Impresje

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Klub czytelniczy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Klub czytelniczy. Pokaż wszystkie posty

środa, 14 grudnia 2011

Matka Joanna od Aniołów

Polecam dyskusję o tym opowiadaniu Iwaszkiewicza na blogu Anny, a tu zanotuję tylko fragment (z kontekstem), który zwrócił mą szczególną uwagę:
   Przez ten czas ksiądz Suryn płakał gorzko, choć cicho, łzy spływały mu po policzkach i wilżyły stół.
   Z przerażeniem spoglądał w swoje wnętrze. Rozumiał teraz, że samo pójście do rabina było już początkiem opętania, i że wpuściło mu pierwszą kroplę jadu do duszy. I właściwie, kiedy teraz rozmyślał o zdarzeniach pierwszych dni, nie wracał do najważniejszych spraw ani do najważniejszych słów, tylko miał przed oczami czarną brodę cadyka Isze z Zabłudowa i w uszach mu brzmiały jego słowa, jak nieustanny szmer wody dobywającej się z ziemi. Nie pamiętał, co się z nim działo przez te kilka dni, miał tylko niejasne wspomnienie czegoś strasznego, a zarazem pełnego okropnej nudy. I teraz, kiedy oprzytomniał, zawezwany został przed oblicze ojca prowincjała, spoglądał na całe swe życie wewnętrzne jak na olbrzymie ruiny, jak na równinę pustą i nagą, gdzie nie kwitnął ani jeden kwiatek. Ze wszyskiego, czym był dawniej, zostały tylko ślady, jak owe nogi posągów w niszach na domu, gdzie mieszkał cadyk. Ślady cnót, ślady modlitw, czarne przepaście na miejscu zamyśleń i powywracane świeczniki na miejscu świateł. Pozostało tylko wielkie pomyślenie o matce Joannie, która bez przerwy przytomna była jego wspomnieniom. [str. 208, Kolekcja Gazety Wyborczej, tom 21]

piątek, 9 grudnia 2011

SONATA KREUTZEROWSKA

Tytuł: Sonata Kreutzerowska (Крейцерова соната)
Pierwsze wydanie: 1889
Autor: Lew Tołstoj
Tłumaczenie: Maria Leśniewska

Wydawnictwo: Książka i Wiedza
Seria: Koliber
ISBN: 83-05-11683-2
Stron: 135
(W tym tomie znajduje się jeszcze jedno opowiadanie pt. "Albert")

Ocena: 3/5

"Sonata kreutzerowska" była październikową lekturą Klubu czytelniczego, ale nie byłam wtedy w odpowiednim do tej prozy nastroju. I, jak się okazuje, trochę trudno mi czytać na konkretny termin, choć może z "Matką Joanną od Aniołów" jakoś się wyrobię:).

Przeczytałam to opowiadanie dwa razy: najpierw w urywkach podczas podróży tramwajami, a wczoraj popołudniu w całości. Fabuła jest prosta: jeden z pasażerów dalekobieżnego pociągu opowiada drugiemu historię swojego małżeństwa zakończoną własnoręcznym zabiciem żony, a przy okazji wykłada nieco skonsternowanemu towarzyszowi podróży swoje poglądy na sytuację i rolę kobiet i mężczyzn w społeczeństwie oraz przedstawia mu sens istnienia ludzkości. 
I ja byłam skonsternowana, czytając te wynurzenia, bo z wieloma stwierdzeniami się zgadzałam, ale równie dużo wzbudziło we mnie po prostu odrazę. Szczerze mówiąc, skupiałam się właśnie na tych treściach, ignorując zupełnie konstrukcję utworu, bohaterów, w ogóle warstwę literacką. Potraktowałam "Sonatę" jak pamflet na instytucję małżeństwa. 

