Impresje

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Inne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Inne. Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 grudnia 2014

Pomoc dla Ukrainy

Kupiłam już sobie prezent pod choinkę, czyli "Wyprawę w Dwudziestolecie" Miłosza. Na początku książki autor porusza m.in. temat kształtowania się granic II Rzeczpospolitej po I wojnie światowej, więc oczywiście dużo się tam mówi o naszych obecnie wschodnich sąsiadach. Historia relacji między Polakami i Ukraińcami jest bardzo skomplikowana, ale myślę, że warto jednak skupić się na tym, co się tam dzieje teraz. 

Wskutek działań wojennych na wschodzie kraju wielu Ukraińców straciło źródło utrzymania, domy i mieszkania, zdrowie i życie. Uważam, że jeśli ma się taką możliwość, warto tych ludzi wspomóc, zwłaszcza w tym okresie - nie chodzi tylko o zbliżające się święta, ale przede wszystkim o nadchodzącą wielkimi krokami zimę, która na Ukrainie na pewno będzie cięższa niż u nas. 

Można to zrobić w bardzo prosty sposób: wpłacając choćby drobną kwotę np. na konto Polskiej Akcji Humanitarnej

czwartek, 8 maja 2014

"My wam przerwiemy sen Coca-Cola"

Czytam "Autoportret z pamięci" Henryka Voglera, właściwie część trzecią pt. "Dojrzałość" (dwóch pierwszych nie mam, niestety), i być może wkrótce o tej książce coś więcej napiszę, a dziś ograniczę się tylko do jednego cytatu. Fragment ten skojarzył mi się z filmem dokumentalnym "Defilada", którego kawałek obejrzałam dziś rano w telewizji, a który w pewnym stopniu koresponduje z autobiografią Voglera. Zresztą ideologiczne pranie mózgu to temat bardzo uniwersalny i wciąż aktualny.

W 1955 roku Vogler, wówczas m.in. redaktor naczelny Wydawnictwa Literackiego, wybrał się (albo został wysłany) wraz z delegatami z wydawnictw warszawskich do NRD z typową wizytą roboczą w "bratnim kraju". Program pobytu był wypełniony, ale przewidziano chyba też czas wolny, skoro Vogler wybrał się na spacer po Berlinie:

Nie było jeszcze wtedy muru oddzielającego stolicę NRD od Berlina Zachodniego. Tylko tablice z napisami ustawione w odpowiednich punktach miasta informowały, że w danym miejscu rozpoczyna się któryś z trzech sektorów. Można było nawet ich nie zauważyć i podczas ulicznego spaceru przekroczyć, nie zdając sobie z tego sprawy, nie strzeżone granice. Dopiero po chwili rzucała się w oczy zmiana. Eleganckie witryny sklepowe, modne stroje przechodniów, oddziały Armii Zbawienia na rogach ulic świadczyły, że jest się już w innym świecie.
   Przytrafiło mi się to pewnego dnia, gdy przedpołudniem wybrałem się na samotną przechadzkę. Nagle uświadomiłem sobie, gdzie się znajduję, i ogarnął mnie popłoch. Okazało się, jak potężne jest oddziaływanie propagandy. Drżałem z lęku, jaki odczuwa lojalny obywatel popełniając czyn niedozwolony. Oglądałem się ostrożnie na boki chowając głowę w ramiona, jakby w nadziei, że w ten sposób nie zostanę zauważony i przyłapany na gorącym uczynku nielegalnego przekraczania granicy.
   Ale obok tego stwierdzałem jeszcze dziwniejsze objawy. Wystąpiły one w związku z heroiczną wręcz w tych warunkach decyzją skosztowania coca-coli. Napój ten (z niedających się dziś pojąć przyczyn) oficjalne środki przekazu kwalifikowały u nas w owych czasach jako ohydny wymysł kapitalistycznego oraz imperialistycznego przemysłu. wyprodukowany w celach deprawacji i zatruwania socjalistycznych organizmów. Kiedy owego przedpołudnia w Berlinie Zachodnim wstąpiłem do kawiarni i ujrzałem tam małą, oryginalnego kształtu butelkę tego płynu, serce niemal stanęło w gardle, prawie tak, jakby ukazał mi się eliksir szatana. Połykając cierpki mroźny napój, oczekiwałem niemal jakiegoś niezwykłego wstrząsu, a nawet przez chwilę wydawało mi się, że w moim ciele istotnie dokonuje się nieznany proces przemiany. Lecz nic podobnego nie nastąpiło. [str. 275-276, WL 1981]
W 1955 roku Vogler miał 44 lata, a jednak bał się Coca-Coli. Może miał w pamięci kuriozalny z dzisiejszej perspektywy wiersz Adama Ważyka pt. "Piosenka o Coca-Cola":
Dobrze wam było pić Coca-Cola.
Ssaliście naszą cukrową trzcinę,
zjadali nasze ryżowe pola,
żuliście kauczuk, złoto, platynę,
dobrze wam było pić Coca-Cola.

My, co z bagnistych piliśmy studzien,
dzisiaj pijemy wodę nadziei,
męstwo, którego źródło jest w ludzie,
pijemy wodę w górach Korei,
Mmy, co z bagnistych piliśmy studzien.

Po Coca-Cola błogo, różowo
za parę centów amerykańskich
śniliście naszą śmierć atomową,
pięć kontynentów amerykańskich.
po Coca-Cola błogo, różowo!

