Jedną z najważniejszych plag, jakie gnębiły szerokie rzesze ludności w dawnych czasach, były klęski głodowe. Na skutek nieurodzajów, zniszczeń wojennych i wielu jeszcze innych przyczyn dawna Polska, tak zresztą jak i większość krajów europejskich, co kilka czy też co kilkanaście lat nawiedzana była mniejszą lub większą klęską głodową. Pociągała ona za sobą olbrzymie straty w ludności, bowiem choroby ze zwiększoną siłą atakowały osłabione organizmy. W XIX w. widmo głodu coraz rzadziej pojawiało się na ziemiach polskich. W znacznym stopniu przyczyniło się do tego rozpowszechnienie uprawy ziemniaków. W naszym klimacie na ogół rok nieurodzaju zbóż był jednocześnie rokiem znacznego urodzaju ziemniaków. (...)Od niepamiętnych czasów ludność wiejska znała różne sposoby, przy pomocy których można było w latach nieurodzaju zdobywać żywność na łąkach i w lasach. Zdobycie tych zastępczych produktów nie przychodziło zresztą zbyt łatwo, a jadło z nich otrzymywane pod względem smakowym nie odpowiadało nawet niezbyt wypieszczonym chłopskim podniebieniom. W XIX w. coraz rzadziej trzeba było zdobywać tego rodzaju pożywienie zastępcze. Wywodząca się sprzed wieków wiedza ludowa z tego zakresu zaczęła stopniowo zanikać.Oprócz wymienionych już roślin i jagód zbierano szczaw, rdest, pokrzywę, ognichę, lebiodę, liście z buraków, komosę, mlecz, perz, które bezpośrednio spożywano lub dodawano dla urozmaicenia jadła. Czasem nawet żołędzie i orzeszki bukowe (bukiew) po odgoryczeniu i zmieleniu dodawane były do chleba. Pastuszkowie dożywiali się na pastwiskach wybierając z gniazd ptasie jaja. (...)A oto wspomnienia Lucjana Rudnickiego o głodzie, jaki miał miejsce jeszcze w 1894 r. w Sulejowie nad Pilicą: "Podstawą wyżywienia dla ogromnej większości były kartofle i kapusta, kraszone grochem, wydzielanym chlebem i jak najstarszą słoniną. Musiał przecież jedzący poczuć, że je omaszczono, czego nie można poznać przy zuchelku świeżego sadła. [...] Ciężkiemu jak zwykle przednówkowi wyszło na spotkaniu beznadziejne lato, a po nim głodowa zima i klęskowy nowy przednówek. Kartofle, których normalnie dla większości starczyło do nowych, z braku chleba zjedzono już w marcu. Starsze, doświadczone komornice wkrótce wykorzystały pokrzywy, lebiodę, a nawet perz, ale trzymorgowe obywatelki z obywatelek nie mogły się zdecydować na takie poniżenie. [...] Rzeczywiście zdawało się, że najgorsze przechodzi. Wiosna 1894 r. była przekropna i ciepła. Już w kwietniu rozkrzewiły się bujnie oziminy, zazieleniły soczyście łąki, miedze, drogi polne i okoliczne nieużytki. W porę, bo przy zupełnym wyczerpaniu paszy, ten i ów ≪ostatnią żywą≫ skórę na targu marnował. Przybyło mleka, wezbrana Pilica przyniosła sporo szczupaków, okoni, a przede wszystkim obfitość bieli i kiełbi. ≪Ryba - ochyba, lepsza chleba skiba≫ - mawiano. Ale, gdy chleba brakło, sznur złowionego na wędkę drobiazgu niejedną rodzinę w głodzie pokrzepił. Wkrótce pojawiły się kolejno: maślaki, grzyby, poziomki. Ludność poweselała. Widoczne się stawało: ≪Kogo Pan Bóg stworzy, tego głodem nie umorzy. ≫ Falujące łany płowego żyta i złotawej pszenicy zapowiadały bogaty urodzaj. Tymczasem gospodynie oczyszczały jęczmienie, owsy, okopowizny z chwastu i karmiły nim obficie dobytek ocalały w głodowej zimie. Na św. Jana kwitły już amerykany. Jeszcze tydzień, a będą utęsknione kartofle, jeszcze miesiąc, a matki, otoczone kołem głodnych dzieci, będą znaczyły krzyżem świętym pierwszy bochenek gorącego chleba przed rozkrajaniem."Niedobór środków spożywczych, który szczególnie występował w środowisku biedoty wiejskiej, pociągał za sobą dość poważne konsekwencje. Szerzyły się choroby: szkorbut, krzywica, próchnica, reumatyzm i choroby oczu. Brak pewnych składników mineralnych powodował czasem niedorozwój umysłowy lub nawet kretynizm.Dość często następstwem niedożywienia był niedorozwój fizyczny. Szczególnie więc w początkach XIX w. znaczna ilość chłopskich rekrutów nie nadawała się do służby wojskowej. Rodziły się fantastyczne teorie różnych pseudouczonych o innym pochodzeniu etnicznym polskiej szlachty (dobrze odżywionej i wyrośniętej) i ludu.Również na skutek zbyt skąpego pożywienia i nadmiernej pracy wytwarzały się pewne typowe cechy psychiczne. Szczególnie więc w początkach omawianego okresu znaczną część ludności chłopskiej cechowała bierność życiowa. Agresywność i skłonność do awantur i bójek powodował zazwyczaj wypity alkohol.
poniedziałek, 22 marca 2021
Chłopi w literaturze VII
czwartek, 18 marca 2021
Kobieta w literaturze LXXII
Źródło cytatu: "Życie codzienne wsi między Wartą a Pilicą w XIX wieku" Bohdana Baranowskiego, PIW 1969, str. 124-125
Wypadki przerywania ciąży nie należały do rzadkich. Istniały różne ludowe sposoby, które miały na celu spowodowanie poronienia. Dziewczęta używały więc w tym celu sporyszu, moczyły nogi w bardzo gorącej wodzie, skakały ze znacznej wysokości, puszczały sobie krew, wykonywały ciężką pracę. Rzadko to jednak pomagało. Niekiedy udawano się więc z prośbą o pomoc do znachorek wiejskich. I ich działalność nie zawsze jednak była skuteczna. Próby zaś dokonania poronienia przy pomocy prymitywnych i niesterylizowanych narzędzi, np. zwykłego drutu, często prowadziły do śmierci lub bezpłodności.
Zdarzały się również wypadki dzieciobójstwa. Czasami wędrowna służąca dusiła swe nowo narodzone dziecko i zakopywała w ziemi lub w nawozie, a sama uciekała do innej miejscowości. Czasami nawet decydowała się na to córka zamożnych gospodarzy. Naturalnie lekkomyślna dziewczyna, pragnąca uniknąć hańby, nie zdawała sobie sprawy, że wypadki takie bardzo łatwo dawały się wykryć i władze bez większego trudu mogły odszukać zbiegłą. W stosunku do dzieciobójczyń nie stosowano już makabrycznych kar z czasów przedrozbiorowych, a mianowicie zakopywania żywcem i przebijania kołem, niemniej kary były w XIX w. bardzo surowe. Również wypowiadała się tu sprawiedliwość zaziemskich kręgów.
Mówią o tym liczne pieśni ludowe, jak np. ten tekst z okolic Kłodawy z połowy XIX w.:
A w niedzielę po obiedzie,
chodził Pan Jezus po kolędzie.
Dziewka niesie w kuble wodę. -
Dziewko, dziewko, daj téj wody.
Kiej woda ta jest nieczysta,
liściem, prochem zapadzista.
Tyś sama, dziewko, jest nieczysta;
cóżeś ty te dzieci miała,
żadnemuś chrztu nie dawała.
Gdzie jezioro, tam ich czworo,
gdzie pusty las, tam sześcioro.
[ . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . ]
Przysłał Bóg czartów przeklętych,
wzięli ją aż na dno piekła.
Posadzili-ć ją na stolec,
dali jéj smoły w kaganiec.
[ . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . ]
Posadzili-ć ją na oknie,
niech się rozpatrzy po piekle.
