Impresje

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura popularnonaukowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura popularnonaukowa. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 10 stycznia 2019

Książki, których nie opisałam

W ubiegłym roku czytałam przede wszystkim literaturę faktu i popularnonaukową, znacznie rzadziej sięgałam po literaturę piękną albo czysto rozrywkową. Fabuły jakoś mnie nie przyciągały, może to kwestia przesytu. Chciałabym jednak krótko wspomnieć o kilku książkach, o których na blogu nie napisałam, bo bezpośrednio po lekturze nie mogłam się zdobyć na dłuższy tekst, z różnych względów.


Tytuł: Pod klątwą. Społeczny portret pogromu kieleckiego
Autorka: Joanna Tokarska-Bakir
Wydawnictwo: Czarna Owca
ISBN: tom I 978-83-7554-936-2, tom II 978-83-8015-851-1
Stron: tom I 768, tom II 808

Największe wrażenie wywarła na mnie praca Joanny Tokarskiej-Bakir pt. "Pod klątwą. Społeczny portret pogromu kieleckiego". Oczywiście o pogromie kieleckim przed tą lekturą słyszałam to i owo, ale teraz znam szeroki kontekst tych wydarzeń. Opowieść autorki jest bardzo szczegółowa, to nie tylko relacja z tamtych lipcowych dni, ale również sylwetki uczestników wydarzeń (ofiar, sprawców, świadków, urzędników), a tym samym portret ówczesnych Kielc. Tym cenniejszy, że często społeczeństwo powojenne przedstawia się w czarno-białych barwach: komuniści vs uciśniony naród, a tu dzięki detalom otrzymujemy portret bardziej zniuansowany.

sobota, 12 października 2013

IMPERIUM

Tytuł: Imperium. Jak Wielka Brytania zbudowała nowoczesny świat (Empire. How Britain Made the Modern World)
Autor: Niall Ferguson
Pierwsze wydanie: 2003
Tłumaczenie: Beata Wilga

Wydawnictwo Sprawy Polityczne
ISBN: 978-73-92106-8-4
Stron: 367



Przeważnie co najmniej kilka miesięcy dzieli moment zakupu książki od dnia, w którym zaczynam ją czytać. Często jest to kilka lat i tak właśnie było z "Imperium" Nialla Fergusona, znanego brytyjskiego historyka. Ta akurat książka należy właściwie do P., ale mamy przecież wspólność majątkową, a poza tym ja częściej ścieram kurze z naszej "biblioteczki", więc jej zawartość jest chyba jednak bardziej moja;).

John Locke, siedemnastowieczny angielski filozof i lekarz, poparłby zapewne mój punkt widzenia. Uważał, że człowiek posiada ziemię tylko wtedy, kiedy "zmiesza ją ze swoją pracą i połączy z czymś, co jest jego własnością" [str. 77]. Ogrodzi ją, będzie uprawiał, wybuduje na niej dom czy osadę. Indianie tego nie robili, więc angielscy kolonizatorzy bez skrupułów wypierali ich z żyznych ziem, do których - jeśli podążało się tokiem myślenia Locke'a - rdzenni mieszkańcy nie mieli żadnych praw. Co więcej: jeśli swoją niesubordynacją zagrażali ludziom, którzy chcieli "stworzyć społeczeństwa i zaznać spokoju", należało ich unicestwić.