My, co pijemy wodę nadziei,
wiemy, gdzie sięga dziś nasza wola:
wyszliście z Chin, wyjdziecie z Korei,
my wam przerwiemy sen Coca-Cola,
my, co pijemy wodę nadziei.

W PRL Coca-Colę zaczęto oficjalnie produkować i sprzedawać dopiero w 1972 roku. Ludziom pozwolono wreszcie delektować się tą nikłą namiastką Zachodu. Co ciekawe, hasło reklamowe "Coca-Cola. To jest to!", widniejące również na plakacie obok, wymyśliła w 1982 roku Agnieszka Osiecka, potem zmieniono je na "Zawsze Coca-Cola", a w 2000 roku prof. Jerzy Bralczyk zaproponował "Coca-Cola: co za radość" [źródło].


Oczywiście ja nie pamiętam ani czasów, kiedy Coca-Colę nazywano "stonką ziemniaczaną w płynie", ani tych pierwszych lat, kiedy można ją było wreszcie u nas kupić, ale chyba rozumiem entuzjazm ówczesnych konsumentów, bo sama przeżywałam podobny, ale trochę później i na nieco innym tle.

Cieszyłam się na przykład z zeszytu w kolorowej okładce, który pod koniec lat osiemdziesiątych przywiozła z Niemiec koleżanka mamy, bo różnił się tak bardzo (wyglądem i jakością) od tego, co można było kupić w sklepie papierniczym. Te gumki z Zachodu, które rzeczywiście ścierały, a nie tylko rozmazywały ołówek czy kredkę! Potem i u nas można było wreszcie kupić papier naprawdę kolorowy i mazaki fluorescencyjne*, za którymi wtedy przepadałam.

Aż głupio dzisiaj o tym pisać, ale tak jakoś na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych wypraszaliśmy w pobliskim sklepie spożywczym kolorowe tekturowe pudełeczka po słodyczach - do dziś mam w domu takie po Milki-Wayach, w którym przechowywane są zdjęcia:). Jeszcze na początku lat dziewięćdziesiątych zbierałyśmy z koleżankami ulotki wykładane w drogeriach, bo drukowane były na ładnym papierze, kosmetyki nazywały się po zagranicznemu, no i jeszcze wtedy wierzyłyśmy w te reklamy:).

Miałyśmy też z siostrą trochę puszek, ale nasi rodzice rzadko kupowali napoje w tego rodzaju opakowaniu i, niestety, nasza kolekcja w żaden sposób nie mogła się równać ze zbiorem rodzeństwa ciotecznego z miasta wojewódzkiego...

Gdybyśmy tylko mieli pieniądze, wydalibyśmy je wszystkie na rzeczy z dzisiejszego punktu widzenia kiczowate i powszechne, ale wtedy wspaniałe, bo nowe i - na szczęście - nie zakazane.


* Pozwolę sobie na jeszcze jedną autobiograficzną dygresję (postępująca skłonność do zanudzania obcych ludzi własnymi wspomnieniami świadczy chyba o nieuchronnym wkraczaniu w wiek średni. Trudno:)).
Do dziś pamiętam, jak w trzeciej klasie podstawówki nauczycielka kazała nam w wybrany przez nas sposób obramować pocztówkę przyklejoną na środku kartki z bloku. Ileż ja się napracowałam przy rysowaniu kwiatków i szlaczków we wszystkich możliwych kolorach, z przewagą wściekłego różu, wściekłej zieleni i równie wściekłej żółci. Dominowały prace podobne do mojej, ale ku naszemu zaskoczeniu pani pochwaliła niepozorny pomysł kolegi, który po prostu nakleił wokół pocztówki dwa paski papieru w kolorze czerwonym i dwa zielone. Swoje preferencje plastyczne mogłam na szczęście bez przeszkód realizować w zeszytach do religii, gdzie intensywność szlaczków była miarą zaangażowania w katechezę:).

wtorek, 29 kwietnia 2014

Pisarz - zawód specjalnej troski?

Przycichła już dyskusja wywołana przez Kaję Malanowską, która w dosadnych słowach dała upust swojej frustracji wywołanej prze fatalną sytuację na "rynku czytelniczym": Polacy nie czytają, książki są drogie, księgarnie upadają, biblioteki się zamyka, pisarze (większość) za mało zarabiają, a rząd nic z tym nie robi. W najnowszej "Polityce" Justyna Sobolewska pisze na zbliżony temat w artykule, który nosi wiele sugerujący tytuł: "Podgryzani przez Pudelka".

Sobolewska zauważa, że niektórzy pisarze, chcąc nie chcąc, stają się celebrytami, również po to, żeby osobiście promować w mediach swoją twórczość, bo wydawnictwom się nie chce albo nie potrafią. Wymienia kilka rodzajów strategii, którymi posługują się autorzy, np. "na pośladek" albo "na kicz". Podobno niektórzy udzielają wywiadów w "Gali" czy "Vivie".


Właściwie nie powinno mnie to dziwić: trudno tworzy się dobrą czy choćby przyzwoitą literaturę, a jeszcze trudniej się z tego utrzymać. Pisanie jest zwykle z konieczności zajęciem pobocznym. Owszem, niektórzy na swoich książkach zarabiają miliony albo nawet miliardy, ale to wyjątki, zwłaszcza w Polsce. Dla utalentowanych twórców szczególnie frustrujące musi być to, że te miliony trafiają nader często na konta autorów gniotów.