Nieszczęśliwa-ć ja na świecie,
któż mi warkocz mój rozplecie?
Ozwała się czarcia mać:
já twój warkocz będę rozplatać,
wkoło piekło omiatać.
Wypadki podrzucania nieślubnych dzieci wiązały się z wyjątkowo trudną sytuacją ekonomiczną matek ze środowiska biedoty wiejskiej. Np. uwiedziona służąca nie była w stanie znaleźć odpowiedniej pracy i wychować dziecka. Podrzucała je więc, a sama uciekała w inne okolice.
środa, 17 marca 2021
Chłopi w literaturze VI
Do żniwa początkowo niemal wyłącznie służył sierp, a kosa używana była do koszenia łąk. Niekiedy jednak brano również kosy do żęcia gryki, rzadkiego owsa lub jęczmienia. Powoli coraz bardziej rozpowszechniało się użycie kosy, którą żęto także pszenicę i żyto. Wiązało się to z obniżeniem cen na produkowane coraz bardziej masowo kosy. W wypadku więc "urwania" narzędzia przy żęciu gęstego zboża, strata nie była już zbyt duża. Zresztą w ciągu omawianego okresu jakość kos uległa znacznej poprawie.Zastąpienie sierpa przez kosę napotkało na bardzo poważne opory ze strony tradycyjnej wsi. Powodowało bowiem przerzucenie najbardziej ciężkich prac w dawnym gospodarstwie rolnym na barki wyłącznie mężczyzn. Przy żęciu sierpem zarówno kobiety, jak i mężczyźni wykonywali mniej więcej taką samą pracę. Natomiast podczas żniw przeprowadzanych przy użyciu kosy znacznie większy był wysiłek mężczyzny. Stąd też inicjatorzy używania kosy spotykali się z różnego rodzaju złośliwymi przycinkami, że cały ciężar pracy biorą na siebie, a oszczędzają swoje żony. Złośliwie przydawano im pogardliwe miana. Starzy gospodarze z ubolewaniem kiwali głowami, dowodząc, że koszenie powoduje bardzo poważne szkody w ziarnie, którego znaczna ilość rozsypie się po polu. Najlepszym przykładem tego stanu mogą być wspomnienia zachowane w jednej ze wsi pod Działoszynem (Bobrowniki), dotyczące lat osiemdziesiątych poprzedniego stulecia. Oto jakoby, gdy pierwszy w tej wsi gospodarz wychodził do żniw z kosą, jego matka klęcząc na środku podwórka z płaczem błagała, aby nie narażał swojej rodziny na kpiny całej gromady. A gdy wyszedł jednak z kosą w pole, dzieci z całej wsi biegły za nim krzycząc: "waryjat, waryjat". Przykład jego szybko jednak znalazł naśladowców.
![]() |
Żniwiarki w polu, Włodzimierz Tetmajer |
poniedziałek, 26 października 2020
Chłopi w literaturze V
Źródło cytatu: "Żywot chłopa polskiego na początku XIX stulecia", nakład Jakóba Mortkowicza, Warszawa 1907 (polona.pl), str. 65-68
We wstępie napisano trochę ogólnie o sytuacji polskich chłopów na początku XIX w., w kolejnej części książki przedstawiono życiorys Kazimierza Deczyńskiego, który jest autorem trzeciej i zasadniczej części tej publikacji: "Opisu życia wieśniaka polskiego".
Deczyński urodził się 1800 r. we wsi Brodnia, w ówczesnym województwie kaliskim, w rodzinie chłopskiej. Była to wieś rządowa, co oznaczało, że "pan" nie był jej właścicielem, a tylko dzierżawcą. Ojcu Deczyńskiego udało się doprowadzić do tego, że syn zdobył jakie takie wykształcenie i został nauczycielem w rodzinnej wsi. Początkowo Deczyński nie angażował się zbyt otwarcie w stosunki między dzierżawcą a włościanami (wśród których byli jego najbliżsi), ale stopniowo orientował się w sytuacji, zdobywał dowody przeciwko "dworowi" i w końcu wystąpił po stronie pokrzywdzonych. Oczywiście nic nie uzyskał, a "pan" pięknie mu się potem odpłacił.
Warto przeczytać pamiętnik Deczyńskiego, bo jest to jeden z bardzo nielicznych tekstów pisanych z perspektywy ówczesnego chłopa, nieprzefiltrowany przez redaktorów z innej warstwy społecznej. Nie ukazał się drukiem za życia autora.
Przekonałem się nareszcie, iż opłacana Dzierżawa do skarbu publicznego szczególniej za prestanda włościańskie jest bardzo mierną, gdyż dzierżawca tylko 12 groszy polskich za dzień jeden pańszczyzny opłacał, a zatem zacząłem myśleć, iż ze wszech względów daleko swobodniej żyliby włościanie, aby sami wprost do skarbu publicznego za wszystkie swoje robocizny i daniny opłacali gotowemi pieniędzmi i wcale żadnemu Dzierżawcy nie byli podlegli, gdyż byłem naocznym świadkiem, że jest tysiąc sposobów dokuczyć chłopu, a nawet zniszczyć go zupełnie, chociaż nic więcej nie będzie robił pańszczyzny tylko swoją powinność. — Zniszczyć może chłopa pod pozorem jego istotnej powinności nie tylko sam Pan, gdy ma złość przeciwko niemu, ale zniszczy go Ekonom, a nawet i włodarz, jak się pokaże z następujących przykładów.
niedziela, 9 sierpnia 2020
Migawki z podróży po Polsce w czasach stanisławowskich, czyli na jak małym człowiek potrafi poprzestać
Źródło: "Polska stanisławowska w oczach cudzoziemców", tom II, PIW 1963, str. 21-23, dzienniki Ernsta Ahasverusa von Lehndorffa
Wyjeżdżam 2 maja o godzinie siódmej rano. O szóstej wieczorem przybyłem do Myszyńca, pierwszego polskiego miasteczka, gdzie znalazłem wprawdzie dobrych ludzi, ale taką nędzę i bród w gospodach, że przyjdzie mi zapewne spędzić tu bardzo złą noc. Cztery albo pięć dni, jakie przeznaczyłem na obejrzenie osobliwości Warszawy, upłynie mi, sądząc z tego, co tu widzę, chyba dość smutno. Piję herbatę i noc spędzam w pomieszczeniu, w którym wtedy, kiedy przybyłem, znajdowały się świnie. Na szczęście spotykam kobietę, która rozumie nieco po niemiecku. Polecam jej, aby porządnie wymiotła izbę, a następnie wykadziła. Ale do gospody przybywa stale tyle ludzi, że zaduch nie ustępuje. Wreszcie o godzinie dziewiątej pozwalają mi zamknąć drzwi do mojej izby. Muszę ją jednak dzielić z gospodarzem, jego żoną, trojgiem dzieci i mymi dwoma lokajami.
Wstaję o godzinie czwartej, a o szóstej odjeżdżam. Okolice są tu strasznie piaszczyste i smutne. W południe przybywam do Dylewa. Znalezienie pokoju należy tu do rzeczy niemożliwych. Wobec tego proszę o ustawienie na wolnym powietrzu stołu, przy którym piszę, jem obiad i czekam, dopóki konie moje nie wypoczną. O godzinie drugiej jadę dalej, nie wstąpiwszy do żadnego z tutejszych domów.
Droga prowadzi ciągle przez rozległe piaski i lasy sosnowe aż do Bertokowa [?]. Żyd proponuje mi zatrzymanie się w jedynym tak zwanym pokoju mieszkalnym, który jest jednak tak brudny, że nie mogę przemóc wstrętu, by tam wejść. Rozglądając się wokoło spostrzegłem coś w rodzaju stajni, wyglądającej dość zachęcająco. Zaproponowałem zatem Żydówce, żeby mnie tu urządziła. Odpowiedziała mi, że zimowały tu wprawdzie cielęta, ale że wyrzuci gnój i wyporządzi ją dla mnie. Ludzie są tu dobroduszni. Kiedy rozdałem im kilka groszy, chyba więcej niż dziesięć osób zabrało się do pracy i wydaje mi się, że z wyjątkiem stajni Augiasza żadnej innej tak szybko nie oczyszczono. W ciągu godziny - czekałem wówczas na dworze - nieczystości wywieziono, ale ponieważ w stajni nie ma okien, trzeba było zostawić drzwi otwarte. Zażądałem, aby wykadzono w owym pomieszczeniu, po czym wietrzę i sam kadzę powtórnie. Wreszcie o godzinie dziewiątej jakoś się urządziłem: wniesiono mi starą ławę i deskę, którą ułożono na beczce. Miało to wyobrażać stół. W końcu ustawiono też moje łóżko. Wypiłem herbatę, poczytałem nieco i o dziesiątej czułem się w mojej budzie już zupełnie zadomowiony. Jeszcze raz przekonałem się, na jak małym człowiek potrafi poprzestać.
