Tytuł: Sonata Kreutzerowska (
Крейцерова соната)
Pierwsze wydanie: 1889
Autor: Lew Tołstoj
Tłumaczenie: Maria Leśniewska
Wydawnictwo: Książka i Wiedza
Seria: Koliber
ISBN: 83-05-11683-2
Stron: 135
(W tym tomie znajduje się jeszcze jedno opowiadanie pt. "Albert")
Ocena: 3/5
"Sonata kreutzerowska" była październikową lekturą
Klubu czytelniczego, ale nie byłam wtedy w odpowiednim do tej prozy nastroju. I, jak się okazuje, trochę trudno mi czytać na konkretny termin, choć może z "Matką Joanną od Aniołów" jakoś się wyrobię:).
Przeczytałam to opowiadanie dwa razy: najpierw w urywkach podczas podróży tramwajami, a wczoraj popołudniu w całości. Fabuła jest prosta: jeden z pasażerów dalekobieżnego pociągu opowiada drugiemu historię swojego małżeństwa zakończoną własnoręcznym zabiciem żony, a przy okazji wykłada nieco skonsternowanemu towarzyszowi podróży swoje poglądy na sytuację i rolę kobiet i mężczyzn w społeczeństwie oraz przedstawia mu sens istnienia ludzkości.
I ja byłam skonsternowana, czytając te wynurzenia, bo z wieloma stwierdzeniami się zgadzałam, ale równie dużo wzbudziło we mnie po prostu odrazę. Szczerze mówiąc, skupiałam się właśnie na tych treściach, ignorując zupełnie konstrukcję utworu, bohaterów, w ogóle warstwę literacką. Potraktowałam "Sonatę" jak pamflet na instytucję małżeństwa.
Główny bohater, Pozdnyszew, zaprzecza istnieniu miłości, jego zdaniem ludzi popycha ku sobie wyłącznie zwierzęce pożądanie - przyczyna wszelkich nieszczęść. Wprost porównuje kobiety ze swej sfery (klasa wyższa) do prostytutek, ich matki do stręczycielek, a mężczyzn nazywa obłudnymi i okrutnymi rozpustnikami.
- (...) Chciałem powiedzieć, że oszukiwane są tylko
nieszczęsne dziewczęta, a matki wiedzą o tym, zwłaszcza matki
wyedukowane przez swoich mężów wiedzą o tym doskonale. I
udając, że wierzą w czystość mężczyzn, w praktyce postępują
zupełnie inaczej. Wiedzą, na jaką przynętę należy łowić mężczyzn
dla siebie i dla swoich córek.
Przecież tylko my, mężczyźni, nie wiemy - a nie wiemy
dlatego, że wiedzieć nie chcemy - kobiety natomiast wiedzą
doskonale, że najwznioślejsza, poetyczna, jak ją nazywamy,
miłość zależy nie od zalet moralnych, lecz od bliskości fizycznej, a
przy tym od fryzury, od koloru i kroju sukni. Spytajmy wytrawnej
kokietki, która postanowiła usidlić mężczyznę, na co się woli
narazić: czy na to, żeby w obecności kuszonego osobnika zdemaskowano
jej kłamstwo, okrucieństwo, a nawet rozwiązłość, czy też
na to, żeby mu się pokazać w źle uszytej, brzydkiej sukni - a każda
zawsze wybierze to pierwsze. Ona wie, że my, mężczyźni, wciąż
łżemy o wzniosłych uczuciach, a potrzeba nam tylko ciała i dlatego
wybaczymy wszelkie paskudztwa, ale nie wybaczymy brzydkiego,
niegustownego stroju. Kokietka wie o tym świadomie, ale i każda
niewinna dziewczyna wie o tym, nieświadomie, jak wiedzą
zwierzęta.