Locke mógł sobie pisać takie farmazony, ale jasne jest, że nie wyprawiano się na nieznane wody i lądy, żeby tworzyć społeczeństwa, tylko dla złota i korzeni. Co do złota, to Anglicy mieli pecha, bo jakoś na jego pokłady nie trafiali. Pozostało im tylko okradanie tych, którym bardziej się poszczęściło, czyli Hiszpanów. Podwaliny pod budowę Imperium Brytyjskiego położyli więc piraci. Oraz brytyjscy konsumenci, którzy bez opamiętania kupowali cukier, tytoń i herbatę. Ale to był zaledwie początek. A finał?
Istniało kiedyś Imperium, które rządziło jedną czwartą światowej populacji i zajmowało taką samą część powierzchni ziemi, dominując na prawie wszystkich oceanach. Imperium Brytyjskie było największym imperium w dziejach ludzkości. W jaki sposób archipelag deszczowych wysp na północno-zachodnim wybrzeżu Europy zdołał rządzić światem? - to jedno z fundamentalnych pytań nie tylko brytyjskiej, ale i światowej historii. Jest to jedno z pytań, na które w tej książce poszukuje się odpowiedzi. Inną, prawdopodobnie trudniejszą kwestią jest odpowiedź na pytanie, czy Imperium to było dobre, czy złe. [str. 7]
Ferguson nie pomija ciemnych kart historii Wielkiej Brytanii, skłania się jednak ku opinii, że tych jasnych było więcej. Do zasług Imperium zalicza m.in. upowszechnienie kapitalizmu, języka angielskiego, protestantyzmu, anglicyzację Ameryki Północnej i Australazji, przetrwanie instytucji parlamentarnych. A poza tym inne imperia - rzeczywiste i potencjalne - były lub byłyby jego zdaniem znacznie gorsze. 

Co by nie sądzić o finalnych wnioskach autora, przyznać trzeba, że pisze naprawdę ciekawie i przystępnie. Książka podzielona jest na sześć rozdziałów, w których Ferguson omawia następujące zagadnienia: (an)globalizację rynku towarów, rynku pracy, kultury, władzy, rynku kapitałów, działań wojennych. Nie jest przeładowana szczegółami, autorowi chodziło raczej o pokazanie pewnych procesów i mechanizmów. Czasami robi to opisując nieco szerzej losy jakiejś konkretnej osoby, np. Cecila Rhodesa lub Davida Livingstone'a, którego kojarzyłam z powieści Szklarskiego.

Nie będę tu - tym razem - streszczać całej książki, wynotuję tylko kilka faktów, które z różnych względów szczególnie mnie zainteresowały.

Przede wszystkim zaskoczyła mnie skala emigracji z Wysp Brytyjskich. Między początkiem XVII wielu i latami pięćdziesiątymi XX wieku wyjechało stamtąd ponad dwadzieścia milionów mieszkańców, z których tylko część wróciła. Współcześni Brytyjczycy, tak niechętnie widzący u siebie imigrantów, zapomnieli chyba o tej części historii swojego kraju.
Zresztą ci dawni nie tylko sami wyjeżdżali - między 1662 i 1807 rokiem na brytyjskich statkach przywieziono do Nowego Świata prawie 3,5 miliona Afrykanów. Śmiertelność niewolników w ładowniach i potem na plantacjach była ogromna, ale i tak handel ludźmi był - nadal jest - bardzo dochodowym interesem.

Zakazano go w 1807 roku nie dlatego, że nagle zrobił się mniej opłacalny czy bardziej niebezpieczny, ale dlatego, że tego chciała opinia publiczna, prominenci i tysiące zwykłych ludzi. Nie było to równoznaczne ze zniesieniem niewolnictwa, jednak i do tego z czasem doszło. Co ciekawe, królewska flota patrolowała część afrykańskiego wybrzeża, żeby egzekwować nowe prawo.

