Impresje

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tudorowie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tudorowie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 16 grudnia 2014

KATARZYNA ARAGOŃSKA. HISZPAŃSKA KRÓLOWA HENRYKA VIII

Tytuł: Katarzyna Aragońska. Hiszpańska królowa Henryka VIII (Catherine of Aragon: Henry's Spanish Queen)
Pierwsze wydanie: 2010
Autor: Giles Tremlett
Tłumaczenie: Emilia Skowrońska

Wydawnictwo Astra 2013
ISBN: 978-83-89981-61-0
Stron: 108


Czytałam "Królowe: sześć żon Henryka VIII" Davida Starkeya, "Sześć żon Henryka VIII" Antonii Fraser i kilka jeszcze innych książek o tym władcy i jego córkach, ale kiedy trafiam na kolejny tytuł o Tudorach, nie mogę się powstrzymać i kupuję. Giles Tremlett nie poszerzył jakoś znacząco mojej dotychczasowej wiedzy o Katarzynie Aragońskiej (Starkey i Fraser poświęcili jej w swoich pracach bardzo dużo miejsca), ale jego książkę również czytałam z dużym zainteresowaniem.

Autor nie jest historykiem, jest dziennikarzem, jego sposób opowiadania o Katarzynie jest bardziej narracyjny, ale ta metoda nie jest obca innym autorom (również tym wyżej wymienionym) - tak się teraz pisze prace popularnonaukowe. Tremlett pisze o domniemanych emocjach postaci historycznych, ale absolutnie nie pozwala sobie na fabularyzowanie.

Stosunkowo sporo miejsca poświęcił pochodzeniu i dzieciństwu Katarzyny i okresowi między jednym i drugim małżeństwem. Zaciekawiły mnie zwłaszcza opisy hiszpańskiego dworu, który dzięki wpływom kultury islamskiej stał wtedy na znacznie wyższym poziomie cywilizacyjnym niż w większości innych państw europejskich.

Księżniczka zapewne pozostałaby najchętniej w niedawno zdobytej przez rodziców Alhambrze, ale nie dano jej wyboru - z księciem Arturem zaręczono ją, kiedy miała trzy lata, więc kiedy osiągnęła stosowny wiek, musiała udać się w niebezpieczną podróż do dżdżystej i mniej wyrafinowanej Anglii, żeby wyjść za mąż i przedłużyć dynastię Tudorów. Opowieść o jej dalszych losach chyba nie może nie być interesująca i taka właśnie jest praca Gilesa Tremletta.

Autor często cytuje korespondencję i ówczesne kroniki, co bardzo lubię w tego rodzaju książkach. Przedstawia kolejne wydarzenia szczegółowo, ale przystępnie, bez przytaczania faktów, które zainteresować mogą już tylko historyka specjalizującego się w tej epoce.


***

Oto opis stroju królowej Izabeli, w jakim wystąpiła na zaręczynach swojej córki z angielskim księciem:
Para królewska ubrana była w stroje "utkane w całości ze złota". Szaty króla poszyto najkosztowniejszym sobolim futrem, jednak to strój królowej wprawił Machada (herolda angielskiej delegacji - przyp. E.) w prawdziwy zachwyt. Wspaniała kreacja i biżuteria, które miała na sobie tego wieczoru, oraz pozostałe suknie, zakładane przez nią w ciągu następnych dni wizyty ambasadorów podczas wystawnych biesiad, potyczek, walk byków i tańców, były jego zdaniem warte szczegółowego opisu.
   Na złotą szatę Izabela przywdziała "kaptur jeździecki z czarnego aksamitu z otworami, przez które przebijało złoto", ozdobiony linią grubości palca składającą się z prostokątnych bloków ze złotej nici, inkrustowanych klejnotami "tak wspaniałymi, że ludzkie oko takich dotąd nie widziało". Biały, skórzany pas z sakwą, wyglądający zdaniem Machada na męski, został ozdobiony "czerwonym spinelem [z Persji] o rozmiarach piłki tenisowej, pięcioma wybornymi diamentami oraz innymi drogimi kamieniami wielkości fasoli".
   Biżuteria królowej wywoływała podobny zachwyt. "Na szyi miała piękny złoty naszyjnik, złożony z białych i czerwonych róż, a każda z nich zdobiona dużym klejnotem; poza tym dwie wstęgi, zawieszone po obu stronach piersi, upiększone wielkimi diamentami, spinelami oraz rubinami, perłami i wszelkimi innymi kamieniami szlachetnymi w liczbie stu lub więcej. Na suknię założyła przepiękny krótki płaszcz ze szkarłatnej satyny, podszyty gronostajowym futrem. Został on zarzucony [niedbale] ukośnie na lewe ramę. Równie okazale prezentował się stroik z tyłu głowy (oryg. coiffe de plaisance)". Machado, który potrafił ocenić wartość odzieży i biżuterii, oszacował, że złoto królowej było warte około 200 tys. koron (tyle miał być wart posag Katarzyny - przyp. E.)
   Każdy rubin, diament i fragment drogocennej tkaniny czy futra podkreślał przewagę Izabeli nad uczestnikami doniosłych wydarzeń. W rzeczywistości ustalone prawa antyzbytkowe zabraniały osobom ze ściśle określonego otoczenia królowej przewyższania jej w dostojeństwie. Nakazy te regulowały wszystko: od stosowania jedwabiu i brokatu, aż po posrebrzanie lub pozłacanie ostróg. Nikt nie mógł przyćmić rodziny monarszej. [str. 27-28]

A tak wyglądała w 1494 roku Grenada według norymberskiego humanisty Hieronymusa Münzera"
"Nie ma piękniejszego miasta w naszym kontynencie", oznajmił z zachwytem. Dla mieszkańca Europy Północnej był to egzotyczny świat fig, szafranu, purpurowych wiśni, karczochów, migdałów, rodzynek, dzikich zielonych palm, oliwek, granatów, pomarańczy, cytryn, jabłek, gruszek i niezrównanego w smaku pstrąga. Kozy, owce i woły - obok dzików, saren i kuropatw - zapewniały duże ilości pożywnego mięsa.
   W piątki rozbrzmiewało w mieście nawoływanie  do modlitwy. (...)
   Według szacunków Münzera w mieście, w którym przy wąskich uliczkach sytuowały się małe domki, mieszkało niewiele ponad 50 tys. osób. "Niemal wszyscy mogli cieszyć się [bieżącą] wodą i zbiornikami", relacjonował. "Są dwa rodzaje rur i akweduktów: jednymi płynie czysta woda do spożycia, drugie zaś zbierają nieczystości, ekskrementy etc [...]. Na każdej z ulic znajdują się specjalne kanały, aby mieszkańcy domów , nie mających dostępu do rur , mogli nocą wylewać do nich brudną wodę". Wokół głównego meczetu znalazł - oprócz standardowych miejsc do ablucji - pisuary i kompleksy toalet tureckich, połączonych bezpośrednio z podziemnym kanałem. (...)
   Alhambra ujrzana przez Münzera, w której mieszkała Katarzyna, była znacznie większa i wytworniejsza niż obecnie. "Widzieliśmy niezliczone pałace, pokryte wspaniałym białym marmurem, przepiękne ogrody, pełne drzew cytrynowych i mirtów, z marmurowymi basenami oraz misami", pisał Münzer. Sypialnie były okazałe, a w każdym pałacu znajdowały się miednice z białego marmuru z krystalicznie czystą wodą. Lśniący marmur był niemal wszędzie, zarówno we wnętrzu, jak i na zewnątrz budowli, wznoszono z niego kolumny, tworzono podłogi z wielkich płyt o długości czterech i pół metra. Woda była dostępna w ogrodach i pokojach dzięki systemom rur i kanałów, których często podróżujący Münzer nigdy wcześniej nie widział. "A łaźnia - cóż to za cudo! - ze sklepionym dachem", relacjonował pełen zachwytu. W łaźniach znajdowały się sale z gorącą, ciepłą i zimną wodą - o wiele wspanialsze aniżeli renesansowe pałace imitujące Alhambrę, zamówione w XVI wieku przez cesarza Karola V. (...)
   "We wszystkich pałacach budziły zachwyt kasetonowe sufity ze złota, lapis lazuli, kości słoniowej i drewna cyprysowego odznaczające się tak wielką różnorodnością stylów. iż nie da się tego wyjaśnić ani opisać" - nie mógł wyjść z podziwu Münzer. (...)
   Dziedziniec Mirtów wyłożono białym marmurem. Nocą biło od niego łagodne, a zarazem zjawiskowe światło. W księżycowym i gwiezdnym blasku lśnienie marmuru wzmacniały błyszczące tafle czystej wody w basenach. [str. 50-51]

wtorek, 30 września 2014

MARIA TUDOR. PIERWSZA KRÓLOWA

Tytuł: Maria Tudor. Pierwsza królowa (Mary Tudor. The First Queen)
Pierwsze wydanie: 2007
Autorka: Linda Porter
Tłumaczenie: Adam Tuz

Wydawnictwo Astra 2013
ISBN: 978-83-89981-57-2
Stron: 496



Maria na pewno nie jest najbardziej popularną władczynią z dynastii Tudorów, może dlatego, że panowała najkrócej - zaledwie pięć lat. Zbyt mało, żeby w znaczący sposób wpłynąć na sytuację w kraju i żeby jej imieniem nazwano całą epokę w historii państwa, tak jako kto się stało w przypadku jej młodszej przyrodniej siostry Elżbiety, która rządziła przez prawie czterdzieści pięć lat. Maria miała już trzydzieści siedem lat, kiedy wywalczyła sobie tron. W tamtych czasach był to, zwłaszcza dla kobiety, wiek poważny, więc nowa królowa musiała bez zwłoki zająć się sprawami priorytetowymi: przedłużeniem dynastii i przywróceniem w Anglii katolicyzmu. W obu sprawach pomóc miało małżeństwo z hiszpańskim księciem Filipem. Starania o następcę tronu zakończyły się jednak klęską i upokorzeniem, a protestanci zaczęli podnosić głowy jeszcze za życia Marii, kiedy stało się jasne, że wkrótce zastąpi ją córka Anny Boleyn. Dziś Maria kojarzy się przede wszystkim ze stosami, na których za jej panowania spalono prawie trzysta osób. I z koktajlem Krwawa Mary - podobno to właśnie do jej osoby nawiązuje jego nazwa.