4 maja. Wstaję, piję kawę i o godzinie szóstej odjeżdżam. Ogromnie się cieszę, że noc spędziłem w stajni, gdyż przechodząc obok mieszkania gospodarza spostrzegłem tam ponad dwudziestu Żydów, wrzeszczących jak w synagodze i wydających przy tym takie dźwięki, że z całą pewnością straciłbym słuch, gdybym pozostał w owym pokoju.
Pola i drogi stają się teraz lepsze. Mieszane lasy, przez które przejeżdżamy, są zachwycające w swej wiosennej zieloności. Po przebyciu pięciu mil przyjechałem do Pułtuska, rezydencji biskupiej, należącej do brata króla, w której znajdują się klasztory i wspaniałe kościoły. W gospodzie otrzymałem osobny pokój.
Po obiedzie zwiedzałem miasto. Prezentuje się ono dość ładnie. Gdy jednak ogląda się drewniane domy z ich dachami i kominami, trzeba je uznać za szkaradne. Nie mogę zrozumieć, jak to się dzieje, że polskie miasta nie palą się każdej doby. Drewniane domy stłoczone są jeden obok drugiego, a na ulicach panuje taki smród i brud, że można się udusić. Gdy trzeba uzyskać jakąkolwiek informację, należy zwracać się z tym do Żydów, którzy zarówno tu, jak i w całym kraju stanowią najinteligentniejszą część ludności. Miejscowi ludzie są o wiele głupsi.
O godzinie piątej odjeżdżam, przebywam jeszcze dwie mile, a na noc zatrzymuję się w nędznej żydowskiej karczmie. Ponieważ Żydzi obchodzili szabas, nie chcieli się niczego tknąć i moja służba musiała rozpalić ogień i narąbać drzewa. Byłem tym bardzo uradowany, ponieważ ludzie owi sprawiali bardzo nieprzyjemne wrażenie, mimo że z okazji szabasu włożyli wszyscy białe koszule i wyglądali nieco mniej brudno niż zwykle.
piątek, 7 sierpnia 2020
Kobieta w literaturze LXXI
Źródło: "Polska stanisławowska w oczach cudzoziemców", PIW 1963, tom II, str. 138-139, konkretnie rozdział "Pamiętniki" Larsa Engeströma
Byłem zaproszony na jednę wieczerzę, którą księżna de Nassau wydawała dla ambasadora i dla jego otoczenia. Osób na niej było niewiele. Księżna opowiadała nam, że z liczby zaproszonych dwadzieścia sześć osób zachorowało. Uwierzyłem temu w prostocie ducha i sądziłem, że jaka epidemia grasowała po mieście. Uspokojono mnie wszakże zapewnieniem, iż księżna jejmość miała zwyczaj kłamania i w ten sposób starała się uniewinnić z małej liczby przytomnych gości. Księżna de Nassau była z domu Gozdzka. Ojciec jej, skąpiec wielki, zebrał bardzo znaczną fortunę, której ona stała się jedyną spadkobierczynią. Poszła była naprzód za mąż za księcia Janusza Sanguszkę, z którym się przez rozwód rozstała. W Spa zrobiła znajomość z panem Charles de Mailly, zwykle zwanym księciem de Nassau. Sądziła, że jest w istocie księciem posiadającym jakiś kraik w Niemczech, a on był przekonany, że księżna miała niezmierne bogactwa.
Tymczasem ojciec księcia przez trybunały Cesarstwa uznany został nieprawym synem, a księstwo Siegen oddano księciu Oranii. Księżna ówczesna Sanguszkowa już była natenczas strwoniła znaczniejszą część swojego majątku. W ten sposób oszukali się wzajem oboje. Małżeństwo zawarte zostało, gdy król szwedzki znajdował się w Spa. Utrzymywała ta pani, że król się w niej kochał i że dla walczenia przeciwko księciu de Nassau wydał wojnę, które tego roku wybuchnęła. Niezmiernie się tym pyszniła. Mówiła mi, że proponowała królowi handel nader dla Szwecji korzystny. Miała mu dostarczać drzewa z ogromnych lasów dóbr swoich ukraińskich. Wprawdzie nie bardzo była mocną w jeografii, ale na dowcipie jej nie zbywało, miała go wiele. Kłamstwa jej przybierały postać poetycznych romansów, których obfite źródło nigdy się nie wyczerpywało. Marszałek Potocki chodził tam często dla przyjemności słuchania żywych jej opowiadań. Była niegdyś bardzo piękną i niezmiernie romantycznego usposobienia i fantazji. Gdy śliczny jej pałac, który miała w Warszawie, palił się, zatrzymała się w domu naprzeciw niego, siadła w oknie dla przypatrzenia się pożarowi i śpiewała arię Didony oglądającej Kartago w płomieniach. Lubiła bawić się kosztem drugich w sposób często zjadliwy i uszczypliwy. Przede mną był w Warszawie minister duński, którego nazwiska sobie przypomnieć nie mogę.
Jednego dnia księżna mu powiada:
- Jakże pan rzadko u mnie bywasz, jak pan jesteś niegrzeczny!
- Księżna pani daruje, ale ja tak daleko mieszkam.
- A, prawda! - rzekła. - Szkapy to fatyguje (Cela fatigue les bêtes).
W miejscu pałacu, o którego pożarze wspomniałem, chciała sobie zbudować nowy; przygotowano plan bardzo wspaniały. Miał być niezmiernie obszerny, lecz zaledwie dokończono pawilon, który stał w końcu bocznego skrzydła, gdy księżnej pieniędzy nie stało na ciąg dalszy.
Wcale pięknie pawilon ten sobie umeblowała i mieszkała w nim, prawiąc tysiące różnych rzeczy skomponowanych dla wytłumaczenia, czemu budowla została przerwana. Reszta gmachu stała w ruinach.
środa, 27 maja 2020
Kobieta w literaturze LXX
Jmp. starosta grabowiecki - donosi Sarnecki Radziwiłłowi w dniu 11 sierpnia 1695 - uwiózł z Lublina jejm. pannę Modrzejowską, podskarbiankę kor. nad., w ciężkim matkę eo casu zostawiwszy żalu. A to tak. Kiedy mu nie pomogły różne instancyje osobliwie Parlamentu tamecznego, bo i królewskie były concumvalencyje o tę Damę. Widząc, że matka Chomentowskiemu, wojewodzicowi bracławskiemu, onę już deklarowała, ad haec violentia media udał się. Panna naprzód miała do niego osobliwą inklinacyją podobno i z namowy jej konfidentek, które dobrze muneribus pan młody osypał, tak się dała namówić.O północy porwała się z łóżka, na ktorym matka z nią spała, która gdy poczuła, że wstaje, pyta się: dokąd wstajesz? Odpowiedziała: "Opus naturae". Zawołała na dziewczynę: "Idź za panną!" Dziewczyna ochotnie uczyniła, bo i ta pretio była namowiona. Wyszła z panną, ktora głowę sobie zawiązawszy chustką i płaszcz na się włożywszy, in albis boso poszła do karety. Tam w kontusz soboli obwiniona jechała przez miasto i słomiany rynek z assistentią świc. Tam już pan młody odwod trzymał we stu albo więcej koni. Za miastem dopiro wsiadł do karety i z nią jechał aż do Łęcznej. Tam transfigurativ w sobotę przeszłą pomienioną pannę, którym ślub dawał jm. ks. oficjał lubelski. Była pogoń za nim od jmp. wojewodzica bracławskiego, ale obaczywszy większe siły jmp. starosty, lubo i Trybunał mu przydał ludzi, obrocił się nazad [...] Bardzo Królestwo Imć apprehendowało to, że tak w młodym wieku panna, we 14 lat, odważyła się na to, tak wielkiego rodzica corka.