Ci sami ludzie, którzy doprowadzili do zakazu handlu ludźmi, odnieśli również sukces na innym polu. Jak wspomniałam, w brytyjskiej ekspansji chodziło przede wszystkim o zyski. Dopiero z czasem zaczęto myśleć o eksporcie "cywilizacji", czyli religii, kapitalizmu i europejskich instytucji.
Ciekawie to wyglądało w Indiach. Przez długi czas Kompania Wschodnioindyjska, która w tym państwie reprezentowała Imperium, bardzo niechętnie widziała u siebie chrześcijańskich misjonarzy, a swoim kapelanom wręcz zabraniała wygłaszania kazań dla Hindusów. Tolerancja sprzyjała rozwojowi interesów.
W 1813 roku odebrano Kompanii kontrolę nad działalnością misyjną i stworzono zręby hierarchii kościelnej w Indiach. Ruszyli tam kaznodzieje i modernizatorzy, którzy postanowili ukrócić hinduskie barbarzyństwo (m.in. lokalne wierzenia, ale i zwyczaje w rodzaju sati). Mieli poparcie Brytyjczyków, którzy pozostawali na Wyspach, natomiast Brytyjczycy, którzy w Indiach przebywali od lat, podchodzili do tej kampanii znacznie mniej entuzjastycznie. Wiedzieli, że miejscowa ludność traktuje religię równie poważnie jak Anglicy.
Zwłaszcza sipajowie wywodzący się z tradycyjnych kast wojowników, stanowiący ok. 80% Indian Army. I to właśnie oni rozpoczęli w 1857 roku powstanie przeciwko Brytyjczykom.
Zaczęło się od pogłosek, że nowe naboje, które miały się pojawić, były nasycone tłuszczem zwierzęcym. Ponieważ przed użyciem ich końcówki musiałyby być odgryzane, zarówno hinduiści, jak i muzułmanie ryzykowali profanację - pierwsi, jeśli tłuszcz pochodził od krowy, drudzy, jeśli pochodził od świni. W ten sposób kula rozpoczęła konflikt, zanim nawet została naładowana, a co dopiero wystrzelona. Wielu sipajom wydawało się, iż jest to świadectwo faktu, że Brytyjczycy rzeczywiście mieli plan, aby schrystianizować Indie. Fakt, że naboje nie miały nic wspólnego z planem, nie miał nic do rzeczy. [str. 145]
Nie chodziło tu jednak tylko o religię, ale też o sprawy gospodarcze: wysokie podatki, monopolizację przez Brytyjczyków urzędów i handlu. Powstanie było krwawe i krwawo zostało stłumione, obie strony dopuszczały się okrucieństw.
Ewangelicy uważali, że powstanie wybuchło dlatego, że zbyt późno zabrano się za cywilizowanie Indii. Postanowili wysłać tam jeszcze więcej misjonarzy, a w przyszłości w nowych dominiach równocześnie rozwijać handel i oświecać tubylców. Ich zamiary, przynajmniej co do Indii, ukrócili politycy, choć duża część opinii publicznej popierała ewangelików. Rozwiązano Komapanię Wschodnioindyjską, krajem tym miała odtąd rządzić korona reprezentowana przez wicekróla Indii, a brytyjska polityka miała być prowadzona w zgodzie z miejscową tradycją. Nie współczujmy jednak zbytnio ewangelikom - wszak zostawiono im spory kawał Afryki.


Na Czarnym Lądzie Brytyjczycy musieli się zmierzyć nie tylko lokalnymi plemionami, ale i z Burami, potomkami Europejczyków, którzy przybyli na ten kontynent w XVII i XVIII wieku. Co prawda Burowie byli głównie rolnikami, ale świetnie uzbrojonymi i znającymi teren, więc początkowo wygrywali, co w Wielkiej Brytanii wywołało szok. A jednak wygrana Brytyjczyków była tylko kwestią czasu, zwłaszcza odkąd zaczęli systematycznie niszczyć domy Burów (w sumie ok. 30 tys.), a ich żony i dzieci zamykać w obozach koncentracyjnych.
Nie były to pierwsze obozy koncentracyjne w historii - oddziały hiszpańskie wykorzystały podobną taktykę na Kubie w 1896 roku - ale pierwsze zdobyły złą sławę. Ogółem w brytyjskich obozach zmarło 27 927 Burów (w większości dzieci). Stanowiło to 14,5% ludności burskiej, zmarłej głównie w wyniku niedożywienia i złych warunków sanitarnych. W ten sposób zginęło więcej dorosłych Burów niż w wyniku bezpośrednich działań wojennych. Dalszych 14 000 z 115 700 czarnych internowanych - 81% z nich to dzieci - zmarło w odrębnych obozach. [257]
Doszło do tego, jak twierdzi Ferguson, w wyniku "katastrofalnego braku dalekowzroczności i kompletnej niekompetencji" władz wojskowych. Opinię publiczną zaalarmowała dopiero Emily Hobhouse, która pojechała do Afryki Południowej, żeby osobiście przekonać się, jakie warunki panują w obozach. Powołano komisję, która zbadała sprawę i doprowadziła do szybkiej poprawy sytuacji. Współczynnik śmiertelności spadł z 34% w październiku 1901 roku do 2% w maju 1902 roku. Ten sam współczynnik w obozach dla czarnoskórych spadał o wiele, wiele wolniej.