Główny bohater, Pozdnyszew, zaprzecza istnieniu miłości, jego zdaniem ludzi popycha ku sobie wyłącznie zwierzęce pożądanie - przyczyna wszelkich nieszczęść. Wprost porównuje kobiety ze swej sfery (klasa wyższa) do prostytutek, ich matki do stręczycielek, a mężczyzn nazywa obłudnymi i okrutnymi rozpustnikami. 
   - (...) Chciałem powiedzieć, że oszukiwane są tylko nieszczęsne dziewczęta, a matki wiedzą o tym, zwłaszcza matki wyedukowane przez swoich mężów wiedzą o tym doskonale. I udając, że wierzą w czystość mężczyzn, w praktyce postępują zupełnie inaczej. Wiedzą, na jaką przynętę należy łowić mężczyzn dla siebie i dla swoich córek.
   Przecież tylko my, mężczyźni, nie wiemy - a nie wiemy dlatego, że wiedzieć nie chcemy - kobiety natomiast wiedzą doskonale, że najwznioślejsza, poetyczna, jak ją nazywamy, miłość zależy nie od zalet moralnych, lecz od bliskości fizycznej, a przy tym od fryzury, od koloru i kroju sukni. Spytajmy wytrawnej kokietki, która postanowiła usidlić mężczyznę, na co się woli narazić: czy na to, żeby w obecności kuszonego osobnika zdemaskowano jej kłamstwo, okrucieństwo, a nawet rozwiązłość, czy też na to, żeby mu się pokazać w źle uszytej, brzydkiej sukni - a każda zawsze wybierze to pierwsze. Ona wie, że my, mężczyźni, wciąż łżemy o wzniosłych uczuciach, a potrzeba nam tylko ciała i dlatego wybaczymy wszelkie paskudztwa, ale nie wybaczymy brzydkiego, niegustownego stroju. Kokietka wie o tym świadomie, ale i każda niewinna dziewczyna wie o tym, nieświadomie, jak wiedzą zwierzęta.
   Stąd te ohydne dżerseje, te podkładki na tyłkach, te gołe ramiona, plecy, prawie gołe piersi. Kobiety, zwłaszcza te, które przeszły przez szkołę mężczyzn, doskonale wiedzą, że rozmowy na wzniosłe tematy swoją drogą, a mężczyźnie potrzebne jest ciało i to wszystko, co je ukazuje w najponętniejszym świetle, i tak właśnie robią. Przecież wystarczy odrzucić przyzwyczajenie do tego bezeceństwa, które stało się dla nas drugą naturą, i spojrzeć na życie wyższej sfery takie, jakie jest w istocie, z całym jego bezwstydem - toż to po prostu od A do Z dom publiczny. Nie zgadza się pan? Pozwoli pan, że dowiodę - zawołał nie dając mi dojść do słowa. - Powiada pan, że kobiety z naszych sfer mają życie wypełnione czym innym niż kobiety w domach publicznych, a ja twierdzę, że nie, i dowiodę tego. Jeżeli ludzie mają różne cele w życiu, odmienną wewnętrzną treść, wówczas różnice te nieuchronnie odbijają się także na wyglądzie, wygląd też się różni. Ale spójrz pan na tamte nieszczęsne, pogardzane kobiety - i na światowe damy z najwyższych sfer: te same stroje, te same fasony, te same perfumy, to samo obnażanie ramion, pleców, piersi i opinanie sterczącego tyłka, ta sama namiętność do kamyków, do kosztownych błyskotek, te same zabawy, tańce, muzyka, śpiew. Jak tamte wabią na wszelkie sposoby, tak i te. Nie ma żadnej różnicy. Mówiąc ściśle, należy to tak sformułować, że prostytutki na krótką metę są zazwyczaj w pogardzie, prostytutki na długą metę - w poważaniu. [str. 84-86]
Pozdnyszew w dużej mierze ma rację: przez wieki celem młodych kobiet było wyjście za mąż, a to dlatego, że mężczyźni praktycznie je ubezwłasnowolnili i nie pozostawało im nic innego. Jaką taką pozycję społeczną osiągały tylko jako żony i matki. Zapewne zdarzały się małżeństwa z miłości, ale o zawarciu związku decydowały przede wszystkim względy praktyczne.
W podobny sposób, choć nieco subtelniej, pisali na ten temat i inni autorzy; polecam cytaty z mojego cyklu Kobieta w literaturze:  VI, VII i IX.
Niewola kobiety przecież na tym tylko polega, że mężczyźni chcą z niej korzystać jako z narzędzia rozkoszy i uważają to korzystanie za coś dobrego. No i wyzwalają kobietę, dają jej wszelkie prawa równe męskim, ale w dalszym ciągu widzą w niej narzędzie rozkoszy, tak ją wychowują od dziecka, a potem przy pomocy opinii publicznej. W efekcie jest wciąż tą samą poniżoną, zdeprawowaną niewolnicą, a mężczyzna wciąż tym samym zdeprawowanym jej właścicielem.
   Wyzwalają kobietę na kursach i w urzędach, a widzą w niej obiekt rozkoszy. Wystarczy nauczyć ją, jak ją u nas nauczono, patrzeć tak na samą siebie, a pozostanie na zawsze niższą istotą. Albo będzie przy pomocy łajdaków lekarzy zapobiegać poczęciu, czyli będzie zupełną prostytutką, zniżającą się nie do poziomu zwierzęcia, lecz do poziomu rzeczy, albo będzie tym, czym jest najczęściej - osobą psychicznie chorą, histeryczną, nieszczęśliwą, taką, jakimi one są właśnie, bez możliwości rozwoju duchowego. [113-114]
Ze stwierdzeniami z pierwszego akapitu nie mogę się nie zgodzić (w odniesieniu do tamtych czasów), ale już anachroniczność drugiego może by mnie i rozśmieszyła, gdyby nie to, że takie poglądy nadal podziela wiele osób: przeznaczeniem i sensem istnienia kobiety jest macierzyństwo, przyjemność płynącą z seksu może usprawiedliwić tylko wydanie na świat potomstwa. Mimo wszystko w XX wieku sytuacja kobiet (przynajmniej w naszym kręgu kulturowym) znacznie się poprawiła. Ciekawa jestem, co miałby na ten temat do powiedzenia Pozdnyszew, czy może raczej sam Tołstoj, gdyby jakimś cudem przeniósł się do naszych czasów. To i owo pewnie by go zaszokowało, ale po obejrzeniu paru przebojów kinowych, teledysków, billboardów i spotów reklamowych doszedłby niewątpliwie do wniosku, że prostytucja pozostaje zjawiskiem powszechnym.