piątek, 24 kwietnia 2020
Chłopi w literaturze IV
W okolicach Kielc obfitość zabobonów, mających łączność z uprawą roli, siewem, żniwem, domem i gospodarstwem, nierównie jest większą niż koło Pińczowa. Przyczyna tej nierówności polega: na większej oświacie ludu powiatu pinczowskiego niż kieleckiego, już wreszcie na samej przyrodzie miejscowej tych dwóch okolic. Wogóle uważając, okolice kieleckie, aczkolwiek piękne, są bardziej górzyste, ponure, ztąd i dziksze niż pinczowskie i dlatego na umyśle swego mieszkańca piętnują pewną szorstkość, którą łatwo dopatrzeć w jego mowie, sposobie życia, śpiewie, a nawet w ubraniu. Ziemia jałowa, nieurodzajna, na wielu miejscach pokryta smugami piasków, nierzadko niewynagradzająca trudu około niej podjętego, zmusza poniekąd właściciela do szukania środków nadnaturalnych, leżących w zabobonach, bo sądzi w dobréj wierze, że one przyczynią się do dopełnienia braków, do pomnożenia plonu. Dodając do nadmienionych przyczyn i tę okoliczność, że wsie w kieleckiém zbyt są od siebie porozrzucane, że ich domy niegromadnie, ale w długim szeregu kolonij poumieszczane, że w kieleckiém mniéj jest kapłanów do sprawowania posług religijnych i rozciągnięcia pieczy duchownéj nad owieczkami, niż w innych w ogóle powiatach, a w szczególności w pinczowskiém, mniéj téż stósunkowo szkół elementarnych w ubiegłej przeszłości było w kieleckiém niż pinczowskiém: to nie będziemy się dziwić, że zabobony w wielkiéj swéj rozciągłości i doniosłości istnieją między Kielczanami. A choć i tu znajduje się niemały poczet oświeceńszych włościan, którzy w gruncie rzeczy nie wierzą w zabobony, to mimo tego, idąc za zwyczajem większego ogółu swoich współbraci — nie odrzucają ich wcale. (...)Uprawa roli pod siew każdego gatunku zboża, sadzenie i okopywanie jarzyn i t. p. czynności rolnicze, mają szczególniej w kieleckiém odrębne zabobony, przesądy, prognostyki i dnie uprzywilejowane. Najwięcej jadnak zabobonów z rozlicznymi waryjantami praktykuje się przy sianiu: rozsady, lnu i konopi jak również sadzeniu kapusty. (...)2. Przed nałożeniem nawozu na piérwszą furę w kieleckiém przestrzegają ściśle tego zwyczaju, że biorą trzy razy gnoju na widły wyrzucają na dach domu, lub obory, następnie naładowaną furę żegnają krzyżem św. i kropią święconą wodą.
niedziela, 19 kwietnia 2020
Chłopi w literaturze III
Wład. E. Zapałowski (T y g o d n. i l l u s t r. 1882, nr. 352) mówi:Jeszcze słówko musimy poświęcić ogólnéj fizyognomii tutejszego ludu (od gór Święto-krzyzkich) „kobiet jak i mężczyzn w ogóle do pięknych zaliczyć niepodobna. Wzrostu bywają miernego, a nawet małego; kobiety pękate, przysadziste, choć znowu nie można bezwarunkowo nazwać ich brzydkiemi, bo tryskające zdrowie, świeżość, mocne rumieńce, w końcu piękny strój, dodają im wiele wdzięku i krasy. Mężczyźni chuderlawi, z długiemi, z przodu tylko ostrzyżonemi włosami, zakrywającemi czoło i okalającemi twarz zupełnie wygoloną, nie mogą także pięknie wyglądać.”„W bliższém obcowaniu z tutejszym ludem wiele można znaleźć zdrowego chłopskiego rozumu i trafnych często poglądów; ogół jednak jest ciemny, gruby w swych wyrażeniach, niedowierzający, konserwatywny w wysokim stopniu, a choć oświata nie mogła przedrzeć się tu przez góry i lasy, demoralizacya znalazła jeszcze drogę i wdarła się w ten cichy zakątek, pod nizkie słomiane strzechy.”G a z e t a K i e l e c k a z r. 1874, nr. 56, w artykule p. K.-z „Z wycieczki w Łysogóry” tak się wyraża: „Lud okolic Święto-krzyzkich nie odznacza się po większéj części tak pięknemi rysami i przyjemną powierzchownością, jak nad-wiślańscy Sandomierzacy lub Krakowiacy; jest ponury i zabobonny. Zamożni włościanie, z powodu dość jałowego gruntu, trafiają się nader rzadko.” Za to, wcale nie rzadkiemi bywają tu kradzieże, a powód do nich dawać może bieda. Osobliwie też łakomi są na wszelkiego rodzaju wiktuały; a tylko jajko ukraść (tak tu jak i pod Sandomierzem) za wielki grzech sobie poczytują.G a z e t a K i e l e c k a 1874, nr. 56, w artykule p. K-z „Z wycieczki w Łysogóry" mówi: „Materyał na odzienie każdego z włościan od gór święto- krzyzkich, oprócz czapki i zimowych butów, jest wytworem ich przemysłu. Gospodynie same przędą i tkają z lnu własnéj uprawy i z wełny własnéj hodowli owiec, lniane i wełniane tkaniny, służące im na odzienie jako i na sprzedaż, jak n. p. płótno poszukiwane i praktyczne, wełniane zapaski i wełniane dywaniki (kilimki) najczęściéj w czarne i czerwone pasy, służące kobietom do okrycia w zimie zamiast ciepłych chustek i kupowane od nich na dywaniki dla okrycia n. p. bryczki. Sukno na kapoty mężczyzn również przez kobiety jest wyrabiane. Dla tego-to w każdéj prawie chacie można znaleźć warstat tkacki. W ogóle strój mieszkańców téj okolicy jest prosty i skromny."„Sukmana bronzowego koloru, ze stojącym kołnierzem, skromnie czerwonemi sznurkami wyszytym i granatowa czapka z dużem rondem z czerwonemi często wypustkami i dużym daszkiem, stanowią zwykły strój mężczyzn. Na zimę niektórzy noszą wysokie baranie czapki. Kożuchów i rękawic na zimę, a kapeluszy na lato prawie nie znają, a na większe mrozy pod wełniane sukmany podwdziewają ciepłe wełniane spancerki i takież spodnie. W lecie rzadko chodzą w butach; nosząc zamiast nich tak zwane trepki t. j. rodzaj pantofli z grubą drewnianą podeszwą, na wierzchu któréj jest przybity kawałek przyszwy, zakrywający stopę do połowy i służący do utrzymania na niéj tego obuwia. “ (Obacz wizerunek w Seryi II Ludu, od Iłży i Szydłowca).„Ubranie kobiet składa się w lecie z kolorowych perkalikowych lub wełnianych spódnic, takichże zapasek, któremi i plecy okrywają. W zimie ubranie to zastępują wełnianemi szorcami, zapaskami i kilimkami (płachtą). Włosów tak mężatki jak i dziewczęta po większéj części nie splatają w warkocze, a tylko je swobodnie z tyłu głowy spuszczają, związując lekko małą bawełnianą kolorową chustką z opuszczonemi końcami. Na nogach zimą codziennie, a latem tylko w święto, gdy idą do miasta, noszą płytkie trzewiki i pończochy."„Porównywając ubiór włościan innych okolic z ubiorem święto-krzyzkich, możemy zauważyć, że ci ostatni są mniej wybredni i mniéj estetyczni pod względem okrycia, i więcéj zahartowani na zimno."