Kiedy czytam to, co napisałam powyżej, dochodzę do wniosku, że najbardziej zainteresowały mnie te mniej przyjemne fragmenty brytyjskiej historii. Może powinnam zacząć czytać tabloidy, w nich opisów nieszczęść nie brakuje. Z drugiej strony trzeba Brytyjczykom przyznać, że jako kraj potrafili uczyć się na błędach - mam tu na myśli np. wspomnianą rezygnację z europeizowania Indii i takie postępowanie w stosunkach z Kanadą, które zapobiegło oderwaniu się tego kraju od Imperium (jak to zrobiły wcześniej Stany Zjednoczone). No i położyli kable telegraficzne pod Atlantykiem.


Książkę Nialla Fergusona czytało mi się świetnie, choć przecież nigdy jakoś za historią nie przepadałam. Na pewno kiedyś sięgnę po jeszcze inne jego prace. Wydawnictwo Literackie wydało niedawno jego "Cywilizację" oraz "Potęgę pieniądza". Na początek listopada zapowiadają również premierę "Imperium", choć ta książka ukazała się u nas już sześć lat temu nakładem Wydawnictwa Sprawy Polityczne. Mamy właśnie to wydanie. Zdaje się, że jest to firma bardzo niewielka, dlatego wspaniałomyślnie wybaczam jej nieuważną miejscami korektę i redakcję (np. brak przypisów, przypisy na niewłaściwej stronie itd.)


poniedziałek, 4 lipca 2011

KOBIETA W CZASACH KATEDR

The Lady and the unicorn Hearing
Jedna z tapiserii z cyklu
Dama z jednorożcem
Tytuł: Kobieta w czasach katedr (La femme au temps des cathédrales)
Pierwsze wydanie: 1980
Autorka: Régine Pernoud
Tłumaczenie: Iwona Badowska
Tłumaczenie wierszy: Barbara Jabłońska

Wydawnictwo: PIW
ISBN: 83-06-01626-2
Stron: 312

Ocena: 4-/5


Ostatnie zdanie mojego wpisu o książce "Gorsza płeć. Kobieta w dziejach Europy od antyku po wiek XXI" Marii Boguckiej brzmiało: Choć narzekamy na nasze czasy, cieszmy się, że nie żyłyśmy w gorszych, kiedy to chrześcijaństwo i myśl antyczna wyznaczały kobiecie miejsce na samym dole hierarchii społecznej. Lektura "Kobiety w czasach katedr" zmusiła mnie do częściowego zrewidowania tego poglądu.

Régine Pernoud skupia się tu na sytuacji kobiety w średniowiecznym społeczeństwie, zaczyna jednak od zwięzłego opisania jej pozycji w starożytnym Rzymie i na początku naszej ery, kiedy to nasze przodkinie nie miały właściwie żadnych praw. Wcale się nie dziwię, że chrześcijaństwo, zwłaszcza w nowotestamentowej wersji, zaczęło zdobywać sobie wśród pań (oraz niewolników) coraz większą popularność. Ta religia szerzyła się w Europie w dużej mierze właśnie za pośrednictwem kobiet, które przekonywały mężów do porzucenia dawnych wierzeń na rzecz bardziej nowoczesnych. Zresztą na tym nie poprzestawały: wstępowały do coraz liczniejszych żeńskich klasztorów, gdzie mogły się kształcić, a opatki (przeważnie wywodzące się z możnych rodów) brały nieraz czynny i znaczący udział w życiu politycznym.
Teraz ciekawostka. Autorka opisuje stworzoną w 513 roku regułę jednego z galijskich klasztorów.
Wszystkie będą się uczyć liter i codziennie rano przeznaczą dwie godziny na lekturę. Pierre Riché zauważa w związku z powyższym, że to właśnie zakonnikom winni jesteśmy tę zdobycz, niesłychanie ważną dla ludzkości, jaką stanowi "zwyczaj czytania w ciszy, wyłącznie wzrokiem". Wiadomo bowiem, że starożytni czytali zawsze na głos. Św. Augustyn wyraził nawet zdziwienie widząc swego przyjaciela, św. Ambrożego, biskupa Mediolanu, pogrążonego w takiej cichej lekturze. Oba bowiem nakazy - lektury i obowiązkowej ciszy - w przypadku braku owego ścisłego zalecenia pozostawałyby w jawnej sprzeczności. Rozróżnienie między lekturą a słowem mówionym jest wiec darem zakonników dla nadchodzących czasów. [str. 31-32]
Zakonnice i pustelnice darzono bardzo dużym szacunkiem, ale i w sferze świeckiej kobieta zyskiwała na znaczeniu. Apogeum tego procesu stanowił wiek XII - okres miłości dworskiej, sądów miłości, turniejów, trubadurów i chansons de geste. Wówczas stosunki między damą i poetą czy między damą a rycerzem przypominały te między seniorem i wasalem. Zresztą panie bywały również prawdziwymi seniorkami (nawet regentkami), rzemieślniczkami, nauczycielkami i medyczkami. Liczne wynalazki i udogodnienia ułatwiały również pracę zwykłym kobietom z niższych warstw, choć z naszego punktu widzenia nadal zaharowywały się nie śmierć.