Muszę przyznać, że zanim sięgnęłam po książkę Lindy Porter, postrzegałam Marię trochę zbyt jednowymiarowo. Zraził mnie jej religijny fanatyzm, który jednak - jakby się nad tym chwilę zastanowić - w tamtych, a nawet w dużo późniejszych czasach nie był przecież wcale czymś niezwykłym. Poza tym autorzy piszący o jej ojcu i przyrodniej siostrze ją samą traktowali trochę po macoszemu, co również wpłynęło na moje wyobrażenie o niej. Lindzie Porter udało się pokazać Marię jako członkinię rodziny królewskiej i polityka, ale też jako kobietę, siostrę i żonę.

Może i nie była wybitną władczynią, ale po pierwsze, jak już wspomniałam, nie miała zbyt dużo czasu, żeby się wykazać, po drugie - była pierwszą kobietą na angielskim tronie, która faktycznie rządziła krajem, po trzecie - Anglia miała już wcześniej kilku znacznie gorszych od Marii królów. Z pewnością nie można jej zarzucić, że się nie starała. Była wykształcona, doświadczona, obowiązkowa i gotowa do poświęceń. Wychowano ją na królową, co prawda raczej nie królową Anglii, bo Henryk VIII zawsze zakładał, że tron odziedziczy po nim jego syn (którego się w końcu doczekał ze swoją trzecią żoną). Maria miała zostać królewską małżonką jakiegoś zagranicznego władcy.

Również jej młodszy przyrodni brat, który panował jako Edward VI, nie chciał, żeby po nim władzę objęła oddana katolicyzmowi siostra. Zresztą swą drugą siostrę, Elżbietę, też wykluczył z linii sukcesji, mimo że była protestantką. Chciał, żeby po nim rządziła jego kuzynka Jane Grey (również protestantka), a właściwie jej synowie, kiedy tylko się pojawią.

Lady Jane "panowała" jednak tylko dziewięć dni. Maria nie zastosowała się do woli Edwarda. Dzięki odwadze, zdecydowaniu i odpowiednim sojuszom szybko przejęła władzę. To był jeden z kluczowych momentów w życiu Marii i Linda Porter opisała go bardzo szczegółowo.

Dużo miejsca poświęciła również małżeństwu królowej z księciem Filipem. Na podstawie książek, które czytałam wcześniej, sądziłam, że Maria zdecydowała się na ten właśnie związek z powodów bardziej osobistych niż państwowych, że ślub z kuzynem z dynastii Habsburgów był czymś, o czym długo marzyła i czego wyczekiwała. Chyba jednak nie do końca tak było.

Maria i Filip (i minipsy)
Wyszła za mąż między innymi dlatego, że oczekiwano od niej przynajmniej próby przedłużenia dynastii. Gdyby zmarła bezpotomnie (a nikt się jeszcze nie spodziewał, że stanie się to tak szybko), władzę przejęłaby prawdopodobnie Elżbieta lub jej dzieci, co oznaczałoby zapewne kolejne spory religijne, a może poważne wewnętrzne zamieszki. Maria musiała zdawać sobie sprawę z tego, że ciąża w jej wieku i przy stanie ówczesnej medycyny stanowiłaby dla niej duże ryzyko, zwłaszcza że prawdopodobnie już od lat miewała jakieś problemy ginekologiczne.

Wydawało się, że stał się cud i Bóg pobłogosławił królowej: medycy orzekli, że spodziewa się dziecka. Maria też była o tym przekonana, więc nieliczni początkowo sceptycy nie ośmielali się zaprzeczać. Pewne fizyczne oznaki rzeczywiście wystąpiły, poczyniono przygotowania do porodu i sporządzono nawet zwyczajowe obwieszczenia o szczęśliwym rozwiązaniu. Królowa zgodnie z tradycją przeniosła się do specjalnie urządzonych na tę okazję komnat, do których wstęp miały tylko usługujące jej kobiety. Anglia czekała na królewicza.

Wyznaczony przez lekarzy termin porodu nadszedł i minął. Wyznaczano kolejne, ale grono sceptyków rosło. Ostatnią osobą, która do niego dołączyła, była Maria. Upokorzenie, wstyd i rozpacz. Filip wyjechał, wrogowie tryumfowali. Świetny temat dla filmowców, ale - póki co - wolą oni chyba romanse Henryka VIII i efektowne rządy Elżbiety. Szkoda, bo moim zdaniem biografia Marii nadaje się na interesujący miniserial historyczny, mniej sensacyjny niż "Dynastia Tudorów", raczej dramat psychologiczny.

Powinien on opowiadać o całym życiu Marii. Często postrzega się ją tylko przez pryzmat jej pięcioletnich rządów, tymczasem całe jej życie obfitowało w nagłe odmiany losu, przy czym zmiany na gorsze przytrafiały się jej zdecydowanie częściej. Mimo wszystko zawsze pozostawała wierna swoim przekonaniom, wierze i sumieniu. Mniej więcej połowa książki Lindy Porter dotyczy dziejów Marii z okresu zanim została królową.

Gdyby była chłopcem, byłaby oczywistym następcą tronu, a historia Anglii potoczyłaby się zupełnie inaczej. Kiedy unieważniono małżeństwo jej rodziców, Maria stała się w świetle ówczesnego prawa nieślubnym dzieckiem, w dodatku dzieckiem nieposłusznym, które sprzeciwiało się woli ojca: tak długo, jak tylko mogła, głosiła przekonanie, że związek rodziców jest wciąż ważny, a Katarzyna Aragońska jest królową Anglii. Została za to zepchnięta do roli damy dworu swojej maleńkiej przyrodniej siostry, odseparowano ją też od matki, która coraz bardziej zapadała na zdrowiu - nie zobaczyły się już nigdy, nie mogły nawet ze sobą korespondować. Po śmierci Katarzyny Maria musiała się poddać. Podpisała wszystko, co jej kazano, w efekcie czego jej pozycja znacząco się poprawiła. Niebezpieczeństwo ponownie zawisło nad jej głową podczas panowania Edwarda, który był równie radykalnym protestantem jak ona gorliwą katoliczką. Z kolei kiedy Maria zasiadła na tronie, próbowała prośbą i groźbą zmusić Elżbietę do udziału w katolickich nabożeństwach.

Maria nie była typem intelektualistki, jej przywiązanie do religii i pewnych zasad nie było wynikiem racjonalnych analiz, ale raczej wynikało z szacunku dla autorytetów i tradycji i z osobistego sentymentu. Między nabożeństwami i audiencjami znajdowała jednak czas na muzykę, którą uwielbiała, oraz na hazard, który stanowił stosunkowo poważną pozycję w jej prywatnym budżecie. Nosiła najchętniej piękne (i drogie) suknie francuskiego kroju i kolekcjonowała klejnoty. "Diamenty są najlepszym przyjacielem dziewczyny", a myślę, że i dla królowej Anglii stanowiły pewne pocieszenie.

1554 r.
Książka Lindy Porter to solidna i sprawnie napisana biografia, która kazała mi spojrzeć na Marię Tudor z nieco innej niż dotychczas perspektywy. Oczywiście nie można opowiedzieć o Marii, nie przytaczając jednocześnie - choćby skrótowo - podstawowych informacji o dynastii, z której się wywodziła, o epoce, w której przyszło jej żyć i walczyć o władzę, o ludziach, którzy ją otaczali. To wszystko jest w tej książce odpowiednio wyważone, więc przeczytałam ją z przyjemnością.

wtorek, 8 kwietnia 2014

Nadchodzą smoki

Tytuł wpisu może sugerować, że poruszę temat czwartego sezonu "Gry o tron", ale nie zamierzam tego robić. O literackim pierwowzorze pisałam prawie pięć lat temu (jak ten czas leci!), a serial wcale nie wydaje mi się taki świetny, chociaż oczywiście go oglądam. Jedyny wątek, który został w nim pokazany trochę lepiej niż w książkach, to relacja między Varysem i Littlefingerem.