czwartek, 16 kwietnia 2020
Epidemia w literaturze VIII
Około 60 mil na południowy zachód od zatoki Provincetown, u spływu dwóch rzek nieopodal dzisiejszego Warren w stanie Rhode Island, znajdowała się siedziba Massasoita, regionalnego przywódcy (sachema) Tubylców. Był mężczyzną w kwiecie wieku - około trzydziestopięcioletnim, silnym, majestatycznym, cechującym się niewymuszoną godnością, jakiej oczekiwano od sachema.Choć sam był zdrowy i pełen wigoru, jego lud został ciężko doświadczony przez choroby. W ciągu trzech lat, w trakcie których Pielgrzymi przygotowywali swoją wyprawę do Ameryki, Indianie z południowej części Nowej Anglii doświadczyli tego, co naukowcy nazywają "epidemią na dziewiczej ziemi" - czyli chorobą zakaźną, dla której organizmy miejscowych nie umiały wyprodukować przeciwciał. W latach 1616-1619 choroba, być może dżuma, przywleczona przez europejskich rybaków na teren współczesnego Maine, rozprzestrzeniła się na południe wzdłuż wybrzeży Atlantyku aż po wschodnie brzegi zatoki Narragansett, zabijając w niektórych okolicach do 90 procent mieszkańców.Ludzie umierali tak licznie i tak szybko, że nie pozostał nikt, by pogrzebać ciała. Przybrzeżne obszary Nowej Anglii, niegdyś zamieszkane równie gęsto co Europa Zachodnia, nagle się wyludniły. Tylko bielejące kości znaczyły miejsca, w których niegdyś istniały kwitnące społeczności. Poza chorobami, region doświadczyły zjawiska opisywane jako "napięcia społeczne i krwawe wojny". Społeczności miejscowych, które nawet w najlepszych czasach żyły poróżnione ze sobą, teraz walczyły o nowy porządek na ponurym bezludziu Nowej Anglii.Plemię Massasoita, znane jako Pokanokeci od zajmowanego przez nich obszaru u krańca zatoki Narragansett, ucierpiało szczególnie ciężko. Przed epidemią liczyło około 12 tysięcy ludzi, dzięki czemu Massasoit mógł zmobilizować do 3000 wojowników. Po trzech latach chorób jego siły zmniejszyły się do paruset ludzi. Jeszcze gorszym z punktu widzenia Massasoita był fakt, że zaraza nie dotknęła sąsiedniego wrogiego plemienia Narragansettów, którzy panowali nad zachodnimi wybrzeżami zatoki i liczyli około 20 tysięcy, w tym 5000 wojowników. Wkrótce Massasoit i dziesięciu jego wojowników musieli przełknąć upokorzenie i złożyć hołd Narrangasetom, których sachem Canonicus uznawał odtąd Pokanoketów za swoich poddanych.Wyniszczeni chorobami i podlegli od niedawna potężnym i dumnym wrogom, Pokanokeci desperacko starali się zachować swoją odmienność, a Massasoit miał sojuszników. Masaczusetowie z północy i Nausetsi z Cape Cod podzielali niechęć Pokanoteków do Narrangasettów. Choć Pokanokeci byli zdecydowanie słabsi liczebnie, nie zniechęciło to Massasoita do prób wykorzystania sojuszy z innymi plemionami, celem zneutralizowania zagrożenia z zachodu. [...]
środa, 8 kwietnia 2020
Epidemia w literaturze VII
Nastał ciężki czas dla miasta. Najgorsza zaś była świadomość, że znikąd niepodobna oczekiwać pomocy. Ludzie czuli się żywcem pogrzebani, zdani wyłącznie na własne siły i przedsiębiorczość, co - prawdę rzekłszy - uwalniało ich z więzów, jakie świat zwykle narzuca. Skoro byli tak bardzo osamotnieni, tak opuszczeni przez władców świeckich i duchownych, tak całkowicie skazani - przyszło im na myśl, że wszystko, co ich przedtem ze światem wiązało - pozbawione jest wartości. W godzinie strasznego doświadczenia, zabijani przez zarazę i głód, ujrzeli się jakby na wyspie bezludnej, otoczeni zewsząd bezmyślnym, obojętnym i nieprzebytym morzem. Ale nie tylko to oddziaływało na ich wyobraźnię. Zrazu, w obliczu tego nieszczęścia, niemal wszyscy stali się sobie równi i legły w gruzach uświęcone prawa. Jednako umierali rzemieślnicy, panowie i kapłani, mężczyźni i kobiety, starcy i dzieci. Śmierć, wjechawszy w bramy miasta na swym czarnym koniu - pukała do wszystkich drzwi, nie bacząc na rodzaj domostwa. Przebrzydłe szczury, których całe czeredy jawiły się w mieście w biały dzień, pod upalnym niebem - z jednakim apetytem rzucały się na ciała umarłych, bez względu na to, jak pańskie lub jak plebejskie było to mięso. Farias de Saxe, którego duma wydawała się silniejsza od pragnienia życia - doglądał czujnie, by skąpe porcje trafiały równo do każdej gęby.Więc jak powiadam, najpierw zapanowała osobliwa równość, nie pozbawiona dzikości i szaleństw... Ktoś porwał za sobą tłum do klasztoru Dominikanów, gdzie przez wieki gromadzono uczone księgi. Nie wiedzieć czemu, tłum uczynił z pergaminów olbrzymi stos i podpalił je, a gdy płomienie strzeliły w górę - ludzie ujęli się pod ręce i tańczyli w blasku ognia i kłębach dymu, aż do późnej nocy. Niszczyli wszystko, co nie było zdatne do jedzenia. Nastał czas nowych wartości dla miasta i - dalibóg - wydawać się mogło, że przy całym nieszczęściu i goryczy, ludzie oddychali swobodniej! Nagle niemal wszyscy bez wyjątku odczuli poprzednie swoje życie jako obarczone mnóstwem zbytecznych dziwactw i urojeń. Nie mówiono: "na cóż nam teraz księgi i nauki", ale mówiono: "na cóż w ogóle księgi i nauki, jeśli wbrew naszej woli wypełnia się czas i trzeba odejść z tego świata, nie zaznawszy ani radości, ani rozkoszy, ani nawet prawdziwych nieszczęść..." Zwątpiwszy w zasady, rychło też zwątpili w Boga. Z każdym dniem stawał się mniej potrzebny, bowiem nie był obecny, odszedł z Arras, wydawszy je na łup zgłodniałych obywateli. I oto nagle nasze ciała, umierające, wychudzone z głodu, rozpalone od wewnątrz zarazą - nabrały najwyższego znaczenia. Ludzie z czułością spoglądali na swoje twarze, ramiona, brzuchy. Nic poza ciałem nie przedstawiało wartości i nic nie było bardziej godne tkliwości. Zdarzyło się, że ci, którzy byli grubsi od innych - doznawali osobliwej rozkoszy i cieszyli się szacunkiem, który był niemal równy czci. Ale nie trwało to długo, bowiem właśnie obarczeni tłuszczem - pierwsi poszli pod nóż... Strąceni z ołtarzy - powędrowali na stoły. Zaczęła się tyrania chudych i żylastych. Wybuchł straszliwy terror, a dzikość dosięgła szczytu.Jakże śmieszna jest natura człowieka. Kiedy sądzono ową kobietę, wszystkim się zdawało, że Arras spadło na samo dno nieszczęść i zgryzoty. W jakiś czas potem ludzie wspominali proces dzieciobójczyni jako świadectwo dawno minionej sielanki. Miasto, w którym działają sądy, stanowi się prawa i wykonuje wyroki - nie jest miastem opuszczonym przez Boga. W Arras, gdzie jak potem rachowano, co trzeci człowiek padł od zarazy lub głodu - nie było już nic boskiego. Zostaliśmy sami z naszym człowieczeństwem, z naszymi ciałami, z naszą wyobraźnią, ożywianą tylko przez żołądki.
