Impresje

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Epidemia w literaturze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Epidemia w literaturze. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 kwietnia 2020

Epidemia w literaturze VIII

Źródło cytatu: "Mayflower. Opowieść o początkach Ameryki" Nathaniela Philbricka, tłumaczenie: Jan Szkudliński, Wydawnictwo Poznańskie 2018, str. 63-64 i 67


Około 60 mil na południowy zachód od zatoki Provincetown, u spływu dwóch rzek nieopodal dzisiejszego Warren w stanie Rhode Island, znajdowała się siedziba Massasoita, regionalnego przywódcy (sachema) Tubylców. Był mężczyzną w kwiecie wieku - około trzydziestopięcioletnim, silnym, majestatycznym, cechującym się niewymuszoną godnością, jakiej oczekiwano od sachema.
   Choć sam był zdrowy i pełen wigoru, jego lud został ciężko doświadczony przez choroby. W ciągu trzech lat, w trakcie których Pielgrzymi przygotowywali swoją wyprawę do Ameryki, Indianie z południowej części Nowej Anglii doświadczyli tego, co naukowcy nazywają "epidemią na dziewiczej ziemi" - czyli chorobą zakaźną, dla której organizmy miejscowych nie umiały wyprodukować przeciwciał. W latach 1616-1619 choroba, być może dżuma, przywleczona przez europejskich rybaków na teren współczesnego Maine, rozprzestrzeniła się na południe wzdłuż wybrzeży Atlantyku aż po wschodnie brzegi zatoki Narragansett, zabijając w niektórych okolicach do 90 procent mieszkańców.
   Ludzie umierali tak licznie i tak szybko, że nie pozostał nikt, by pogrzebać ciała. Przybrzeżne obszary Nowej Anglii, niegdyś zamieszkane równie gęsto co Europa Zachodnia, nagle się wyludniły. Tylko bielejące kości znaczyły miejsca, w których niegdyś istniały kwitnące społeczności. Poza chorobami, region doświadczyły zjawiska opisywane jako "napięcia społeczne i krwawe wojny". Społeczności miejscowych, które nawet w najlepszych czasach żyły poróżnione ze sobą, teraz walczyły o nowy porządek na ponurym bezludziu Nowej Anglii.
   Plemię Massasoita, znane jako Pokanokeci od zajmowanego przez nich obszaru u krańca zatoki Narragansett, ucierpiało szczególnie ciężko. Przed epidemią liczyło około 12 tysięcy ludzi, dzięki czemu Massasoit mógł zmobilizować do 3000 wojowników. Po trzech latach chorób jego siły zmniejszyły się do paruset ludzi. Jeszcze gorszym z punktu widzenia Massasoita był fakt, że zaraza nie dotknęła sąsiedniego wrogiego plemienia Narragansettów, którzy panowali nad zachodnimi wybrzeżami zatoki i liczyli około 20 tysięcy, w tym 5000 wojowników. Wkrótce Massasoit i dziesięciu jego wojowników musieli przełknąć upokorzenie i złożyć hołd Narrangasetom, których sachem Canonicus uznawał odtąd Pokanoketów za swoich poddanych.
   Wyniszczeni chorobami i podlegli od niedawna potężnym i dumnym wrogom, Pokanokeci desperacko starali się zachować swoją odmienność, a Massasoit miał sojuszników. Masaczusetowie z północy i Nausetsi z Cape Cod podzielali niechęć Pokanoteków do Narrangasettów. Choć Pokanokeci byli zdecydowanie słabsi liczebnie, nie zniechęciło to Massasoita do prób wykorzystania sojuszy z innymi plemionami, celem zneutralizowania zagrożenia z zachodu. [...]