Nie, nie o serialu HBO będzie mowa. Chciałam podzielić się z potencjalnymi czytelnikami cytatem z "Życia codziennego w Anglii elżbietańskiej" autorstwa M. St. Clare Byrne. O książce napiszę może w osobnym tekście, kiedyś, ale ten fragment wydał mi się tak ujmujący i zabawny, że zdobyłam się na skopiowanie go tutaj (interpunkcja itd. - tak jak w wydaniu PIW 1971). 
Cytat pochodzi z rozdziału "Księgi cudów i opowieści starych kobiet", z którego dowiedzieć się można, co kształtowało wyobraźnię ówczesnych dzieci. Przynajmniej tych, które miały dostęp do ksiąg. 
   "Smoki znajdują się w Etiopii długie na dziesięć sążni" - czytało dziecko elżbietańskie - i dorosłe dziecko także - w swym Pliniuszu; jego zaś umysł, szczęśliwiej dostrojony do rzeczy cudownych niż nasz, przyjmował stwierdzenie to bez zastrzeżeń. Wieki średnie przeminęły, ale nie zabrały ze sobą wszystkich przesądów ani też owego charakteru zgodności z prawdą - owego naturalnego przyjmowania rzeczy niemożliwych i niewiarygodnych, które cechowało zarówno literaturę tej epoki, jak i jej postawę wobec życia. Pod wielu względami dziecko elżbietańskie nie miało interesującego dzieciństwa, miało natomiast łatwy dostęp do książek dziwów wszelkiego rodzaju. Nikt się nie fatygował, żeby pisać książki specjalnie dla dzieci, ale jakież dziecko nie wolałoby zdjąć ukradkiem z półki swego ojca prawdziwej książki dla dorosłych, takiej jak Pliniusz - "ów doskonały historiograf", jak nazywa go tłumacz - i jakie dziecko, przewracając strony tej książki i natrafiając na ową magicznie brzmiącą linijkę: "Smoki znajdują się w Etiopii", nie odczułoby pokusy czytania dalej i odkrywania na własną rękę owych dziwów wiedzy o zwierzętach i opowieści podróżników, którymi tak się cieszyli ludzie dorośli?
   Wyruszając wraz z Pliniuszem, aby badać The Secrets and Wonders of the World (Tajemnice i dziwy świata), dziecko elżbietańskie uczyło się wielu rzeczy "prawdziwie rzadkich i dziwnych". Na każdej stronie znajdowało pełną miarkę cudów. Była tam mowa o dzikich psach, co miały "ręce i stopy prawie takie jak ludzie", była zadziwiająca opowieść - sugestywna w swej niezrozumiałości - o jakichś cudownych szybkich zwierzętach z północnych okolic, "które mają tak długą górną wargę, że gdy pasą się, idą do tyłu". Następnie można było przeczytać o lwie, którego charakter, tak jak go nakreślił Pliniusz, jest najbardziej dżentelmeński; jest on "pełen szlachetności i łaskawości i prędzej zaatakuje mężczyzn niż kobiety, nigdy zaś małych dzieci, chyba że cierpi wielki głód". Podobnie wzorowe jest zachowanie pantery, która także jest pełna łaskawości: "Czytamy, że jeśli samica napotka człowieka zabłąkanego czy zagubionego w puszczy, który ucieka ze strachu przed nią, to poruszając ogonem, oplecie go, okazując mu przyjaźń i miłość, następnie zaś, gdy człowiek odzyska spokój i pewność siebie, zaprowadzi go do pieczary lub nory, gdzie jej młode wpadły przez nieszczęśliwy przypadek; człowiek wyciągnie młode z jamy, a wówczas pantera zacznie przewracać się przed nim i bawić, aby mu podziękować." Może jeszcze bardziej zadziwiająca jest jednak część poświęcona zwierzętom morskim. Dziecko elżbietańskie dowiadywało się z niej, że "nocą z morza wychodzi wiele ryb, które zjadają zboże na polach, potem zaś wracają znów do morza". Najlepszy z wszystkich jest jednak opis delfina. Zaczyna się trzeźwo i spokojnie, po czym rozwija się, kończąc się nieporównywalnym spiętrzeniem na końcu: "Delfin jest najszybszą rybą w morzu [...] więcej niż jakiekolwiek inne ryby kochają one małe dzieci oraz dźwięk instrumentów muzycznych, żyją trzysta lat [...] cieszą się, kiedy wołamy na nie Szymon, i lubią słuchać głosów ludzkich". Gdybyż zatrudniono ilustratora, który by uwiecznił w wyrazistym obrazie delfina radującego się w swym wesołym małym serduszku, gdy zwracają się do niego, używając imienia Szymon! Wypowiedzi tej dorównuje jedynie informacja podana ni stąd ni zowąd w środku The Book of the Little Beasts - à propos absolutnie niczego - że "Zoroaster przez wiele lat żył, jedząc ser i nie odczuwając starzenia się".
   Jeśli zaś Pliniusz przynosił nam rozczarowanie, ponieważ nie rozwijał dalej tematu smoków z Etiopii, to na jego miejsce znajdowali się inni, gotowi podać każdą ilość informacji, ponieważ jak zauważył Edward Topsell w Historie of Serpents: "Wśród wszelkich rodzajów węży nie ma drugiego takiego, którego dałoby się porównać do smoka." (Właściwie Topsell zaczął publikować swoje bestiariusze kilka lat po śmierci Elżbiety I - przyp. Elenoir). Długość odmiany etiopskiej smoka ocenia na 20 m 70 cm, a czytelnikom swym daje wyczerpujący opis wszystkich cech dotyczących innych gatunków, począwszy od oswojonego rodzaju z Epidauru z żółtozłotą skórą, skończywszy zaś na niezwykle dzikich smokach górskich, których powieki, grzechocząc, wydają dźwięk podobny do pobrzękiwania mosiądzu. Musiało być rzeczą zachwycającą być dzieckiem elżbietańskim i wiedzieć, że gdyby tylko miało ono szczęście urodzić się w Macedonii, mogłoby mieć na własność oswojonego smoka. Z Topsella dowiedzieliśmy się, że "smoki, które są najłatwiejsze do oswojenia", mają bardzo małe paszcze, w Macedonii zaś dzieci bawią się z nimi, "jeżdżąc na nich bez żadnej dla siebie szkody i szczypiąc je, tak jakby to czyniły z psami, śpią też razem z nimi w łóżku". 
 
   Bardzo szczegółowo omówiony także został problem odżywiania się smoków. Tuczą się, jedząc jajka, zaś ich sposób spożywania jaj jest wysoce zajmujący. Dorosły smok zjada zazwyczaj jajko w całości, a potem turla się po ziemi tak długo, póki jajko nie pokruszy się w kawałki w jego wnętrzu; "jeśli jednak jest smokiem młodym, jak gdyby szczenięciem smoka, wówczas bierze jajko w splot (tj. w spiralny zwój) swego ogona i ściska je mocno, i trzyma mocno, póki łuski ogona nie otworzą skorupki jak nóż, a potem przez otwór skorupki wysysa całą zawartość jajka". A może, tu nasuwa się pytanie, raczej młody smok, a nie młode stworzenie ludzkie dało początek popularnemu powiedzeniu? Jeśli jajka są dobre dla organizmu smoków, to jabłka, odwrotnie, są dla nich trucizną, zapewnia nad Topsell. Nic tak gwałtownie nie zakłóca trawienia smoka jak jabłko i jeśli smok zdecyduje się spożyć jabłka, mimo iż wie, że są dla niego szkodliwe, zawsze "jak zapewnia nad o tym Arystoteles" - podejmuje przedtem środki ostrożności, polegające na tym, że przed jedzeniem jabłek najada się dzikiej sałaty, która działa jak lekarstwo i "w wielkim stopniu przyczynia się do zachowania zdrowia smoka".
   "Moralna wartość" smoka należy, jak się zdaje, do dawnych morałów całej baśniowej wiedzy o zwierzętach - dobry uczynek zawsze ułagodzi dobrego smoka. Topsell ma pod ręką wiele anegdot o smokach, aby wpoić w nas to przekonanie, ma także w zapasie inne opowiastki, ilustrujące dobroduszność smoków. Po przeczytaniu historyjki o uroczym smoku, który kochał pasterza z Tesalii, ponieważ ten miał takie piękne złote włosy, i który uporczywie przynosił każdego dnia swojemu przyjacielowi jakiś podarunek, "taki jaki mogło zdobyć stworzenie z jego gatunku i mające jego naturę" - żadne elżbietańskie dziecko nie musiało już odczuwać strachu przed tą wielce oczernioną bestią. Jeszcze bardziej zachwycająca jest historia o smoku, który kochał Pindusa. Kiedy Pindus został zabity, smok czuwał nad ciałem przyjaciela, póki wreszcie nie uświadomił sobie z wyrazu twarzy ludzi patrzących na niego, że bali się podejść bliżej. Gdy tylko sobie to uprzytomnił, natychmiast odsunął się na bok i "z zachwycającą dwornością swej natury [...] pozwolił im dzięki swej nieobecności" poczynić wszystkie przygotowania do pogrzebu. W istocie jedyną rzeczą, która zdaje się rzucać poważniejszy cień na charakter smoków, jest stosowana przez nie metoda chwytania słonia. W takich okolicznościach idą na polowanie stadami, a gdy przychodzą na miejsce, w którym prawdopodobne jest, że pojawi się słoń, wiążą swe ogony i przeciągają je w poprzek ścieżki, tak że gdy biedny słoń nadchodzi, potyka się o nie i chwieje - i natychmiast całe stado smoków rzuca się na niego.
   Nadaremnie usiłujemy się dopatrzyć ze strony autora jakiegoś przymrużenia oka. Topsell jest skończenie poważny we wszystkim, co pisze. Książki swe pisał dla pożytku i przyjemności szlachetnie urodzonego czytelnika. Były to książki, do których można było "zajrzeć w najbardziej święte dni (nie opuszczając modlitwy i nabożeństwa w kościele) i spędzić dnie Pańskie na niebiańskich rozważaniach o ziemskich stworzeniach". Autor dedykował swe dzieła pewnemu dziekanowi, sam zaś podpisywał się "Twój kapelan w kościele św. Botolfa w Aldersgate". Była to lektura niedzielna dla zacnych obywateli i grzecznych dzieci, Topsell zaś nigdy nie przymknąłby oczy na nabieranie kogokolwiek z tych czytelników lub dziekana. [...]

   Jednym z najbardziej "cudownych" aspektów życia w tych dniach musiały być niewątpliwie "lecznicze walory", które jak się zdaje, przypisywano wszystkiemu, co nie było pożyteczne ani cenne w jakiś oczywisty sposób. Można by sądzić, że głowa smoka nie mogła nikomu przynieść większego pożytku, całkiem niezależnie od trudności schwytania najpierw samego smoka; ale Topsell zapewnia nas, że "głowa smoka chroni od zeza, jeśli zaś umieszczona została nad bramą lub nad drzwiami, to w czasach starożytnych uważano, że przynosiła szczęście tym, co szczerze czcili Boga". Nawet oczy wyjęte z głowy smoka i "przetrzymane, aż spleśniały, potem zaś ubite z oliwą i miodem i spreparowane w postaci maści, chroniły każdego, kto ją stosował, od strachów nocnych, spowodowanych duchami i zjawami"; sadło smoka z kolei, ususzone na słońcu, jest ogromnie skuteczne jako środek przeciwko jątrzącym się wrzodom lub jeśli zmieszać je z miodem i oliwą, leczy zaćmę wzroku. [str. 281-286]
Dalej jest też mowa m.in. o leczniczych walorach myszy "odartej ze skóry i utuczonej na miazgę".


Dziś wiara w cudowną moc niekonwencjonalnych medykamentów jest równie silna, z tą tylko różnicą, że martwe krety czy popioły z łasicy zastąpione zostały przez tzw. suplementy diety - łatwiejsze do zdobycia i estetycznie zapakowane, skuteczne tak samo jak lewa stopa hieny czy pazur rysia. W aptekach eksponowane są przede wszystkim właśnie suplementy - kiedy poprosimy farmaceutę o jakiś prawdziwy lek, musi on udać się na zaplecze albo do magazynu i przerzucić kilka kartonów z najlepiej wchłaniającym się żelazem albo olejem z wątroby rekina grenlandzkiego, żeby znaleźć dla nas to, co przepisał nam doktor.