poniedziałek, 6 kwietnia 2020
Epidemia w literaturze VI
Źródło cytatu: "Wakacje nad Adriatykiem" Zofii Posmysz, Czytelnik 1970
Stukam knykciem w ramę najwyższej przegrody, "półka" to się nazywa, mieszkać na półce, znaczy mieć już jakieś przywileje, minimalne zapewne, ale jednak. W porównaniu z tymi, co śpią w dolnych przegrodach, podciekających podczas deszczu wodą i błotem, to już luksus, i to także luksus, że można nie tylko swobodnie usiąść, ale i wstać, i nawet wyciągnąć ramiona przy wdziewaniu sukni, a i to także, że rzadziej zaglądają tu szczury i nie sypią się na twarz żadne brudy, zbutwiała słoma, grudy błota, czasem tylko zabłąkane, pojedyncze płatki śniegu albo deszczowa rosa, bo nad głową ma się dach, nie strop, lecz dach właśnie, z precyzyjnym rysunkiem więźby dachówek. Ciekawy to rysunek, o fakturze wklęsło-wypukłej z nalotami szronu, które, gdy grubsze, jaśnieją skrzącą bielą (po wielu latach odnajdę jego repliki w niektórych obrazach abstrakcjonistów malowanych techniką impasto), kiedy przechodziłam tyfus plamisty, ta skośnie biegnąca w dół płaszczyzna dachu, osędziała od mrozu, była dla moich rozgorączkowanych oczu niebieskim stropem, przesuwały się po nim procesje świętych ze śpiewem "Ciebie on z łowczych obieży wyzuje i w zaraźliwym powietrzu ratuje", a ja śpiewałam wraz z nimi z sercem lekkim jak ta śnieżna sadź, bo przecież kiedyś w dzieciństwie przez dziewięć miesięcy w każdy pierwszy piątek przystępowałam do komunii, a powiedziane jest, "kto tak czyni, nie umrze śmiercią". Więc wpatrywałam się w ten firmament, na którym i gwiazdy były, i księżyce i śpiewałam wraz z wędrującymi po nim procesjami świętych pańskich, aż którejś nocy nie zobaczyłam ich, tylko ogromny, pulsujący złotym blaskiem kielich z wiatykami. Światłość bijąca od niego rozprzestrzeniała się na całą płaszczyznę dachu, o którym w tej chwili jedynej podczas długiej gorączki wiedziałam, że nie jest stropem niebieskim, lecz dachem budynku, do którego przychodziło się umierać. Niewidzialna ręka kapłana unosiła nad kielichem biały krążek, ten rósł i zbliżał się do półki, na której leżałam, więc pomyślałam, że oto dotrzymana zostaje gwarancja, że zatem nie ma już przeszkód, abym umarła. Ale nie bałam się niczego, nawet tego największego z lęków, że jutro przy ściąganiu zwłok moja głowa będzie stukać o ramy niższych przegród jak zawsze przy ściąganiu z półki, aż uderzy o ziemię z rozmachem i z tym obrzydliwym odgłosem, który najbardziej chore budził z zamroczenia przypomnieniem "jutro ty", i żal mi też nie było niczego w tej chwili, nawet tego, że nie będzie grobu, na który przyszłaby kiedyś moja matka, w tej jednej chwili przestałam się bać wszystkiego i rozchyliłam usta, żeby przyjąć wiatyk. [str. 36-37]
środa, 25 marca 2020
Epidemia w literaturze IV
Łuczakowie zajmowali ze względu na swą liczną rodzinę jedną z większych izb folwarcznych, mającą dwa okienka. Izba nie zdawała się zatłoczona mimo swych dziesięciorga mieszkańców, gdyż posiadała bardzo niewiele sprzętów. Stały w niej tylko trzy łóżka, skrzynka, ława, stół, krzesło i stołek, na którym w tej chwili jedna ze starszych dziewcząt prała szare szmaty w niedużej balii o zjedzonych przez rdzę obręczach. Drobne dzieci, zdaje się że i cudze, bo byli tam jacyś chłopcy, raz po raz wchodziły i wybiegały z izby, tupiąc drewnianymi trepami. W kącie między statkami, przy kuchni, chłopczyk, mający mokro i brudno pod nosem, sapał zakatarzonym oddechem i majstrował sobie zabawkę z patyków. Powietrze było zasnute ciepłą parą, odorem łupin kartoflanych i mydła. Na jednym z łóżek leżała w kraciastej pościeli rozogniona dziewczynka. Łuczaczka, otyła baba o nieruchawej postaci, lecz energicznej twarzy, karmiła ją smażoną kiełbasą.
- Co my się już na to dziecko nawydawali - ubolewała po wstępnych objaśnieniach i przywitaniach. - Ja już ani jajka nie sprzedam, już i kiełbasę dla niej u Mielzackiego kupuję, żeby ją jako odkarmić, a to chore i chore. I wódkę z miętą piła, i okrasy jej nie żałuję - skarżyła się w przekonaniu, że co na ogół dobre jest dla człowieka i takie pożądane, i takie zawsze niedostateczne, musi być dla niego dobre i pomocne w każdym wypadku.
- A czy kaszle? - pytała panna Hłasko - że bańki chcecie stawiać?
- Zrazu to nie kaszlała, tylko na głowę płakała i na brzucho, ale tera to już i kaszle, i mówi, że w boku ją boli. Widać jej się przerzuciło na piersi.
- Czegoście wcześniej nie dali znać - dziwiła się pani Barbara, zdjęta osobliwym, rozdrażnionym skrępowaniem, które ją zawsze ogarniało, gdy się znalazła w czworakach. - Byłoby się posłało po doktora. Tak zawsze robicie...
Łuczaczka zbyła to milczeniem, a panna Hłasko przystąpiła do badania małej. Było to dwunastoletnie chuchro, które kwiliło przestraszone czy też zbolałe, kiedy go dotykała.
- Toć też tak cięgiem płacze - objaśniała matka. - Aż już te drugie dzieci nie chcą z nią w łóżku spać, bo mówią, że się rzuca i jęczy.
- Jakże to je możecie kłaść z chorą spać do łóżka?! - zgorszyła się pani Barbara.
- A kajże je, proszę wielmożnej pani, układę? - spytała uśmiechając się Łuczaczka. - Toć na dwór ich nie wygonię, bo to już tera i zimno.
- Wzięłoby się je do dworu, jak byście dali znać. Ale wy tak zawsze...
Maria Hłasko zwierzyła się pani Barbarze po cichu, że podejrzewa tyfus. Zaczęły pytać, czy we wsi kto więcej nie choruje.
- Toć na Starym Serbinowie chorują - była odpowiedź - tak samo jak i Zuzia, na brzuchy i głowy.
piątek, 20 marca 2020
Epidemia w literaturze III
Źródło cytatu: Historia XIX wieku. Przeobrażenie świata Jürgena Osterhammela, tłumaczenie: Izabela Drozdowska-Broering, Jerzy Kałążny, Adam Peszke, Katarzyna Śliwińska, Wydawnictwo Poznańskie 2013, str. 251-254
Dotychczas największa fala dżumy wyszła w 1892 r. z Chin Południowo-Zachodnich. W 1893 r. dotarła do południowochińskiej metropolii - Kantonu, w 1894 r. do sąsiedniej kolonii korony brytyjskiej - Hongkongu i najpóźniej wtedy wywołała szerokie i przypominające panikę zainteresowanie międzynarodowe. Międzynarodowy transport morski przeniósł zarazki w 1896 r. do Indii, w 1898 r. do Wietnamu, w 1899 r. na Filipiny. Do roku 1900 dotarły one do tak odległych portów jak san Francisco i Glasgow. W Kapsztadzie w 1901 r. zmarła połowa zarażonych - 371 osób. Najbardziej zadziwiającym wyjątkiem była Australia: dżumę stwierdzono wielokrotnie w portach, nigdy jednak nie przybrała ona rozmiarów epidemii, ponieważ władze, wiedzione słusznym instynktem, brutalnie walczyły ze szczurami. Pandemia szalała aż do pierwszej dekady XX w., a według niektórych historyków medycyny zakończyła się dopiero około 1950 r. Późną reakcją było w roku 1910 przeniesienie zarazków przez statek z ryżem z Birmy na Jawę, na której do tego czasu nigdy nie było dżumy; pomiędzy 1911 i 1939 r. zmarło ponad 215 tys. Jawajczyków. Następstwem była wyraźna poprawa warunków mieszkaniowych i opieki zdrowotnej w kolonii.