środa, 8 kwietnia 2020

Epidemia w literaturze VII

Źródło cytatu: "Msza za miasto Arras" Andrzeja Szczypiorskiego, Kantor Wydawniczy SAWW - Poznań 1989, str. 30-32


   Nastał ciężki czas dla miasta. Najgorsza zaś była świadomość, że znikąd niepodobna oczekiwać pomocy. Ludzie czuli się żywcem pogrzebani, zdani wyłącznie na własne siły i przedsiębiorczość, co - prawdę rzekłszy - uwalniało ich z więzów, jakie świat zwykle narzuca. Skoro byli tak bardzo osamotnieni, tak opuszczeni przez władców świeckich i duchownych, tak całkowicie skazani - przyszło im na myśl, że wszystko, co ich przedtem ze światem wiązało - pozbawione jest wartości. W godzinie strasznego doświadczenia, zabijani przez zarazę i głód, ujrzeli się jakby na wyspie bezludnej, otoczeni zewsząd bezmyślnym, obojętnym i nieprzebytym morzem. Ale nie tylko to oddziaływało na ich wyobraźnię. Zrazu, w obliczu tego nieszczęścia, niemal wszyscy stali się sobie równi i legły w gruzach uświęcone prawa. Jednako umierali rzemieślnicy, panowie i kapłani, mężczyźni i kobiety, starcy i dzieci. Śmierć, wjechawszy w bramy miasta na swym czarnym koniu - pukała do wszystkich drzwi, nie bacząc na rodzaj domostwa. Przebrzydłe szczury, których całe czeredy jawiły się w mieście w biały dzień, pod upalnym niebem - z jednakim apetytem rzucały się na ciała umarłych, bez względu na to, jak pańskie lub jak plebejskie było to mięso. Farias de Saxe, którego duma wydawała się silniejsza od pragnienia życia - doglądał czujnie, by skąpe porcje trafiały równo do każdej gęby.
   Więc jak powiadam, najpierw zapanowała osobliwa równość, nie pozbawiona dzikości i szaleństw... Ktoś porwał za sobą tłum do klasztoru Dominikanów, gdzie przez wieki gromadzono uczone księgi. Nie wiedzieć czemu, tłum uczynił z pergaminów olbrzymi stos i podpalił je, a gdy płomienie strzeliły w górę - ludzie ujęli się pod ręce i tańczyli w blasku ognia i kłębach dymu, aż do późnej nocy. Niszczyli wszystko, co nie było zdatne do jedzenia. Nastał czas nowych wartości dla miasta i - dalibóg - wydawać się mogło, że przy całym nieszczęściu i goryczy, ludzie oddychali swobodniej! Nagle niemal wszyscy bez wyjątku odczuli poprzednie swoje życie jako obarczone mnóstwem zbytecznych dziwactw i urojeń. Nie mówiono: "na cóż nam teraz księgi i nauki", ale mówiono: "na cóż w ogóle księgi i nauki, jeśli wbrew naszej woli wypełnia się czas i trzeba odejść z tego świata, nie zaznawszy ani radości, ani rozkoszy, ani nawet prawdziwych nieszczęść..." Zwątpiwszy w zasady, rychło też zwątpili w Boga. Z każdym dniem stawał się mniej potrzebny, bowiem nie był obecny, odszedł z Arras, wydawszy je na łup zgłodniałych obywateli. I oto nagle nasze ciała, umierające, wychudzone z głodu, rozpalone od wewnątrz zarazą - nabrały najwyższego znaczenia. Ludzie z czułością spoglądali na swoje twarze, ramiona, brzuchy. Nic poza ciałem nie przedstawiało wartości i nic nie było bardziej godne tkliwości. Zdarzyło się, że ci, którzy byli grubsi od innych - doznawali osobliwej rozkoszy i cieszyli się szacunkiem, który był niemal równy czci. Ale nie trwało to długo, bowiem właśnie obarczeni tłuszczem - pierwsi poszli pod nóż... Strąceni z ołtarzy - powędrowali na stoły. Zaczęła się tyrania chudych i żylastych. Wybuchł straszliwy terror, a dzikość dosięgła szczytu.
   Jakże śmieszna jest natura człowieka. Kiedy sądzono ową kobietę, wszystkim się zdawało, że Arras spadło na samo dno nieszczęść i zgryzoty. W jakiś czas potem ludzie wspominali proces dzieciobójczyni jako świadectwo dawno minionej sielanki. Miasto, w którym działają sądy, stanowi się prawa i wykonuje wyroki - nie jest miastem opuszczonym przez Boga. W Arras, gdzie jak potem rachowano, co trzeci człowiek padł od zarazy lub głodu - nie było już nic boskiego. Zostaliśmy sami z naszym człowieczeństwem, z naszymi ciałami, z naszą wyobraźnią, ożywianą tylko przez żołądki.