Tołstoj poruszył w tym opowiadaniu jeszcze jedną ważną kwestię: pokazał, że bycie rodzicem niekoniecznie musi oznaczać sielankę, nawet jeśli ma się do dyspozycji niańki, służbę i pieniądze. Kobieta-matka ma prawo być zmęczona i zniechęcona - takie stwierdzenie i dziś może wzbudzić kontrowersje, a co dopiero wówczas. Oczywiście Pozdnyszew/Tołstoj nie omieszkał nazwać takiej postawy egoizmem, choć po części usprawiedliwionym.
  - Wspomniał pan przed chwilą o dzieciach. Co za niestworzone bzdury wygaduje się na temat dzieci Dzieci to błogosławieństwo boże, dzieci to radość. A przecież to wszystko kłamstwo. Wszystko to było niegdyś, ale teraz nie ma nic podobnego. Dzieci to męka i nic więcej. Większość matek tak to właśnie odczuwa, a niekiedy niechcący mówi to wprost. Spytaj pan większość matek naszej sfery ludzi zamożnych, a powiedzą panu, że z obawy, że dzieci ich mogą chorować i umrzeć, nie chcą w ogóle mieć dzieci, nie chcą karmić, gdy już urodziły, żeby się nie przywiązać i nie cierpieć. Radość, jaką im daje dziecko swym powabem - powabem rączek, nóżek, całego ciałka - przyjemność obcowania z dzie- ckiem, są mniejsze od cierpienia, jakiego doznają - nie mówiąc już nawet o chorobie czy stracie dziecka - z samego strachu przed możliwością choroby i śmierci. Zważywszy dodatnie i ujemne strony, okazuje się, że przeważają ujemne, i dlatego one wolą nie mieć dzieci. Mówią to wprost, odważnie, wyobrażając sobie, że te uczucia wywołane są miłością do dzieci, uczuciem dobrym i chwalebnym, z którego są dumne. Nie widzą, że takie rozumo- wanie jest jawnym zaprzeczeniem miłości, a tylko potwierdzeniem ich egoizmu. Mniej znajdują przyjemności w uroku dziecka niż cierpień ze strachu o nie, i dlatego to ma nie być tego dziecka, które mogłyby kochać. Poświęcają nie siebie dla ukochanej istoty, lecz mającą się zjawić ukochaną istotę dla siebie.
   Jasne, że nie jest to miłość, lecz egoizm. Ale któż podniesie rękę, by potępić matki z zamożnych rodzin za ten egoizm, gdy się przypomni, ile się one namordują w związku ze zdrowiem dzieci dzięki tymże doktorom w naszym wielkopańskim życiu. Skoro tylko przypomnę sobie, nawet teraz, życie i stan żony w pierwszym okresie, kiedy było troje, czworo dzieci i była nimi całkowicie pochłonięta - zgroza ogarnia. To nie było w ogóle życie. Było to jakieś wieczne niebezpieczeństwo, potem wyzwolenie od niego i znów niebezpieczeństwo, znów rozpaczliwe wysiłki i znów ocalenie - stale taka sytuacja jak na tonącym okręcie. [120-121]
Trudno na podstawie tylko tego opowiadania stwierdzić, czego właściwie Tołstoj oczekiwał od kobiet, jaki był jego ideał kobiety. Pozdnyszew potępiał panny, bo uciekały się do wszelkich sposobów, żeby złapać męża; krytykował żony i matki za kłótliwość, finansowe wymagania i bezgraniczne poświęcanie się dla dzieci (w domyśle - kosztem męża), pragnienie podobania się i zdobycia uznania w oczach innych niż najbliższej rodziny. Sugerował, że powinny pozostać czystymi, niewinnymi dziewicami, a marność tego świata nie do końca tłumaczyła, czemu nimi nie są.


