takim będzie. Lecz ta nadzieja nie dotyczyła rzeczy, które można osiągnąć krok po kroku, pracą, cierpliwością i setkami drobnych wyrzeczeń - dobrobytu i poważania, które inni uzyskali przed nim; on chciał, oczekiwał czegoś nieokreślonego, niedefiniowalnego: wschodu słońca, topnienia lodów, obudzenia z żałosnego, bezsensownego snu.
Albowiem żałosnym, poplątanym snem wydawało mu się własne życie, gdy spoglądał na nie trzeźwym wzrokiem i odkrywał, że wypełniają je uboga radość, pospolite smutki i tuzinkowe kłopoty. [str. 62-63]
Powieść powinna właściwie nosić tytuł "Dzieciństwo i młodość Martina Bircka", bo jej pierwsza połowa dotyczy tego wcześniejszego okresu w życiu chłopca. Szczerze mówiąc wydała mi się ta część nieco nużąca. Druga przeciwnie - stopniowe porzucanie urokliwych ideałów nabytych w okresie dorastania musi być o wiele ciekawsze niż opisy sielskiego, niewinnego dzieciństwa.

W momencie publikacji książka wzbudziła podobno wiele kontrowersji i zgorszenia, ale w naszych czasach ateizm, miłość pozamałżeńska, czy wreszcie feminizm (a uważam Söderberga za feministę w moim rozumieniu tego słowa) nie oburzają nikogo poza zatwardziałymi dewotami. Spodobał mi się sposób, w jaki autor postrzegał przedstawicielki mojej płci, choć z jego prozy wyłania się smutny obraz sytuacji pań pod koniec XIX wieku: mogły być żonami (jeśli miały posag), zgorzkniałymi i wyszydzanymi starymi pannami (jeśli go nie miały), robotnicami albo prostytutkami, a żadna z tych sfer nie obfitowała w kobiety szczęśliwe.
Zakończenie wydaje mi się niejednoznaczne - czyżby Martin doszedł do wniosku, że jedyne, co nam pozostaje, to cieszyć się chwilą, napawać małymi radościami, "chwytać dzień"?

***

Nie jest to może zbyt porywająca czy zaskakująca historia, ale przypadła mi do gustu, bo dzielę z jej autorem/bohaterem wiele rozczarowań i parę radości. A i styl wart jest uwagi, poznania i naśladowania.


PS Zachęcam do zapoznania się z krótką notką biograficzną o Söderbergu.

wtorek, 19 lipca 2011

MESJASZ

Tytuł: Mesjasz (Messiah)
Pierwsze wydanie: 1955
Autor: Gore Vidal
Tłumaczenie: Małgorzata Młynarz, Wojciech Młynarz

Wydawnictwo: SAWW
ISBN: 83-85006-42
Stron: 270

Ocena: 3-/5

Kiedy sięgałam po tę książkę, nie wiedziałam, czego się spodziewać, ale oczekiwałam przynajmniej kontrowersji. Gdybym czytała "Mesjasza" w czasach, kiedy został napisany i po raz pierwszy wydany, wywarłby może na mnie większe wrażenie, a na pewno - inne. Dziś (bo ja oceniam książki z własnej, współczesnej perspektywy) wydaje mi się pozycją, którą można sobie darować.

To opowieść o narodzinach, mniej więcej w połowie XX wieku, nowej religii. John Cave, grabarz, doznał pewnego dnia iluminacji i po prostu wiedział: dobrze jest umrzeć, śmierć nie jest niczym strasznym (ciekawe, do jakich wniosków doszedłby, gdyby wykonywał inny zawód). Zaczął głosić tę dobrą nowinę. Miał ogromną charyzmę, podejrzewano nawet, że hipnotyzuje swoich słuchaczy. Może gdyby nauczał w innym kraju albo w innym miejscu, szybko by o nim zapomniano, traktowano by go jako guru kolejnej dziwacznej sekty. Ale Cave udał się do Kalifornii, gdzie zainteresowało się nim parę osób z przemysłu filmowego i reklamowego oraz znudzeni i zblazowani intelektualiści. Dla tych pierwszych religia szybko stała się produktem, biznesem, dla tych drugich - zabawą i wyzwaniem. Do jej upowszechniania zastosowano absolutnie wszystkie triki reklamowe i psychologiczne oraz nowoczesne środki przekazu, natomiast do ugruntowania i utrzymania jej pozycji wykorzystano niedawne historyczne i polityczne doświadczenia: metody totalitarne. Sukces był tylko kwestią czasu, kilku lat. Dłużej opierały się tylko państwa arabskie.