poniedziałek, 6 kwietnia 2020

Epidemia w literaturze VI

Tym razem cytat z książki, którą mam na półce, ale nie jest moją własnością. Wypożyczyłam ją jeszcze w czasach przedpandemicznych. Termin zwrotu przedłużono na razie do 1 czerwca, ale podejrzewam, że jeszcze wtedy biblioteki będą zamknięte i prawie wszystko inne też...

To literatura obozowa, więc wiadomo, czego się spodziewać - czytacie na własną odpowiedzialność.


Źródło cytatu: "Wakacje nad Adriatykiem" Zofii Posmysz, Czytelnik 1970

   Stukam knykciem w ramę najwyższej przegrody, "półka" to się nazywa, mieszkać na półce, znaczy mieć już jakieś przywileje, minimalne zapewne, ale jednak. W porównaniu z tymi, co śpią w dolnych przegrodach, podciekających podczas deszczu wodą i błotem, to już luksus, i to także luksus, że można nie tylko swobodnie usiąść, ale i wstać, i nawet wyciągnąć ramiona przy wdziewaniu sukni, a i to także, że rzadziej zaglądają tu szczury i nie sypią się na twarz żadne brudy, zbutwiała słoma, grudy błota, czasem tylko zabłąkane, pojedyncze płatki śniegu albo deszczowa rosa, bo nad głową ma się dach, nie strop, lecz dach właśnie, z precyzyjnym rysunkiem więźby dachówek. Ciekawy to rysunek, o fakturze wklęsło-wypukłej z nalotami szronu, które, gdy grubsze, jaśnieją skrzącą bielą (po wielu latach odnajdę jego repliki w niektórych obrazach abstrakcjonistów malowanych techniką impasto), kiedy przechodziłam tyfus plamisty, ta skośnie biegnąca w dół płaszczyzna dachu, osędziała od mrozu, była dla moich rozgorączkowanych oczu niebieskim stropem, przesuwały się po nim procesje świętych ze śpiewem "Ciebie on z łowczych obieży wyzuje i w zaraźliwym powietrzu ratuje", a ja śpiewałam wraz z nimi z sercem lekkim jak ta śnieżna sadź, bo przecież kiedyś w dzieciństwie przez dziewięć miesięcy w każdy pierwszy piątek przystępowałam do komunii, a powiedziane jest, "kto tak czyni, nie umrze śmiercią". Więc wpatrywałam się w ten firmament, na którym i gwiazdy były, i księżyce i śpiewałam wraz z wędrującymi po nim procesjami świętych pańskich, aż którejś nocy nie zobaczyłam ich, tylko ogromny, pulsujący złotym blaskiem kielich z wiatykami. Światłość bijąca od niego rozprzestrzeniała się na całą płaszczyznę dachu, o którym w tej chwili jedynej podczas długiej gorączki wiedziałam, że nie jest stropem niebieskim, lecz dachem budynku, do którego przychodziło się umierać. Niewidzialna ręka kapłana unosiła nad kielichem biały krążek, ten rósł i zbliżał się do półki, na której leżałam, więc pomyślałam, że oto dotrzymana zostaje gwarancja, że zatem nie ma już przeszkód, abym umarła. Ale nie bałam się niczego, nawet tego największego z lęków, że jutro przy ściąganiu zwłok moja głowa będzie stukać o ramy niższych przegród jak zawsze przy ściąganiu z półki, aż uderzy o ziemię z rozmachem i z tym obrzydliwym odgłosem, który najbardziej chore budził z zamroczenia przypomnieniem "jutro ty", i żal mi też nie było niczego w tej chwili, nawet tego, że nie będzie grobu, na który przyszłaby kiedyś moja matka, w tej jednej chwili przestałam się bać wszystkiego i rozchyliłam usta, żeby przyjąć wiatyk. [str. 36-37]

