Impresje

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą XIX. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą XIX. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 28 października 2018

TESSA D'URBERVILLE

Tytuł: Tessa d'Urberville. Historia kobiety czystej (Tess of the d'Urberville. A Pure Woman)
Pierwsze wydanie: 1891
Autor: Thomas Hardy
Tłumaczenie: Róża Czekańska-Heymanowa

Wydawnictwo: Świat Książki 2003
Seria: Wielkie Miłości
ISBN: 83-7311-811-X
Stron: 445


Moje pierwsze spotkanie z prozą Hardy'ego trudno uznać za bardzo udane. Być może tragiczna historia Tessy Durbeyfield trafiała w gust wiktoriańskich czytelników, ale dzisiaj zalatuje nieco kiepskim melodramatem. Oczywiście krytykuję tutaj - na razie - tylko warstwę fabularną, dostosowaną (jak podejrzewam) do publikowania powieści w odcinkach w prasie. Najpierw kolejne epizody ukazywały się w tygodniku "The Graphic", wydanie książkowe nastąpiło później. Odnoszę zresztą wrażenie, że fabuła była dla Hardy'ego kwestią trochę drugorzędną, raczej środkiem do celu niż celem w samym sobie. Ów cel trudno dostrzec przez gąszcz symboli, często niełatwych do zinterpretowania dla dwudziestopierwszowiecznego czytelnika-amatora. 

Czegóż tu nie ma: nawiązanie do obrzędów ku czci rzymskiej bogini Ceres, korelacja między porami roku a losem bohaterów i relacjami między nimi, sugerowany wpływ postępowania odległych nawet przodków na sytuację współczesnych pokoleń (coś w rodzaju sprawiedliwości dziejowej) i kiczowata właśnie przez swój nachalny symbolizm scena na Stonehenge - w tym momencie przerwałabym lekturę, gdyby do końca książki nie pozostało już tylko kilka kartek. Dysonans między naturalizmem większości fragmentów i metaforycznością niektórych okazał się dla mnie zbyt silny.

piątek, 6 marca 2015

PANIE Z CRANFORD

Tytuł: Panie z Cranford (Cranford)
Pierwsze wydanie: 1851
Tłumaczenie: Aldona Szpakowska

Wydawnictwo Świat Książki
Seria Angielski Ogród
ISBN: 978-83-7943-479-4 
Stron: 205


Rzadko piszę tutaj o fizycznych walorach książek, przecież liczy się przede wszystkim treść, ale seria "Angielski ogród" jest naprawdę przepiękna. Gdyby nie to, że na półkach mam już - tylko że w starych, brzydszych wydaniach - prawie wszystkie powieści, które się w jej ramach ukazały, kupiłabym sobie stopniowo całą serię. Jeśli jednak ktoś dopiero zaczyna przygodę z klasyką literatury angielskiej, a właściwie z klasyką angielskiego romansu (z wieloma wątkami obyczajowymi), to proponuję sięgnięcie właśnie po "Angielski ogród".

Ja zdecydowałam się na "Panie z Cranford", bo bardzo mi się spodobał serial BBC będący adaptacją m.in. tej powieści. Właściwie trudno powiedzieć, czy jest to powieść, czy może raczej zbiór opowiadań, skłaniam się ku tej drugiej opcji, zwłaszcza że teksty z tej książki ukazywały się swego czasu w odcinkach w magazynie "Household Words".

poniedziałek, 19 stycznia 2015

PÓŁNOC I POŁUDNIE

Tytuł: Północ i Południe (North and South)
Pierwsze wydanie: 1854-1855
Autorka: Elizabeth Gaskell
Tłumaczenie: Katarzyna Kwiatkowska

Wydawnictwo: Świat Książki 2011
ISBN: 9788324744987
Stron: 576



Powieść Elizabeth Gaskell to coś w rodzaju "Dumy i uprzedzenia" w scenerii przemysłowego miasta, ale podobieństw można się doszukiwać tylko w konstrukcji wątku, powiedzmy, romantycznego (natomiast uwielbiany brat marynarz skojarzył mi się z Williamem z "Mansfield Park"). Gaskell należała już do zupełnie innego pokolenia niż Austen, pisała inaczej i poruszała inne tematy. W ówczesnej prozie odzwierciedlano poważne przemiany społeczne, obyczajowe, ekonomiczne, które miały wtedy miejsce w Anglii. Trudno sobie wyobrazić, żeby którakolwiek heroina Austen zawarła znajomość z córką tkacza albo żeby siedziba pana Darcy'ego (czy nawet Bingleya) mieściła się tuż obok fabryki. W epoce wiktoriańskiej pieniądze są nadal bardzo ważne, jednak można je zdobyć nie tylko przez dziedziczenie, ale również dzięki ciężkiej pracy. Nadal obowiązuje sztywny podział na klasy społeczne, jednak i w tej materii zaczynają pojawiać się pierwsze jaskółki zmian.

czwartek, 27 lutego 2014

EMANCYPANTKI

Tytuł: Emancypantki
Pierwsze wydanie: w odcinkach 1890-1893
Autor: Bolesław Prus
Ilustracje: Antoni Uniechowski
Spoilery

Sążnistość powieści sugeruje, że Prus poważnie potraktował zagrożenie płynące ze strony kobiet, które wbrew swej naturze i wbrew woli społeczeństwa postanowiły wyjść poza przypisaną im od wieków rolę żony i matki. Na tysiącu stron autor przekonuje, że próby usamodzielnienia się właściwie zawsze kończą się źle, również dla samych emancypantek.

Otwarte przyznawanie się do bycia feministką i dziś spotyka się z politowaniem, wzgardą albo co najmniej z niezrozumieniem, a w latach siedemdziesiątych XIX wieku mogło być pod tym względem tylko gorzej, ale czy naprawdę Prus musiał aż tak bardzo upokorzyć jedną z bohaterek powieści - pannę Klarę Howard?

Była nauczycielką znaną i cenioną w Warszawie, ale w gruncie rzeczy, z dzisiejszej perspektywy, niezbyt dobrą - miewała problemy nawet z tabliczką mnożenia. Dziwaczna stara panna, której się wydawało, że mężczyźni stale dybią na jej cnotę. Najlepiej wychodziło jej tokowanie o równouprawnieniu przy każdej okazji i bez okazji, gorzej było z praktyką - stowarzyszenie kobiet, które złożyła, działało bardzo niemrawo. Właściwie nawet nie lubiła innych przedstawicielek swojej płci, no chyba że któraś została właśnie skrzywdzona, najlepiej przez przez mężczyznę - wtedy panna Howard mogła znowu publicznie dać wyraz swojemu oburzeniu.
Zresztą często miała jednak rację, np. kiedy postulowała otoczenie szczególną opieką państwa nieślubnych dzieci albo kiedy pytała:
Co to jest, ażeby kobieta nie miała prawa wracać o drugiej w nocy, jeżeli mężczyznom wolno wracać choćby o piątej nad ranem?...
Kres tym wystąpieniom położyło małżeństwo z pierwszym mężczyzną, który się napatoczył.
– Już od czterech dni nie należę do siebie – odparła pani Klara. – Spuściła jasne rzęsy i usiłowała jeszcze więcej zarumienić się, ale było to niepodobieństwem. – Braliśmy ślub u Wizytek, w najściślejszym incognito, o siódmej rano i... od tej chwili zaczęło się dla mnie nieprzerwane pasmo szczęścia... Mam męża, który ubóstwia mnie i którego najdumniejsza kobieta mogłaby obdarzyć uczuciem...
   Wierz mi, panno Magdaleno – mówiła z zapałem – że kobieta dopiero wówczas staje się naprawdę człowiekiem, gdy wyjdzie za mąż. Pielęgnowanie rodziny, macierzyństwo – oto wzniosłe posłannictwo naszej płci... Nie mogę przeczyć – dodała skromnie – że trafią się kłopotliwe sytuacje, nawet przykrości... Ale wszystko znika wobec przeświadczenia, że uszczęśliwiamy kogoś, kto na to zasługuje.
– Bardzo cieszę się, że pani jest zadowolona – wtrąciła Madzia.
– Zadowolona?... Powiedz pani wniebowzięta!... Przeżyłam nie cztery... właściwie – nie trzy doby, ale trzy wieki, trzy tysiąclecia... Ach, pani nawet... nawet nie domyślasz się...
Noc poślubna ze starszym krzywonogim wdowcem, panem Mydełko, tak wstrząsająco skutecznie wybiła z główki pani Klary wszelki mrzonki o emancypacji, że z wojującej feministki w mgnieniu oka przedzierzgnęła się w podnóżek:
– Tak mnie bolą nagniotki... Założyłbym się, że jutro będzie słota.
– Więc włóż, aniołku, pantofle – odezwał się głos niewieści. (...)
– Kiedy nie chce mi się szukać pantofli – odparł bas.
– Ja ci znajdę, duszko...
– Trzeba jeszcze ściągać buty!... – mruknął bas.
– Ależ ja ci zdejmę... Przecieżeś ty mój... cały mój... moja pieszczotka... mój koteczek...
Bardzo śmieszne.