A jednak ludzie piszą, wielu publikuje - jeśli nie w tradycyjnym wydawnictwie, to choćby na własny koszt. O tym, kto odniesie sukces finansowy, decyduje - krótko mówiąc - Rynek.
Na listy bestsellerów trafiają książki, których autorzy najlepiej utrafią w gust przeciętnego czytelnika, pozycje na modny w danym momencie temat (np. wszystko z wiadomo którym papieżem na okładce) albo tytuły wypromowane jako takie, o których się mówi i które trzeba przeczytać lub przynajmniej postawić na półce (np. "Kronos").


Przy okazji takich dyskusji powracają pytania: czy pisarze powinni być finansowo wspierani przez podatników, czy czytelnik to klient, czy księgarnia to zwykły sklep, czy książka to produkt i czy wydawnictwo to biznes jak każdy inny.

Nie. Tak. Tak. Tak. Tak.

To, oczywiście, tylko moja opinia. Może zaskakuje u osoby, która przepada za książkami i która od kilku już lat o tym pisze. Nie ukrywam, że nie robię z czytania nabożeństwa, z pisarzy idoli, a z książek fetyszy. Ośmielam się uważać, że są inne, równie wartościowe formy rozrywki, a ludzie, którzy czytają, nie stają się automatycznie lepsi czy rozumniejsi niż fani telenowel. Kupuję tam, gdzie sprzedają najtaniej (z wyjątkiem firm, które mi z jakiegoś powodu podpadły). Z satysfakcją kolekcjonerki patrzę na nasze (niezbyt liczne) półki wypełnione książkami, ale nie upajam się zapachem farby drukarskiej.


Moim zdaniem pisarzom nie powinny przysługiwać żadne szczególne przywileje finansowe. Jeśli ich twórczość się spodoba, to czytelnicy za nią zapłacą. Jeśli nie, to trzeba wziąć się za coś innego, a tworzenie literatury potraktować jako hobby, które może jakimś cudem przyniesie kiedyś zysk.

Niedawno pisałam o tym, że Jane Austen wydawała książki w tradycyjnym wydawnictwie, ale ponosiła ryzyko finansowe. Dziś self-publishing jest o wiele prostszy, a autor może na wiele sposobów docierać do czytelników, pokazać, że ma ciekawą osobowość i coś do powiedzenia. Tylko że na ogół tego nie robi.

Czasami dostaję maile od początkujących pisarzy, którzy proponują mi egzemplarz recenzencki swojej debiutanckiej powieści. Próbuję wtedy znaleźć w sieci jakąś informację na temat takiej osoby, żeby sprawdzić, czy warto komuś takiemu poświęcić swój czas, i zwykle nie znajduję absolutnie nic albo co najwyżej profil na facebooku, na którym nic się nie dzieje. Przykro mi, ale to za mało.


Wydaje mi się, że wszystko będzie zmierzało do tego, żeby do minimum ograniczyć liczbę pośredników między autorem i czytelnikiem, przynajmniej w przypadku tzw. literatury popularnej. Pisarze zarabiają stosunkowo niewiele, bo znaczącą część ceny inkasuje sprzedawca. Wydawnictwo też chce zarobić, więc często tnie koszty jak może, oszczędza na redakcji, korekcie, tłumaczeniu. 

Czy w jakiejkolwiek książce wydanej w ostatnich latach zdarzyło się komuś zobaczyć erratę? Znaczenie profesjonalnych redaktorów i korektorów powinno wręcz rosnąć, bo za pisanie biorą się dziś wszyscy, nawet jeśli nie potrafią poprawnie posługiwać się językiem polskim ani nie mają wartego uwagi stylu.

Fatalne błędy pojawiają się w publikacjach małych wydawnictw, ale tych uznanych również, a takie chybione tytuły wcale nie są przez to tańsze. W wielu sklepach można zwrócić albo wymienić wadliwy towar - w księgarniach też powinna być taka możliwość. 


Oczywiście trzeba się zastanowić, czy autor, który sam zajmie się publikowaniem i promocją własnej książki, będzie miał jeszcze czas na pisanie kolejnej. Może wykształci się (jeśli jeszcze nie istnieje) zawód zdalnego redaktora, powstaną pewnie tanie i proste w obsłudze programy do edycji tekstu i wygodne konwertery. Tradycyjne wydawnictwa szybko nie znikną, ale jeśli chcą zachować - w dłuższym okresie - swoją dotychczasową pozycję, muszą popracować nad innym modelem sprzedaży, który opłaci się też pisarzom. Przynajmniej ja tak to widzę.


wtorek, 18 marca 2014

Ja to wama mówię, to wierzcie

W TVP Historia przypomniano niedawno świetny serial "Chłopi", a ponieważ mogłam obejrzeć tylko kilka odcinków, postanowiłam jeszcze raz przeczytać powieść, którą ostatnio miałam w rękach, kiedy przerabialiśmy ją w szkole. Czyli bardzo dawno temu;). 
Książkę znalazłam w serwisie wolnelektury.pl. Ściągnęłam sobie na telefon poszczególne tomy w formacie epub i otwierałam je w FBReaderze. I wszystko świetnie, zastanawiam się tylko, dla kogo oni robią te przypisy? 