Stąd te ohydne dżerseje, te podkładki na tyłkach, te gołe
ramiona, plecy, prawie gołe piersi. Kobiety, zwłaszcza te, które
przeszły przez szkołę mężczyzn, doskonale wiedzą, że rozmowy
na wzniosłe tematy swoją drogą, a mężczyźnie potrzebne jest ciało
i to wszystko, co je ukazuje w najponętniejszym świetle, i tak
właśnie robią. Przecież wystarczy odrzucić przyzwyczajenie do
tego bezeceństwa, które stało się dla nas drugą naturą, i spojrzeć na życie wyższej sfery takie, jakie jest w istocie, z całym jego
bezwstydem - toż to po prostu od A do Z dom publiczny. Nie
zgadza się pan? Pozwoli pan, że dowiodę - zawołał nie dając mi
dojść do słowa. - Powiada pan, że kobiety z naszych sfer mają
życie wypełnione czym innym niż kobiety w domach publicznych,
a ja twierdzę, że nie, i dowiodę tego. Jeżeli ludzie mają różne cele
w życiu, odmienną wewnętrzną treść, wówczas różnice te nieuchronnie
odbijają się także na wyglądzie, wygląd też się różni. Ale
spójrz pan na tamte nieszczęsne, pogardzane kobiety - i na
światowe damy z najwyższych sfer: te same stroje, te same fasony,
te same perfumy, to samo obnażanie ramion, pleców, piersi
i opinanie sterczącego tyłka, ta sama namiętność do kamyków, do
kosztownych błyskotek, te same zabawy, tańce, muzyka, śpiew.
Jak tamte wabią na wszelkie sposoby, tak i te. Nie ma żadnej
różnicy. Mówiąc ściśle, należy to tak sformułować, że prostytutki
na krótką metę są zazwyczaj w pogardzie, prostytutki na długą
metę - w poważaniu. [str. 84-86]
Pozdnyszew w dużej mierze ma rację: przez wieki celem młodych kobiet było wyjście za mąż, a to dlatego, że mężczyźni praktycznie je ubezwłasnowolnili i nie pozostawało im nic innego. Jaką taką pozycję społeczną osiągały tylko jako żony i matki. Zapewne zdarzały się małżeństwa z miłości, ale o zawarciu związku decydowały przede wszystkim względy praktyczne.
W podobny sposób, choć nieco subtelniej, pisali na ten temat i inni autorzy; polecam cytaty z mojego cyklu
Kobieta w literaturze: VI, VII i IX.
Niewola kobiety przecież na tym tylko
polega, że mężczyźni chcą z niej korzystać jako z narzędzia
rozkoszy i uważają to korzystanie za coś dobrego. No i wyzwalają
kobietę, dają jej wszelkie prawa równe męskim, ale w dalszym
ciągu widzą w niej narzędzie rozkoszy, tak ją wychowują od
dziecka, a potem przy pomocy opinii publicznej. W efekcie jest
wciąż tą samą poniżoną, zdeprawowaną niewolnicą, a mężczyzna
wciąż tym samym zdeprawowanym jej właścicielem.
Wyzwalają kobietę na kursach i w urzędach, a widzą w niej
obiekt rozkoszy. Wystarczy nauczyć ją, jak ją u nas nauczono,
patrzeć tak na samą siebie, a pozostanie na zawsze niższą istotą.
Albo będzie przy pomocy łajdaków lekarzy zapobiegać poczęciu,
czyli będzie zupełną prostytutką, zniżającą się nie do poziomu
zwierzęcia, lecz do poziomu rzeczy, albo będzie tym, czym jest
najczęściej - osobą psychicznie chorą, histeryczną, nieszczęśliwą,
taką, jakimi one są właśnie, bez możliwości rozwoju duchowego. [113-114]
Ze stwierdzeniami z pierwszego akapitu nie mogę się nie zgodzić (w odniesieniu do tamtych czasów), ale już anachroniczność drugiego może by mnie i rozśmieszyła, gdyby nie to, że takie poglądy nadal podziela wiele osób: przeznaczeniem i sensem istnienia kobiety jest macierzyństwo, przyjemność płynącą z seksu może usprawiedliwić tylko wydanie na świat potomstwa. Mimo wszystko w XX wieku sytuacja kobiet (przynajmniej w naszym kręgu kulturowym) znacznie się poprawiła. Ciekawa jestem, co miałby na ten temat do powiedzenia Pozdnyszew, czy może raczej sam Tołstoj, gdyby jakimś cudem przeniósł się do naszych czasów. To i owo pewnie by go zaszokowało, ale po obejrzeniu paru przebojów kinowych, teledysków, billboardów i spotów reklamowych doszedłby niewątpliwie do wniosku, że prostytucja pozostaje zjawiskiem powszechnym.