czwartek, 2 kwietnia 2020

Epidemia w literaturze V

Źródło cytatu: "Silva rerum II" Kristiny Sabaliauskaitė, tłumaczenie Izabeli Korybut-Daszkiewicz, Wydawnictwo Literackie 2018, str. 216-219


Wiosną, gdy w mieście dopiero zaczęły umierać pierwsze ofiary, padając wprost na ulicach, mieszkańcy oburzali się na włóczęgów, kieszonkowców i maruderów okradających zwłoki, a teraz już nikt się temu nie dziwił, bo dookoła działy się o wiele straszniejsze rzeczy, ulice zamieniły się w prawdziwe piekło, a ludzie już tylko zewnętrznym kształtem przypominali człowieka, gdyż to, czego się dopuszczali, przechodziło ludzkie pojęcie; tak, w Wilnie było teraz jak w piekle - w dzień żar lał się z nieba, a wokół unosiła się dziwna mgła, przez którą z trudem docierały promienie słońca, lecz gdy nadchodził zmierzch, mgła się rozpraszała i niebo o zachodzie płonęło, jakby objęte piekielną pożogą, w dymie palonych ognisk, w blasku płomieni całe miasto nabierało różowoczerwonej barwy, niczym ciało ofiary złożonej na ołtarzu dla samego szatana, i tylko czarne krzyże dzwonnic i miedziane piersi kopuł sterczały ponad miastem cuchnącym słodkawo, tego zapachu nie sposób było z czymkolwiek pomylić - smród palonego ludzkiego mięsa mieszał się z odurzającą wonią mirry i olibanum, bo w kościołach dniem i nocą odprawiane były teraz msze, podczas których obficie używano kadzideł, żeby chronić się przed zarazą, ale to nie pomagało, ludzie zdychali na dziedzińcach kościołów, na progach, na marmurowych posadzkach, na tureckich kilimach u złotych ołtarzy, z których święci i aniołowie ze smutkiem patrzyli na tę agonię; i zdychali nie pojedynczo, lecz w kupie, całymi dziesiątkami, odchodzili do swojego Stwórcy w mieszanym towarzystwie, wiek, płeć, pochodzenie, dochody, przekonania polityczne nie grały roli, jednego dnia trzydziestu pod kościołem Dominikanów, drugiego dnia siedemnastu przy Świętym Kazimierzu, czterdziestu dwóch na Przedmieściu Rybaczym, pod kościołem Świętych Piotra i Pawła, gdzie się modlili przed obrazem Matki Bożej Łaskawej, Obrończyni od Zarazy, trzeciego dnia nad ranem pięćdziesięciu przed katedrą, ośmiu przy Bazylianach, dziewięciu pod Ostrą Bramą, sześciu u Świętej Teresy i karmelitanek bosych; i poprzez różową zasłonę dymu, przez mgłę kadzideł, przez mury budynków przebijał się dźwięk kościelnych dzwonów i jak w dniu Sądu Ostatecznego rozbrzmiewał we wszystkich krętych uliczkach, we wszystkich zaułkach miasta, a tuż przy ziemi wtórowały mu chórem jęki i rzężenia konających, przerywane niekiedy donośnym płaczem osieroconego niemowlęcia, które jeszcze żyło albo właśnie oddawało swą duszyczkę Bogu; a więc nawet muzyki nie zabrakło, całe miasto przypominało teraz wielką, skąpaną w czerwonej poświacie ucztę, na której żarła, piła