Zaskoczyła mnie otwartość i radykalność, z jaką P/T wypowiadał się na tematy - zdawałoby się - tabu. Wydaje mi się, że gdyby w jego poglądach było nieco mniej zacietrzewienia i trochę więcej empatii i współczucia, nie irytowałyby aż tak bardzo.


środa, 22 czerwca 2011

Względność i naturalność

Polecam dyskusję o "Zniewolonym umyśle" Miłosza, która odbywa się na blogu Anny. A teraz interesujący cytat:
Człowiek ma na ogół skłonność do uważania porządku, w którym żyje, za naturalny. Domy, które ogląda idąc do pracy, przedstawiają mu się bardziej jako skały wyłonione przez samą ziemię niż jako dzieło umysłów i rąk ludzkich. Czynności, jakie wykonuje w swojej firmie czy biurze, ocenia jako ważne i stanowiące o harmonijnym funkcjonowaniu świata. Strój, jaki nosi on i jego otoczenie, jest jego zdaniem taki, jaki powinien być, i myśl, że i on, i jego znajomi mogliby równie dobrze nosić rzymskie tuniki czy średniowieczne zbroje, pobudza go do śmiechu. Pozycja społeczna ministra czy dyrektora banku wydaje mu się czymś poważnym i godnym zazdrości, a posiadanie znacznej ilości pieniędzy gwarancją spokoju i bezpieczeństwa. Nie wierzy, że na dobrze mu znanej ulicy, na której śpią koty i bawią się dzieci, może pojawić się jeździec z lassem, który będzie łapał przechodniów i wlókł ich do rzeźni, gdzie natychmiast zostaną zabici i powieszeni na hakach. Przyzwyczajony też jest zaspokajać te swoje potrzeby fizjologiczne, które uchodzą za intymne, w sposób możliwie dyskretny, z dala od oczu ludzkich, nie zastanawiając się wiele nad tym obyczajem właściwym nie wszystkim bynajmniej zbiorowiskom. Jednym słowem zachowuje się trochę jak Chaplin w “Gorączce złota”, który krzątając się po swojej chacie nie podejrzewa, że wisi ona na skraju przepaści.
Już jednak pierwsza wędrówka ulicą, której chodniki pokrywa gruba warstwa szkła z rozbitych przez bomby szyb, a jezdnią wiatr niesie papiery z biur wyewakuowanych w panice, podrywa jego zaufanie do rzekomej naturalności jego dotychczasowych przyzwyczajeń. Jak lecą te papiery z tak wielką ilością pieczątek, z napisem “poufne”, “ściśle tajne”! Ileż sejfów, kluczy, ile mięsistych dyrektorskich podbródków, konferencyj, woźnych, cygar, panienek w napięciu stukających na maszynach! A tu wiatr goni te papiery ulicą, każdy może je podnieść i przeczytać, ale nikt nie ma na to ochoty, są pilniejsze sprawy, na przykład zdobycie kilograma chleba. I nic, świat dalej trwa. Jak dziwnie. Człowiek idzie dalej ulicą i zatrzymuje się przed domem przepołowionym przez bombę. Prywatność ludzkich mieszkań, ich rodzinne zapachy, ich ciepło pszczelego plastra, ich meble przechowują pamięć miłości i nienawiści! A teraz wszystko na wierzchu, dom ukazuje swoją strukturę, nie jest to skała trwająca od wieków: tynk, wapno, cegła, szalowania, a na trzecim piętrze samotna i przydatna chyba tylko dla aniołów biała wanna, z której deszcz wypłucze wspomnienie o tych, co się w niej kiedyś kąpali. Ludzie niedawno jeszcze możni i uwielbiani stracili wszystko, co mieli, idą polami i proszą chłopa o garstkę kartofli. Pieniądze zmieniają wartość z dnia na dzień - stają się stosem bezsensownie zadrukowanych prostokątów. Na kupie dymiących gruzów siedzi mały chłopczyk i dłubiąc w zgliszczach prętem z drutu wtóruje sobie w tej zabawie pieśnią o wielkim wodzu, który jest tak dzielny, że nie pozwoli wrogowi nawet zbliżyć się do granicy. Pieśń jeszcze została, ale wódz w ciągu niewielu dni stał się przeszłością.
Później trzeba nabyć nowe przyzwyczajenia. Natykając się wieczorem na trupa na chodniku obywatel dawniej pobiegłby do telefonu, zebrałoby się wielu gapiów, byłyby wymieniane uwagi i komentarze. Teraz wie, że trzeba szybko minąć tę kukłę leżącą w ciemnej kałuży i nie zadawać niepotrzebnych pytań. Ten, co go zastrzelił, musiał mieć jakieś swoje racje. Wyrok podziemny zapada przeważnie bez wysłuchania oskarżonego. (...) 
Który świat jest “naturalny”? Czy ten sprzed wojny, czy wojenny? Oba są naturalne - sądzi człowiek, jeżeli oba dane mu było poznać. Nie ma instytucji, nie ma obyczaju i przyzwyczajenia, które by nie mogły ulec zmianie. Wszystko, czym żyją ludzie, jest darem formacji historycznej, w jakiej się znaleźli. Płynność i ciągła przemiana są cechą zjawisk, a człowiek jest istotą plastyczną i można sobie wyobrazić dzień, w którym cechą szanującego się obywatela będzie chodzenie na czworakach z rodzajem wieżyczki z kolorowych piórek, którą będzie dźwigał na tyłku. 
[str. 46-48, 50-51]