Scena ta skojarzyła mi się z końcówką ekranizacji "My Fair Lady", kiedy to profesor Higgins - żartobliwie albo i nie - pyta Elizę, gdzie do diabła są jego kapcie, a ona uśmiecha się rozanielona. Oryginalne zakończenia Shawa nie nadawało się może do filmu, ale można chyba było wymyślić coś pośredniego.

***

W osobie pani Klary z Howardów Mydełko Prus ośmieszył zdeklarowane feministki, natomiast opis losów Madzi Brzeskiej to akt oskarżenia przeciwko obłudnej moralności ówczesnego społeczeństwa, która nakazywała tak wychowywać kobiety, żeby wkraczając w dorosłość, nie wiedziały o świecie prawie nic, i która pozwalała wymagać od nich rozwagi właściwej raczej dla doświadczonych matron. Przez rozwagę rozumiano stosowanie się do wyśrubowanych standardów moralnych spreparowanych wyłącznie dla kobiet.

To, oczywiście, jedna z interpretacji, bliższa współczesnemu czytelnikowi. Druga - równie uzasadniona i nie wykluczająca tej pierwszej - jest taka, że Prus chciał przestrzec młode dziewczęta przed bezmyślnym i niezgodnym z ich naturą podążaniem za modną ideą emancypacji, co skończyć się może, tak jak w przypadku Madzi, utratą reputacji i klasztorem.

Madzia była dziewczyną śliczną, dobrą, ufną, naiwną, szlachetną, pracowitą, a przy tym zakompleksioną - idealny materiał na żonę. Gdyby odpowiednio wcześnie wyszła za mąż, małżonek mógłby ją sobie odpowiednio wychować; tak się jednak nie stało, bo babcia sfinansowała jej naukę na prestiżowej pensji pani Latter w Warszawie, na co ojciec Madzi, prowincjonalny niezamożny lekarz, nie mógłby sobie pozwolić.

Babcia chciała dobrze, ale wyszło źle, bo to właśnie na pensji Madzia zetknęła się ze wspomnianą panną Howard, wojującą emancypantką, oraz z panem Kazimierzem Norskim, do którego jeszcze wrócę. Dziewczyna postanowiła, że nigdy nie wyjdzie za mąż i będzie pomagać rodzicom finansowo. Ukończyła z bardzo dobrym wynikiem pensję pani Latter i zaczęła u niej pracować jako dama klasowa (opiekunka uczennic, pośledniejsza w hierarchii niż nauczycielka).
Śmierć przełożonej zszokowała Madzię, dziewczyna wróciła do rodziców i poważnie zachorowała. Kiedy wyzdrowiała, natychmiast otoczyli ją kawalerowie, ale ona dawała kosza nawet tym bogatym.

Zaściankowy Iksinów powoli przyzwyczajał się do jej demonstracyjnej samodzielności, Madzia zamierzała osiąść tam na stałe i otworzyć szkółkę dla okolicznych dzieci. Plan mógł się powieść, ale z niego zrezygnowała, kiedy dowiedziała się, że jej działalność znacznie zubożyłaby miejscowego nauczyciela. Szlachetności swej Madzia dowodziła nieustannie, na przykład wręcz dziękowała protoplastom, że bez jej wiedzy wydali większość z trzech tysięcy rubli, które miała po babci, na edukację jej brata Zbigniewa. Jako dama klasowa u pani Latter musiałaby pracować, bagatela, prawie siedemnaście lat, żeby uzbierać taką kwotę, przy założeniu, że udawałoby się jej odkładać całą pensję.

Po powrocie do Warszawy panna Brzeska została nauczycielką w domu państwa Korkowiczów, co dało jej asumpt do uszlachetniania swoich podopiecznych i ich rodziny. Wszystko szło dobrze, Madzia mogłaby nawet wyjść za mąż za bogatego brata swojej bogatej przyjaciółki - pana Solskiego, ale na przeszkodzie do zasłużonego szczęścia stanął Madzi wspomniany pan Kazimierz Norski, syn zmarłej pani Latter. Najpierw rzucił "posiew ateizmu" w jej niewinną duszę, czym na długo pozbawił ją równowagi psychicznej właściwiej ludziom religijnym, potem przyczynił się jeszcze do tego, że straciła dobrą reputację, bo odwiózł ją mieszkania dorożką o dość późnej porze. Skandal! Zresztą Madzia sama uważała się za kobietę upadłą, bo nieco wcześniej owego feralnego wieczoru pan Kazimierz przez pięć albo dziesięć minut całował ją na parkowej ławce. A już zupełnie pogrążyło ją nocowanie poza wynajmowanym pokojem - nikogo nie obchodziło, że czuwała do rana przy hotelowym łóżku chorego brata, który odwiedził ją w Warszawie.
Plotki i śmierć brata Zbigniewa skłoniły ją do wstąpienia do klasztoru, co z kolei przekształciło powieść Prusa w coś na kształt prasowej telenoweli ("Emancypantki" ukazywały się w odcinkach w "Kurierze Codziennym"). 


Plotki, uzasadnione czy nie, były i pozostają znakomitym narzędziem dyskredytowania ludzi, którym chce się dokuczyć, a przeciwko którym nie sposób sformułować rzeczowych argumentów. Ofiara obmowy jest właściwie bezbronna, zwłaszcza wobec społeczeństwa, w którym byle pozór skazuje na ostracyzm. 
Taki stan rzeczy Prus zdecydowanie potępia, ale też Madzi wcale jakoś specjalnie nie broni. Może rzeczywiście rozchodziło się o tę emancypację: wszak gdyby Madzia spożytkowała swoje niezwykłe zalety w małżeństwie, nic podobnego by się nie wydarzyło - warowanie przy kapciach męża pochłaniałoby cały jej czas i uwagę, przynajmniej dopóki nie musiałaby się zająć rozpieszczaniem synów i szukaniem bogatych mężów dla córek.

Szkoda, że Prus w taki właśnie sposób pokierował losami Madzi. Joanna Chmielewska zaproponowała znacznie lepszy finał.

***

Najciekawszą postacią w "Emancypantkach" jest bez wątpienia pani Karolina Latter. To główna bohaterka połowy pierwszego tomu (dysponowałam wydaniem dwutomowym), najlepszej części książki. Opowieść zaczyna się, kiedy pani Latter ma czterdzieści parę lat i jest właścicielką wspomnianej już pensji, która z wielu powodów nie jest już tak dochodowa jak dawniej. Tyle dowiadujemy się na wstępie, a inne informacje o przeszłości postaci Prus wplata umiejętnie między bieżące wydarzenia. 

Pierwszy mąż pani Latter, szlachcic, z którym miała dwoje dzieci, zmarł. Poślubiła niebogatego i prawdopodobnie młodszego od niej francuskiego guwernera i razem strwonili majątek jej pierwszego męża (m.in. na zagraniczne podróże, jak przypuszczam). Po kilku latach guwerner się ulotnił, a ona została z długami. Wyszła na prostą, założyła pensję i była z niej dumna, ale ta jej samodzielność (i samotność) nie była świadomym wyborem, a smutną koniecznością. 

Pani Latter gardziła tzw. emancypantkami, które domagały się dla kobiet praw, ale nie wspominały o problemach, które niesie postulowana przez nie niezależność, a do których rozwiązywania najlepiej - jej zdaniem - nadają się mężczyźni. Swoje dzieci wychowała tradycyjnie: znaczne środki przeznaczała na wykształcenie syna, który miał zostać wielkim człowiekiem, o wiele mniejsze sumy wydawała na stroje córki, która miała dobrze wyjść za mąż.
  „Czy ty nie rozumiesz – mówi w duchu do córki – jaka różnica istnieje między kobietą i mężczyzną? Wszak jesteście oboje podobni do siebie jak bliźnięta, a mimo to – porównaj siebie z nim: jego głos, wzrost, spojrzenie, każdy ruch... Jeżeli ty jesteś kwiatem stworzenia, on jest jego panem i władcą... A dalej pomyśl: czym są siły kobiety wobec męskich? Ja, której podziwiają rozum i energię, ledwie mogłam was wychować i utrzymać siebie. Tymczasem mężczyzna utrzymuje siebie i żonę, wychowuje kilkoro dzieci i jeszcze prowadzi fabryki, rządzi państwami, robi wynalazki...” 
Bo miał na to czas - nie musiał zajmować się tymi wszystkimi prozaicznymi czynnościami, które zwalił na barki pań, był o wiele lepiej wykształcony i znacznie więcej było mu wolno. Dziś to truizm, ale Prus tej oczywistości nie dostrzegał. Postać, która reprezentuje jego poglądy na tę fundamentalną kwestię, nie jest - w przeciwieństwie do panny Howard i Madzi - ani trochę kiczowata, jest tragiczna i wiarygodna jako bankrutująca businesswoman i jako samotna, zaślepiona matka niewdzięcznych dzieci.

Cóż mogła zrobić kobieta w takiej sytuacji i w tamtych czasach? Przypochlebiać się mężczyznom z gotówką. Szczególnie musiały upokarzać ją spotkania ze Zgierskim, dwulicowym draniem, który dyskretnie udzielał pożyczek i chętnie handlował cudzą prywatnością.