Bohaterowie powieści i narrator posługują się gwarą, ale znaczenia zdecydowanej większości gwarowych zwrotów można domyślić się z kontekstu, o ile oczywiście w ogóle się myśli. Przecież od współczesnych słów różnią się one niekiedy tylko odmianą, końcówką. 

Czy przeciętny czytelnik, nawet nastoletni, sam nie wpadnie na to, że "arbata" to herbata, "chrześcijan" - chrześcijanin, a "ździebko" oznacza trochę? Czy rzeczywiście trzeba młodzieży podawać wszystko na tacy? 

Kilka dni temu na wyborcza.pl czytałam biadolenia rodziców, których dzieci torturowane są lekturą m.in. "Plastusiowego pamiętnika", w którym pojawiają się słowa tak trudne jak "stalówka" czy "gałganek". Latorośl nie wie, co to znaczy, i trzeba jej tłumaczyć! Koszmar. Na szczęście nie wszyscy podzielają ten pogląd.

Lista szkolnych lektur powinna być od czasu do czasu nieco odświeżana, ale przecież nie można na niej pozostawić tylko książek współczesnych. Mimo wszystko niewielki zasób słownictwa nadal nie najlepiej świadczy o człowieku. W pewnych kręgach.


PS Tytuł wpisu to nawiązanie do frazy wielokrotnie wypowiadanej przez wójta w "Chłopach". Autorzy opracowania uznali za koniecznie wyjaśnienie w przypisie, co oznacza słowo "wama".

wtorek, 28 stycznia 2014

Krzysztof Varga o grasujących w internecie entuzjastach

Krzysztof Varga musi być masochistą. Podejrzewałam go o to, kiedy w 2012 roku wybrał się do Kałkowa-Godowa, żeby na własne oczy obejrzeć betonowego tupolewa smoleńskiego. Dzisiaj podejrzenia zmieniły się w pewność - jak wieść internetowa niesie (dzięki, Krzysztofie S.!), Varga zaczytywał się ostatnio recenzjami na merlin.pl. 

Absurd czy głupotę trzeba od czasu do czasu wskazać, napiętnować albo wyśmiać, ale doprawdy nie rozumiem, jak można się w tym regularnie babrać. Owszem, łatwo to babranie przekuć potem w błyskotliwy artykuł, ale jeszcze łatwiej stracić przy tym obiektywny ogląd rzeczywistości, co skutkuje wyciąganiem zbyt ogólnych wniosków na podstawie kilku aberracji.

Tekst Vargi odnalazłam na tym blogu. Zaczyna się od ubolewania nad zanikiem znaczenia profesjonalnych krytyków literackich. Uważam, że jeśli kogoś interesuje fachowa opinia o jakiejś książce, to wyszuka ją sobie w specjalistycznych periodykach. Mnie - przyznaję się - wypowiedzi większości krytyków śmiertelnie nudzą. Próbowałam, naprawdę, nie raz i nie dwa obejrzeć do końca jakiś program o książkach, w którym w stylowych wnętrzach wypowiadali się odhumanizowani toną makijażu profesjonalni recenzenci, ale nie zdzierżyłam. 

Potem Varga narzeka, że w prasie nie ma - jak w złotych latach dziewięćdziesiątych - "zasadniczych rozmów o literaturze", wszędzie tylko ta polityka i polityka, po czym wyraża zdziwienie, że "Morfina" Twardocha "nie stała się przyczynkiem do fundamentalnej debaty o polskości". Hm.

No i wreszcie Varga przechodzi do sedna i miażdży "grasujących w internecie" entuzjastów, którzy "z czystej miłości do literatury epatują nas swymi zachwytami", a ciemny lud w ciemno te zachwyty kupuje. I tu obok słusznych zarzutów (które jednak nie są niczym nowym - temat współprac z wydawnictwami został już w blogosferze przemielony milion razy) pojawiają się wspomniane już niepotrzebne uogólnienia. 

Autor felietonu skupił się wyłącznie na tekstach zamieszczanych na merlinie, wyszukał kilka nadzwyczajnie aktywnych recenzentek, entuzjastycznych zwłaszcza wobec tytułów wydawanych przez Znak, i na tej podstawie zmieszał z błotem wszystkich amatorów, którzy ośmielają się zamieszczać w internecie swoje opinie o książkach. 

Szczególnie absurdalny wydał mi się zarzut, że owa "wirtualna" krytyka jest "płodzona pod pseudonimem", przez osoby "nieweryfikowalne", co - ku zdziwieniu Vargi - nikogo nie odstrasza. Być może z powodu, no cóż, wieku i nieobycia w internecie, nie przyszło mu do głowy, że w sieci liczy się przede wszystkim to, co kto pisze, a nie jak się podpisuje. Treść internetowych recenzji jest jak najbardziej weryfikowalna (wystarczy przeczytać zrecenzowaną książkę), a co więcej - z ich autorami można polemizować.