Zakup suplementu to kwestia pieniędzy, wizyta u lekarza - kwestia czasu; obie metody leczenia dostępne są właściwie dla każdego. Celebryci mogą dodatkowo liczyć na medykamenty z kategorii premium deluxe haute couture, np. relikwiarz z kawałkiem sutanny Papieża i kroplą jego krwi. Relikwie katolickich świętych świetnie też zastępują infrastrukturę przeciwpowodziową.

Wróćmy jednak do smoków. Ziemska fauna nie ma już przed naukowcami prawie żadnych tajemnic, parę zagadek kryje się może tylko w oceanicznych głębinach, ale wciąż możemy zabawiać się wyobrażaniem sobie, co też żyje na niezbadanych planetach odległych galaktyk.

Wersja optymistyczna


Pesymistyczna

Tym właśnie skutkują braki w erudycji: gdyby Ripley przeczytała Pliniusza i wołała na Obcego "Szymon", uradowałoby się jego serduszko i można by było uniknąć poważnych strat ludzkich i materialnych. W każdym razie mogłaby spróbować.

czwartek, 9 stycznia 2014

PORTRET NIEZNANEJ DAMY

Tytuł: Portret nieznanej damy (Portrait of an Unknow Woman)
Pierwsze wydanie: 2006
Autorka: Vanora Bennett
Tłumaczenie: Joanna Puchalska

Wydawnictwo Świat Książki
ISBN: 978-83-247-0965-6
Stron:593


Kolejna powieść o tym, jak inteligentna i świetnie wykształcona kobieta przepoczwarza się w desperate housewife, która po ślubie skupia się tylko i wyłącznie na swoich relacjach z mężem i resztą rodziny. Całe szczęście, że rzecz dzieje się w epoce Tudorów, a tło historyczne Vanora Bennett odmalowała bardzo sprawnie. Powieść jest kameralna, ale ważne wydarzenia polityczno-religijne tamtych czasów (królewski "rozwód", reformacja, prześladowania protestantów) są obecne i wpływają na głównych bohaterów. Autorka wplotła też w akcję jedną z licznych hipotez na temat tego, co się stało z książętami z Tower.


Tytułowa dama to Meg Giggs, przybrana córka Tomasza More'a, i duża część książki poświęcona jest jej perypetiom uczuciowym, które jednak mało mnie obeszły. Bardziej interesujące wydały mi się fragmenty dotyczące ówczesnej obyczajowości, stosunków rodzinnych i majątkowych, a najbardziej - dwóch postaci historycznych: Tomasza More'a i Hansa Holbeina (młodszego).

More został tu pokazany jako humanista, którego zgubił pęd do kariery politycznej i fanatyzm religijny, zawężający szerokie kiedyś horyzonty myślowe tej postaci do jednego punktu - bezwzględnej walki z herezją. Święty kościoła katolickiego, ogłoszony przez Jana Pawła II "patronem mężów stanu i polityków", tu przedstawiony został może nie w najciemniejszych, ale jednak w ponurych barwach.

Z większą przyjemnością czytałam o Holbeinie, właściwie nie tyle o nim samym, co o szczegółach malowanych przez niego obrazów, których znaczenia laik, taki jak ja, nie dostrzeże, jeśli ktoś nie zwróci mu na nie uwagi. Warto poszukać w sieci licznych interpretacji np. jego "Ambasadorów"; autorka dodała tutaj kolejną.


Miło ze strony wydawnictwa, że zamieściło w książce reprodukcję szkicu Holbeina do portretu rodziny More'a. Oryginał spłonął, zachowało się kilka kopii, m.in. ta autorstwa Rowlanda Lockeya, której reprodukcja znajduje się na końcu powieści oraz na okładce.

Polska okładka nawiązuje do oryginalnej, niestety autor tej modyfikacji rozdzielił obie panie, przy czym (chyba nieumyślnie) główną bohaterkę przesunął na grzbiet książki, na stronie tytułowej pozostawiając postać drugoplanową. Cóż.

Na szczęście nie ma tego złego, co by na dobre czasami nie wyszło, bo właśnie dzięki tej domniemanej pomyłce zauważyłam tę powieść na bibliotecznej półce (te okropne nakrycia głowy z epoki Tudorów zwracają uwagę). W Polsce książka ukazała się kilka lat temu i zebrała bardzo pozytywne recenzje w blogosferze, ale jakoś nie miałam wcześniej okazji, żeby się z nią zapoznać. Czytało mi się szybko, bez zachwytów, ale też bezboleśnie.


Na koniec jeszcze uwaga à propos desperate housewives. Obejrzałam niedawno taki miniserial "Death Comes to Pemberley", który nie podobał mi się z wielu powodów, ale przede wszystkim dlatego, że Elizabeth Darcy, pani Pemberley, wygląda, jak to ktoś trafnie ujął w recenzji na IMDB, jakby stale martwiła się rachunkiem za gaz, a poza tym komuś (reżyserowi albo scenarzyście) wydaje się, że kiedy kobieta cierpi, to zaraz siada na ziemi.

niedziela, 1 maja 2011

Inny książęcy ślub

Zerkałam, przyznaję, na telewizyjną relację ze ślubu Catherine Middleton z księciem Williamem. Przypomniał mi się wtedy inny ślub w angielskiej rodzinie królewskiej, taki sprzed ponad pięciuset lat. Za księcia Walii wychodziła wówczas również Katarzyna, ale Aragońska. I na imieniu panny młodej podobieństwa się kończą.

* Negocjaje *

Prawdopodobnie obraz przedstawia
jedenastoletnią Katarzynę
Aragońską lub jej siostrę,
autor: Juan de Flandes
To nie było małżeństwo z miłości, przesądziły o nim wyłącznie względy polityczne. Katarzyna przyszła na świat 16 grudnia 1485 roku, Artur 20 września 1486 roku, a dyplomaci zaczęli negocjować warunki ich ślubu już w 1487 lub 1488 roku.

Ona była najmłodszą córką hiszpańskiej pary królewskiej: Izabeli Kastylijskiej i Ferdynanda Aragońskiego, on był pierworodnym synem króla Anglii Henryka VII i Elżbiety York. Anglia i Hiszpania miały wspólnego wroga (Francję), mogły również współpracować w dziedzinie handlu. Sojusz opłacał się obu stronom. Ustalono, że Katarzyna otrzyma w dwóch ratach posag w wysokości 200 000 koron (czyli ok. 40 000 funtów, co było wówczas zawrotną sumą), a gdyby została wdową, otrzymywałaby jedną trzecią dochodów z Walii, Kornwalii i Chester. (Można poczytać również o traktacie w Medina del Campo).

Przyszłej młodej pary o zdanie nie pytano; miała się osobiście poznać dopiero bezpośrednio przez ślubem. Naturalnie już na wstępnym etapie negocjacji prezentowano maluchy wysłannikom drugiej strony, aby upewnić ich, że oferuje się zdrowe i pełnowartościowe dziecko. (Artur urodził się jako wcześniak i większość historyków twierdzi, że w związku z tym był słaby i chorowity, natomiast David Starkey, polegając na relacjach naocznych świadków, uważa inaczej).

Oczywiście ślub mógł się odbyć dopiero za kilkanaście lat, a w tym czasie obie strony mogły pod wpływem bieżących wydarzeń zmienić zdanie i chwilami nawet się na to zanosiło.
Układy jednak wznowiono w 1496 roku, a w sierpniu 1497 w pałacu Woodstock w obecności angielskiej pary królewskiej i całego dworu Artur i Katarzyna (którą per procura reprezentował hiszpański ambasador Roderigo Gonsalez de Puebla) zaręczyli się. Od tej pory Katarzyna oficjalnie nosiła tytuł księżnej Walii.

Królowa Izabela i królowa Elżbieta (dołączała też do nich lady Małgorzata Beaufort, matka Henryka VII) rozpoczęły korespondencję, w której wymieniały się informacjami na temat dzieci i dobrymi radami. Zalecano Katarzynie naukę języka francuskiego, dobór ładnych dam dworu i przyzwyczajanie się do picia wina, bo woda w Anglii nie nadawała się do tego celu. W międzyczasie Henryk VII pozbywał się ewentualnych pretendentów do korony, którzy mogliby zagrozić pozycji Tudorów - dynastii wówczas nowej i jeszcze niezbyt stabilnej.

Izabela i Ferdynand nalegali, aby przed podróżą Katarzyny do Anglii odbył się jeszcze ślub per procura. Pierwszy miał miejsce 19 maja 1499 roku w Bewdley. Katarzynę ponownie zastępował ambasador de Puebla, Artur pojawił się osobiście, a
rolę księdza grał jego szambelan, sir Ryszard Pole. Książę i ambasador trzymali się za ręce, a Pole ujął ich dłonie między swoje. Potem Artur oświadczył, że bierze Katarzynę de Pueblę za żonę, Hiszpan zaś wypowiedział odpowiednią formułkę za swoją infantkę. Ta ceremonia w ówczesnym prawie kanonicznym znana była jako umowa per verba de praesenti - "to znaczy, że ma być od tej pory nierozwiązywalna". [David Starkey, "Sześć żon Henryka VIII", str. 52]
Po uroczystości de Puebla siedział na uczcie po prawej stronie króla i "zgodnie ze zwyczajem symbolicznie wsunął nogę w królewskie łoże małżeńskie" [Antonia Fraser, "Sześć żon Henryka VIII", str. 29]. Od tej pory Katarzyna i Artur mogli już pisać do siebie listy; po łacinie, bo oboje dobrze znali ten język.
Kolejne zaślubiny per procura odbyły się w grudniu 1500 roku.

* Podróż do Anglii *

Wciąż przekładano podróż Katarzyny do Anglii. Miały na to wpływ przedłużające się negocjacje między Henrykiem i Ferdynandem - każdy z nich próbował ugrać dla siebie jak najwięcej. Do tego doszły kłopoty Królów Katolickich: rodzinne (m.in. śmierć następcy tronu) i wewnętrzne (powstanie Maurów).