do upadłego i tańczyła, podkasawszy spódnicę, sama Śmierć. O Ha-Szem! Byli nawet i tacy szaleńcy, co w jakimś obłędnym przerażeniu przypisywali sobie wątpliwą zasługę rozniecenia morowej pożogi, przeważnie włóczędzy albo ludzie niespełna rozumu, jak ten Jakub Szumilas, którego nie udało się schwytać, bo uciekł z Wilna, ale przedtem chwalił się, że zaraził niejedno miasto w Koronie i w Wielkim Księstwie, i na rynku przed ratuszem głośno rozpowiadał o tym, jak to ze swoim towarzyszem Marcinem Morawskim, za poduszczeniem czarownicy Reginy z warszawskiego Nowego Miast, wyrabiali maść z mózgu i kiszek nieboszczyków, dosypywali proszku z uschniętych ropuch i tą mazią smarowali próg i framugę drzwi w domach mieszczan, rozprzestrzeniając w ten sposób zarazę, a jeszcze wołali przy tym, rechocząc jak wariaci: "Szatan jest z nami!", jakby ich dybuk opętał. Na takich opętanych Aaron Gordon mógł się teraz napatrzeć do woli; dziwne, że w tym strasznym nieszczęściu goje nie trzymali się razem przeciwko chorobie, ale jeszcze bardziej wzajemnie sobie szkodzili, i Gordon chyba nigdy nie zapomni tamtego wstrętnego, pokrytego dymienicami człowieka, który na jego oczach, ot tak, na rogu Dominikańskiej i Niemieckiej, ni z tego, ni z owego rzucił się na przechodzącą obok, Bogu ducha winną kobietę, mieszczankę, brzemienną w dodatku, i przewróciwszy ją na ziemię, darł na niej suknie, całował ją w usta i śmiejąc się, krzyczał: "Ja umrę, więc i ty zdychaj!"; ale cóż, temu, że w zadżumionym choroba w późnym stadium mąciła rozum i rozpalała w nich żądze, już od dawna nie należało się dziwić, i jako pierwsi oddali się rozpuście wysoko urodzeni, ci, co nie zdążyli uciec ze swych rezydencji w zamkniętym już mieście, i ojcowie rodzin gwałcili domowe służące, a niektórzy nawet własne córki, siostry zaczęły sypiać z rodzonymi braćmi, a zacne matrony oddawały się parobkom lub współżyły rozpustnie jedna z drugą, i nawet niektórzy księża jak poganie wykorzystywali biednych ministrantów, a wszyscy mówili przy tym: "I co z tego, i tak pomrzemy, i tak pójdziemy do piekła, już teraz piekło się przed nami rozwarło", i nawet ci najpobożniejsi, ci najbardziej wstrzemięźliwi po kryjomu pozwalali sobie na rozwiązłość, co prawda szczerze tego później żałując; a co tu mówić o włóczęgach i plebsie - ci parzyli się na oczach wszystkich, jak psy, w podcieniach rynku, w ślepych zaułkach, w bramach, i Aaron Gordon  - który kilka razy, idąc ciemną ulicą, omal nie nadepnął na te brudne, spółkujące ciała w zdartych łachmanach, wydające z bezzębnych ust charkotliwe jęki ni to agonii, ni to rozkoszy - patrząc na to wszystko, myślał sobie, że najprawdopodobniej dżuma niszczy nie tylko ciało, ale i rozum odbiera, a jednym z jej objawów jest wzrost pożądliwości.