Tak jak w wypadku innych epidemii epoki od razu pojawili się eksperci. W pierwszej chwili panowała bezradność, ponieważ na ponowne pojawienie się dżumy także w Azji nikt nie był przygotowany. Japonia nigdy wcześniej nie zetknęła się z dżumą. W Indiach była tak mało znana, że tam, inaczej niż w Chinach, nie było nawet bóstwa dżumy. Brytyjski Hongkong stał się niebawem najważniejszym laboratorium rywalizujących w skali międzynarodowej badań naukowych nad dżumą. Zaalarmowany rząd w Tokio delegował niezwłocznie słynnego bakteriologa Kitasato Shibasaburo, który był wcześniej asystentem Roberta Kocha. Z oddziału Instytutu Pasteura w Sajgonie pospieszył uczeń Pasteura Alexandre Yersin. To Yersin odkrył następnie w 1894 r. pałeczkę dżumy, wykazując zarazem niezbędny udział szczurów; krótko potem uznano również znaczenie pcheł jako zwierząt przenoszących chorobę. Szczury miały odtąd trudniejszy los. Władze Hanoi płaciły podczas epidemii dżumy w 1903 r. za każdego zabitego i dostarczonego szczura 0,20 piastra - skuteczny środek, który był zarazem zachętą do prywatnej hodowli szczurów. W Japonii wystąpiły w 1899 r. odosobnione przypadki choroby, nie doszło jednak do epidemii. O tym, jak nieznana była ta choroba dla Japończyków, świadczy fakt, że nazwali ją na zasadzie fonetycznego naśladownictwa pesuto, bowiem rodzima nazwa nie istniała.
środa, 18 marca 2020
Epidemia w literaturze II
Póki nie poznano prawdziwych przyczyn chorób zakaźnych, tłumaczono je sobie w przeróżny sposób - karą niebios, złośliwością szatana i jego ziemskich sojuszników czarownic. W XVII i XVIII wieku następstwem niemal każdej "zarazy" było polowanie na czarownice. Wiele niewinnych kobiet poniosło śmierć w straszliwych męczarniach jako karę za sprowadzenie "zarazy".
Znane są wypadki, że podczas epidemii dżumy, która nawiedziła południowo-wschodnie ziemie dawnej Rzeczpospolitej, w początkach siedemdziesiątych lat XVIII w., zabito, ptopiono lub nawet spalono na stosie kilka osób, które jakoby rozsiewały zarazki tej choroby. Były to zresztą typowe skutki samosądów, których uczestnicy nie ponieśli jednak żadnej kary.
Jeszcze w końcu XIX w. podczas epidemii tyfusu w Konopnicy w Wieluńskiem pobito dotkliwie dwie stare kobiety, posądzone o czary, Atmosfera we wsi była tak napięta, że za radą kilku rozsądnych mieszkańców odesłano staruszki do Kalisza, gdzie zostały umieszczone w przytułku. Nawet w powiatowym mieście w Radomsku, w czasie epidemii "hiszpanki" w 1918 r. zebrani na ulicy lżyli pewną staruszkę, którą posądzono o "rozsiewanie zarazy".
wtorek, 17 marca 2020
Cytat o epidemiach w średniowieczym Krakowie
(...) Na szczęście u nas zawczasu wiedziano, jak ograniczyć skalę zarazy. Miasta, w których odnotowano pierwsze zachorowania, obejmowano kwarantanną, a do tych, gdzie choroba jeszcze nie dotarła, moglibyście, drodzy Czytelnicy, wejść wyłącznie z dokumentem potwierdzającym, że nie przybywacie z miejsc zapowietrzonych. Walkę ułatwiała też mniejsza populacja - stołeczny Kraków liczył około 30 tysięcy mieszkańców, gry w tym czasie populacja Paryża była ponad sześciokrotnie wyższa. Także słabiej rozwinięta sieć dróg zwolniła pochód czarnej śmierci.
Mieszkając lub przebywając w opanowanym epidemią średniowiecznym Krakowie, moglibyście, drodzy Czytelnicy, zaobserwować podobne obrazy, jak w innych ówczesnych miastach. Gdy władze miejskie potwierdziły, że w Krakowie rozgościła się zaraza, pospiesznie wybierano rajców, po czym każdy, kto mógł, uciekał z miasta. Burmistrz musiał zostać na stanowisku, chyba że znalazł kogoś na zastępstwo. Miasto pustoszało i głuchło, przypominało wymarłe. Zakazywano wszelkich zgromadzeń, zamknięte na głucho były nie tylko łaźnie, ale i gospody czy zajazdy. Dbano pilniej o higienę: w mieście regularnie wywożono śmieci, zamiatano i czyszczono ulice, tępiono wałęsające się zwierzęta. Z miasta wypędzano prostytutki i ludzi luźnych, z ostrożnością traktowano przyjezdnych. Zmarłych wynoszono, kładziono na wozie przykrytym suknem i zaprzężonym w konie z doczepianymi dzwoneczkami, po czym grzebano poza murami, a domy opanowane przez chorobę pieczętowano. Zdrowi dostawali jedzenie, ale nie mogli wychodzić do czasu ustania zarazy. (...)
poniedziałek, 8 października 2018
"Krótki przewodnik dla mecenasów sztuki, krytyków itd."
NA WYSTAWIE OBRAZÓWKrótki przewodnik dla mecenasów sztuki, krytyków itd.
Przy oglądaniu obrazów należy mieć zawsze minę krytycznie uśmiechniętą. Dobre wrażenie robi też szybkie przybliżanie się i oddalanie od obrazu. Uwagi można czynić następujące:
piątek, 8 maja 2015
czwartek, 12 czerwca 2014
Sto dziewięćdziesiąt lat temu w Tarczku
16. Śniadka y Bodzętyn. Roku Tysiącznego Osiemsetnego Dwudziestego czwartego Dnia czternastego miesiąca Listopada, w niedziele My Pleban Parafij Tarczkowskiey sprawujący obowiązki Urzędnika Stanu Cywilnego Gminy Tarczkowskiey Powiatu Szydłowieckiego Obwodu Opoczyńskiego w Woiewództwie Sandomierskim,
udawszy się przez Drzwi Główne weiścia do Domu Gminnego donieśliśmy y ogłosiliśmy po pierwszy raz, iż nastąpiło przyrzeczenie Małżeństwa między
Starozakonnym Szmulem Judkowiczem Młodzianem dwadzieścia cztery lat maiącym, Handlarstwem się trudniącym w Mieście Bodzętynie zamieszkałym,
z Judki Moszkowicza iuż nieżyjącego y Frandli z Moszków spłodzonym Synem z jednei,
a Panną Cyrlą maiącą lat także dwadzieścia cztery spłodzoną z Faywla Leybusiowicza y Matki z Mortkowiczów iuż nie żyjących z Drugiey strony.