Wyruszyła wreszcie 21 maja 1501 roku z Grenady w Andaluzji (południe Hiszpanii). Była to podróż długa i męcząca. Dopiero na początku sierpnia dotarła do położonej nad morzem Galicii (północ Hiszpanii), udała się jeszcze na pielgrzymkę do znajdującego się w tej prowincji grobu św. Jakuba w Santiago de Compostela, a 17 sierpnia z La Coruña popłynęła drogą morską do Anglii. Sztorm zagnał jednak jej flotę z powrotem do Hiszpanii. Rejs wznowiono 27 września. Hiszpańska flota miała dopłynąć do Southampton, ale seria burz sprawiła, że 2 października zawinęła do portu w Plymouth.

* Podróż do Londynu *

Trzeba było zmienić wszystkie plany - wszak na uroczyste przywitanie Katarzyny przygotowywano się w odległym Southampton. Ustalono, że komitet powitalny spotka się z orszakiem Katarzyny w Exeter i razem wyruszą do Londynu. Tam miała po raz pierwszy zobaczyć się ze swym mężem i jego rodziną.

Katarzyna Aragońska ok. 1503 roku,
autor: Michel Sittow
Również ten etap podróży ciągnął się niemiłosiernie (przynajmniej z dzisiejszej perspektywy) - jakość dróg była kiepska, a poza tym okoliczna szlachta chciała powitać przyszłą królową. Na początku listopada Henryk VII nie chciał już dłużej czekać w niepewności i postanowił obejrzeć księżniczkę jak najszybciej - wciąż się obawiał, że Ferdynand w jakiś sposób go oszukał. Po drodze spotkał Artura, który udawał się do Londynu z Ludlow w Walii i razem wyruszyli Katarzynie naprzeciw.

Katarzyna przebywała akurat w Dogmersfield, mniej więcej 40 mil od Londynu. Król przesłał jej informację o swoim przyjeździe, ale księżniczka przez ambasadora odpowiedziała, że spotkanie jest niemożliwe, bo ojciec zakazał jej aż do dnia ślubu wszelkich kontaktów z mężem i jego rodziną. Henryk stwierdził, że w Anglii Katarzyna podlega angielskiemu królowi i angielskim zwyczajom. Musiała skapitulować.

Oględziny wypadły pomyślnie - Katarzyna wyglądała zdrowo i ładnie (choć podobno była niska), nie przypominała wcale typowej Hiszpanki (w końcu płynęła w niej też krew Plantagenetów). Henryk odetchnął z ulgą, Artur był zachwycony. Wyprawiono ucztę, Katarzyna tańczyła ze swymi dwórkami, a Artur z żoną jednego z ministrów. Jeszcze nie wypadało, aby tańczyli ze sobą, choć byli już przecież zaręczeni i dwa razy poślubieni per procura.

Następnie Katarzyna udała się do Lambeth, skąd miała uroczyście wjechać do Londynu i po raz kolejny, ale tym razem osobiście, poślubić księcia.

* Wjazd do Londynu *
Pod koniec piętnastego wieku większość ważnych imprez królewskich składała się z czterech elementów: entrée, czyli procesji "wejściowej", zasadniczej uroczystości, pasowania na rycerzy Orderu Łaźni i turnieju. Poszczególne części rozkładały się na parę dni i odbywały w różnych miejscach. [D.S., str. 71]
Ceremoniał był ogromnie skomplikowany, posiłkowano się więc "Księgą Królewską" ("The Ryalle Book"), która zawierała zbiór precedensów na tego rodzaju okazje.
Przygotowania do uroczystości rozpoczęły się już w 1499 roku, a Henryk VII - słynący przecież ze swego skąpstwa - tym razem nie żałował pieniędzy.

Książę Artur ok. 1500 roku,
autor: nieznany
Wjazd Katarzyny do Londynu miał miejsce w piątek 12 listopada. Planowano, że uczyni to w stylu angielskim, czyli w lektyce, ona jednak zdecydowała się na styl właściwy dla jej ojczyzny: jechała na mule, osiodłanym i przystrojonym na sposób hiszpański, siedziała na nim po damsku, ale na prawej stronie, podczas gdy w Anglii siadywano na lewej. Również suknię miała hiszpańską, a jej nakrycie głowy przypominało "kardynalski kapelusz przytrzymywany szalem ze złotej koronki", jak zanotował pisarz królewski.

"Pochód podążał na wschód wzdłuż prawego brzegu Tamizy, w pewnym oddaleniu od rzeki" [D.S., str. 75]. Od St George's Fields towarzyszyła mu asysta angielska, na czele której stał młodszy brat księcia Artura - Henryk, wówczas książę Yorku, w przyszłości król Henryk VIII i drugi mąż Katarzyny Aragońskiej, ale w 1501 roku nic nie zapowiadało takiego właśnie rozwoju wydarzeń. Orszak miał przejechać przez City, aby zrobić wrażenie na londyńczykach i zaskarbić trochę sympatii dla dynastii Tudorów.
Na spotkanie księżniczki wyjechali konno miejscy notable: burmistrz, jego miecznik, kronikarz, dwaj szeryfowie i dwudziestu czterech rajców w ceremonialnych szatach. Cała delegacja ruszyła następnie na czele orszaku, prowadząc go na most Londyński. Na jego środku odbyło się pierwsze z serii widowisk, które miasto przygotowało na cześć Katarzyny. [D.S., str. 76]
Takich widowisk było w sumie sześć, a ich motywem przewodnim były Cnota i Honor. Aktorzy deklamowali wiersze pełne pompatycznych odwołań religijnych, astrologicznych i genealogicznych, których Katarzyna zapewne wcale nie rozumiała, bo jeszcze nie znała języka angielskiego. Na koniec swojego entrée otrzymała od burmistrza i rajców pieniądze oraz drogocenną zastawę stołową.
Następnie orszak Katarzyny udał się do katedry św. Pawła, w której dwa dni później miał się odbyć ślub. Tam oczekiwał na nią arcybiskup Canterbury. Złożyła dary, pomodliła się w kaplicy św. Erkenbalda, po czym udała się do pobliskiego pałacu biskupiego, w którym miała potem spędzić miesiąc miodowy.

W sobotę 13 listopada Katarzyna udała się do zamku Baynard, aby odwiedzić swą teściową - Elżbietę York. Obie panie zapewne za wiele nie rozmawiały, ale wieczór umilały im tańce i muzyka.

* Ślub *

Następnego dnia, w niedzielę 14 listopada, odbył się ślub. Wybrano katedrę św. Pawła, ponieważ znajdowała się znacznie bliżej City niż opactwo Westminster i otaczał ją rozległy plac, a Henrykowi VII zależało na jak największej widowni. Uczyniono wszystko, aby uroczystości tej dodać splendoru.
Na środku nawy głównej wybudowano wysokie, wielostopniowe okrągłe podium, na którym miały się odbyć zaślubiny. Aby młoda para mogła do niego dotrzeć - wiadomo: w kościele będzie wielki ścisk - na całej długości nawy głównej zbudowano pomost wznoszący się na wysokość człowieka. Prowadził on od zachodnich wrót do podium, a potem do balustrady oddzielającej prezbiterium od nawy. [David Starkey, "Cnotliwy książę", str. 108]
Długość pomostu wynosiła ponad 150 metrów. Zapewniał młodej parze bezpieczeństwo i gwarantował, że będzie widoczna z każdego miejsca wewnątrz katedry.

Na takie widowisko stawiły się tłumy. Oczywiście dla krewnych i dostojników przygotowano odpowiednie miejsca: rodzina królewska oglądała uroczystość ze specjalnej loży, a burmistrz i rajcy miejscy z podwyższenia.
Katarzyna opuściła pałac biskupi w asyście księcia Yorku, Henryka. Weszła do katedry drzwiami zachodnimi, wspięła się po stopniach na pomost i dołączyła do narzeczonego i licznie reprezentowanego duchowieństwa na centralnym podwyzszeniu. Trębacze, rozmieszczeni wysoko pod sklepieniem dla maksymalnego wykorzystania akustyki budowli, zadęli w swe intrumenty. (...) Katarzyna ubrana byla w białą suknię z szeroką krynoliną, na głowie zaś miała mantylę, welon z białego jedwabiu obszyty na brzegach kilkucentymetrowym pasem klejnotów. [D.S., str. 81]
Odczytano papieską dyspensę i warunki intercyzy. Henryk VII i Artur zatwierdzili tytuł własności ziem, z których osiągałaby dochody po ewentualnej śmierci męża, natomiast Hiszpanie wpłacili pierwszą ratę posagu, czyli 20 000 funtów w złocie.
Teraz nastąpiła właściwa ceremonia zaślubin, która trwała około trzech godzin. Po jej zakończeniu Katarzyna i Artur oraz cała świta przeszli pomostem do głównego ołtarza. 
Nowożeńcy trzymali się za ręce, jak to było przewidziane w programie. Znów zagrały fanfary, ale tuż przed wkroczeniem do prezbiterium młodzi zatrzymali się i odwrócili do zgromadzonych w kościele, najpierw na północną stronę, potem na południową, aby wszyscy mogli ich widzieć. Wyglądało to na spontaniczny gest i wzbudziło niekłamany zachwyt i aplauz tłumu. [D.S., str. 81]
Równie długo co zaślubiny trwała msza. Organizatorzy uroczystości pamiętali, że nawet koronowane głowy są tylko ludźmi i mają potrzeby fizjologiczne, więc dla Artura i Katarzyny przygotowano osobne kabiny z zasłonami i dachem, na wszelki wypadek.

Po mszy Artur udał się do pałacu biskupa, aby tam przywitać swą żonę, natomiast Katarzyna raz jeszcze przemierzyła cały pomost, przy czym znów towarzyszył jej książę Yorku.