Tytuł: Zniewolony umysł
Autor: Czesław Miłosz
Pierwsze wydanie: 1953
Krajowa Agencja Wydawnicza Kraków 1990
ISBN: 83-03-03132-5

wtorek, 29 marca 2011

Różne sprawy

To, że tu nie piszę, nie oznacza, że nie czytam:). Przeciwnie. Po prostu zaczęłam w ubiegłym tygodniu "Kobietę z wydm" Abe Kōbō, żeby się przygotować do dyskusji w Klubie czytelniczym u Anny. Po 30 stronach tej opresyjnej i depresyjnej lektury byłam tak (czytelniczo) wyczerpana, że musiałam się zrelaksować "Pieśnią lodu i ognia" George'a R.R. Martina. No, nie całą - tym razem opuściłam tom pierwszy ("Grę o tron"), a potem rozdziały dotyczące Catelyn Stark, bo ta bohaterka działa mi na nerwy.

Fani cyklu na pewno już wiedzą, że April is coming;), tzn. 17 kwietnia w USA (w Polsce 18) HBO wyemituje pilot serialu. Sezon będzie się składał z 10 odcinków, a ja mam nadzieję, że powstaną kolejne.



Co prawda Jon Snow (jedna z moich ulubionych postaci) wygląda ZUPEŁNIE inaczej niż to sobie wyobrażałam, no ale może jakoś to będzie. Zysk i S-ka wznowi, również w kwietniu, "Grę o tron" już z filmową okładką.

Podobno "A Dance with Dragons" ma się wreszcie w tym roku ukazać jakoś latem (po polsku pewnie w przyszłym roku). Oby:).