Dziwi mnie zdziwienie pana Vargi - przecież to oczywiste, że przeciętny czytelnik chętniej przeczyta (niekoniecznie na merlinie) opinię innego przeciętnego czytelnika niż - często hermetyczną i/lub zmanierowaną - recenzję autorstwa zawodowego krytyka. 


czwartek, 23 stycznia 2014

Bez komentarza



Polecam obejrzenie na pełnym ekranie, a najlepiej na ekranie telewizora.

niedziela, 19 stycznia 2014

Narodowy Program Rozwoju Czytelnictwa

Dostrzeżono chyba wreszcie, że duża część naszego społeczeństwa to wtórni analfabeci. W latach 2014-2020 na "stworzenie warunków do wzrostu czytelnictwa w Polsce" przeznaczony zostanie miliard złotych w ramach Narodowego Programu Rozwoju Czytelnictwa. 650 milionów wydamy na to za pośrednictwem Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, resztę mają wyłożyć samorządy i instytucje.

W 2014 roku biblioteki publiczne otrzymają 23 mln zł na zakup nowości wydawniczych, co ma się przełożyć na zakup 1150000 "jednostek inwentarzowych" oraz wzrost czynnych czytelników i wypożyczeń o 5%.
O ile dobrze rozumiem urzędniczą nowomowę, żeby biblioteka otrzymała dofinansowanie, musi wykazać się wkładem własnym pochodzącym od lokalnego samorządu. Zastanawiam się, czy samorząd będzie do takiego wydatku zobligowany, a jeśli tak, to w jakim stopniu, czy też wszystko będzie zależało od możliwości i dobrej woli. W tym drugim przypadku cała akcja okaże się porażką (podświetlane fontanny są zdecydowanie bardziej medialne), tym bardziej że "kwota przeznaczona na zakup nowości dla bibliotek będzie z roku na rok podnoszona (podnoszony będzie również wkład własny wnioskodawców)".

30 mln zostanie przeznaczone na "przekształcenie bibliotek publicznych w mniejszych miejscowościach w lokalne centra dostępu do kultury, wiedzy i ośrodki życia społecznego poprzez finansowe wsparcie modernizacji, budowy lub przebudowy placówek bibliotecznych". Biblioteki w moim rodzinnym mieście się nie załapią, bo - o ile informacje w Wikipedii są aktualne - Starachowice liczą nieco ponad 50 tys. mieszkańców, co je niestety dyskwalifikuje. Może kryterium rozdzielania tych środków powinno być jednak inne, np. poziom bezrobocia albo średnia wysokości dochodu w regionie?

Na "wspieranie wartościowych form promowania czytelnictwa" (np. kampanii społecznych, festiwali literackich, cyklicznych audycji telewizyjnych, radiowych i internetowych) przeznaczono w tym roku 5 mln. Od razu uprzedzam, że zwykli blogerzy się na tę kasę nie załapią, bo "uprawnionymi wnioskodawcami" mogą być tylko samorządowe instytucje kultury, firmy (np. wydawcy, księgarze) i organizacje pozarządowe.

3,5 mln zostanie wydane na "podnoszenie poziomu świadomości literackiej i wspieranie rynku wydawniczego poprzez dofinansowywanie wartościowych, niekomercyjnych publikacji literatury polskiej i światowej". Ciekawa jestem niezmiernie, kto będzie decydował, co jest literaturą wartościową i niekomercyjną.

Taka sama kwota trafi do "uprawnionych wnioskodawców", którzy wydają "wartościowe czasopisma kulturalne". Nasuwa się to samo pytanie, co powyżej.

Nie zapomniano też o bibliotekarzach: za 500 tys. zł część z nich już w tym roku zyska "nowe kompetencje osobiste i zawodowe służące aktywizacji społeczności lokalnej oraz rozwijaniu kompetencji kulturowych przez książkę, a także wzmocnienie kompetencji zawodowych w zakresie tożsamości cyfrowej". (Nauczą się tworzyć awatary i zdobywać lajki?) Wzrosnąć ma prestiż bibliotek, mają też być lepiej postrzegane przez społeczeństwo. Hm. Droga do tego daleka. Niedawno słyszałam, że okolice jednej z filii NHBP lokalne społeczeństwo opuszczające pobliski monopolowy traktuje jak publiczny szalet.

O środki (również 500 tys. zł) może się też ubiegać stu księgarzy, ale tylko tych z "księgarń niezależnych" (czyli jakich?), i "przedstawicieli punktów sprzedaży książki i prasy" (??). Celem programu ma być m.in. wzmocnienie pozycji księgarń i uświadomienie księgarzom ich roli kulturotwórczej. Przypuszczam, że woleliby się raczej dowiedzieć, jak zarobić na czynsz i ZUS.
Jednocześnie konieczna jest zmiana percepcji relacji z odwiedzającymi księgarnie, z typowo handlowej „sprzedający - klient” w relację „rekomendujący - czytelnik, odbiorca kultury”. (...) Księgarnie do zadań dla siebie podstawowych powinny dołączyć również funkcje kulturotwórcze, edukacyjne oraz wspierające budowanie i rozwój kapitału społecznego skierowane do użytkowników w różnym wieku.
Za późno już na to. O wiele za późno. Ludzie, którzy rzeczywiście kupują sporo książek, od dawna robią to tam, gdzie jest taniej, czyli przede wszystkim w internecie. 