środa, 25 marca 2020

Epidemia w literaturze IV

Źródło cytatu: "Noce i dnie" Marii Dąbrowskiej, tom III, Wydawnictwo Prószyński i S-ka 1997, str. 130-133

   Łuczakowie zajmowali ze względu na swą liczną rodzinę jedną z większych izb folwarcznych, mającą dwa okienka. Izba nie zdawała się zatłoczona mimo swych dziesięciorga mieszkańców, gdyż posiadała bardzo niewiele sprzętów. Stały w niej tylko trzy łóżka, skrzynka, ława, stół, krzesło i stołek, na którym w tej chwili jedna ze starszych dziewcząt prała szare szmaty w niedużej balii o zjedzonych przez rdzę obręczach. Drobne dzieci, zdaje się że i cudze, bo byli tam jacyś chłopcy, raz po raz wchodziły i wybiegały z izby, tupiąc drewnianymi trepami. W kącie między statkami, przy kuchni, chłopczyk, mający mokro i brudno pod nosem, sapał zakatarzonym oddechem i majstrował sobie zabawkę z patyków. Powietrze było zasnute ciepłą parą, odorem łupin kartoflanych i mydła. Na jednym z łóżek leżała w kraciastej pościeli rozogniona dziewczynka. Łuczaczka, otyła baba o nieruchawej postaci, lecz energicznej twarzy, karmiła ją smażoną kiełbasą.
   - Co my się już na to dziecko nawydawali - ubolewała po wstępnych objaśnieniach i przywitaniach. - Ja już ani jajka nie sprzedam, już i kiełbasę dla niej u Mielzackiego kupuję, żeby ją jako odkarmić, a to chore i chore. I wódkę z miętą piła, i okrasy jej nie żałuję - skarżyła się w przekonaniu, że co na ogół dobre jest dla człowieka i takie pożądane, i takie zawsze niedostateczne, musi być dla niego dobre i pomocne w każdym wypadku.
   - A czy kaszle? - pytała panna Hłasko - że bańki chcecie stawiać?
   - Zrazu to nie kaszlała, tylko na głowę płakała i na brzucho, ale tera to już i kaszle, i mówi, że w boku ją boli. Widać jej się przerzuciło na piersi.
   - Czegoście wcześniej nie dali znać - dziwiła się pani Barbara, zdjęta osobliwym, rozdrażnionym skrępowaniem, które ją zawsze ogarniało, gdy się znalazła w czworakach. - Byłoby się posłało po doktora. Tak zawsze robicie...
   Łuczaczka zbyła to milczeniem, a panna Hłasko przystąpiła do badania małej. Było to dwunastoletnie chuchro, które kwiliło przestraszone czy też zbolałe, kiedy go dotykała.
   - Toć też tak cięgiem płacze - objaśniała matka. - Aż już te drugie dzieci nie chcą z nią w łóżku spać, bo mówią, że się rzuca i jęczy.
   - Jakże to je możecie kłaść z chorą spać do łóżka?! - zgorszyła się pani Barbara.
   - A kajże je, proszę wielmożnej pani, układę? - spytała uśmiechając się Łuczaczka. - Toć na dwór ich nie wygonię, bo to już tera i zimno.
   - Wzięłoby się je do dworu, jak byście dali znać. Ale wy tak zawsze...
   Maria Hłasko zwierzyła się pani Barbarze po cichu, że podejrzewa tyfus. Zaczęły pytać, czy we wsi kto więcej nie choruje.
   - Toć na Starym Serbinowie chorują - była odpowiedź - tak samo jak i Zuzia, na brzuchy i głowy.

piątek, 20 marca 2020

Epidemia w literaturze III

Fragment długi, ale myślę, że ciekawy. Warto zauważyć, jak w ciągu nieco ponad wieku wzrosło tempo rozszerzania się epidemii, a także to, że i dawniej walkę z zarazą wykorzystywano w celach propagandowych...