***

Niedawno Grupa Publicat zaproponowała mi współpracę, a ja się zgodziłam. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Grupa skupia kilka wydawnictw, m.in Książnicę i Wydawnictwo Dolnośląskie, więc może prześlą mi coś ciekawego od czasu do czasu:). Na początek (oby nie okazał się końcem;)) wybrałam sobie reportaż z Iraku: "Dobrzy żołnierze" Davida Finkela.

***

Okazuje się, że książki zamówione w merlin.pl można odebrać w księgarniach PWN (w Krakowie znajduje się ona w samym centrum) i nie ponosi się wtedy kosztu dostawy! I to podobno już od roku! A ja dowiedziałam się o tym dopiero kilka dni temu. Zamówiłam sobie biografię Flauberta autorstwa Fredericka Browna za całe 10 zł (jest promocja). Mam nadzieję, że warto. 

Pewnie nie przeczytam tej książki w najbliższym czasie, bo po własne sięgam na samym końcu. Nawypożyczałam sobie z bibliotek mnóstwo fajnych książek i jakoś nie mogę się za nie zabrać. "Ex libris" Fadiman", "Opętanie" Byatt, "To nie jest kraj dla starych ludzi" McCarthy'ego, "Zła krew" Gortata, "Wielka księga bajek greckich"... 

Przy okazji, byłam dziś świadkiem (brak, oczywiście, żeńskiego odpowiednika tego słowa) zabawnej scenki. Pan w średnim wieku przyszedł do wypożyczalni dla młodzieży zapewne w zastępstwie swojej latorośli. Na karteczce miał zapisany tytuł książki, ale chyba niewyraźnie, bo poprosił do "Dumę" Camusa. Bibliotekarz podpowiadał, że chodzi chyba o "Dżumę", ale ów pan wolał się upewnić i dzwonił do dziecka. Ja chowałam się za półkami:). Przypomniał mi się wtedy ten skecz Kabaretu Moralnego Niepokoju:

sobota, 5 lutego 2011

JĄDRO CIEMNOŚCI

Tytuł: Jądro ciemności (Heart of Darkness)
Autor: Joseph Conrad
Tłumaczenie: Aniela Zagórska
Pierwsze wydanie: 1899

Wydawnictwo Literackie
ISBN: 83-08-02597-8
Stron: 135

Ocena: 5/5

To pierwsza lektura w ramach Klubu czytelniczego (od 25 lutego rozmawiamy o "Malowanym ptaku" Kosińskiego), pisałam już sporo o tym utworze na blogu Anny, ale chcę jeszcze i tu o "Jądrze ciemności" wspomnieć, żeby pod koniec roku mi się statystyki zgadzały;).

Miałam na to opowiadanie ochotę już od jakiegoś czasu, choć obawiałam się trochę, że okaże się strasznym nudziarstwem. Kilkanaście lat temu siostra narzekała na przerabianego w szkole "Lorda Jima" i zraziła mnie do twórczości Conrada. Może rzeczywiście w wieku nastu lat trudno docenić jego pisarstwo?

W "Jądrze ciemności" najbardziej podobały mi się: nastrój, relacja między Marlowem i Kurtzem, symboliczność i niejednoznaczność. 

Marlow snuje opowieść o swojej podróży w głąb Afryki, którą odbył jako kapitan rzecznego parowca należącego do firmy handlującą kością słoniową. Wspomnieniami dzieli się z kilkoma przyjaciółmi (?), z którymi wyruszy następnego dnia na jakąś morską wyprawę niewielkim jachtem. Na jego pokładzie czekają na odpływ gdzieś w pobliżu ujścia Tamizy. Za nimi - Londyn, przed nimi - "przestwór oceanu". Po pogodnym dniu zaszło słońce, wokół ścieliła się mgła, zapalono światła na brzegach i na mijających ich statkach. 
Opowieść o afrykańskich tropikach, dzikiej, obezwładniającej dżungli i umierających z wycieńczenia tubylcach musiała się w tych okolicznościach wydać towarzyszom Marlowa nieco egzotyczna. Marlow przypomniał im, że przed wiekami stara, dobrze znana Tamiza musiała się wydawać Rzymianom równie tajemnicza i niepokojąca jak współczesnym Europejczykom rzeka Kongo.