Która to Zapowiedź po przeczytaniu oney głośno y wyraźnie przybitą została na Drzwiach Domu Gminnego. Czego Akt spisaliśmy - X W. Kuliński V Tarcz Urzę Sta Cywil
17. Powtórna Zapowiedź Starozakonnego Szmula Judkowicza z Panną Cyrlą Faywlowiczową ogłoszoną została powyższym sposobem jak pierwsza pod Liczbą Aktu Szesnastą na Dniu dwudziestym pierwszym Miesiąca Listopada Tysiąc Osiemset Dwudziestego czwartego roku o godzinie dwunastey w południe - X W. Kuliński V Tarcz Urzę Sta Cywil
18. Roku Tysiąc Osiemset Dwudziestego czwartego Dnia dwudziestego dziewiątego Miesiąca Listopada, Przed Nami Plebanem Tarczkowskim sprawującym obowiązki Urzędnika Stanu Cywilnego Gminy Tarczkowskiej Powiatu Szydłowieckiego Obwodu Opoczyńskiego w Woiewództwie Sandomierskim Stawili się
Starozakonny Szmul Judkowicz Młodzian maiący podług złożonego Aktu Znania z Urzędu Municypalnego Miasta Narodowego Bodzętyna z dnia dwudziestego dziewiątego Miesiąca Stycznia Tysiącznego Osiemsetnego dwudziestego czwartego roku do No 109 a przez Sąd Pokoiu Powiatu Szydłowieckiego pod dniem dziewiątym Miesiąca Lutego roku bieżącego potwierdzonego lat dwadzieścia cztery
z drobnego zarobku Kramarszczyzny utrzymującego się w Mieście Bodzętynie zamieszkały,
w asystencji Matki swoiey Starozakonnej Malki z Mordkowiczów, gdyż oyciec iuż nieżyie,
Tudzież Starozakonna Panna Cyrla Faywlowiczowna dwodząca złożonym przed Nami Aktem Znania w Urzędzie Woyta Gminy Bodzętyńskiej z Dnia Szesnastego Miesiąca Września roku bieżącego do No 109 zdziałanym, a przez Sąd Pokoiu Powiatu Szydłowieckiego z dnia dwudziestego pierwszego Miesiąca Października roku bieżącego do No 333 zatwierdzonego iż ma lat dwadzieścia,
która zostaie przy Matce,
w asystencji teyże Matki z Berkow Goldberkowey w Wsi Tarczku zamieszkałey, gdyż oyciec od lat osiemnastu odumarł,
Strony stawaiące żądaią abyśmy do ułożonego między niemi obchodu Małżeństwa przystąpili, Którego Zapowiedzi uczynionę były, przededrzwiami Naszego Domu Gminnego, to jest pierwsza dnia czternastego, a druga dwudziestego pierwszego Miesiąca Listopada roku bieżącego, o godzinie dwunastey w południe,
Gdy o żadnym tamowaniu rzeczonego Małżeństwa uwiadomieni nie zostaliśmy, a Matki tychże i pokrewni ninieyszym na obchód Małżeństwa zezwalaią, przychylaiąc się do żądania Stron po przeczytaniu wszystkim wyżey wspomnianych Papierów, y Działu 6o Kodeksu Praw o Małżeństwie, zapytaliśmy się przyszłego Małżonka, y przyszłey Małżonki, czyli chcą połączyć się z sobą związkiem Małżeńskim,?
Na co gdy każde z nich oddzielnie odpowiedziało, iż taka ich iest wola, Ogłaszamy w Imieniu Prawa, iż Starozakonny Szmul Judkowicz Młodzian, y Panna Starozakonna, Cyrla Faywlowiczowa, są połączeni z sobą węzłem Małżeństwa,
czego spisaliśmy Akt w przytomności Starozakonnych Chaima Dawidowicza lat mającego piędziesiąt pięć, Stryia Młodey y Dawida Borkowicza liczącego lat czterdzieści osiem, w Wsi Śniadce zamieszkałych, z wyrobku się utrzymuiących, niemniey Jozka Dawidowicza maiącego lat trzydzieści, y Zelmana Dawidowicza lat dwadzieścia cztery maiącego w Wsi Tarczku osiadłych handlem się trudniących,
Akt niniejszy został stawaiącym przeczytanym y tak przez Nas, jako też przez Świadków po hebrayjsku podpisany został,
X W. Kuliński V Tarcz Urzę Sta Cywil
znaczy Dawid Chaimowicz
Dawid Berkowicz
Jozek Dawidowicz
Zelma Dawidowicz
środa, 14 maja 2014
"Gdzie pergament, tam jurament"
Na wsi zmiana władzy miała jeszcze inne oblicze. Po przejściu frontu nowi panowie nie pojawiali się częściej niż starzy, czyli rzadko. Ale i tu obie strony, okupanci i okupowani, musieli się uczyć nowej rzeczywistości. Okupant był bowiem tylko teoretycznie wszechmocny. Bodaj równie często okazywał się po prostu bezradny i tu wracamy do doświadczeń wspomnianego wyżej żołnierza Tilki. W Rumunii Niemcy podjęli wiosną 1917 r. próbę policzenia ludności: każdy chłop miał być wpisany z nazwiska, daty i miejsca urodzenia do odpowiednich rubryk urzędu meldunkowego. Na wsi ludzie bali się rejestracji, bo obawiali się powołania do wojska lub wywózki na roboty do Niemiec.Pierwsze spisy ludności, dostarczone przez miejscowych sołtysów i burmistrzów, doprowadzały Niemców do palpitacji. Wiele rodzin nie posiadało nazwiska. Chłop zapytany o tożsamość podawał imię (np. Radu), ewentualnie uzupełnione o imię ojca (np. Ion), odróżniające go od sąsiadów noszących imię Radu. Inni chłopi znani byli pod odmiennym imieniem, niemającym nic wspólnego z tym, pod którym wpisani zostali do dokumentów urzędowych. Cyganie nie figurowali w jakichkolwiek spisach i nie posiadali świadectw urodzenia. Miejscowi urzędnicy sporządzali spisy ludności według własnych, nieodgadnionych kryteriów. W jednych listach jako pierwsze podane były imiona, w drugich nazwiska, o innych drobiazgach nie mówiąc. W efekcie niemiecki szef lokalnego urzędu meldunkowego biegał po biurze, krzycząc: „Radu Ion, Iona Radu, Serban Nicolai, Nicolai Serban, Constantin Gheorghe, Gheorghe Constantin i tak dalej! Jeden primar [burmistrz] pisze tak, drugi inaczej, czasami ten sam pisze różnie. (…) Skąd mamy wiedzieć, co jest imieniem? Ja się nazywam Emil Kießler, czyli na imię mam Emil, a na nazwisko Kießler. I to jest niemiecki porządek”.Biedny Kießler próbował zaprowadzić niemiecki porządek, zwołując wszystkich zarejestrowanych w jedno miejsce. Jego podwładny zapamiętał początek tego dnia: „Żaden z 500 zobowiązanych do stawiennictwa z Dudeşti-Feteşti nie przyszedł, mimo że rozplakatowaliśmy nasz rozkaz dużymi literami, wyraźnie i wszędzie, w obu językach, a obwoływacz oznajmił go dodatkowo. Kießler klnie, wścieka się (…) złość wyładowuje na mnie i naszych tłumaczach: czy naprawdę dobrze przetłumaczyliśmy, czy nie popieprzyliśmy kalendarza gregoriańskiego i juliańskiego, czasu środkowo- i wschodnioeuropejskiego, letniego i zimowego. Nie ma nawet primara i notariusza, którzy zobowiązani są wziąć udział w każdym zebraniu. Kießler śle po primara; ten leży jeszcze w łóżku i szczęśliwy zjawia się o siódmej. Zwraca nam uwagę, że na zgromadzenie kontrolne wyznaczyliśmy dwa dni, dziś i jutro. Jak zna swoich ludzi, przyjdą dopiero jutro, bo wolą odczekać, czy coś złego nie stanie się tym, którzy zgłoszą się już dziś”.Wściekły Kießler zmienił zdanie, kazał obwoływaczowi zgromadzić wszystkich już pierwszego dnia. Tłumacz, najwyraźniej klnąc całkiem płynnie po rumuńsku, pouczył obecnych o obowiązkach meldunkowych. Następnie nieliczni Niemcy przystąpili do weryfikacji danych 300 mężczyzn – po to przecież zwołali zgromadzenie. Sporej części w ogóle nie udało się odnaleźć na listach dostarczonych przez primara. W wypadku połowy nie zgadzało się ani miejsce, ani data urodzenia. Jedni odpowiadali, że urodzili się „w domu”, inni – „na bagnach”, jeszcze inni nie znali własnego nazwiska lub wstydzili się przyznać do braku znajomości daty urodzenia. Połowa nie była w stanie podpisać protokołu. Pod koniec dnia nawet Kießler ucichł; najwyraźniej zrozumiał, że dokładne wykonanie rozkazu w sprawie rejestracji oznaczałoby konieczność walki z tubylcami do końca wojny. [str. 83-84]
Ja swoje wiem! Mój ojczym, gdy królewskie komorniki spis ludności u nas robili, to nogi wziął za pas, w matecznik zapadł i dwie niedziele tam siedział, nosa nie wysuwał. Gdzie pergament, tam jurament, zwykł mawiać, a kto dziś inkaustem zapisany, ten jutro kołem połamany. I praw był, choć parszywiec był z niego, ino hej!