Jakby tego było mało, z Ameryki do Warszawy przybył marnotrawny mąż pani Latter (zmienił nazwisko na Arnold), żeby prosić ją o unieważnienie ich małżeństwa. Okazało się, że chciałby za oceanem zalegalizować wieloletni wolny związek ze spirytystką (!) i byłą emancypantką (!), która zaczęła mieć skrupuły.
Czytelnik dowiaduje się też wreszcie, dlaczego tak naprawdę małżeństwo państwa Latter się rozpadło: bo ona była wyniosła i apodyktyczna, a on - biedaczek - nieśmiały. Tylko niechęć do przebywania w domu wyganiała go co wieczór do znajomych na wista. Tylko gotowość niesienia pomocy rodaczkom i rodakom z Francji wpędziła go w długi. Tylko nieznajomość prawa sprawiła, że nie wiedział, że jego weksle będzie musiała spłacić żona. Wreszcie - przecież to ona wyrzuciła go z domu.

Sytuację finansową pani Latter mógłby jeszcze uratować odpowiedni ślub pięknej córki Heleny, ale dziewczyna nie bacząc na nic zerwała z bogatym kawalerem. Tego jej matka nie wytrzymała i po prostu uciekła: zdesperowana wyjechała z Warszawy do majątku pana Mielnickiego, który kiedyś obiecał jej pomoc, ale nigdy tam nie dotarła, bo będąc niemal u celu (i pod wpływem alkoholu), wpadła do rzeki i utonęła.

Tak kończą kobiety, które zamiast celebrować swe wdowieństwo i macierzyństwo, poślubiają młodszego, przystojnego mężczyznę z niewłaściwej sfery. Prus wprawdzie tego wprost nie sugeruje, ale...

***

Autor zaleca kobietom ślub i macierzyństwo, ale też ostro potępia te, które postanowiły wyjść za mąż za wszelką cenę - dla pieniędzy albo dla urody kawalera.

Za interesowność córek często odpowiadały ich matki. Kiedy Madzia, jeszcze w Iksinowie, odrzuciła oświadczyny pana Krukowskiego (kawalera nie pierwszej już młodości, ale z dobrej i zamożnej rodziny), matka urządziła jej taką scenę, jakiej nie powstydziłaby się pani Bennet ("Duma i uprzedznie" Jane Austen). W obu przypadkach ojcowie okazali się rozsądniejsi.
Upadła matce do nóg i zaniosła się tak żałosnym płaczem, że doktorowa złagodniała. Podniosła Madzię z ziemi, zaczęła ją uspakajać, nawet złożyła chłodny pocałunek na jej czole.
– Tyś temu nie winna, biedne dziecko!... – rzekła, – To przeklęta emancypacja robi z was dziwolągi...
– Które nie chcą sprzedawać się zdeboszowanym eks-birbantom!... Czy tak?... – odezwał się nagle ojciec, który od kilku chwil przez okno od ogrodu patrzył na tę scenę. Wszedł do saloniku szklanymi drzwiami, wziął Madzię w objęcia i z wymówką patrząc na matkę rzekł:
– Czy ci nie wstyd, mateczko, dziewczyny, która ma więcej taktu aniżeli my, starzy?... Pomyśl, jakie byłoby nasze życie, gdybyśmy musieli patrzeć na jej męki między mężem niedołęgą i jego siostrą, na półobłąkaną kobietą... Przecie tym ludziom nie oddałabyś psa, który by ci kilka lat służył...
– Taki majątek, Feliksie...
– Ale dusza ludzka ma być więcej warta aniżeli wasze majątki – odparł doktór. – O tym zapominacie, choć po dwa razy na dzień modlicie się o jej zbawienie.

Nadzieja na względnie wygodne i w miarę dostatnie życie skłaniało Femcię, dwudziestoośmioletnią starą pannę z Iksinowa, do gorliwego rozglądania się za mężczyzną, który te jej potrzeby zaspokoi, choć jednocześnie głosiła - oczywiście - że jest kobietą wolną, niezależną i że nikomu się nie sprzeda. Panna Femcia nie przebierała w środkach, zdopingowana, być może, przykładem innej starej panny - Cecylii, siostry miejscowego aptekarza, która choć bardzo wykształcona, żyła na łaskawym (i skąpym) chlebie swego brata i bratowej, opiekując się w zamian za to ich dziećmi.

Z kolei otwarcie o handlu wymiennym mówiła Helena Norska (przypominam - córka pani Latter). Postanowiła oddać siebie temu, kto ofiaruje jej więcej, przebierała w kawalerach, ale w końcu - wskutek nieporozumienia - wyszła za mąż za niezbyt rozgarniętego syna piwowara. Mogła być Solską, została Korkowiczową.


Bogate panny wcale nie były mądrzejsze od tych biednych - nic prócz urody pana Kazimierza Norskiego i jego gładkiego obejścia nie mogło przecież skłonić panny Ady Solskiej do poślubienia tego typa, tym bardziej że była świadoma wielu jego występków i jego interesowności. A jednak, kiedy Norski ledwo uchodzi w życiem z głupiego pojedynku, do którego sam doprowadził, zrozpaczona panna Ada przybywa do łoża jego boleści, pada na kolana, całuje jego rękę i wyznaje swe uczucia. Scena wyjątkowo niesmaczna.
Czy w ten sposób Prus chciał ukarać Adę za jałowość jej poprzednich, niematrymonialnych zainteresowań? Miała dziewczyna zacięcie do nauk przyrodniczych i godzinami przesiadywała w swoim przytulnym jak kostnica laboratorium, gdzie hodowała jakieś paskudne mchy i porosty. Dopiero Madzia, dobry duszek, ociepliła nieco to pomieszczenie ozdabiając je (to takie kobiece!) kolorowymi kwiatami i kanarkami. Dzięki temu Ada nieco odżyła, ale w pełni rozkwitła zapewne dopiero w małżeństwie.

***

W powieści Prusa pojawia się jeszcze jedna emancypantka, o której warto wspomnieć, mimo że jest to postać trzecioplanowa. Chodzi o panią Arnold, Amerykankę, towarzyszkę życia drugiego męża pani Latter. Pan Arnold poznał ją podczas wojny secesyjnej, w której walczył po stronie Północy - opiekowała się rannymi. Miała wtedy osiemnaście lat, była wykształcona, szlachetna i uważała, że "prawdziwa miłość nie potrzebuje formułek".
Pani Arnold była niemoralna jeszcze na inne sposoby (jak to emancypantka). Została spirytystką i udawała medium kontaktujące się z duchami, co pomagało jej manipulować ludźmi. Wpłynęła na Madzię, żeby nakłaniała Helenę Norską, która pomieszkiwała tymczasem u ojczyma, do poślubienia Stefana Solskiego, a ponieważ widziała, że Solski interesuje się również panną Brzeską, zasugerowała jej podczas seansu rozważenie życia za klasztorną furtą (zrobiła to jednak tak subtelnie, że nikt, a już zwłaszcza Madzia, nie zrozumiał, o co jej chodziło).

***

Zjawisko emancypacji potraktował Prus bardzo jednostronnie i bardzo płytko:
Zaczęto rozróżniać dwa gatunki emancypantek, z których jeden palił cygara, ubierał się po męsku i wyjeżdżał za granicę uczyć się z mężczyznami medycyny; drugi zaś gatunek, mniej zuchwały czy też więcej moralny, ograniczał się na kupowaniu bardzo dużych książek i unikał salonów.
A jednak udało mu się, nawet jeśli tylko mimochodem, znakomicie odmalować niezwykle trudną sytuację kobiet żyjących na terenie zaboru rosyjskiego około 1870 roku. Jednym słowem: koszmar. Młoda kobieta wychodziła za mąż, jeśli tylko mogła, a jeśli nie mogła lub nie chciała, była utrzymywana przez niezbyt z tego zadowoloną rodzinę albo podejmowała pracę, za którą otrzymywała znacznie niższe wynagrodzenie niż mężczyzna na analogicznym stanowisku.
 – Spostrzegłem – mówił dalej – jeszcze drugą kwestię społeczną w naszym biurze. Pracuje tam w pokoikach jak najdalej odsuniętych od frontu kilka kobiet. Coś kleją, piszą, ekspediują, rachują... Czy ja wiem zresztą, co one robią?...
  Otóż jest rzecz ciekawa. Nasze koleżanki, jak to wiem od starszych urzędników, najwcześniej przychodzą, najpóźniej wychodzą z biura, pracują jak mrówki, są punktualne, potulne i – w ogóle są wzorowymi oficjalistami. Za to owe panie mają... daleko mniejsze pensje aniżeli ich poprzednicy, mężczyźni, i biorą na przykład piętnaście rubli zamiast trzydziestu albo dwadzieścia pięć zamiast czterdziestu. 
Trudno było z tego wyżyć, zwłaszcza jeśli miało się jeszcze na utrzymaniu rodzeństwo albo schorowanych rodziców, a przecież często tak bywało. Jeszcze trudniej było coś z tego zaoszczędzić, więc jeśli kobieta wskutek choroby albo wieku nie mogła dalej pracować, stawała się nędzarką.