Źródło cytatu: Historia XIX wieku. Przeobrażenie świata Jürgena Osterhammela, tłumaczenie: Izabela Drozdowska-Broering, Jerzy Kałążny, Adam Peszke, Katarzyna Śliwińska, Wydawnictwo Poznańskie 2013, str. 251-254


Dotychczas największa fala dżumy wyszła w 1892 r. z Chin Południowo-Zachodnich. W 1893 r. dotarła do południowochińskiej metropolii - Kantonu, w 1894 r. do sąsiedniej kolonii korony brytyjskiej - Hongkongu i najpóźniej wtedy wywołała szerokie i przypominające panikę zainteresowanie międzynarodowe. Międzynarodowy transport morski przeniósł zarazki w 1896 r. do Indii, w 1898 r. do Wietnamu, w 1899 r. na Filipiny. Do roku 1900 dotarły one do tak odległych portów jak san Francisco i Glasgow. W Kapsztadzie w 1901 r. zmarła połowa zarażonych - 371 osób. Najbardziej zadziwiającym wyjątkiem była Australia: dżumę stwierdzono wielokrotnie w portach, nigdy jednak nie przybrała ona rozmiarów epidemii, ponieważ władze, wiedzione słusznym instynktem, brutalnie walczyły ze szczurami. Pandemia szalała aż do pierwszej dekady XX w., a według niektórych historyków medycyny zakończyła się dopiero około 1950 r. Późną reakcją było w roku 1910 przeniesienie zarazków przez statek z ryżem z Birmy na Jawę, na której do tego czasu nigdy nie było dżumy; pomiędzy 1911 i 1939 r. zmarło ponad 215 tys. Jawajczyków. Następstwem była wyraźna poprawa warunków mieszkaniowych i opieki zdrowotnej w kolonii.
   Tak jak w wypadku innych epidemii epoki od razu pojawili się eksperci. W pierwszej chwili panowała bezradność, ponieważ na ponowne pojawienie się dżumy także w Azji nikt nie był przygotowany. Japonia nigdy wcześniej nie zetknęła się z dżumą. W Indiach była tak mało znana, że tam, inaczej niż w Chinach, nie było nawet bóstwa dżumy. Brytyjski Hongkong stał się niebawem najważniejszym laboratorium rywalizujących w skali międzynarodowej badań naukowych nad dżumą. Zaalarmowany rząd w Tokio delegował niezwłocznie słynnego bakteriologa Kitasato Shibasaburo, który był wcześniej asystentem Roberta Kocha. Z oddziału Instytutu Pasteura w Sajgonie pospieszył uczeń Pasteura Alexandre Yersin. To Yersin odkrył następnie w 1894 r. pałeczkę dżumy, wykazując zarazem niezbędny udział szczurów; krótko potem uznano również znaczenie pcheł jako zwierząt przenoszących chorobę. Szczury miały odtąd trudniejszy los. Władze Hanoi płaciły podczas epidemii dżumy w 1903 r. za każdego zabitego i dostarczonego szczura 0,20 piastra - skuteczny środek, który był zarazem zachętą do prywatnej hodowli szczurów. W Japonii wystąpiły w 1899 r. odosobnione przypadki choroby, nie doszło jednak do epidemii. O tym, jak nieznana była ta choroba dla Japończyków, świadczy fakt, że nazwali ją na zasadzie fonetycznego naśladownictwa pesuto, bowiem rodzima nazwa nie istniała.

środa, 18 marca 2020

Epidemia w literaturze II

Doszłam do wniosku, że na naszych półkach znajdzie się więcej źródeł cytatów dotyczących tego, jak w mniej lub bardziej odległej przeszłości postrzegano epidemie i jak na nie reagowano. Stąd nieco odkurzam blog i planuję kolejny cykl wpisów. O ile się nie rozmyślę;).