* Uczta weselna i noc poślubna *

Ucztę weselną wyprawiono według Antonii Fraser - w zamku Baynard, według Davida Starkeya - w pałacu biskupa. W każdym razie o godzinie 17 earl Oksfordu, piastujący dziedziczne stanowisko lorda wielkiego szambelana, nakazał przygotować nowożeńcom łoże. Zajęły się tym ich guwernantki oraz inne damy.
Ścielenie królewskiego łoża było skomplikowaną czynnością, szczegółowo opisaną w "Księdze królewskiej". Składało się ono z kilku warstw i jego ułożenie wymagało zaangażowania sporego zespołu. Na samym dnie kładziono podściółkę ze słomy. Jeden z gwardzistów kładł się na nią i przewracał się kilka razy z boku na bok, by wyrównać słomę i sprawdzić, czy nie ma w niej ukrytej broni lub innych przedmiotów, które mogłyby zranić śpiącego. Słomę przykrywano płótnem, na nim kładziono materac z pierza, koc, potem dwa prześcieradła, znowu koc, na nim dwa lub trzy błamy futrzane, w tym jeden gronostajowy. Całość wieńczyło znów prześcieradło, na koniec dodawano poduszki, też przykrywane pasem płótna. Materac i poduszki musiały być silnie strzepinięte i "wzburzone", koce i prześcieradła dokładnie wygładzone, a ich wolne brzegi podwinięte pod spód. Całą procedurę kończył element religijny - skropienie łoża kilkoma kroplami wody święconej dla odegnania złych snów. [D.S., str. 82-83]
Damy dworu Katarzyny rozebrały ją i ułożyły w łożu. Artur miał coś w rodzaju wieczoru kawalerskiego, po którym grupa szlachty i duchowieństwa odprowadziła go do sypialni i do żony. Biskupi pomodlili się za młodą parę, pomachali kropidłami i kadzielnicami. Wreszcie Katarzyna i Artur zostali sami. Szczegóły tej i kolejnych wspólnych nocy tych dwojga będą po trzydziestu latach szczegółowo rozpatrywane i omawiane na forum publicznym, nawet międzynarodowym, ale wtedy, w listopadzie 1501 roku, żadne z nich jeszcze o tym nie wiedziało, zresztą Artur nie dowiedział się nigdy.

* Świętowania ciąg dalszy *

W poniedziałek pozwolono Katarzynie samotnie kontemplować ostatnie wydarzenia, odwiedził ją tylko earl Oksfordu, który przyniósł pozdrowienia od króla. We wtorek mogła ze wspomnianej już specjalnej loży w katedrze obserwować, jak Henryk VII wraz z synami dziękuje Bogu za jej małżeństwo z Arturem.

Następnie rodzina królewska udała się Tamizą do Westminsteru. Tam pasowano aż 76 rycerzy Orderu Łaźni. 18 listopada rozpoczęły się trwające tydzień zabawy: turnieje, maskarady, uczty, tańce. 26 listopada dwór udał się rzeką do Richmond, gdzie polowano i podziwiano przebudowany niedawno pałac. Trzy dni później hiszpańscy ambasadorowie, którzy eskortowali Katarzynę podczas podróży do Anglii, wyruszyli w drogę powrotną do domu zaopatrzeni w listy od Henryka VII, Elżbiety York i Artura, którzy prześcigali się w wychwalaniu synowej i żony.
***

Katarzyna Aragońska,
autor nieznany
Po latach sztormy i burze, które tak utrudniały Katarzynie podróż do nowej ojczyzny, uznano za złowróżbne. Po opisanych wyżej uroczystościach nastąpiła proza życia w obcym kraju, śmierć męża, upokorzenia ze strony Henryka VII, początkowo szczęśliwe małżeństwo z Henrykiem VIII, które zakończyło się tak spektakularnie i tak dla niej boleśnie.

***   ***   ***

Powyższy tekst to jakby streszczenie odpowiednich rozdziałów dwóch książek: "Sześciu żon Henryka VIII" Davida Starkeya oraz "Sześciu żon Henryka VIII" Antonii Fraser. Zaglądałam także do "Cnotliwego księcia" również autorstwa Davida Starkeya. Fraser i Starkey różnią się nieco, jeśli chodzi o szczegóły niektórych wydarzeń, więc siłą rzeczy w mojej kompilacji mogłam popełnić jakieś błędy (będę wdzięczna za poinformowanie mnie o nich). Odsyłam oczywiście do ich publikacji.
Wszystkie obrazki pochodzą z Wikipedii.

poniedziałek, 14 marca 2011

ŚMIERĆ W DEPTFORD

Tytuł: Śmierć w Deptford (A Dead Man in Deptford)
Autor: Anthony Burgess
Pierwsze wydanie: 1993
Tłumaczenie: Ola i Wojciech Kubińscy

Wydawnictwo: PIW
ISBN: 83-06-02710-8
Stron: 370

Ocena: 4+/5




W filmie "Zakochany Szekspir" Christopher Marlowe był wprawdzie postacią epizodyczną, ale zdążył mnie zaintrygować. Tu scena, w której rozmawia z Szekspirem:


Właśnie pod wpływem tego filmu naszła mnie ochota, aby bliżej zapoznać się z biografią i twórczością Marlowe'a. Nie była to szczególnie natrętna myśl - nie zasypiałam z nią ani się z nią nie budziłam - ale nawiedzała mnie od czasu do czasu:).


Najpierw zwróciłam uwagę na tytuł, pamiętałam, że Marlowe został zamordowany właśnie w Deptford. Potem spojrzałam na nazwisko i już wiedziałam, że muszę wypożyczyć tę powieść. Do tej pory jedyną książką Burgessa, którą przeczytałam, była "Mechaniczna pomarańcza" i ciekawa byłam, czy również inne jego utwory są takie... jedyne w swoim rodzaju. 

W króciutkim posłowiu Burgess informuje, że pisząc tę książkę, trzymał się faktów historycznych. Zapewne było to prostsze we fragmentach dotyczących Elżbiety I, Marii Stuart, Jakuba I, lorda Essexa czy sir Waltera Raleigha, nocy św. Bartłomieja czy wojny angielsko-hiszpańskiej. Powieść traktuje jednak przede wszystkim o Christopherze Marlowe (nie wiem, jak się odmienia to nazwisko w tym przypadku; gdy się dowiem - poprawię), o którym wiemy raczej mało, a i te informacje, które zachowały się do naszych czasów, są w dużej mierze niepewne i mogą być różnie interpretowane. 

(Uprzedzam - poniżej aż roi się od spoilerów).

Christopher Marlowe urodził się w 1564 roku jako syn szewca z Canterbury. Uczył się najpierw w King's College w Canterbury, potem (dzięki stypendium arcybiskupa Parkera) studiował teologię w kolegium Corpus Christi w Cambridge, aby zostać duchownym. W 1584 roku otrzymał tytuł Bachelor of Arts, a w 1587 roku - Master of Arts. I już na tym etapie mamy do czynienia z niewyjaśnioną zagadką. Otóż Marlowe'a podejrzewano o skłonność do katolicyzmu (a w tamtych czasach była to kwestia nie tylko religijna, ale przede wszystkim - polityczna), poza tym w trakcie roku akademickiego kilkukrotnie opuszczał uczelnię na dłużej niż było to dozwolone, pojawiły się zatem problemy z przyznaniem mu tego drugiego tytułu. Wówczas władze uczelni otrzymały list od Tajnej Rady (Privy Council) królowej Elżbiety, w którym proszono, by wszystkie plotki na temat Marlowe'a wyciszyć i umożliwić mu zdobycie stopnia M.A., a wszystko to w zamian za usługi oddane królowej i państwu. Można tylko spekulować co do rodzaju tych usług: podejrzewa się, że Marlowe był tajnym agentem w siatce szpiegowskiej sir Francisa Walsinghama, jednego z najbliższych i najbardziej oddanych  współpracowników Elżbiety I.
Potem Marlowe udał się do Londynu, został znanym dramatopisarzem i poetą, pionierem stosowania wiersza białego w angielskim dramacie. Brał również udział w spotkaniach tzw. School of Night - nieformalnej grupy naukowców, wolnomyślicieli, artystów, którym przewodził podobno sir Walter Raleigh i którzy dyskutowali o nauce, filozofii, religii.
Marlowe uchodził w tych czasach za homoseksualistę, heretyka, bluźniercę, ateistę (bardzo poważny zarzut), fałszerza, podobno chętnie uczestniczył w burdach. Może to wszystko prawda, a może tylko pozory przydatne w pracy szpiega? 
Kariera Marlowe'a trwała krótko. Na początku maja 1593 roku w Londynie pojawiły się paszkwile zapowiadające powstanie (jak rozumiem - z powodów ekonomicznych) czeladników przeciwko Francuzom i Flamandom - protestantom, którzy uciekli do Anglii ze strachu przed prześladowaniami religijnymi w swoich ojczyznach. Tajna Rada nakazała odnalezienie i aresztowanie autorów. Wśród podejrzanych znalazł się Thomas Kyd (autor m.in. "Tragedii hiszpańskiej"). W trakcie przeszukiwania jego domu odnaleziono pisma zawierające herezję ariańską, które - jak Kyd zeznał po torturach - należały do Marlowe'a. 20 maja Marlowe został przesłuchany w tej sprawie przez Tajną Radę, nie aresztowano go jednak, ale musiał się tam codziennie meldować. 30 maja zginął w bójce, do której doszło w gospodzie w Deptford, podobno poszło o rachunek
I tu otwiera się szerokie pole do spekulacji, bo dziwnym trafem trzej pozostali uczestnicy tego zajścia byli powiązani z tajnymi służbami... A może zamordowano go na zlecenie któregoś z jego możnych przyjaciół i protektorów, którzy obawiali się zeznań Marlowe'a, dotyczących np. owych spotkań Szkoły Nocy? Nie wiadomo i chyba nigdy nie będzie wiadomo.