Panie traktowano bardzo przedmiotowo, okazywany im publicznie szacunek był pozorny i wynikał z obowiązujących norm towarzyskich. Nawet taki wykształcony i obyty w świecie Stefan Solski uważał kobiety za jakiś dziwaczny podgatunek człowieka:
  – Kobietki, gdy chcą, umieją stroić się w skrzydła i tęczę. Cała zaś mądrość polega na tym, ażeby udając, że im wierzymy, brać kochane aniołki za to, czym są w rzeczywistości.
  – A czymże one są?
 – Samicami słabszymi od samców, których skutkiem tego muszą ciągle wyzyskiwać za pomocą rozmaitych manewrów... Jedne pozują na anioły, inne na demony... w miarę zapotrzebowania.

***   ***   ***

Dość o emancypacji, przejdźmy do powieści. Oczywiście trudno się spodziewać, że będę bezkrytyczna wobec książki, w której autor sugeruje, że kobieta dorównuje mężczyźnie, kiedy zostaje matką (a nawet kiedy się o to dopiero stara!).

Wspominałam już, że najlepsza jest pierwsza połowa pierwszego tomu i gdyby Prus poprzestał na historii pani Latter, to naprawdę nie miałabym się do czego przyczepić. Niestety główną bohaterką większości tych opasłych tomisk jest Madzia Brzeska, bohaterka skonstruowana w taki sposób, żeby pokazać, jaka ona jest wspaniała i jaki świat jest zły. Typowy bluszcz: nie mogła istnieć bez oparcia w postaci religii albo mężczyzn. Kiedy przedstawiono jej istotę ateizmu, świat jej wartości natychmiast legł w gruzach. Żenada.

Im bliżej końca powieści, ty gorzej: obyczajówka przechodzi w umoralniający banał, a w końcu w kicz.

Miejsce akcji się zmienia, mamy okazję poobserwować życie towarzyskie w stolicy i w prowincjonalnej mieścinie, rozwijający się ruch emancypacji i popularny wówczas spirytyzm, kulisy prowadzenia pensji, fabryki i pracy w banku. Generalnie: gorzki realizm (poza Madzią - to jakaś aberracja), ale od czasu do czasu Prus błyskał poczuciem humoru i ironią.

Niestety pod koniec autor postanowił uraczyć czytelników kilkoma rozdziałami zawierającymi filozoficzno-teologiczno-przyrodniczy wykład profesora Dębickiego, który przekonuje Madzię i jej brata Zbigniewa, że ateiści i nihiliści nie mają racji. Tego się po prostu nie da czytać, te fragmenty są tak przytłaczająco nudne i nachalnie umoralniające, że kiedy przez nie przebrnęłam, nie pamiętałam już prawie, dlaczego tak dobrze mi się czytało pierwszy tom. Lektura dla bardzo wytrwałych.

poniedziałek, 7 października 2013

ŻONY I CÓRKI

Tytuł: Żony i córki (Wives And Daughters)
Pierwsze wydanie: 1864-1866
Autorka: Elizabeth Gaskell
Podsumowanie: Frederick Greenwood (wydawca "Cornhill Magazine")
Tłumaczenie: Katarzyna Kwiatkowska

Wydawnictwo: Świat Książki
ISBN: 978-83-7799-563-1
Stron: 863


Mimo że "Północ i Południe" od miesięcy stoi sobie na naszej półce, to jednak najpierw sięgnęłam po "Żony i córki". Jakiś miesiąc temu wpadliśmy do biblioteki krótko przed jej zamknięciem, nie miałam czasu, żeby włóczyć się między regałami, i wzięłam "Żony i córki", bo gdzieś kiedyś mignęła mi bardzo pozytywna recenzja tej powieści. A przecież nie mogłam wyjść z stamtąd z pustymi rękami. Prawda?

Zaczęło się ciekawie. Nawet się dziwiłam, że tak mnie wciągnęła ta historia. W końcu fabuła nie jest jakaś nadzwyczajna. Rzecz dzieje się w pierwszej połowie XIX wieku w prowincjonalnym angielskim miasteczku, więc wszystko kręci się wokół spraw matrymonialnych i majątkowych oraz stosunków między przedstawicielami różnych klas społecznych. Panny na wydaniu i matrony. Najstarsi i młodsi synowie. Arystokratki i guwernantki. Lekarze i dziedzice. Majoraty i niespodziewane spadki. 

W połowie zaczęło się robić nieco telenowelowato i zastanawiałam się, jak bardzo mogą się jeszcze skomplikować na kolejnych czterystu stronach losy bohaterów. Oczywiście pewnych zwrotów akcji można, a nawet trzeba się było spodziewać: przecież piękno, dobroć i pokora głównej bohaterki muszą w końcu zostać wynagrodzone wymarzonym mężem, jak to w bajkach bywa. 

Mocną stroną powieści jest na pewno tzw. tło obyczajowe. Chociaż słowo "tło" nie jest może w przypadku "Żon i córek" najwłaściwsze. Obyczaj, tradycja, podziały klasowe nie tylko urozmaicają powieść, ale są elementem fabuły, determinują postępowanie bohaterów. Straszne to były czasy, kiedy jedna plotka mogła zepsuć reputację dziewczyny, a spacer pod rękę z lady mógł ją natychmiast naprawić; kiedy panny mogły być co najwyżej inteligentne, ale na pewno nie wykształcone, więc w porównaniu z mężczyznami niezmiennie wychodziły na ignorantki. Elizabeth Bennet i pan Darcy. Dorotea Brooke i pan Casaubon/Will Ladislaw. Tu - Molly Gibson i Roger Hamley. On studiował w Cambridge, natomiast jej ojciec, świetny lekarz, zastanawiał się, czy w ogóle powinna uczyć się czytać i pisać, co - jego zdaniem - zabijało zdrowy rozsądek, i zezwolił na jej edukację chyba tylko ze względu na konwenanse. I tak biedna Molly nie mogła nie patrzeć w Rogera jak w obraz i nie traktować jego słów jak wyroczni. Jej poddańcza postawa trochę mnie irytowała. Z drugiej strony trudno nie dostrzec, że co prawda mężczyźni byli panami i władcami, ale bez swoich poddanych stawali się często bezradni. 


Oczywiście porównania z "Miasteczkiem Middlemarch" nasuwały się same. Akcja "Żon i córek" toczy się na angielskiej prowincji w latach dwudziestych XIX wieku, a "Middlemarch" na początku lat trzydziestych. Pierwsza z wymienionych książek miała podtytuł "An Everyday Story", druga - "A Study of Provincial Life". Główną heroiną obu jest młoda, dobra i ładna, choć niedoświadczona dziewczyna, która szuka dla siebie miejsca w życiu, a właściwie szuka mężczyzny, który jej to miejsce wskaże.

Uważam George Eliot za zdolniejszą pisarkę, natomiast Elizabeth Gaskell była mniej pompatyczna i tacy też byli jej bohaterowie. O ile można sądzić po przeczytaniu po jednej powieści tych pań. Obie autorki lubiły się popisywać swoją erudycją, więc ich powieści pełne są cytatów i nawiązań do innych dzieł literackich. Obie miały dar snucia historii i tworzenia ciekawych i różnorodnych bohaterów, choć Eliot przewyższała Gaskell umiejętnością pisania zwięzłych i trafnych charakterystyk (jeszcze raz odsyłam do mojego wpisu o "Miasteczku").
A jednak "Żony i córki" czytało mi się znacznie przyjemniej niż "Middlemarch", mimo wspomnianego wrażenia telenowelowatości. 


Powieść ukazywała się najpierw w odcinkach w czasopiśmie literackim "Cornhill Magazine", od sierpnia 1864 do stycznia 1866. Gaskell zmarła w listopadzie 1865 roku, nie napisawszy jednego czy dwóch ostatnich rozdziałów, ale doprowadziła fabułę do takiego momentu, że łatwo się domyślić, jakie zakończenie zaplanowała: żyli długo i szczęśliwie. 


piątek, 28 czerwca 2013

WCZORAJ-DZIŚ-JUTRO

Tytuł: Wczoraj - dziś - jutro (wybór felietonów)
Pierwsze wydanie (tego zbioru felietonów): 1973
Autor: Bolesław Prus
Wybór, przedmowa, przypisy: Zygmunt Szweykowski
Wydawnictwo: PIW
Stron: 390


Być może Bolesław Prus rzeczywiście wielkim pisarzem był, ale z tego zbioru felietonów bynajmniej to nie wynika. W każdym razie jego styl wydał mi się nieco zbyt ciężkostrawny nie tylko w odniesieniu do współczesnej publicystyki, ale choćby w porównaniu z o jedno pokolenie młodszym Boyem-Żeleńskim. Za grzecznie, zbyt oględnie, z poczuciem humoru, jakie spotkać można było sto lat temu na imieninach wiekowej cioci. Tak właśnie pisał swoje felietony Prus, bo też takie były widocznie gusta i potrzeby ówczesnych czytelników prasy. Poza tym  (znowu - w przeciwieństwie do Boya) nieco zbyt bałwochwalczo, jak na mój gust, traktował uznane autorytety: niemal klękał przed Sienkiewiczem i Mickiewiczem (przytoczenie w jednym felietonie ponad dwudziestu aforyzmów naszego wieszcza lub przez niego przetłumaczonych to jednak pewna przesada). Nie mam natomiast do niego pretensji za niektóre rozwlekłe odrobinę opisy - dziś nie musiałby porównywać "formy fabryki" w Zawierciu do grzebienia z wyłamanymi zębami, zamiast tego w artykule znalazłaby się fotografia.