Źródło cytatu:"W kręgu upiorów i wilkołaków" Bohdana Baranowskiego, Wydawnictwo Łódzkie, 1981 r., str. 261-265


   Póki nie poznano prawdziwych przyczyn chorób zakaźnych, tłumaczono je sobie w przeróżny sposób - karą niebios, złośliwością szatana i jego ziemskich sojuszników czarownic. W XVII i XVIII wieku następstwem niemal każdej "zarazy" było polowanie na czarownice. Wiele niewinnych kobiet poniosło śmierć w straszliwych męczarniach jako karę za sprowadzenie "zarazy".
   Znane są wypadki, że podczas epidemii dżumy, która nawiedziła południowo-wschodnie ziemie dawnej Rzeczpospolitej, w początkach siedemdziesiątych lat XVIII w., zabito, ptopiono lub nawet spalono na stosie kilka osób, które jakoby rozsiewały zarazki tej choroby. Były to zresztą typowe skutki samosądów, których uczestnicy nie ponieśli jednak żadnej kary.
   Jeszcze w końcu XIX w. podczas epidemii tyfusu w Konopnicy w Wieluńskiem pobito dotkliwie dwie stare kobiety, posądzone o czary, Atmosfera we wsi była tak napięta, że za radą kilku rozsądnych mieszkańców odesłano staruszki do Kalisza, gdzie zostały umieszczone w przytułku. Nawet w powiatowym mieście w Radomsku, w czasie epidemii "hiszpanki" w 1918 r. zebrani na ulicy lżyli pewną staruszkę, którą posądzono o "rozsiewanie zarazy".

wtorek, 17 marca 2020

Cytat o epidemiach w średniowieczym Krakowie

Wczoraj skończyłam czytać książkę Agnieszki Bukowczan-Rzeszut "Jak przetrwać w średniowiecznym Krakowie" (Wydawnictwo Astra) i pewne analogie nasuwają się same, mimo że - na szczęście - absolutnie nie można wprost porównywać dżumy i SARS-CoV-2. 
Źródło cytatu: str. 338-343

(...) Na szczęście u nas zawczasu wiedziano, jak ograniczyć skalę zarazy. Miasta, w których odnotowano pierwsze zachorowania, obejmowano kwarantanną, a do tych, gdzie choroba jeszcze nie dotarła, moglibyście, drodzy Czytelnicy, wejść wyłącznie z dokumentem potwierdzającym, że nie przybywacie z miejsc zapowietrzonych. Walkę ułatwiała też mniejsza populacja - stołeczny Kraków liczył około 30 tysięcy mieszkańców, gry w tym czasie populacja Paryża była ponad sześciokrotnie wyższa. Także słabiej rozwinięta sieć dróg zwolniła pochód czarnej śmierci.
   Mieszkając lub przebywając w opanowanym epidemią średniowiecznym Krakowie, moglibyście, drodzy Czytelnicy, zaobserwować podobne obrazy, jak w innych ówczesnych miastach. Gdy władze miejskie potwierdziły, że w Krakowie rozgościła się zaraza, pospiesznie wybierano rajców, po czym każdy, kto mógł, uciekał z miasta. Burmistrz musiał zostać na stanowisku, chyba że znalazł kogoś na zastępstwo. Miasto pustoszało i głuchło, przypominało wymarłe. Zakazywano wszelkich zgromadzeń, zamknięte na głucho były nie tylko łaźnie, ale i gospody czy zajazdy. Dbano pilniej o higienę: w mieście regularnie wywożono śmieci, zamiatano i czyszczono ulice, tępiono wałęsające się zwierzęta. Z miasta wypędzano prostytutki i ludzi luźnych, z ostrożnością traktowano przyjezdnych. Zmarłych wynoszono, kładziono na wozie przykrytym suknem i zaprzężonym w konie z doczepianymi dzwoneczkami, po czym grzebano poza murami, a domy opanowane przez chorobę pieczętowano. Zdrowi dostawali jedzenie, ale nie mogli wychodzić do czasu ustania zarazy. (...)