Natomiast Kurtz uchodziłby za osobę niezwykłą w każdych realiach i w każdej epoce. Na blogu Anny napisałam:
"Kurtz był postacią bardzo charyzmatyczną, wszechstronnie uzdolnioną, wywierał na ludziach silne wrażenie nawet na odległość i nawet po śmierci. Do Afryki wybrał się przede wszystkim dla pieniędzy, ale pojechał tam przepełniony szczytnymi ideałami, które zamierzał wcielić w życie.
Marlow uważał, że tylko idea i prawdziwa, “altruistyczna wiara w tę ideę” może odkupić zło wyrządzone przez kolonializm. Sądzę, że zaaplikował sobie taki pogląd, żeby jakoś znosić, jakoś sobie wytłumaczyć codzienność wypełnioną widokiem bezsensownej śmierci, brutalnej przemocy, niekończących się absurdów. Marlow nie mógł się doczekać spotkania z Kurtzem, bo spodziewał się, że na zarządzanej przez niego stacji będzie wreszcie inaczej, będzie normalnie. Nie było, było gorzej niż gdzie indziej.
A jednak nawet po latach uważał go za człowieka wybitnego, choć z obłąkaną duszą. Ostatnie słowa Kurtza zinterpretował w sposób dla umierającego najpochlebniejszy, najlitościwszy, choć było tyle innych możliwości".
Oczywiście możliwe jest, że ja niewłaściwie zinterpretowałam interpretację Marlowa:).

Mnie się ta wyprawa wydała podróżą w głąb ludzkiej natury. Autochtoni przypominali Marlowowi prehistorycznych przodków współczesnych białych ludzi. Gardził ich prymitywizmem. Pociągały go ich rytuały. Czy jednak kolonizatorzy okazali się bardziej cywilizowani? No właśnie że nie. Wieki postępu we wszystkich dziedzinach nauki i kultury nie zdołały przezwyciężyć "dzikiej" natury człowieka. Używanie strzelb i karabinów jest przecież tak samo okrutne jak wypuszczanie z gąszczów zatrutych strzał. Chyba to właśnie przestraszyło Marlowa (a wcześniej może też Kurtza): zło czające się gdzieś w nim samym, ciemność skupiona w zakamarku jego serca.


Poznałam "Jądro ciemności" w tłumaczeniu Anieli Zagórskiej, spokrewnionej z Conradem. Podobało mi się, choć czytałam, że zawiera "nalot młodopolski". Zamierzam jednak sięgnąć  kiedyś w przyszłości po inne przekłady, ciekawa jestem zwłaszcza nowego tłumaczenia Jędrzeja Polaka.


Zacytowałabym tu najchętniej z jedną czwartą utworu, ale ograniczę się z konieczności do jednego zdania:
Żyjemy tak, jak śnimy - samotni... [str. 48]

wtorek, 7 grudnia 2010

Uwaga: rusza Klub czytelniczy!

Cytuję pomysłodawczynię, czyli Annę:
Zasady są proste: wybieramy jedną książkę, czytamy w określonym czasie (4-8 tygodni) i dzielimy się wrażeniami. Dobrze by było, gdyby wybrana pozycja była szeroko dostępna i niezbyt długa;). Gatunek literacki jest dowolny.
Na wzór ww. wspomnianej Cornflowerbooks na swoim blogu będę zamieszczać wstępną notkę dotyczącą danej książki, a w ustalonym terminie - wrażenia po lekturze. Celem każdego "posiedzenia" klubu jest dyskusja - nie zdawkowe uwagi i komentarze, jakich w sieci jest pod dostatkiem, ale wymiana głębszych przemyśleń. Mnie takich dyskusji brakuje, stąd też po części wziął się pomysł na obecne przedsięwzięcie. Zamieszczając notkę podsumowującą postaram się taką dyskusję sprowokować;).
Nie trzeba się rejestrować, nie trzeba prowadzić własnego bloga - kto ma ochotę, ten czyta i komentuje. Naturalnie chętni mogą zamieszczać pełne recenzje na swoich blogach, z zastrzeżeniem, żeby nie wyprzedzać podanego terminu;).

Na początek: "Jądro ciemności" Conrada. Dyskusja rozpocznie się 22 stycznia, więc czasu mamy mnóstwo. 

Szczegóły organizacyjne trzeba jeszcze chyba dopracować, ale to akurat jest najmniej ważne. Inicjatywa mi się podoba, zapisuję się, a i Wam polecam:).