Zbiór zawiera trzydzieści sześć felietonów, z których najwcześniejszy pochodzi z 1877 roku, a najpóźniejszy z 1912. Niektóre dotyczą spraw, którymi dziś trudno się doprawdy zainteresować - jakieś artykuły prasowe, dawno przebrzmiałe polemiki, sztuki teatralne, o których nikt już dziś nie pamięta... Dzięki obszernym przypisom można się mniej więcej zorientować co do sedna problemu, ale trzeba dużo samozaparcia, żeby wniknąć w szczegóły.


Przebrnęłam przez tę książkę bez większej czytelniczej satysfakcji, ale kilka tekstów zasłużyło jednak - z różnych względów - na wspomnienie o nich. 

Zainteresowała mnie dosyć, przyznaję, relacja z podróży do Wieliczki [Kartki z podróży (Wieliczka), "Kurier Warszawski" 1878]. Może dlatego, że kilka razy już się tam wybierałam, ale coś jednak zawsze stawało na przeszkodzie (zwykle wrodzona inercja). W każdym razie przypuszczam, że dziś zwiedzanie jest bardziej egalitarne niż w czasach Prusa:
Trzeba wiedzieć, że klasy istnieją nie tylko w społeczeństwie, urzędach i gimnazjach, ale nawet w zwiedzaniu kopalni. Kto chce ją oglądać pierwszą klasą przy iluminacji i dźwiękach muzyki, ten płaci 65 reńskich - za kilka zaś reńskich dostanie tylko jednego przewodnika z jednym kagankiem. Łatwo pojąć, że im więcej zbierze się osób, tym snadniej złożyć się mogą na pierwszą klasę. Łatwo też odgadnąć, że truchlałem na myśli, co ze mną będzie, jeżeli stanę do apelu sam jeden?
Trzeba by się może spoufalić z drugą klasą...  Udało się Prusowi tego nieszczęścia uniknąć, bo amatorów zwiedzania kopalni z towarzyszeniem kolorowych ogni i dźwięków orkiestry było więcej. Po włożeniu w Szybie Daniłowicza "czapeczki austriackiej" (?) i płóciennego szlafroczka panowie i damy podążyli za przewodnikami w głąb ziemi.

Szyb Daniłowicza w Wieliczce
Prus podejmował i poważniejsze tematy. Ujmował się za ludnością wiejską i robotnikami, postulował wprowadzenie zmian, które stopniowo poprawiałyby sytuację "klas pracujących". Były to propozycje bardzo konkretne, bo różnie się temu autorowi w życiu wiodło - przez pewien czas sam pracował jako robotnik w fabryce, wiedział więc dobrze, o czym pisze.
W większej części kronik wspominam o kwestiach dotyczących robotników. Od siedmiu lat nie ma prawie tygodnia, ażebym nie zrobił wzmianki o potrzebie szkół fachowych, kas oszczędności, kas emerytalnych, lombardów, tanich mieszkań, fabrycznych sklepów, słowem - o tysiącach rzeczy mających na celu zmniejszenie biedy i podniesienie dobrobytu ważnej i uczciwej klasy robotniczej. [W imieniu klas pracujących, "Kurier Warszawski" 1881]
Gdybym się urodziła sto lat wcześniej, też pewnie byłabym socjalistką - oczywiście, o ile po wieczornym oprzątaniu starczyłoby mi na to czasu i sił:).


Ciekawy był też felieton pt. Szynk i społeczne zepsucie (również "Kurier Warszawski" 1881), w którym Prus protestuje przeciwko planom odebrania szynków Żydom. Jego zdaniem kolejne zakazy i nowe ustawy nie poprawią sytuacji robotników i chłopów, którzy w takich przybytkach tracą pieniądze i zdrowie. Postulował stworzenie w miastach kramów, w których ludzie niemajętni mogliby kupić tanio herbatę; domagał się również lepszej edukacji ludności wiejskiej, zwłaszcza nauki rzemiosła, które zapewniłoby chłopom zajęcie (zimą) i dodatkowy zarobek.
Dajcie ludowi możność pić piwo i herbatę, a sam przestanie pić wódkę.
No jasne.

Prus był naiwnym racjonalistą. Uważał, że większość problemów (społecznych) można rozwiązać na długiej niekiedy i wyboistej, ale prostej drodze reform: diagnoza, wybór środków zaradczych, wprowadzenie ich w życie. W chwilach słabości dostrzegał jednak drobną przeszkodę: naturę Polaków.
Nurtuje nas jakaś niemoc; ale nie tylko młodzież jest nią dotknięta. Niemoc tę czuje się wśród wszystkich klas, we wszystkich dziedzinach życia narodowego. Nędza obok zbytku, bandytyzm obok wyzysku, handel polskimi kobietami i bezładna emigracja pracowników, napływ nowożytnych hunnów, zwanych "litwakami", i wyślizgiwanie się majątku nieruchomego z rąk polskich, powszechna ciemnota i chorobliwa literatura, podkopywanie uczuć religijnych i lekceważenie nauk ścisłych, mała pracowitość w ogóle i prawie cisza o polskich odkryciach czy wynalazkach, oto obraz naszego bytu, malowany może zbyt jaskrawo, lecz nie bardzo odbiegający od rzeczywistych stosunków. [Od upadku do odrodzenia, "Tygodnik Ilustrowany" 1912]
Remedium na ten przykry stan miałyby być według niego "praca organiczna" (a co za tym idzie - cywilizacyjny, kulturalny rozwój całego narodu), a przede wszystkim zjednoczenie Polaków wokół jednej wspólnej idei i celu - urzeczywistnienie cząstki Królestwa Bożego na Ziemi. Prus rozwija tę myśl w swoim felietonie, mnie się nie chce.


Warto też przejrzeć tekst o zaćmieniu Słońca w 1887 roku. Zjawisko to wywarło na Prusie duże wrażenie, co niewątpliwie znalazło odbicie w pamiętnej scenie z "Faraona". Wybrał się wtedy pociągiem do Mławy, zresztą wraz z "całą Warszawą", bo pas całkowitego zaćmienia przebiegał wtedy przez Wielkopolskę, Kujawy, Mazury i Wileńszczyznę (źródło). Ci, którzy nigdzie wybrać się nie mogli, kupowali przynajmniej "okopcone szkiełka".

Kadr z filmu "Faraon" (źródło)
Prus, jak to on, nie poprzestał na opisie podróży i samego zjawiska. Najpierw wyjaśnił czytelnikom na kilku obrazowych przykładach naturę zaćmienia, potem napomknął o wycieczce w Tatry, o współpasażerach w pociągu, przytoczył kilka dygresji geograficznych i metafizycznych, dodał do tego kilka obrazków rodzajowych.

Nie przypominam sobie, co dokładnie myślałam stercząc na balkonie w 1999 roku ze specjalnie na tę okazję nabytą szybką spawalniczą, nic mądrego zapewne, natomiast Prus odczuł zaćmienie bardzo głęboko:
Chodzę, siadam, przypatruję się niebu i ludziom na tamtym wzgórzu, lecz nie mogę sobie znaleźć miejsca ani rozrywki. Nie jest to strach; jest raczej świadomość jakiegoś rozbratu między myślą i uczuciami. Skąd ten niepokój? Czy z zaćmienia?... Ależ takie zaćmienie można widzieć przed każdą burzą, która w tej chwili nie grozi. Czy niebezpieczeństwo?... Niebezpieczeństwa nie ma, to chyba zrozumie każde dziecko.
   Więc co mnie dręczy? Oto, w świecie czuję brak odpowiednich współistnień, dysharmonię, a w umyśle - brak odpowiednich definicji. Jest niby ciemno, a jednak wszystko widać; jest mrok burzowy, lecz obłoki nie mają burzowego wyglądu. Oczy moje coś widzą, ale ja nie umiem tego określić. Brak mi nawet porównań. Tylko wielki żal, który rozpiera mi serce, może znaleźć porównanie. Gdyby konający widział własną twarz, doznałby zapewne tego smutku, jaki się ma patrząc na stopniowe zamieranie światła.
   A jednocześnie czujesz inny żal: że ten widok skończy się tak prędko! [Wędrówka po ziemi i niebie, "Kurier Codzienny" 1887]

Siłą rzeczy zainteresowały mnie też felietony pośrednio związane z Krakowem: Wystawa projektów na pomnik Mickiewicza ["Kurier Warszawski" 1885] i tytułowy Wczoraj - dziś - jutro ["Tygodnik Ilustrowany" 1910]. Oba teksty, zwłaszcza ten pierwszy, są raczej nudnawe, ale przynajmniej dowiedziałam się, że fundatorem Pomnika Grunwaldzkiego na Placu Matejki był Paderewski.