Wydawało się, że sytuacja pań może się już tylko stopniowo poprawiać, ale pod koniec XIII wieku rozpoczął się proces odwrotny. Przyczyniły się do tego, według autorki, rosnące wpływy Uniwersytetu Paryskiego, który dążył do uzyskania monopolu na nauczanie i to kosztem szkół klasztornych, a już zwłaszcza prowadzonych przez zakony żeńskie. Kadra Uniwersytetu hołdowała filozofii Arystotelesa (o jego znaczeniu dla ówczesnych uczonych można poczytać choćby w "Imieniu róży" Eco), który o kobietach miał jak najgorsze zdanie. Do tego doszły epidemie i wojny, które przetrzebiły ludność Europy (w tym ludzi wykształconych), a z czasem - renesans prawa rzymskiego odmawiającego, jak pamiętamy, paniom niemal wszelkich praw.
Ten regres rozciągnął się na kolejne stulecia i dopiero w ostatnich dekadach sytuacja naszej płci zaczęła zmieniać się na lepsze, przynajmniej w naszym kręgu kulturowym. Niestety, wciąż istnieją społeczeństwa, w których torturuje i zabija się kobiety w imię jakichś bzdurnych zasad, tylko dlatego, że są kobietami. Jak długo jeszcze?!!!?

***

Książkę Régine Pernoud czyta się całkiem nieźle, początek wydał mi się nieco nużący (prawdopodobnie dlatego, że w historii Francji orientuję się bardzo słabo, a o jej początkach nie wiem w ogóle nic), ale potem jest już coraz lepiej. Autorka koncentruje się na opisaniu sytuacji kobiety w społeczeństwach zamieszkujących dzisiejszą Europę Zachodnią, zwłaszcza Francję, Anglię, Niemcy i Włochy, i przedstawia sylwetki pań, które w okresie średniowiecza odegrały w tamtych rejonach dużą rolę. Już od jakiegoś czasu wiem, że średniowiecze nie było aż tak mroczne, jak to się przyjęło uważać; kobietom z pewnych sfer mogło się wtedy żyć całkiem przyjemnie.

***

Treść znakomicie uzupełniają fotografie budowli, rzeźb i miniatur, w większości czarno-białe. Szczególnie przypadły mi do gustu fragmenty rzeźb z katedry w Naumburgu, obie pochodzą z ok. 1250 roku. Podoba mi się sposób, w jaki artysta ukazał indywidualność Uty i Regelindy. (Poniższe zdjęcia pochodzą z Wikimedia Commons).

Uta+Ekkehard detail
Uta, żona margrabiego Miśni Ekeharda

Reglindis
Regelinda, córka Bolesława Chrobrego,
żona Hermana, margrabiego Miśni

poniedziałek, 14 lutego 2011

PRZEKLEŃSTWO ADAMA. PRZYSZŁOŚĆ BEZ MĘŻCZYZN - część I

Tytuł: Przekleństwo Adama. Przyszłość bez mężczyzn (Adam's Curse. A Future Without Men)
Autor: Bryan Sykes
Tłumaczenie: Zofia Łomnicka
Pierwsze wydanie: 2003

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
ISBN: 978-83-7469-633-3
Stron: 243

Ocena: 3+/5


Narzekałam niedawno na treść blurba zamieszczonego na jednej z książek wydanych przez Prószyński i S-ka, więc teraz dla równowagi pochwalę tę firmę za serię "Na ścieżkach nauki". W ramach tego cyklu od 1995 roku publikowane są książki autorstwa znanych i cenionych na całym świecie naukowców, popularyzujące różne dziedziny wiedzy, przy czym dominują raczej nauki ścisłe. Seria liczy już sobie kilkadziesiąt tytułów, ja przeczytałam dopiero trzy (łącznie z tym), ale mam zamiar się poprawić:).