W jednym z nich, konkretnie w egipskim Luksorze, od dwudziestu lat ukrywa się Eugene Luther, jeden ze współtwórców Słowa Cave'a. Musiał uciekać ze Stanów Zjednoczonych, ponieważ wraz ze swoimi zwolennikami sprzeciwiał się niektórym metodom stosownym przez cavitów. Po latach (w pierwszej dekadzie XXI wieku) pisze wspomnienia, czyli tę właśnie książkę, po to, aby choć w takiej formie przetrwała wiedza i pamięć o prapoczątkach nowej religii i nowego społecznego ładu. Niestety należy wątpić w to, że ktoś ją kiedykolwiek przeczyta.

***

Zastanawiam się, czy i w jakim stopniu poglądy głównego bohatera powieści są odzwierciedleniem opinii jej autora. W każdym razie chyba nie bez powodu Vidal naznaczył tę postać swoimi dwoma pierwszymi imionami oraz zainteresowaniem cesarzem rzymskim Julianem Apostatą. W trakcie lektury często odnosiłam wrażenie, że to nie Eugene Luther zwraca się do potencjalnych dwudziestopierwszowiecznych czytelników swojego pamiętnika, ale Gore Vidal pisze o kondycji amerykańskiego społeczeństwa do jakiegoś czasopisma z lat pięćdziesiątych XX wieku. Moim zdaniem swoje opinie mógł zaprezentować nieco subtelniej. Ciekawe, czy już w połowie lat pięćdziesiątych działali tzw. telewizyjni kaznodzieje, czy może Vidal dopiero przewidywał ich pojawienie się.

Nie za bardzo odpowiadał mi również styl autora, który miejscami chybotał się na krawędzi podniosłości i kiczu. Weźmy taki fragment:
Tam, gdzie mnie prowadziła, wszystko było obce, nieziemskie. I tak oto przy świetle księżyca straciliśmy nagle orientację i poddaliśmy się losowi; za jego to zrządzeniem przemieniliśmy się w bogów, w okaleczonego Merkurego i ciemną królową nieba. Spotkaliśmy się nad brzegiem morza, przebrani za ludzi, lecz świadomi swojego prawdziwego powołania i chociaż posługiwaliśmy się prostym językiem, każde wypowiedziane słowo niosło głęboką treść, odbijając się głośnym echem i współbrzmiąc z innymi. [str. 63]
Tego rodzaju ton nie pojawia się w "Mesjaszu" zbyt często, ale jednak. Z drugiej strony spodobało mi się określenie "elokwentna ignorancja" [str. 85] oraz zdanie, które nie jest może odkrywcze, ale za to bardzo trafne:
Ludziom zawsze można wmówić, że stan faktyczny jest czymś zupełnie naturalnym. [str. 193]

Szerzej pisał o tym Miłosz w cytowanym tu przeze mnie niedawno fragmencie "Zniewolonego umysłu".
***

Czy dziś może jeszcze powstać jakaś uniwersalna, ogólnoświatowa religia? A jeśli tak, to jakie byłoby jej główne przesłanie?
Wydaje mi się, że przynajmniej w najbliższym czasie to raczej niemożliwe, na pewno nie w naszym kręgu kulturowym, nie - dopóki utrzymamy pluralizm mediów. Wciąż jeszcze (od niedawna) mamy - to prawda, że ograniczony, ale jednak - wybór światopoglądów, wartości, sposobów życia i bycia, dzięki czemu nie musimy stać się niewolnikami żadnego z nich. Wiedza, świadomość, że w innych rejonach świata ludzie żyją inaczej, zmusza do refleksji nad sobą, do porównań, do doskonalenia, rozwoju naszego otoczenia. Przynajmniej niektórych. Indoktrynatorzy mają trudniej, choć i tak zbyt często odnoszą sukcesy, tymczasem jeszcze na mniejszą skalę.
A przesłanie... chyba zawsze będzie związane ze strachem przed śmiercią, bo przecież nic nie zagraża nam bardziej.