środa, 9 marca 2011

EDWARD II

Strona tytułowa wydania z 1594 r.
Tytuł: Edward II
Autor: Christopher Marlowe
Pierwsze wydanie: ok. 1592
Tłumaczenie i posłowie: Juliusz Kydryński

Wydawnictwo Literackie
Seria dawnej literatury angielskiej
ISBN: 83-08-00945-X
Stron: 133


Nie będę tym razem streszczać omawianego utworu - zainteresowani bez problemu odnajdą informacje o Edwardzie II w książkach lub w sieci. W tej sztuce Christopher Marlowe opowiada o panowaniu tytułowego angielskiego króla, a więc o latach 1307-1327. Niektóre z występujących tu postaci zobaczyć można było w filmie "Braveheart" - Edward II to ten młody roztrzęsiony książę, którego przyjaciel został wyrzucony przez okno, a Izabelę Francuską grała Sophie Marceau. Nie wiem zbyt wiele o tym okresie w historii Anglii (orientuję się trochę w dziejach Tudorów), ale mam wrażenie, że i sztuka, i film równie swobodnie traktują fakty. 

"Edward II"  różni się od "Tragicznej Historii Doktora Fausta", przede wszystkim wydaje się bardziej dopracowany (a może mniej w ten tekst ingerowano). Wydarzenia następują tu po sobie bardzo szybko, odnosi się wręcz wrażenie, że panowanie tego króla trwało zaledwie kilka miesięcy, a nie dwadzieścia lat. Marlowe korzystał co prawda z kronik historycznych, ale w swoim dramacie opisał tylko kluczowe wątki i postaci, sporo skrócił, przeinaczył i uprościł, dzięki czemu akcja jest bardzo dynamiczna. Bohaterowie są czarno-biali, ale wyraziści. 

A jednak... choć "Faust" miał mnóstwo wad, lepiej czytało mi się właśnie tamtą sztukę. Chodzi o język. W "Edwardzie II" jest fabuła, w "Fauście" była poezja (przynajmniej na początku i na końcu). I chociaż jestem typem prozaicznym i takie też mam upodobania czytelnicze, to jednak wolę intrygujące metafory niż suche relacje z politycznych rozgrywek między królami i arystokracją. 

W obu tekstach doszukiwałam się - jak chyba każdy, kto zna dzieje Marlowe'a - fragmentów, w których autor wyraża swoje osobiste poglądy. W "Edwardzie II" takowych nie znalazłam, ale pozwolę sobie zacytować Posłowie Juliusza Kydryńskiego:
"A przecież sądzę, że znamienny dla osobistych poglądów i uczuć poety, dla jego wizji świata, jest sam wybór tematu tragedii, sposób jego ujęcia, a wreszcie dobór postaci, w kręgu których dramat się rozgrywa". [str. 127]
Edward II nie utrzymywał zbyt dobrych stosunków z kościołem, Marlowe uchodził za ateistę, choć wcześniej studiował teologię i korzystał ze stypendium arcybiskupa. Król prawdopodobnie był homoseksualistą (a może bi-? miał kilkoro dzieci), Marlowe - również. Nie można jednak powiedzieć, by Edward II lub któryś z jego faworytów wypadali w tej sztuce sympatycznie. Nie zinterpretowałabym tego tekstu tak jak Derek Jarman, który w swoim filmie z 1991 roku sprowadził całą tę historię do brutalnej rozprawy połączonych sił biurokracji, wojska i kościoła z romantycznymi, ale homoseksualnymi miłościami króla. Moim zdaniem ten utwór to jakby rozdział z podręcznika do nauki historii Anglii, ale w wersji "for dummies". 

poniedziałek, 7 marca 2011

TRAGICZNA HISTORIA DOKTORA FAUSTA

Strona tytułowa wydania z 1620 roku
Tytuł: Tragiczna Historia Doktora Fausta (The Tragical History of Doctor Faustus)
Autor: Christopher Marlowe
Pierwsze wydanie: ? 
Tłumaczenie i posłowie: Juliusz Kydryński

Wydawnictwo Literackie
Seria dawnej literatury angielskiej
ISBN: 83-08-00867-4
Stron: 82


Teatr elżbietański kojarzy się nam przede wszystkim z twórczością Szekspira, o wiele rzadziej wspomina się natomiast Christophera Marlowe'a. Obaj urodzili się w Anglii w 1564 roku, obaj tworzyli dramaty i pisali poezję, a jednak pamiętamy przede wszystkim o tym pierwszym. Szekspir pozostawił po sobie znacznie więcej dzieł niż Marlowe (w końcu przeżył go o 23 lata) i był obdarzony większym niż Marlowe talentem (przynajmniej ja tak uważam), ale warto, jak sądzę, zajrzeć również do twórczości Kita. 

Nie udaję, że znam się na teatrze elżbietańskim czy też na teatrze w ogóle - oceniam dramaty pod kątem językowym. W przypadku sztuk z tego okresu jest to bardzo trudne, ponieważ często nie sposób stwierdzić, na ile znane nam dziś wersje dramatów są rzeczywiście dziełem Szekspira, Marlowe'a czy jeszcze innego autora (pisałam już na ten temat we wpisie o "Zakochanym Szekspirze", we fragmencie Kradzieże tekstów i piractwo), a które ich fragmenty to poprawki anonimowych dramaturgów. Nie mam zatem pewności, kogo tak naprawdę chwalę i do kogo mam pretensje. 

Nie inaczej jest w przypadku "Tragicznej Historii Doktora Fausta". Nie wiadomo dokładnie, kiedy sztuka została napisana ani kiedy miała miejsce jej premiera. Nie zachował się, oczywiście, rękopis dramatu. W Posłowiu Juliusz Kydryński przytacza przypuszczenia profesora Władysława Tarnawskiego, który sądził, że premiera "Fausta" odbyła się prawdopodobnie w 1589 roku, ale kontrowersyjna sztuka szybko zeszła z afisza i powróciła nań po dłuższym czasie, ze zmianami dokonanymi przez cenzorów lub na ich życzenie. 
Zachowały się dwa wydania: quarto z 1604 (tekst A) i quarto z 1616 roku (tekst B). Żadne z nich nie było pierwszym wydaniem, żadne nie opierało się na rękopisie. Różnią się między sobą. Tekst B zawiera więcej fragmentów, których autorstwo jest wątpliwe, a które dodatkowo "umoralniają" sztukę, więc większość specjalistów przyznaje wyższość tekstowi A. 
Przypuszcza się, że Marlowe nie napisał niektórych środkowych części "Fausta", "w których dzieło wyraźnie obniża swój lot", jak pisze Juliusz Kydryński, ja natomiast bez owijania w bawełnę powiem, że fragmenty te są okropne, po prostu okropne. Z założenia miały pewnie rozbawić publiczność, a w tamtych czasach na widowni nie zasiadały na ogół elity kulturalne i intelektualne. Poziom dowcipów był zatem raczej marny, co widać też w niektórych sztukach Szekspira. Może oryginał Marlowe'a nie był wystarczająco "zabawny"?

środa, 3 listopada 2010

W KOMNATACH WOLF HALL

Tytuł: W komnatach Wolf Hall (Wolf Hall)
Autorka: Hilary Mantel
Tłumaczenie: Urszula Gardner
Pierwsze wydanie: 2009

Wydawnictwo: Sonia Draga
ISBN: 978-83-7508-272-2
Stron: 656

Ocena: 4/5


Właściwie raczej rzadko kupuję nowości. Wolę nabywać książki sprawdzone, przeczytane, do których będę jeszcze wracać. Czasami jednak recenzje są tak entuzjastyczne albo tematyka tak ciekawa, że nie mogę się powstrzymać. Nie kupiłam "W komnatach Wolf Hall" dlatego, że Hilary Mantel otrzymała za tę książkę Nagrodę Bookera. Musiałam ją mieć, bo traktuje, między innymi, o Tudorach, w dodatku widzianych oczyma Tomasza Cromwella. Owa postać często występuje na kartach powieści i naukowych książek traktujących o Henryku VIII; zwykle właśnie "załatwia" coś dla kardynała Wolseya albo (później) dla samego króla, brudzi sobie ręce w ich zastępstwie (choć oczywiście nie za darmo). Cromwell nie cieszył się dobrą opinią ani u jemu współczesnych, ani u historyków, ani u dramaturgów, powieściopisarzy i scenarzystów. Tym bardziej byłam ciekawa jak wyobraziła go sobie Hilary Mantel.

***

Akcja powieści rozpoczyna się w 1500 roku w Putney, które wówczas (pół tysiąca lat temu!!!) było cieszącą się wątpliwą sławą miejscowością niedaleko Londynu. Walter Cromwell, kowal, piwowar, pijak i awanturnik, właśnie leje swojego niespełna piętnastoletniego syna czym popadnie, do krwi i do nieprzytomności. Nie zdarza się to po raz pierwszy i, jak przypuszcza Tomasz, nie po raz ostatni, toteż przy pomocy siostry i szwagra postanawia opuścić Anglię. Jest inteligentny, potrafi czytać i pisać, umie i lubi się bić. Z tym kapitałem wyrusza na kontynent.

Do Anglii wraca po kilkunastu latach, ale nikt nigdy nie będzie w stanie tak do końca dociec, co właściwie porabiał przez cały ten okres. Oczywiście Cromwell uchyla od czasu do czasu rąbka tajemnicy, wspomina, że był żołnierzem, zaopatrzeniowcem w armii, handlował tkaninami, pracował dla bankierów z północnych Włoch. Ale napomyka o tym jakby mimochodem i trudno powiedzieć, czy do końca serio, co jeszcze dodatkowo wzbudza zainteresowanie jego osobą, a nawet coś jakby strach.

piątek, 23 lipca 2010

SZEŚĆ ŻON HENRYKA VIII

Tytuł: Sześć żon Henryka VIII
Autorka: Antonia Fraser
Pierwsze wydanie: 1992
Tłumaczenie: Irena Szymańska, Agnieszka Nowakowska
Wydawnictwo: Rachocki i S-ka
ISBN: 83-86379-04-9
Stron: 546

Ocena: 4+/5



Kojarzę trzy książki pod tym samym lub podobnym tytułem:
"The Six Wifes of Henry VIII" Alison Weir (1991);
"The Wifes of Henry VIII"/"The Six Wifes of Henry VIII" Antonii Fraser (1992);
"The Six Wifes: The Queens of Henry VIII" Davida Starkey'a (2003).