"Przekleństwo Adama" wypożyczyłam, szczerze mówiąc, ze względu na intrygujący podtytuł: "Przyszłość bez mężczyzn". Skojarzył mi się z "Seksmisją" Machulskiego, który to film uważam za zabawny, mimo że jest tak straszliwie mizoginistyczny. Zastanawiałam się, jak Bryan Sykes, genetyk, profesor Uniwersytetu Oksfordzkiego, wyobraża sobie świat bez panów i co, według niego, miałoby doprowadzić do takiej sytuacji. Może kobiety odpłacą kiedyś mężczyznom za tysiąclecia poniżania i wykorzystywania i pewnego dnia jakoś się ich pozbędą? Zdaniem Sykesa jeśli będziemy wystarczająco cierpliwe (trzeba czekać, być może, 125 tysięcy lat), to panowie wyginą sami z siebie, a nasze sumienia pozostaną czyste:).

O tym autor pisze na samym końcu. Wcześniej dowiadujemy się, jak ustalono, co w przypadku człowieka determinuje płeć dziecka, dlaczego istnieje rozmnażanie płciowe i po co nam w ogóle dwie płcie. Sporo tu historii genetyki, ale wbrew pozorom to jest bardzo ciekawe, w każdym razie dla takich laików jak ja, którzy lekcje biologii na ogół przesypiali. Postaram się przytoczyć tu najważniejsze informacje, żeby usystematyzować i utrwalić sobie nowo zdobytą wiedzę;).

środa, 22 grudnia 2010

SAMOLUBNY GEN

Tytuł: Samolubny gen (The Selfish Gene)
Autor: Richard Dawkins
Pierwsze wydanie: 1976 (ta wersja: 1989)
Tłumaczenie: Marek Skoneczny

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Seria: Na ścieżkach nauki
ISBN: 83-86868-15-5
Stron: 472 (w tym przypisy, literatura i indeks)

Ocena: 4+/5


Snułam się między bibliotecznymi półkami, nie mogąc zdecydować się na nic konkretnego. W końcu przyszło mi do głowy, żeby zapytać o jakąś książkę Dawkinsa. Dostępny był "Samolubny gen" i chyba dobrze się stało, że od tej właśnie pozycji zaczęłam poznawać twórczość, a właściwie dorobek naukowy tego autora. W ostatnich latach postrzegany jest, mam wrażenie, raczej jako "wojujący ateista" niż wybitny zoolog, etolog, ewolucjonista i popularyzator nauki.
"Samolubny gen" został po raz pierwszy wydany w 1976 roku i podobno wywołał duże poruszenie w środowisku naukowym i wśród pozostałych czytelników. W 1989 roku ukazało się kolejne wydanie - z nową przedmową Dawkinsa, poszerzone o dwa rozdziały i sporo przypisów zamieszczonych na końcu książki (w polskiej wersji zajmują ponad 80 stron!). W trzydziestą rocznicę opublikowano jubileuszowe wydanie, zawierające kolejną przedmowę autora oraz fragmenty recenzji. Ja czytałam wersję drugą, ale Prószyński i S-ka wydali również najnowszą.
Oczywiście od 1976 roku w genetyce dokonano olbrzymiego postępu, a jednak książka Dawkinsa nadal jest wznawiana, co chyba najlepiej świadczy o jej wyjątkowości.