Ciekawym elementem NPRC jest zakup praw do utworów literackich (2 mln zł).
Celem programu jest wspieranie dostępu do ważnych dzieł polskiego i światowego piśmiennictwa poprzez udostępnienie i nieodpłatne przekazanie użytkownikom praw do ich wykorzystania w możliwie najszerszym zakresie przez udostępnianie ważnych dzieł polskiego i światowego piśmiennictwa poprzez zakup praw do utworów literackich. 
Kto to napisał i co wcześniej pił?
Wszystkie utwory, do których zostaną nabyte majątkowe prawa autorskie lub odpowiednie licencje zostaną udostępnione w formie elektronicznej. Zapewni to możliwie najszerszą dostępność tych utworów dla potencjalnego czytelnika.
O ile dobrze zrozumiałam, "wydawcy, pisarze, odbiorcy literatury w Internecie, czytelnicy za pośrednictwem specjalnej strony internetowej, organizacje pozarządowe, pracownicy naukowych instytucji literackich, pracownicy IK i recenzenci" będą mogli zgłaszać tytułu, które uważają za warte nabycia, a zespół ekspertów wybierze spośród nich te "najważniejsze".

Dofinansowane zostaną też Dyskusyjne Kluby Książki - w tym roku kwotą 1,7 mln zł. Kampania "Ojczysty - dodaj do ulubionych" promująca język polski, zostanie wsparta milionem zł. I mam nadzieję, że dotrze ona do pracowników ministerstwa, którzy już nigdy więcej nie napiszą niczego w rodzaju "patforma szkoleniowa DEDYKOWANA szkoleniom dla księgarzy"!!! Nie znoszę tego zwrotu.


Oczywiście NPRC składa się z jeszcze innych elementów, o czym można przeczytać na stronie ministerstwa. Cieszę się, że wreszcie konkretne kwoty zostaną przeznaczone na rozwój czytelnictwa. Czytanie sprzyja wzrostowi wyobraźni, tolerancji i empatii, czego w naszym społeczeństwie często brakuje. Nie spodziewam się cudów, ale może coś drgnie?

Miałabym do osób odpowiedzialnych za kształt i realizację tego przedsięwzięcia jeszcze jedną propozycję: ujednolicenie systemu informatycznego bibliotek.

Ogromnym zaskoczeniem był dla mnie fakt, że biblioteki dwóch krakowskich dzielnic (Krowodrzy i Nowej Huty) mają zupełnie inny system informatyczny i nieco odmienne zasady wypożyczania książek. Dlaczego w bibliotece krowoderskiej mogłam sama online przedłużyć sobie wypożyczenie książki (do 3 razy), a w nowohuckiej takiej możliwości nie ma? I dlaczego np. biblioteka starachowicka w ogóle nie udostępnia swojego katalogu w sieci (można go przeglądać tylko na miejscu)?

Czy nie bardziej opłacałoby się jedno wspólne oprogramowanie dla wszystkich bibliotek publicznych? Może dałoby się też wtedy uniknąć konieczności posiadania osobnej karty czytelnika do każdej biblioteki, zapamiętywania kolejnych loginów i haseł. Mamy drugą dekadę XXI wieku, to na pewno jest wykonalne.



A skoro już jestem przy Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego, to odniosę się jeszcze do planów tej instytucji dotyczących opłaty audiowizualnej. Można zmusić ludzi do płacenia, doliczając abonament np. do rachunków za prąd. Jakoś by się z tym pogodzili, gdyby media publiczne rzeczywiście dostarczały rzetelnych informacji i analiz i zapewniały rozrywkę na odpowiednim poziomie. Bez reklam, bez kierowania się oglądalnością, bez taniego populizmu i kiczu. Ale mało kto chętnie wysupła nawet te 10 zł, żeby móc oglądać "Jaka to melodia?", kulisy serialu "M jak miłość" albo gale kabaretowe, które śmieszne wydawać się mogą chyba tylko właśnie wtórnym analfabetom.

sobota, 19 października 2013

Pięćdziesiąt twarzy Greya

Nie, nie czytałam. Zastanawia mnie jednak fenomen tej książki. Kiedy ostatnio widziałam ludzi czytających coś publicznie, to najczęściej była to powieść E.L. James. W tramwajach. W pracy. W przychodni. Wiem, bo dyskretnie zaglądałam przez cudze ramię. Nawet kiedy minął już największy medialny szum wokół tej pozycji. Kilka dni temu słyszałam w sklepie rozmowę dwóch młodych kasjerek, z których jedna bardzo polecała drugiej ten cykl. Mówiła, że na ogół nie czyta książek, bo "nie ma na to czasu i chęci", ale TA tak ją wciągnęła, że przebrnęła przez całą w dwa dni. Być może te książki są "Harrym Potterem" dla dorosłych w tym sensie, że zachęcą do czytania tych, którzy dotąd tego nie robili.

Przypuszczam, że to, czy ich przygoda z książkami będzie jednorazowa, czy też nie, zależy w dużym stopniu od tego, czy spodoba im się następna pozycja, po którą sięgną. Jeśli ktoś nie czyta, to kolejną lekturę wybierze raczej na chybił trafił. Może trafić na "Miłość na torfowisku" albo na "Mistrza i Małgorzatę" (wszak tytuł ten niesie ze sobą parę znaczeń;)). W pierwszym przypadku może się to skończyć utkwieniem do końca życia w świecie szmirowatych romansów, zwłaszcza że ich autorzy piszą je chyba na kilometry. W drugim - prawdopodobnie - nawrotem awersji do książek. Jeśli dorosły człowiek nie czyta, to trudno mu będzie nagle przebrnąć przez coś znacznie ambitniejszego niż artykuł w "Chwili dla Ciebie" albo "Miesiąc w Truskawce". 