Tołstoj poruszył w tym opowiadaniu jeszcze jedną ważną kwestię: pokazał, że bycie rodzicem niekoniecznie musi oznaczać sielankę, nawet jeśli ma się do dyspozycji niańki, służbę i pieniądze. Kobieta-matka ma prawo być zmęczona i zniechęcona - takie stwierdzenie i dziś może wzbudzić kontrowersje, a co dopiero wówczas. Oczywiście Pozdnyszew/Tołstoj nie omieszkał nazwać takiej postawy egoizmem, choć po części usprawiedliwionym.
- Wspomniał pan przed chwilą o dzieciach. Co za niestworzone
bzdury wygaduje się na temat dzieci Dzieci to błogosławieństwo
boże, dzieci to radość. A przecież to wszystko kłamstwo.
Wszystko to było niegdyś, ale teraz nie ma nic podobnego. Dzieci
to męka i nic więcej. Większość matek tak to właśnie odczuwa, a
niekiedy niechcący mówi to wprost. Spytaj pan większość matek
naszej sfery ludzi zamożnych, a powiedzą panu, że z obawy, że
dzieci ich mogą chorować i umrzeć, nie chcą w ogóle mieć dzieci,
nie chcą karmić, gdy już urodziły, żeby się nie przywiązać i nie
cierpieć. Radość, jaką im daje dziecko swym powabem - powabem
rączek, nóżek, całego ciałka - przyjemność obcowania z dzie-
ckiem, są mniejsze od cierpienia, jakiego doznają - nie mówiąc już
nawet o chorobie czy stracie dziecka - z samego strachu przed
możliwością choroby i śmierci. Zważywszy dodatnie i ujemne strony, okazuje się, że przeważają ujemne, i dlatego one wolą nie
mieć dzieci. Mówią to wprost, odważnie, wyobrażając sobie, że te
uczucia wywołane są miłością do dzieci, uczuciem dobrym
i chwalebnym, z którego są dumne. Nie widzą, że takie rozumo-
wanie jest jawnym zaprzeczeniem miłości, a tylko potwierdzeniem
ich egoizmu. Mniej znajdują przyjemności w uroku dziecka niż
cierpień ze strachu o nie, i dlatego to ma nie być tego dziecka,
które mogłyby kochać. Poświęcają nie siebie dla ukochanej istoty,
lecz mającą się zjawić ukochaną istotę dla siebie.
Jasne, że nie jest to miłość, lecz egoizm. Ale któż podniesie
rękę, by potępić matki z zamożnych rodzin za ten egoizm, gdy się
przypomni, ile się one namordują w związku ze zdrowiem dzieci
dzięki tymże doktorom w naszym wielkopańskim życiu. Skoro
tylko przypomnę sobie, nawet teraz, życie i stan żony w
pierwszym okresie, kiedy było troje, czworo dzieci i była nimi
całkowicie pochłonięta - zgroza ogarnia. To nie było w ogóle
życie. Było to jakieś wieczne niebezpieczeństwo, potem wyzwolenie od niego i znów niebezpieczeństwo, znów rozpaczliwe
wysiłki i znów ocalenie - stale taka sytuacja jak na tonącym
okręcie. [120-121]
Trudno na podstawie tylko tego opowiadania stwierdzić, czego właściwie Tołstoj oczekiwał od kobiet, jaki był jego ideał kobiety. Pozdnyszew potępiał panny, bo uciekały się do wszelkich sposobów, żeby złapać męża; krytykował żony i matki za kłótliwość, finansowe wymagania i bezgraniczne poświęcanie się dla dzieci (w domyśle - kosztem męża), pragnienie podobania się i zdobycia uznania w oczach innych niż najbliższej rodziny. Sugerował, że powinny pozostać czystymi, niewinnymi dziewicami, a marność tego świata nie do końca tłumaczyła, czemu nimi nie są.
Zaskoczyła mnie otwartość i radykalność, z jaką P/T wypowiadał się na tematy - zdawałoby się - tabu. Wydaje mi się, że gdyby w jego poglądach było nieco mniej zacietrzewienia i trochę więcej empatii i współczucia, nie irytowałyby aż tak bardzo.