Prus miał na pewne sprawy dość postępowe jak na tamte czasy poglądy, ale z pewnością nie dotyczyło to miejsca kobiety w społeczeństwie. W dodatku był, zdaje się, rasistą. Potrafił wczuć się w rolę chłopa i robotnika, trudno mi więc zrozumieć, dlaczego nie dostrzegał problemów pań i innych dyskryminowanych grup.
   Naród przecie nie jest histeryczną babą, która wobec nieszczęścia dostaje nerwowego ataku, naród powinien być siłą męską, która gdy nie może obronić się, przynajmniej zaciska zęby i milczy. W żadnym zaś wypadku nie robi widowisk, które zarówno nieprzyjaciół, jak i obojętnych widzów wprowadzałyby w dobry humor.
   Klęska materialna czy moralna może spaść na każdy naród i prędzej lub później, na takiej czy owakiej drodze może być powetowana. Ale ataków histerii społecznej nie powetuje nic, bo one nie tylko marnują siły narodowe, nie tylko zaszczepiają nałogi niebezpieczne, ale - co najokropniejsza - świadczą jakby o rasowej niższości społeczeństwa.
   Anglika cechuje nie erudycja albo lotność umysłowa, ale raczej daleko sięgająca przezorność i wytrwała, niczym nie pokonana energia; gdy tymczasem rasy niższe na przykład Murzyni, odznaczają się nadmierną wrażliwością, brakiem przezorności tudzież brakiem energii, która ciągle odnawiałaby się i nieustannie dążyła do raz zamierzonego celu. [Chochoł nowej guberni, "Tygodnik Ilustrowany" 1912]

Podsumowując - lektura dla wytrwałych:).

środa, 24 kwietnia 2013

MIASTECZKO MIDDLEMARCH

Tytuł: Miasteczko Middlemarch (Middlemarch: A Study of Provincial Life)
Pierwsze wydanie: 1871-1872
Autorka: George Eliot (Mary Ann Evans)
Tłumaczenie i przedmowa: Anna Przedpełska-Trzeciakowska

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
ISBN: 83-7255-810-8
Stron: tom I 499, tom II 467
Ocena: 3+/5



(SPOILERY)

Wydane po raz pierwszy w 1874 roku "Miasteczko Middlemarch" podobno wyróżniało się swego czasu realistycznym przedstawieniem angielskiej prowincji i wewnętrznych przemian bohaterów. Cóż, mnie o wiele bardziej podoba się opis francuskiej prowincji i jej mieszkanców w "Pani Bovary" (1856 r.), bo choć mam dla George Eliot dużo sympatii, to muszę jednak stwierdzić, że do poziomu Flauberta nawet się nie zbliżyła. Nie zamierzam tu porównywać obu tych powieści; to tylko luźne skojarzenie, które wzięło się stąd, że i w "Middlemarch" pewien młody lekarz poślubia kobietę, której nie jest w stanie zapewnić takiego poziomu życia, o jakim ona marzy, co oczywiście kończy się katastrofą, ale zupełnie innego rodzaju. Gdyby ktoś chciał się pokusić o jakieś analizy porównawcze, to sensowniej byłoby napisać o "Middlemarch" i "Portrecie damy" Henry'ego Jamesa.

piątek, 9 grudnia 2011

SONATA KREUTZEROWSKA

Tytuł: Sonata Kreutzerowska (Крейцерова соната)
Pierwsze wydanie: 1889
Autor: Lew Tołstoj
Tłumaczenie: Maria Leśniewska

Wydawnictwo: Książka i Wiedza
Seria: Koliber
ISBN: 83-05-11683-2
Stron: 135
(W tym tomie znajduje się jeszcze jedno opowiadanie pt. "Albert")

Ocena: 3/5

"Sonata kreutzerowska" była październikową lekturą Klubu czytelniczego, ale nie byłam wtedy w odpowiednim do tej prozy nastroju. I, jak się okazuje, trochę trudno mi czytać na konkretny termin, choć może z "Matką Joanną od Aniołów" jakoś się wyrobię:).

Przeczytałam to opowiadanie dwa razy: najpierw w urywkach podczas podróży tramwajami, a wczoraj popołudniu w całości. Fabuła jest prosta: jeden z pasażerów dalekobieżnego pociągu opowiada drugiemu historię swojego małżeństwa zakończoną własnoręcznym zabiciem żony, a przy okazji wykłada nieco skonsternowanemu towarzyszowi podróży swoje poglądy na sytuację i rolę kobiet i mężczyzn w społeczeństwie oraz przedstawia mu sens istnienia ludzkości. 
I ja byłam skonsternowana, czytając te wynurzenia, bo z wieloma stwierdzeniami się zgadzałam, ale równie dużo wzbudziło we mnie po prostu odrazę. Szczerze mówiąc, skupiałam się właśnie na tych treściach, ignorując zupełnie konstrukcję utworu, bohaterów, w ogóle warstwę literacką. Potraktowałam "Sonatę" jak pamflet na instytucję małżeństwa. 

Główny bohater, Pozdnyszew, zaprzecza istnieniu miłości, jego zdaniem ludzi popycha ku sobie wyłącznie zwierzęce pożądanie - przyczyna wszelkich nieszczęść. Wprost porównuje kobiety ze swej sfery (klasa wyższa) do prostytutek, ich matki do stręczycielek, a mężczyzn nazywa obłudnymi i okrutnymi rozpustnikami. 
   - (...) Chciałem powiedzieć, że oszukiwane są tylko nieszczęsne dziewczęta, a matki wiedzą o tym, zwłaszcza matki wyedukowane przez swoich mężów wiedzą o tym doskonale. I udając, że wierzą w czystość mężczyzn, w praktyce postępują zupełnie inaczej. Wiedzą, na jaką przynętę należy łowić mężczyzn dla siebie i dla swoich córek.
   Przecież tylko my, mężczyźni, nie wiemy - a nie wiemy dlatego, że wiedzieć nie chcemy - kobiety natomiast wiedzą doskonale, że najwznioślejsza, poetyczna, jak ją nazywamy, miłość zależy nie od zalet moralnych, lecz od bliskości fizycznej, a przy tym od fryzury, od koloru i kroju sukni. Spytajmy wytrawnej kokietki, która postanowiła usidlić mężczyznę, na co się woli narazić: czy na to, żeby w obecności kuszonego osobnika zdemaskowano jej kłamstwo, okrucieństwo, a nawet rozwiązłość, czy też na to, żeby mu się pokazać w źle uszytej, brzydkiej sukni - a każda zawsze wybierze to pierwsze. Ona wie, że my, mężczyźni, wciąż łżemy o wzniosłych uczuciach, a potrzeba nam tylko ciała i dlatego wybaczymy wszelkie paskudztwa, ale nie wybaczymy brzydkiego, niegustownego stroju. Kokietka wie o tym świadomie, ale i każda niewinna dziewczyna wie o tym, nieświadomie, jak wiedzą zwierzęta.
   Stąd te ohydne dżerseje, te podkładki na tyłkach, te gołe ramiona, plecy, prawie gołe piersi. Kobiety, zwłaszcza te, które przeszły przez szkołę mężczyzn, doskonale wiedzą, że rozmowy na wzniosłe tematy swoją drogą, a mężczyźnie potrzebne jest ciało i to wszystko, co je ukazuje w najponętniejszym świetle, i tak właśnie robią. Przecież wystarczy odrzucić przyzwyczajenie do tego bezeceństwa, które stało się dla nas drugą naturą, i spojrzeć na życie wyższej sfery takie, jakie jest w istocie, z całym jego bezwstydem - toż to po prostu od A do Z dom publiczny. Nie zgadza się pan? Pozwoli pan, że dowiodę - zawołał nie dając mi dojść do słowa. - Powiada pan, że kobiety z naszych sfer mają życie wypełnione czym innym niż kobiety w domach publicznych, a ja twierdzę, że nie, i dowiodę tego. Jeżeli ludzie mają różne cele w życiu, odmienną wewnętrzną treść, wówczas różnice te nieuchronnie odbijają się także na wyglądzie, wygląd też się różni. Ale spójrz pan na tamte nieszczęsne, pogardzane kobiety - i na światowe damy z najwyższych sfer: te same stroje, te same fasony, te same perfumy, to samo obnażanie ramion, pleców, piersi i opinanie sterczącego tyłka, ta sama namiętność do kamyków, do kosztownych błyskotek, te same zabawy, tańce, muzyka, śpiew. Jak tamte wabią na wszelkie sposoby, tak i te. Nie ma żadnej różnicy. Mówiąc ściśle, należy to tak sformułować, że prostytutki na krótką metę są zazwyczaj w pogardzie, prostytutki na długą metę - w poważaniu. [str. 84-86]
Pozdnyszew w dużej mierze ma rację: przez wieki celem młodych kobiet było wyjście za mąż, a to dlatego, że mężczyźni praktycznie je ubezwłasnowolnili i nie pozostawało im nic innego. Jaką taką pozycję społeczną osiągały tylko jako żony i matki. Zapewne zdarzały się małżeństwa z miłości, ale o zawarciu związku decydowały przede wszystkim względy praktyczne.
W podobny sposób, choć nieco subtelniej, pisali na ten temat i inni autorzy; polecam cytaty z mojego cyklu Kobieta w literaturze:  VI, VII i IX.
Niewola kobiety przecież na tym tylko polega, że mężczyźni chcą z niej korzystać jako z narzędzia rozkoszy i uważają to korzystanie za coś dobrego. No i wyzwalają kobietę, dają jej wszelkie prawa równe męskim, ale w dalszym ciągu widzą w niej narzędzie rozkoszy, tak ją wychowują od dziecka, a potem przy pomocy opinii publicznej. W efekcie jest wciąż tą samą poniżoną, zdeprawowaną niewolnicą, a mężczyzna wciąż tym samym zdeprawowanym jej właścicielem.
   Wyzwalają kobietę na kursach i w urzędach, a widzą w niej obiekt rozkoszy. Wystarczy nauczyć ją, jak ją u nas nauczono, patrzeć tak na samą siebie, a pozostanie na zawsze niższą istotą. Albo będzie przy pomocy łajdaków lekarzy zapobiegać poczęciu, czyli będzie zupełną prostytutką, zniżającą się nie do poziomu zwierzęcia, lecz do poziomu rzeczy, albo będzie tym, czym jest najczęściej - osobą psychicznie chorą, histeryczną, nieszczęśliwą, taką, jakimi one są właśnie, bez możliwości rozwoju duchowego. [113-114]
Ze stwierdzeniami z pierwszego akapitu nie mogę się nie zgodzić (w odniesieniu do tamtych czasów), ale już anachroniczność drugiego może by mnie i rozśmieszyła, gdyby nie to, że takie poglądy nadal podziela wiele osób: przeznaczeniem i sensem istnienia kobiety jest macierzyństwo, przyjemność płynącą z seksu może usprawiedliwić tylko wydanie na świat potomstwa. Mimo wszystko w XX wieku sytuacja kobiet (przynajmniej w naszym kręgu kulturowym) znacznie się poprawiła. Ciekawa jestem, co miałby na ten temat do powiedzenia Pozdnyszew, czy może raczej sam Tołstoj, gdyby jakimś cudem przeniósł się do naszych czasów. To i owo pewnie by go zaszokowało, ale po obejrzeniu paru przebojów kinowych, teledysków, billboardów i spotów reklamowych doszedłby niewątpliwie do wniosku, że prostytucja pozostaje zjawiskiem powszechnym.