Nowi amatorzy romansów podniosą wprawdzie statystyki dotyczące czytelnictwa w Polsce, ale za sukces uznają to tylko ludzie, którzy uważają, że lepiej czytać cokolwiek niż nic. Kiedyś też tak sądziłam, wydawało mi się nawet, że nie znajdę tematu do rozmowy z kimś, kto książki omija szerokim łukiem. Zmieniłam zdanie. 

Literatura to przecież tylko jeden rodzaj sztuki, ale z jakiegoś powodu awersja właśnie do niej czy też może wobec niej obojętność tak niektórym przeszkadza. Nikt nie twierdzi, że lepiej słuchać disco polo niż nie słuchać niczego. 

Nie podchodzę do książek na klęczkach, traktuję je użytkowo - to mój ulubiony rodzaj rozrywki. Dla poprawienia sobie humoru sięgam czasami po literaturę, hmm, mniej wybitną. Lżejsze książki są potrzebne, ale istnieje poważna różnica między lżejszą książką a gniotem. Dlaczego tak wiele osób tego nie dostrzega? Koleżanka z pracy stwierdziła, że może i nie była "Greyem" jakoś specjalnie zachwycona, ale czytała, żeby się dowiedzieć, co będzie dalej. Być może polskie seriale i co poniektóre rodzime powieści posiały takie spustoszenie w mózgach Polaków, że w porównaniu z tymi produkcjami nawet powieści E.L. James wydają się mieć fabułę. 

A może powód jest inny?