sobota, 11 czerwca 2011

KRÓLOWA CIENI, POCAŁUNEK ŚMIERCI


Tytuł: Królowa Cieni (My Swordhand Is Singing)
Pierwsze wydanie: 2006
Autor: Marcus Sedgwick
Tłumaczenie: Maciejka Mazan
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
ISBN: 978-83-10-11719-9
Stron: 217
Ocena: 3-/5

Tytuł: Pocałunek śmierci (The Kiss of Death)
Pierwsze wydanie: 2008
ISBN:978-93-10-11720-5
Stron:267
Ocena: 2-/5



Ostatnio jestem nyeco zajęta i nie mam za bardzo czasu ani siły na jakieś ambitniejsze lektury, więc przesyłka od Eruany przyszła w samą porę. Zawierała dwie powieści Marcusa Sedgwicka. Dla młodszej młodzieży, o wampirach:). Krótkie rozdziały, krótkie akapity, duża czcionka, prosta fabuła - nieźle nadaje się na wieczór, który przychodzi po męczącym dniu, kiedy człowiekowi nic się nie chce, tylko by leżał i leżał:).

Oś fabularna obu powieści jest dokładnie taka sama: para nastolatków kontra wampiry. On to w gruncie rzeczy dobry i inteligentny chłopiec, nieco naiwny. Ona jest piękna i rezolutna. Z góry wiadomo, że zaraz po rozprawieniu się z nieumarłymi padną sobie w objęcia. 
Tak, wątek uczuciowy nie zaskakuje, znacznie ciekawiej wypadają fragmenty o wampirach. Przynajmniej w "Królowej Cieni", "Pocałunek śmierci" podobał mi się już znacznie mniej.

Akcja tej pierwszej powieści toczy się na początku XVII wieku gdzieś w Europie Wschodniej, w zagubionej pośród lasów wiosce Chust. Marcus Sedgwick wykorzystał pochodzące z tego regionu podania o podstępnych, krwiożerczych istotach, które nienawidzą żywych i które nie mają nic wspólnego z błyszczącymi Edwardami czy melancholijnymi Louisami. Interesuje mnie folklor, więc ten wątek mi się spodobał. 

O ile klimat obleganej przez wampiry wioski udało się Sedgwickowi oddać dosyć sugestywnie, o tyle Wenecja, która sto lat później jest areną wydarzeń w "Pocałunku śmierci", wypadła raczej blado. Jest dekadencko, jest widowiskowo, ale nie jest strasznie. Fabuła jest zbyt poszatkowana, zbyt przewidywalna i właściwie bez sensu. Szkoda, bo początek nie był zły. Finały nie są mocną stroną tego autora.

Podsumowując: "Królowa Cieni" to niezłe orzeźwienie po meyerowskich dyrdymałach, ale lekturę "Pocałunku śmierci" raczej odradzam. 


Szerzej o obu książkach napisała Eruana na swoim blogu: tutaj i tutaj.

wtorek, 17 maja 2011

KRÓLOWA I JA, KRÓLOWA CAMILLA

Tytuł: Królowa i ja (The Queen and I)
Autorka: Sue Townsend
Pierwsze wydanie: 1992
Tłumaczenie: Hanna Pawlikowska-Gannon

Wydawnictwo: Książka i Wiedza
ISBN: 83-05-12687-0
Stron: 190

Ocena: 3+/5


Motyw bohatera, który nagle znalazł się w środowisku zupełnie mu obcym i musi się z tą sytuacją zmierzyć, wciąż powraca - w literaturze i w filmie. Pierwszy raz zetknęłam się z nim chyba w książce Marka Twaina pt. "Książę i żebrak", w której książę Edward Tudor, syn Henryka VIII, zamienia się miejscami z łudząco do niego podobnym Tomem Cantym, potomkiem przestępcy, i jak to tylko w bajkach bywa - bardzo długo nikt tego nie zauważa. Edward zostaje zmuszony do żebraniny, a Tom zabawia się stawianiem pieczęci na ważnych dokumentach. 