Tołstoj poruszył w tym opowiadaniu jeszcze jedną ważną kwestię: pokazał, że bycie rodzicem niekoniecznie musi oznaczać sielankę, nawet jeśli ma się do dyspozycji niańki, służbę i pieniądze. Kobieta-matka ma prawo być zmęczona i zniechęcona - takie stwierdzenie i dziś może wzbudzić kontrowersje, a co dopiero wówczas. Oczywiście Pozdnyszew/Tołstoj nie omieszkał nazwać takiej postawy egoizmem, choć po części usprawiedliwionym.
  - Wspomniał pan przed chwilą o dzieciach. Co za niestworzone bzdury wygaduje się na temat dzieci Dzieci to błogosławieństwo boże, dzieci to radość. A przecież to wszystko kłamstwo. Wszystko to było niegdyś, ale teraz nie ma nic podobnego. Dzieci to męka i nic więcej. Większość matek tak to właśnie odczuwa, a niekiedy niechcący mówi to wprost. Spytaj pan większość matek naszej sfery ludzi zamożnych, a powiedzą panu, że z obawy, że dzieci ich mogą chorować i umrzeć, nie chcą w ogóle mieć dzieci, nie chcą karmić, gdy już urodziły, żeby się nie przywiązać i nie cierpieć. Radość, jaką im daje dziecko swym powabem - powabem rączek, nóżek, całego ciałka - przyjemność obcowania z dzie- ckiem, są mniejsze od cierpienia, jakiego doznają - nie mówiąc już nawet o chorobie czy stracie dziecka - z samego strachu przed możliwością choroby i śmierci. Zważywszy dodatnie i ujemne strony, okazuje się, że przeważają ujemne, i dlatego one wolą nie mieć dzieci. Mówią to wprost, odważnie, wyobrażając sobie, że te uczucia wywołane są miłością do dzieci, uczuciem dobrym i chwalebnym, z którego są dumne. Nie widzą, że takie rozumo- wanie jest jawnym zaprzeczeniem miłości, a tylko potwierdzeniem ich egoizmu. Mniej znajdują przyjemności w uroku dziecka niż cierpień ze strachu o nie, i dlatego to ma nie być tego dziecka, które mogłyby kochać. Poświęcają nie siebie dla ukochanej istoty, lecz mającą się zjawić ukochaną istotę dla siebie.
   Jasne, że nie jest to miłość, lecz egoizm. Ale któż podniesie rękę, by potępić matki z zamożnych rodzin za ten egoizm, gdy się przypomni, ile się one namordują w związku ze zdrowiem dzieci dzięki tymże doktorom w naszym wielkopańskim życiu. Skoro tylko przypomnę sobie, nawet teraz, życie i stan żony w pierwszym okresie, kiedy było troje, czworo dzieci i była nimi całkowicie pochłonięta - zgroza ogarnia. To nie było w ogóle życie. Było to jakieś wieczne niebezpieczeństwo, potem wyzwolenie od niego i znów niebezpieczeństwo, znów rozpaczliwe wysiłki i znów ocalenie - stale taka sytuacja jak na tonącym okręcie. [120-121]
Trudno na podstawie tylko tego opowiadania stwierdzić, czego właściwie Tołstoj oczekiwał od kobiet, jaki był jego ideał kobiety. Pozdnyszew potępiał panny, bo uciekały się do wszelkich sposobów, żeby złapać męża; krytykował żony i matki za kłótliwość, finansowe wymagania i bezgraniczne poświęcanie się dla dzieci (w domyśle - kosztem męża), pragnienie podobania się i zdobycia uznania w oczach innych niż najbliższej rodziny. Sugerował, że powinny pozostać czystymi, niewinnymi dziewicami, a marność tego świata nie do końca tłumaczyła, czemu nimi nie są.


Zaskoczyła mnie otwartość i radykalność, z jaką P/T wypowiadał się na tematy - zdawałoby się - tabu. Wydaje mi się, że gdyby w jego poglądach było nieco mniej zacietrzewienia i trochę więcej empatii i współczucia, nie irytowałyby aż tak bardzo.


piątek, 3 czerwca 2011

OPOWIASTKI

Tytuł: Opowiastki (Historietter)
Pierwsze wydanie: 1898
Autor: Hjalmar Söderberg
Tłumaczenie: Paweł Pollak

Wydawnictwo: Fundacja Szwedzka
ISBN: 83-918915-1-8
Stron: 106

Ocena: 4/5

Na ogół czytam literaturę polską oraz (w tłumaczeniach) brytyjską i amerykańską. Te mi najbardziej odpowiadają, bo te najlepiej rozumiem. Czasami jednak robię wyjątek i sięgam po - z mojej perspektywy trochę egzotyczne - książki pisarzy pochodzących z innych stron świata. I, ku memu własnemu zdziwieniu, często dobrze na tym wychodzę.

Jak się tak człowiek rozejrzy po księgarni, to zaczyna mu się wydawać, że w Skandynawii powstają wyłącznie kryminały (dwa nawet przeczytałam: "O krok" i "Mężczyzna, który się uśmiechał" Henninga Mankella), ale przecież nie są to największe osiągnięcia tamtejszej literatury. Kiedyś spore wrażenie wywarły na mnie dramaty Ibsena (powinnam do nich wrócić), "Krystyna, córka Lavransa" Sigrid Undset (noblistki), podobał mi się również "Egipcjanin Sinuhe" Miki Waltariego, a ostatnio - "Opowiastki" Hjalmara Söderberga. Otrzymałam tę książkę od pana Pawła Pollaka, który przełożył ją na nasz język i wydał.

To zbiór dwudziestu opowiadań, króciutkich i króciusieńkich, ale w większości przykuwających uwagę i domagających się ponownego przeczytania. Trudno znaleźć dla nich wspólny mianownik jeśli chodzi o treść, niektóre z nich wydają się zapisem drobnych, wykrojonych z codzienności scenek, inne to miniaturowe portrety zwykłych ludzi, którym przydarzyło się życie, są tu zapisy snów i wystąpienia przeciwko obłudzie.
Naturalnie nie wszystkie opowiadania podobały mi się w tym samym stopniu. Szczególnie przypadły mi do gustu "Rysunek tuszem", "Sen o wieczności", "Futro", "Zapłata za grzech", "Nauczyciel historii", "Rejestrator" i "Trefniś".