Dwie ostatnie ukazały się również w Polsce. Książkę Starkey'a mam, a Fraser wypożyczyłam sobie niedawno z biblioteki (młodzieżowej!). Dzieje Henryka VIII i jego małżeństw znam też z innych publikacji - temat ten przewija się przecież w każdej książce traktującej o Tudorach. Niby wszystkie są o tym samym, ale w każdej można znaleźć interesujące szczegóły, pominięte przez innych autorów (może dlatego, że nie chcieli się powtarzać?).

Lady Antonia Fraser (ur. w 1932 r.) jest cenioną autorką książek historycznych, laureatką kilku nagród z tej dziedziny; jej drugim mężem był Harold Pinter. W bardzo przejrzysty sposób przedstawiła tutaj dzieje kolejnych królowych, dowiadujemy się sporo o ich pochodzeniu, genezie i przebiegu ich małżeństw z królem, a także o, przeważnie tragicznym, finale poszczególnych związków. Autorka skupia się naturalnie na osobach kolejnych królowych, ale przybliża również aktualną sytuację polityczną w Anglii i Europie (zwłaszcza we Francji, w Hiszpanii, a potem w Cesarstwie, oraz na Półwyspie Apenińskim), ponieważ jej znajomość jest konieczna, żeby zrozumieć wiele decyzji podejmowanych przez Henryka VIII, również tych dotyczących jego mariaży. Moim zdaniem jednak, zanim ktoś sięgnie po tego typu publikację, powinien najpierw przeczytać jakąś bardziej zwięzłą biografię tego władcy, np. klasyczną pracę Alberta Frederica Pollarda. Znajomość ogólnego zarysu tej historii zdecydowanie ułatwia wniknięcie w jej szczegóły.

niedziela, 9 maja 2010

BŁAZEN KRÓLOWEJ

Tytuł: Błazen królowej
Autorka: Philippa Gregory
Tłumaczenie: Barbara Korzon
Pierwsze wydanie: 2003
Wydawnictwo: "Książnica"
ISBN: 978-83-245-7539-8
Cena z okładki: 39,90 zł
Stron: 571

Ocena: 2+/5

Hanna Verde to młodziutka Żydówka z darem przewidywania przyszłości, która wraz z ojcem uciekła z Hiszpanii, gdzie szalała inkwizycja. Chrzest i skrupulatne uczestniczenie całej rodziny w katolickich nabożeństwach nie uchroniły jej matki od spłonięcia na stosie. Ojciec ma nadzieję, że ucieczka do Anglii i zmiana nazwiska na Green pozwolą im obojgu przetrwać. W Londynie otwiera małą drukarnię i sklepik z rzadkimi manuskryptami, a Hanna ma mu pomagać w prowadzeniu interesów, dopóki nie ukończy szesnastu lat i nie wyjdzie za mąż za Daniela Carpentera, również Żyda. Wszystko to dzieje się za panowania Edwarda VI (syna Henryka VIII), więc wszyscy udają protestantów. 
Pewnego dnia do księgarni Greenów trafiają dwie ważne osobistości: Robert Dudley, syn księcia Northumberland - najpotężniejszej osoby w kraju, oraz John Dee (matematyk, astronom, astrolog, okultysta i alchemik). Ów uczony szybko odkrywa talent Hanny; on i Dudley postanawiają wykorzystać go dla własnych celów. Dzięki ich protekcji dziewczyna zostaje błaznem (właściwie błaźnicą) króla Edwarda. Nieoficjalnie ma donosić Dudleyom o wszystkim, co się dzieje w otoczeniu króla, a Johnowi Dee ma pomagać w stawianiu horoskopów i odgadywaniu przyszłości. Edward zmarł bardzo młodo, ale Hanna zachowuje swoją posadę na dworze kolejnej władczyni - Marii, a jednocześnie potrafi zdobyć sympatię jej młodszej siostry i głównej rywalki - Elżbiety. Za rządów arcykatolickiej Marii również w Anglii zapłonęły stosy, więc wielu protestantów (nie wspominając już o Żydach) wybiera emigrację. Hanna nie chce jednak opuścić swojej pani, którą pokochała i na której opiekę liczy. Towarzyszy królowej w chwilach jej tryumfu i klęski, dopóki ta nie wysyła jej na przeszpiegi na dwór Elżbiety. Dziewczyna nie unika wplątania się w sieć politycznych spisków i knowań. 
Oczami Hanny, błaźnicy i jasnowidzki, obserwujemy ważny okres w historii Anglii i zaglądamy za kulisy wielkiej polityki.
***
Kluczowe wydarzenia historyczne przedstawione są dość wiernie. Do mojej oceny tej powieści dodałam plusik za stosunkowo obiektywne i obszerne opisanie królowej Marii, zwykle pozostającej w głębokim cieniu rzucanym przez jej siostrę i następczynię - Elżbietę. (Swoją drogą chętnie przeczytałabym jakąś biografię córki Henryka VIII i Katarzyny Aragońskiej, ale nie wiem, czy jakąś wydano w Polsce). Zwykle jest tak, że jeśli autorka/autor książki dobrze pisze o Marii Tudor (lub o Marii Stuart), to w dużo gorszym świetle pokazuje Elżbietę. I odwrotnie. Philippa Gregory za najważniejszą cechę córki Anny Boleyn uznała kokieterię, pomijając trochę jej gruntowne wykształcenie. 
Z kolei postać Hanny nie została przez autorkę zbyt dobrze przemyślana. Raz jest feministką, która chce być w życiu kimś więcej niż tylko posłuszną żoną i matką, choć jednocześnie naraża swoje życie służąc przystojnemu arystokracie. Potem nagle staje się entuzjastką małżeństwa. Raz uwielbia i ceni tylko królową Marię, a gardzi Elżbietą, po czym nagle zaczyna uważać księżniczkę za kobietę godną podziwu i naśladowania. Finał tej historii to morze lukru.

Czytałam dużo pochlebnych recenzji innej książki Philippy Gregory - "Kochanice króla" (film na podstawie tej powieści mi się nie podobał), spodziewałam się zatem, że "Błazen królowej" będzie trochę lepszy. Tymczasem styl był jakiś taki nijaki, język wypowiedzi wszystkich bohaterów, bez względu na ich status - identyczny, właściwie brak interesujących opisów miejsc. Fabuła nie wydała mi się jakoś szczególnie porywająca, może dlatego, że kilka książek o Tudorach czytałam, więc znałam losy Marii i Elżbiety. Dzieje Hanny Green też mnie jednak nie wciągnęły. 

Zaliczam tę pozycję do tej samej kategorii, co "Ja, Elżbieta" Rosalindy Miles - bardzo przeciętnych powieści historycznych. Philippa Gregory napisała jeszcze pięć innych książek o epoce Tudorów, ale ja nie sięgnę już po żadną inną. Mam nadzieję, że kiedyś w końcu trafię na dobrze napisaną, zbeletryzowaną biografię jakiegoś władcy z tej dynastii.

niedziela, 2 maja 2010

ZAKOCHANY SZEKSPIR

Tytuł: Zakochany Szekspir
Autorzy: Marc Norman, Tom Stoppard
Tłumaczenie, wstęp i komentarze: Jerzy Limon
Pierwsze wydanie: 1998

Wydawnictwo: słowo/obraz terytoria
ISBN: 83-87316-29-6
Stron: 350

Ocena: 5/5

FILM

"Zakochany Szekspir" to jeden z moich ulubionych filmów. Świetne role, wspaniałe kostiumy, dobra muzyka, ale przede wszystkim - scenariusz! Marc Norman i Tom Stoppard stworzyli naprawdę fajną i oryginalną opowieść o młodym Willu Szekspirze, który w ramionach pięknej szlachcianki odnajduje miłość swojego życia i źródło natchnienia. 
Gwyneth Paltrow jako Viola De Lesseps
Problem polega na tym, że Viola de Lesseps jest już obiecana lordowi Wesseksowi - ustosunkowanemu, choć zubożałemu arystokracie, który za pieniądze z posagu planuje wyjechać (wraz z żoną) do Ameryki i inwestować w plantacje tytoniu. Ślub ma się odbyć za trzy tygodnie, a Viola postanawia przyjemnie spędzić ostatnie chwile swej wolności. 

Colin Firth jako lord Wessex
Viola uwielbia przedstawienia i poezję, więc wymyka się z domu w przebraniu chłopca, aby uczestniczyć w próbach do spektaklu "Romeo i Julia", autorstwa jej ukochanego. I tu trzeba wspomnieć o drugim wątku tego filmu - teatr elżbietański odgrywa w tym obrazie równie ważną rolę, co miłość Willa i Violi.

poniedziałek, 26 kwietnia 2010

CNOTLIWY KSIĄŻĘ

Tytuł: Cnotliwy książę. Zanim Henryk VIII został królem
Autor: David Starkey
Pierwsze wydanie: 2008
Tłumaczenie: Rudolf Szymański
Wydawnictwo: Amber
ISBN: 978-83-241-3482-3
Stron: 279
Cena z okładki: 34,80 zł

Ocena: 4/5

Interesuję się historią Tudorów od czasu obejrzenia filmu "Elizabeth: The Virgin Queen", a do sięgnięcia po książki historyków zajmujących się tym tematem zachęcił mnie pierwszy sezon serialu "The Tudors" (obecnie emitowany jest czwarty). Zaliczam się do osób, które lubią wiedzieć, jak to było naprawdę, a w trakcie seansów denerwuję moje jednoosobowe otoczenie uwagami w rodzaju: "wcale tak nie było", "tu trochę podkolorowali", "akurat!". 

Nie tylko filmowcy, ale i historycy bywają nie do końca obiektywni. Dobrze jest, jeśli wyraźnie zaznaczają, w którym miejscu kończą się im informacje ze źródeł, a zaczynają domysły. W swoich książkach o Tudorach David Starkey tu i ówdzie trochę domniemywa, wyraża swoją osobistą opinię o danej postaci czy wydarzeniu, ale uprzedza o tym czytelnika. A jeśli popełni błąd, nie waha się do tego przyznać. 
To już trzecia książka tego brytyjskiego historyka, jaką nabyłam i przeczytałam. Poprzednie to "Sześć żon Henryka VIII" oraz "Elżbieta I. Walka o tron", o której pisałam już na tym blogu.

autor: Hans Holbein Młodszy, ok. 1537/1540 r.