W powieści Sue Townsend następnego dnia po wyborach wygranych przez Ludową Partię Republikańską (z socjalistycznym zacięciem) cała brytyjska rodzina królewska została skazana na wegetację na prowincji wśród społecznych nizin. Założycielem i przywódcą tego ugrupowania był Jack Barker, który wcześniej pracował w telewizji i dzięki swoim kontaktom zdołał właśnie za pośrednictwem tego medium wpłynąć na podświadomość wyborców tak, aby zagłosowali przeciw monarchii. 
Królowa Elżbieta II, jej matka, siostra, mąż, dzieci, wnuki i psy zamieszkali w niewielkich domkach, za sąsiadów mając ludzi ubogich i rodziny patologiczne. Z dnia na dzień musieli nauczyć się własnoręcznie sprzątać, gotować i utrzymywać się z pomocy socjalnej. Kiedy wejdziesz między wrony, musisz krakać tak jak one - zgodnie z tą zasadą próbowali dostosować się do lokalnych zwyczajów, a niektórzy z nich nawet odetchnęli z ulgą, ciesząc się, że odpadły im nudne funkcje reprezentacyjne. 

Autorka przerysowuje nieco znany z doniesień prasowych (czy też raczej plotek) charakter członków rodziny królewskiej, ale więcej w tym sympatii niż szyderstwa, choć zwykły zjadacz chleba odczuwa jakąś taką złośliwą satysfakcję, obserwując zmagania błękitnokrwistych z codziennością. Przypuszczenie, że nawet książę Walii byłby bezradny wobec biurokracji, gdyby wpadł w jej wiry, jest nieco pocieszające.
Dobrze się bawiłam, czytając tę powieść, choć jako nie-Brytyjka nie zdołałam pewnie wyłapać niektórych aluzji. Dziękuje zacofanemu.w.lekturze za jej polecenie:).

Zakończenia (które jest tak samo nieprawdopodobne jak cała ta historia) domyśliłam się właściwie na samym początku, ale książka spodobała mi się na tyle, że jeszcze w trakcie lektury zarezerwowałam sobie w bibliotece kontynuację.


Tytuł: Królowa Camilla (Queen Camilla)
Autorka: j.w.
Pierwsze wydanie: 2006
Tłumaczenie: Ewa Świerżewska

Wydawnictwo: W.A.B.
ISBN: 978-83-7414-382-0
Stron: 414

Ocena: 2-/5


Jak widać ta powieść nie przypadła mi do gustu. Autorka  chyba zapomniała o tym, w jaki sposób zakończyła "Królową i ja", i jak gdyby nigdy nic kontynuuje poprzednią historię, z tym że nie jest to już lekka, przyjemna satyra, a raczej ponura i nudna przestroga.

Jack Barker rządzi od trzynastu lat i jest nie tyle premierem, ile dyktatorem. Wszyscy Brytyjczycy są nieustannie inwigilowani, wielu (m.in. rodzina królewska) zostało zmuszonych do zamieszkania w tzw. Strefach Zamkniętych, które mogą opuszczać tylko wtedy, jeśli otrzymają przepustkę. Biurokracja jeszcze bardziej się rozrosła, a poziom edukacji i służby zdrowia gwałtownie się obniżył. Trudno się zatem dziwić, że rosnąca w siłę opozycja planuje startować w wyborach z hasłem powrotu monarchii. Okazuje się jednak, że dla Brytyjczyków ważniejsze jest prawodawstwo dotyczące psów (które podobno wszyscy tam uwielbiają) niż kwestie ustrojowe.
Również w rodzinie królewskiej sporo się dzieje: żoną księcia Karola jest teraz Camilla (o Dianie prawie się nie wspomina), pojawia się ich nieślubny syn, książę William pracuje w firmie ustawiającej rusztowania, książę Harry żeni się z sąsiadką z powodu tzw. wpadki... Bohaterowie dostosowali się już do okoliczności, w których przyszło im żyć, nie odstają tak bardzo od swoich sąsiadów, a przecież w poprzedniej części zabawna była właśnie ta ich odmienność.
Tym razem autorka sporo miejsca oddaje bezpośrednio we władanie psom, i tym należącym do błękitnokrwistych, i tym należącym do plebsu. Czworonogi komentują zachowanie swoich panów oraz bieżące wydarzenia polityczne, zapoznajemy się też bliżej z ich sferą "uczuciową". No cóż, te fragmenty wydały mi się jeszcze mniej zabawne niż reszta książki, chwilami nawet niesmaczne.