Dominuje tu melancholia, spleen, nieco ironiczne poczucie humoru i niechętna, ale stoicka (przynajmniej z pozoru) akceptacja ludzkiego losu. Podoba mi się to, że autor nie narzuca swojej interpretacji i nie szafuje "błyskotliwymi", pretensjonalnymi pointami. Myślę, że nieprzypadkowo zbiór rozpoczyna "Rysunek tuszem" (to opowiadanie można przeczytać TUTAJ), w którym, jak sądzę, Söderberg sugeruje, żeby nie doszukiwać się w jego twórczości (i w codziennym życiu) zbyt wielu den, sensu za wszelką ceną. No właśnie, czy literatura koniecznie musi nieść jakieś przesłanie? Ja tak nie uważam i odnoszę wrażenie, że autor "Opowiastek" również nie.

Słówko o formie. Każde opowiadanie mieści się na co najwyżej kilku stronach. Styl autora jest prosty, precyzyjny, nie ma tu stylistycznych fajerwerków czy oryginalnych metafor, które ja szczególnie cenię, a jednak... czymś mnie Söderberg ujął i właściwie sama nie wiem, czym konkretnie. Na pewno sięgnę po inne jego książki i może wtedy dojdę do jakichś wniosków. Wyczuwam w nim pokrewną duszę, a o niewielu pisarzach (w ogóle o niewielu ludziach) mogę to samo powiedzieć.

Polecam "Opowiastki". W dobie rozwlekłych, wielotomowych powieści dobra, skondensowana (co z tego, że nieco staroświecka) literatura działa naprawdę odświeżająco. 

sobota, 5 lutego 2011

JĄDRO CIEMNOŚCI

Tytuł: Jądro ciemności (Heart of Darkness)
Autor: Joseph Conrad
Tłumaczenie: Aniela Zagórska
Pierwsze wydanie: 1899

Wydawnictwo Literackie
ISBN: 83-08-02597-8
Stron: 135

Ocena: 5/5

To pierwsza lektura w ramach Klubu czytelniczego (od 25 lutego rozmawiamy o "Malowanym ptaku" Kosińskiego), pisałam już sporo o tym utworze na blogu Anny, ale chcę jeszcze i tu o "Jądrze ciemności" wspomnieć, żeby pod koniec roku mi się statystyki zgadzały;).

Miałam na to opowiadanie ochotę już od jakiegoś czasu, choć obawiałam się trochę, że okaże się strasznym nudziarstwem. Kilkanaście lat temu siostra narzekała na przerabianego w szkole "Lorda Jima" i zraziła mnie do twórczości Conrada. Może rzeczywiście w wieku nastu lat trudno docenić jego pisarstwo?

W "Jądrze ciemności" najbardziej podobały mi się: nastrój, relacja między Marlowem i Kurtzem, symboliczność i niejednoznaczność. 

Marlow snuje opowieść o swojej podróży w głąb Afryki, którą odbył jako kapitan rzecznego parowca należącego do firmy handlującą kością słoniową. Wspomnieniami dzieli się z kilkoma przyjaciółmi (?), z którymi wyruszy następnego dnia na jakąś morską wyprawę niewielkim jachtem. Na jego pokładzie czekają na odpływ gdzieś w pobliżu ujścia Tamizy. Za nimi - Londyn, przed nimi - "przestwór oceanu". Po pogodnym dniu zaszło słońce, wokół ścieliła się mgła, zapalono światła na brzegach i na mijających ich statkach. 
Opowieść o afrykańskich tropikach, dzikiej, obezwładniającej dżungli i umierających z wycieńczenia tubylcach musiała się w tych okolicznościach wydać towarzyszom Marlowa nieco egzotyczna. Marlow przypomniał im, że przed wiekami stara, dobrze znana Tamiza musiała się wydawać Rzymianom równie tajemnicza i niepokojąca jak współczesnym Europejczykom rzeka Kongo.

Natomiast Kurtz uchodziłby za osobę niezwykłą w każdych realiach i w każdej epoce. Na blogu Anny napisałam:
"Kurtz był postacią bardzo charyzmatyczną, wszechstronnie uzdolnioną, wywierał na ludziach silne wrażenie nawet na odległość i nawet po śmierci. Do Afryki wybrał się przede wszystkim dla pieniędzy, ale pojechał tam przepełniony szczytnymi ideałami, które zamierzał wcielić w życie.
Marlow uważał, że tylko idea i prawdziwa, “altruistyczna wiara w tę ideę” może odkupić zło wyrządzone przez kolonializm. Sądzę, że zaaplikował sobie taki pogląd, żeby jakoś znosić, jakoś sobie wytłumaczyć codzienność wypełnioną widokiem bezsensownej śmierci, brutalnej przemocy, niekończących się absurdów. Marlow nie mógł się doczekać spotkania z Kurtzem, bo spodziewał się, że na zarządzanej przez niego stacji będzie wreszcie inaczej, będzie normalnie. Nie było, było gorzej niż gdzie indziej.
A jednak nawet po latach uważał go za człowieka wybitnego, choć z obłąkaną duszą. Ostatnie słowa Kurtza zinterpretował w sposób dla umierającego najpochlebniejszy, najlitościwszy, choć było tyle innych możliwości".
Oczywiście możliwe jest, że ja niewłaściwie zinterpretowałam interpretację Marlowa:).

Mnie się ta wyprawa wydała podróżą w głąb ludzkiej natury. Autochtoni przypominali Marlowowi prehistorycznych przodków współczesnych białych ludzi. Gardził ich prymitywizmem. Pociągały go ich rytuały. Czy jednak kolonizatorzy okazali się bardziej cywilizowani? No właśnie że nie. Wieki postępu we wszystkich dziedzinach nauki i kultury nie zdołały przezwyciężyć "dzikiej" natury człowieka. Używanie strzelb i karabinów jest przecież tak samo okrutne jak wypuszczanie z gąszczów zatrutych strzał. Chyba to właśnie przestraszyło Marlowa (a wcześniej może też Kurtza): zło czające się gdzieś w nim samym, ciemność skupiona w zakamarku jego serca.


Poznałam "Jądro ciemności" w tłumaczeniu Anieli Zagórskiej, spokrewnionej z Conradem. Podobało mi się, choć czytałam, że zawiera "nalot młodopolski". Zamierzam jednak sięgnąć  kiedyś w przyszłości po inne przekłady, ciekawa jestem zwłaszcza nowego tłumaczenia Jędrzeja Polaka.


Zacytowałabym tu najchętniej z jedną czwartą utworu, ale ograniczę się z konieczności do jednego zdania:
Żyjemy tak, jak śnimy - samotni... [str. 48]

sobota, 4 lipca 2009

IVANHOE

TYTUŁ: Ivanhoe
AUTOR: Walter Scott
PIERWSZE WYDANIE: 1819

WYDAWNICTWO: Nasza Księgarnia
ROK WYDANIA: 1984
STRON: 540

OCENA: 4/5

Blogi o książkach traktują zwykle o nowościach wydawniczych. Czasami jednak warto wrócić do klasyki i ja często to robię.

Jedną z moich ulubionych powieści historycznych jest "Ivanhoe" Waltera Scotta. Książka powstała prawie 200 lat temu, opowiada o czasach jeszcze dawniejszych, ale czyta się ją bardzo dobrze - po prostu autor miał pomysł na interesującą fabułę - rzadkość i kiedyś, i dziś.

wtorek, 30 czerwca 2009

NIC NIE MOGŁO BYĆ INACZEJ CZ.2


TYTUŁ: Nic nie mogło być inaczej, Listy Oscara Wilde'a
AUTOR: Oscar Wilde (Koncepcja, wybór, przekład i opracowanie Danuta Piestrzyńska)
WYDAWNICTWO: Wydawnictwo Książkowe Twój Styl
STRON: 248

OCENA: 4/5

I jeszcze parę listów, które mnie zainteresowały albo w istotny sposób wpłynęły na losy Oscara Wilde'a.

Do Oscara Browninga [czerwiec 1881] Dom Keatsa, Tite Street

[...] książki tak często popadają w ręce głupców i analfabetów, że bardzo by mi zależało na prawdziwej k r y t y c e: tak pochwała ignorantów, jak i krytyka ignorantów, są obraźliwe. [...]

niedziela, 28 czerwca 2009

NIC NIE MOGŁO BYĆ INACZEJ CZ.1

TYTUŁ: Nic nie mogło być inaczej, Listy Oscara Wilde'a
AUTOR: Oscar Wilde (Koncepcja, wybór, przekład i opracowanie Danuta Piestrzyńska)
WYDAWNICTWO: Wydawnictwo Książkowe Twój Styl
STRON: 248

OCENA: 4/5


Nie przypuszczałam, że tak szybko znów będę pisała o Wildzie. Ale akurat wracałam z dworca przez galerię krakowską i nie mogłam się oprzeć pokusie wstąpienia do księgarni Matras, gdzie w pobliżu wejścia jest strefa przecenionych książek. Można tam czasami znaleźć naprawdę ciekawe pozycje. Listy Wilde'a kupiłam za 9,99 zł (cena z okładki to 33 zł).

Oczywiście lekturę tej książki powinno poprzedzić zapoznanie się, choćby pobieżne, z biografią Wilde'a. Nie będę jej tu przytaczać - od czego mamy google. Jeżeli kogoś zainteresują szczegóły, polecam choćby pozycję, o której pisałam tutaj.