Jeśli chodzi o lekcje biologii w szkole, to najbardziej wbiła mi się w pamięć fotografia najedzonego kleszcza z podręcznika do którejś tam klasy podstawówki. Oględnie mówiąc nie był to mój ulubiony przedmiot, obawiałam się więc, że mogę nie przebrnąć przez "Samolubny gen", a jednak się udało:). No, nie będę twierdzić, że wszystko a wszystko pojęłam, ale wydaje mi się, że główne tezy autora zrozumiałam. Naturalnie jako laikowi trudno mi się do nich ustosunkować, nie czuję się w żaden sposób upoważniona do polemizowania z naukowcami, zwłaszcza z tak uznanymi[1]. Spodziewam się, że niedługo poczytam sobie o ewolucji człowieka z zupełnie innego punktu widzenia - w moim prezencie urodzinowym (z lipca), czyli w "Nonzero" Roberta Wrighta. Sprawdzę, która perspektywa naukowa bardziej trafi mi do przekonania.

(Jak zwykle: kursywą oznaczam własne przemyślenia, wszelkie pogrubienia również są moje. W komentarzu zasugerowano, że brzmi to dwuznacznie, więc precyzuję: chodzi mi o to, że jeśli w cytacie tekst jest pogrubiony, to pogrubiłam go ja, a nie wydawca albo autor).

Lektura "Samolubnego genu" zmusza czytelnika do spojrzenia na siebie, na ludzkość z zupełnie nowej perspektywy. Dla niektórych będzie to prostsze, dla innych trudniejsze - myślę, że to w dużej mierze zależy od światopoglądu. Istnieje, jak sądzę, spore prawdopodobieństwo, że osoby o silnym zacięciu antropocentrycznym rzucą książką o ścianę już po przeczytaniu pierwszego rozdziału:).
Otóż Richard Dawkins twierdzi - w wielkim skrócie - że człowiek (i każdy inny organizm) jest tylko maszyną przetrwania, nośnikiem dla swoich genów, optymalnym, wielofunkcyjnym opakowaniem. Kiedy umiera, umiera definitywnie. Nawet mój hipotetyczny klon nie byłby mną - będzie po prostu identycznym zestawem genów (właściwie chodzi oczywiście o ich kopie), ale jednak zupełnie inną osobą, z innymi wspomnieniami, poglądami, uczuciami. Połowę genów otrzymujemy od mamy, połowę od taty, tak jak nasze rodzeństwo. Potem połowę własnych genów przekazujemy dzieciom. W porównaniu do długości życia ludzkiego organizmu - geny są niemal wieczne, wiernie replikują się w kolejnych pokoleniach (choć zdarzają się mutacje). "W długim okresie wszyscy będziemy martwi", przetrwają tylko kopie naszych genów.

niedziela, 15 sierpnia 2010

STRZELBY, ZARAZKI, MASZYNY

Tytuł: Strzelby, zarazki, maszyny. Losy ludzkich społeczeństw (Guns, Germs, and Steel: The Fates of Human Societies)
Autor: Jared Diamond
Pierwsze wydanie: 1997
Tłumaczenie: Marek Konarzewski
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
ISBN: 83-7255-115-4
Stron: 545

Ocena: 4+/5

W epoce wielkich odkryć geograficznych (XV-XVI w.) Europejczycy zaczęli wyprawiać się coraz dalej w poszukiwaniu bogactw, nowych szlaków handlowych oraz ziem do podbicia, które można by szybko zamienić na rynki zbytu. Kiedy docierali do nowego kontynentu, zastawali tam zwykle ludzi żyjących - w porównaniu z nimi - bardzo prymitywnie. Autochtoni mieli znaczną przewagę liczebną, znali teren i lokalne warunki, ale i tak Europejczycy nie mieli na ogół większych problemów z ich zdziesiątkowaniem i podbiciem. W 1532 roku w bitwie pod Cajamarca oddział stu kilkudziesięciu Hiszpanów pod dowództwem Francisca Pizarra wyrżnął kilka tysięcy Inków i wziął do niewoli ich władcę, Atahualpę. O ich zwycięstwie przesądziło bezpośrednio przede wszystkim posiadanie koni, stalowego uzbrojenia i opancerzenia, broni palnej. Do czynników pośrednich zaliczyć można groźne dla mieszkańców Nowego Świata zarazki, które przywieźli ze sobą Europejczycy, oraz ich zdecydowaną przewagę technologiczną i naukową.
Wkrótce obie Ameryki, Afryka, Australia i część Azji stały się koloniami europejskich państw.