"Królowa Camilla" jest nudna i przegadana, napisana zbyt serio. Przeczytałam ją chyba tylko z rozpędu. Wciąż liczyłam, że dalej będzie lepiej, ale nie było, wręcz przeciwnie. Sue Townsend pisze o zjawiskach, które aktualnie niepokoją wielu ludzi (np. wszechobecność kamer, gromadzenie przez urzędy państwowe zbyt wielu danych o obywatelach), ale robi to bez wdzięku, bez polotu i bez dobrego pomysłu. Zdecydowanie nie polecam. Radzę poprzestać na "Królowej i ja".

piątek, 29 kwietnia 2011

DOPÓKI MAMY TWARZE

Tytuł: Dopóki mamy twarze (Till We Have Faces)
Autor: Clive Staples Lewis
Pierwsze wydanie: 1956
Tłumaczenie: Albert Gorzkowski

Wydawnictwo: Esprit
ISBN: 978-83-60040-92-8
Stron: 359

Ocena: 3-/5


Ten utwór C.S. Lewisa nie spodobał mi się jako powieść: fabuła jest schematyczna i przewidywalna, wymyślona kraina ledwo zarysowana, postaci czarno-białe, dialogi przeważnie strasznie sztywne, a przez to niezbyt wiarygodne; styl też mnie nie urzekł. Książka nosi jednak podtytuł "Mit opowiedziany na nowo" i jako nowa wersja historii Erosa i Psyche może się wydać dosyć interesująca, zwłaszcza gdy jednocześnie skonfrontujemy ją z biografią i poglądami autora. 

Fabuła jest, jak wspomniałam, bardzo prosta. Król barbarzyńskiej krainy Glome miał trzy córki: Orual - mądrą, ale brzydką, Rediwal - ładną, ale głupią oraz  Istrę (nazywaną również Psyche) - przepiękną i dobrą. Bogowie nie obdarzyli go męskim potomkiem, choć nie żałował im ofiar. Na Glome spadały kolejne klęski, a kapłani orzekli, że jest to zemsta bogini Ungit, którą rozgniewały hołdy oddawane Psyche z powodu jej urody. Boginię mogła przebłagać tylko ofiara złożona z Istry. Orual bardzo kochałą swą przyrodnią siostrę i próbowała temu przeciwdziałać, ale czy śmiertelniczka może sprzeciwić się wyrokom bogów?

Nie jest to jednak opowieść o siostrzanej miłości (w każdym razie nie stanowi ona głównego wątku), ale raczej o relacjach między ludźmi i bogami. W porównaniu do boskich istot człowiek jest nikim, jest głupcem, istniejącym chyba tylko po to, żeby robić z siebie idiotę, zbyt ograniczonym, by móc przeniknąć przemądre zamysły potężnych bogów. Oczywiście zdarzają się wyjątki: śmiertelnicy, których wiara i posłuszeństwo są bezwarunkowe i bezgraniczne. Takim wyjątkiem była Psyche i za to została obdarzona boskością (skojarzyło mi się to z mitem chrześcijańskim o wniebowzięciu Maryi).
Wydaje mi się, że na przykładzie Orual i Psyche Lewis chciał pokazać, jak odmienny może być los człowieka bogobojnego i niewiernego Tomasza wsłuchującego się w podszepty racjonalnej filozofii. Oczywiście ten drugi źle skończy i okryje się wstydem. Zastanawiam się, czym Orual bardziej zawiniła w oczach bogów: zdrowym rozsądkiem czy egoizmem? Przypuszczam, że bardziej potępiali to pierwsze. A przecież dawała im szansę, chciała w nich uwierzyć. Dlaczego jej tego nie ułatwili?
- (...) Gdybym zamknęła oczy, uwierzyłabym, że ten jej pałac istnieje naprawdę.
- Lecz twoje oczy były otwarte i nie widziałaś go.
- Ale czy nie myślisz, że istnieje prawdopodobieństwo - dajmy na to, jak jeden do stu - że są rzeczy, których zobaczyć nie możemy?
- Z pewnością. Sprawiedliwość, Równość, Dusza, a także dźwięki muzyki.
 - Dziadku, nie o tym myślałam. Jeśli są dusze, dlaczego nia miałyby mieć swego domu?
Lis przeczesał palcami włosy w starym, znajomym geście nauczycielskiego niepokoju.
- Dziecko - rzekł stanowczo - trudno mi uwierzyć, że po tylu latach nie masz nawet bladego pojęcia o tym, co znaczy słowo dusza.
- Wystarczająco dobrze wiem, co ty przez nie rozumiesz, dziadku. Ale czy ty, nawet ty, wiesz wszystko? Czy istnieją rzeczy - chodzi mi o to, co realne - których nie możemy zobaczyć?
- Mnóstwo. Za naszymi plecami. To, co zbyt dalekie. I wszystko, gdy jest dość ciemno. [str. 168-169, fragment rozmowy Orual i Lisa]
Oczywiście Lis, grecki niewolnik, nauczyciel córek króla, musiał to wszystko potem odszczekać. Zastanawiam się, czy nie był aby alter ego autora, który przez pewien czas był ateistą, by potem wrócić na łono kościoła.

***

Chciałabym podkreślić, że to moja subiektywna interpretacja utworu, przefiltrowana przez pryzmat mojego światopoglądu. Czytałam wypowiedzi osób, które odebrały tę historię zupełnie inaczej.
Może łatwiej przełknęłabym te wszystkie morały, gdyby zakończenie było trochę bardziej wieloznaczne. Niemal do samego końca wszystko było jeszcze możliwe - nie byłam pewna, czy w świecie wykreowanym przez Lewisa bogowie to wymysł kapłanów, czy prawdziwe byty, ale finał nie pozostawia, niestety, wątpliwości. Szkoda.

Nie zachęcam do sięgania po "Dopóki mamy twarze", ale i stanowczo tego nie odradzam. Książka należy do tych łatwo przyswajalnych.


Na stronie wydawnictwa można zapoznać się z fragmentem książki (po kliknięciu w niebieski przycisk "Przeglądaj Książkę").

***

Dzień później. Zapomniałam wczoraj napisać, że na stronie 319 znalazłam zwrot "ubrałam ciemny płaszcz". Cóż to za plaga jakaś? Co na to korektor?

niedziela, 10 kwietnia 2011

TO NIE JEST KRAJ DLA STARYCH LUDZI

Tytuł: To nie jest kraj dla starych ludzi (No Country for Old Men)
Autor: Cormac McCarthy
Pierwsze wydanie: 2005
Tłumaczenie: Robert Bryk
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
ISBN: 978-83-7469-643-2
Stron: 238

Ocena: 3+/5

Wbrew temu, co napisano w blurbie, to nie jest "wstrząsająca historia wojny, która toczy się w środowisku handlarzy narkotyków". Ten wątek jest stale obecny, właściwie cała opowieść zaczyna się od krwawych porachunków między gansterami z pogranicza Stanów Zjednoczonych i Meksyku, ale wydaje mi się, że celem Cormaca McCarthy'ego było raczej pokazanie jego kraju w okresie przełomu. Zresztą wskazuje na to tytuł zaczerpnięty, jak czytałam, z wiersza Yeatsa pt. "Sailing to Byzantium".

Akcja książki toczy się w 1980 roku w Teksasie. Starsi ludzie wspominają dawne, dobre czasy; nowych nie rozumieją, nowych się boją. Obserwują upadek obyczajów, wzrastającą przestępczość, zanik wartości i moralności, których miejsce zajmuje kult pieniądza. Nie wiedzą, dokąd to wszystko zmierza, ale są pewni, że do niczego dobrego. Mogą być tylko biernymi świadkami zmian.

Tommy Lee Jones jako szeryf Bell
Jednym z nich był szeryf hrabstwa Terrell Ed Tom Bell. Strzelanina, o której wspomniałam, wydarzyła się na jego terenie. Narkotyki i pieniądze zniknęły z miejsca zbrodni, zostały tylko trupy, martwy pies, podziurawione samochody i łuski po nabojach. Żadnych świadków. Szeryf Bell raczej nie oczekiwał, że znajdzie sprawców, ale starał się wyjaśnić tę sprawę, zwłaszcza że zaplątał się w nią Moss, mieszkaniec jego hrabstwa.
Moss nie brał udziału w tej jatce, przypadkowo znalazł się tam, kiedy było już po wszystkim, i zabrał stamtąd walizkę z mnóstwem pieniędzy. Szybko zorientował się, że ktoś go intensywnie szuka i że nie odpuści. Zdał sobie sprawę, że może już zawsze będzie musiał uciekać. Do odzyskania pieniędzy wynajęto Antona Chigurha, psychopatycznego i niesamowicie skutecznego mordercę. 

***

"Droga" podobała mi się jednak bardziej, może dlatego, że z wiekiem z coraz mniejszą cierpliwością i wyrozumiałością podchodzę do truizmów, a bardziej cenię ciekawe historie i dobry styl. Owszem, ucieczka Mossa i pościg Chigurha trzymają w napięciu, autor miał kilka oryginalnych pomysłów (ta butla z tlenem...), ale to za mało, żebym uznała tę powieść za bardzo dobrą, zwłaszcza że niektóre jej elementy w ogóle mi nie odpowiadały.

Josh Brolin jako Moss
Każdy rozdział jest poprzedzony refleksjami szeryfa Bella, które brzmią trochę jak dydaktyczne pogadanki dla młodzieży. Moim zdaniem te wynurzenia należałoby nieco skrócić albo raczej wpleść w resztę tekstu. Kolejna sprawa - wątek narkotykowy jest strasznie pogmatwany i trudno się w nim zorientować, kiedy czyta się książkę po raz pierwszy, a w trakcie powtórnej lektury też nie jest to wcale łatwe. Wreszcie - styl. Wolałabym go nie oceniać, bo podejrzewam, że książka mogła dużo stracić w tłumaczeniu. Weźmy choćby taki fragment, niemal sam początek powieści, który wydał mi sę zupełnie niezrozumiały, więc postanowiłam skonfrontować go z oryginałem:

The deputy left Chigurh standing in the corner of the office with his hands cuffed behind him while he sat in the swivelchair and took off his hat and put his feet up and called Lamar on the mobile.
Just walked in the door. Sheriff he had some sort of thing on him like one of them oxygen tanks for emphysema or whatever. Then he had a hose that run down the inside of his sleeve and went to one of them stunguns like they use at the slaughterhouse. Yessir. Well that's what it looks like. You can see it when you get in. Yessir. I got it covered. Yessir. [źródło: amazon.com]
Pan Robert Bryk przetłumaczył to tak:
Zastępca szeryfa zostawił skutego Chigurha w kącie, a potem usiadł na obrotowym krześle, zdjął kapelusz, oparł stopy na blacie biurka i z komórki zadzwonił do Lamara.
Szeryf właśnie wyszedł. Zastępca nosił przy sobie butlę z tlenem, taką, jakiej się używa przy rozedmie płuc czy innych chorobach. W rękawie miał rurkę połączoną z pistoletem do uśmiercania zwierząt w rzeźni.
- No. Jestem tym, na kogo wyglądam. Zobaczysz, jak przyjdę. No. Ukrywam to. No. [str. 9]
Javier Bardem jako Chigurh
Nie władam biegle językiem angielskim, ale zdołałam się zorientować, że fragment od "just walked" do "yessir" odnosi się do rozmowy telefonicznej (choć  po "sheriff" powinien być chyba przecinek). Poza tym te zdania w przekładzie pana Bryka w ogóle nie mają sensu. To nie zastępca szeryfa nosił tę butlę z tlenem i ten specjalny pistolet, ale Chigurh!!!
Nie przejrzałam pod tym kątem całego tekstu, ale skoro już na początku przekładu jest taka skandaliczna wpadka, to mam prawo podejrzewać, że jest ich więcej.

Cormac McCarthy wrzuca czytelników w sam środek opowiadanej historii, nie ma tu żadnego zarysu sytuacji czy choćby jakiegoś przedstawienia bohaterów i dlatego niekiedy odnosiłam wrażenie, że czytam scenariusz. Zresztą bracia Coen zrobili naprawdę niezłą  i bardzo wierną (oprócz końcówki) ekranizację, z której pochodzą zamieszczone tu zdjęcia.

Właściwie polecam tę książkę, ale doradzam raczej czytanie jej w oryginale albo innym tłumaczeniu, jeśli się kiedyś takowe pojawi.

***

Ta część wpisu przeznaczona jest dla osób, które lekturę książki "To nie jest kraj dla starych ludzi" mają już za sobą.