wtorek, 2 lipca 2013

Początki kariery Trumana - cytat

Źródło cytatu: "Truman Capote" Geralda Clarke'a, PIW 2008, tłum. Jarosław Mikos

Truman kilka razy usiłował opublikować swoją prozę w "The New Yorkerze". Był przekonany, że jest to jedyne odpowiednie miejsce dla utalentowanego młodego pisarza. Jednak za każdym razem spotykał się z uprzejmą odmową. Nie wiedział, że puka do niewłaściwych drzwi. Miejscem, którego szukał, miejscem, w którym nowych autorów nie tylko przyjmowano, ale wręcz witano z radością, nie były nieco duszne gabinety kolegów Harolda Rossa przy Czterdziestej Trzeciej Zachodniej Ulicy, lecz nie tak znane, zaskakujące adresy - redakcje kobiecych pism poświęconych modzie, zwłaszcza "Harper's Bazaar" i "Mademoiselle", które przez ponad dwa dziesięciolecia, od połowy lat trzydziestych do połowy lat pięćdziesiątych, publikowały najciekawsze, najoryginalniejsze krótkie utwory prozatorskie amerykańskich autorów.
  Ten interesujący, ale raczej zapomniany epizod w dziejach literatury amerykańskiej - gdy utwory najwyższej próby literackiej znajdowały schronienie w gąszczu reklam bielizny - w dużej mierze zawdzięczamy dziełu jednego człowieka, o którym także dziś mało kto pamięta: grubego i leniwego, ale zawsze błyskotliwego redaktora, który nazywał się George Davis. Ten niegdyś utalentowany młody prozaik cierpiał na klasyczny przypadek nieuleczalnej blokady pisarskiej. Jednak jako szef działu prozy, najpierw w "Harper's Bazaar", w latach 1936-1941, a potem przez osiem lat w "Mademoiselle", potrafił - pochlebstwem, kpiną i ciągłym nękaniem - wydobyć z umysłów innych autorów słowa, których sam nie potrafił przelać na papier.
   W działach handlowych obu czasopism narzekano, że kwalifikuje do druku teksty na zbyt wysokim poziomie lub zaskakujące, takie jak choćby opowiadanie fantasy Raya Bradbury'ego na temat Święta Dziękczynienia u wampirów, ale popierały go sławne redaktorki naczelne obu miesięczników, Carmel Snow, szefowa "Harper's Bazaar", i Betsy Talbot Blackwell, szefowa "Mademoiselle". Wydawcy, dla których proza i poezja stanowiły jedynie niezbędny wypełniacz miejsca między rysunkami, zdjęciami a reklamami, ostatecznie wzruszali ramionami i dawali za wygraną. Słusznie chyba uznali, że ich czytelniczki będą miały dość rozsądku, by unikać dużych płaszczyzn tekstu, który mógłby wzbudzić ich zastrzeżenia. Davis miał wiec dużo więcej swobody w kolorowych miesięcznikach poświęconych modzie, niż miałby w "The New Yorkerze", "The Atlantic Monthly" czy innych czasopismach skupiających się głównie na słowie. Pozwalano mu publikować teksty Virginii Woolf, Edith i Osberta Sitwellów oraz Colette, zamówić u Christophera Isherwooda i Wystana Hugh Audena relację z podróży do Chin w okresie wojny chińsko-japońskiej, a także poświęcić większą część dwóch numerów na druk odważnej i szokującej w tamtych czasach krótkiej powieści Carson McCullers W zwierciadle złotego oka.
   Pod koniec II wojny światowej miesięczniki poświęcone modzie (zwłaszcza "Harper's Bazaar"), w których Truman zaczął publikować, należały do najciekawiej redagowanych amerykańskich czasopism. W ciągu trzynastu lat swoich rządów niezwykła pani Snow, urodzona w Dublinie i obdarzona wytrwałością irlandzkich kobiet, przekształciła "Harper's Bazaar" ze zwykłego miesięcznika na temat  mody w schronienie wszystkiego, co nowe i śmiałe w dziedzinie fotografii i projektowania oraz prozy. Diana Veerland, z żarliwością godną Kalwina podejmująca kwestie długości halki i stylu uczesania, kierowała działem mody, Alexey Brodovitch, który projektował niegdyś scenografię dla zespołu Diagilewa, był naczelnym grafikiem, a Mary Louise Aswell, łącząca ciepłe, życzliwe usposobienie z bezwzględnością w egzekwowaniu wysokich standardów estetycznych, kierowała działem prozy, wcale nie gorzej niż Davis w "Mademoiselle". [...]
Właśnie w ten tętniący życiem, dynamiczny świat wkroczył Truman, gdy z Nowego Orleanu powrócił do Nowego Jorku. Wiosną 1945 roku wszedł do redakcji "Mademoiselle" przy Czterdziestej Drugiej Wschodniej Ulicy i powiedział recepcjonistce, że ma opowiadanie, które chciałby opublikować. "To świetnie, chłopcze" - powiedziała. "Czy napisałeś na nim nazwisko i adres?". Na co padła spokojna odpowiedź, wygłoszona z niezachwianą pewnością siebie, o jakiej prawdopodobnie nigdy wcześniej nie słyszała: "Zaczekam, dopóki go nie przeczytają". Natychmiast zadzwoniła do George'a Davisa, który wysłał do holu swoją asystentkę, Ritę Smith, żeby "zobaczyła, co to za wariat tam przyszedł". Rita, która była tylko dwa lata starsza od Trumana, nieśmiało zajrzała do poczekalni, po czym na paluszkach wróciła do szefa z wiadomością, że nie ma tam nikogo poza małym chłopcem. Davis wysłał ją jeszcze raz. Podeszła do tego nad wiek rozwiniętego chłopca, który wręczył jej maszynopis. Prawdopodobnie było to krótkie, gorzkie opowiadanie Te ściany są zimne o zepsutej, bogatej dziewczynie, która dostaje za swoje od niezorientowanego marynarza. Ricie tekst się spodobał i chciała go kupić, ale Davis całkiem słusznie podjął inną decyzję. Opowiadanie było naśladownictwem prozy "The New Yorkera", nie miało wyrazu, mógłby je napisać każdy dobry pisarz.
   Dla człowieka, który przyzwyczaił się do ciągłych odmów ze strony "The New Yorkera", entuzjazm Rity Smith był zachęcający. Truman wkrótce zjawił się ponownie. Przyniósł coś znacznie lepszego, opowieść humorystyczną zatytułowaną Moja strona medalu. [...] Rita Smith, która pochodziła z Georgii i była młodszą siostrą Carson McCullers, była zachwycona. Truman sprzedał już Moją stronę medalu czasopismu "Story", ale poprosiła, żeby przyniósł to, co napisał.
 Pokazał jej Miriam, zupełnie inną, efektowną i wciągającą opowieść psychologiczną, którą trudno zapomnieć, gdy się ją raz przeczyta. [...]
   Jedna z tych opowieści jest mroczna, druga słoneczna, ale Miriam i Moja strona medalu mają jedną wspólną cechę. Obie są o wiele lepsze niż to, co Truman wcześniej napisał. Przynoszą głęboką wiedzę dotyczącą psychologii postaci i takie bogactwo obrazów oraz metafor, jak gdyby napisał je ktoś zupełnie inny. W pewnym sensie tak było. Podczas samotnych i ciężkich miesięcy spędzonych na Południu Trumanowi udało się zrzucić jarzmo tego, co uważał dotąd za uznany sposób pisania opowiadań, i uwolnić się od piętna prozy "The New Yorkera". Niemal z dnia na dzień dokonał przełomu. Opuścił świat konwencjonalnych tematów konwencjonalnej prozy i wkroczył do świata pod względem stylu i treści stworzonego przez siebie samego. Wpatrując się w życiodajne wody stawu koło Młyna Kapelusznika, nie tylko wpadł na pomysł powieści Inne głosy, inne ściany, ale także odnalazł własny sposób wypowiedzi, swój głos pisarza. 

Ponaglany przez Ritę Smith George Davis niezwłocznie odpowiedział na ten głos. "Mademoiselle" opublikowało Miriam w czerwcowym numerze z 1945 roku. W tych czasach opowiadania wzbudzały większe zainteresowanie niż dzisiaj (rozmawiano o nich tak, jak dziś rozmawia się o przebojach filmowych albo bestsellerowych powieściach). Reakcja czytelników była niemal natychmiastowa, w dodatku okazała się bardziej entuzjastyczna, niż Truman mógł sobie zamarzyć. Jedna historyjka sprawiła, że znalazł się dokładnie tam, gdzie zawsze chciał się znaleźć: w centrum uwagi literackiego świata, podziwiany, doceniany i poszukiwany. "Przeczytałam Miriam w <<Medmoiselle>> i pomyślałam: <<To jest ktoś, kogo musimy mieć w <<Harper's Bazaar>> - wspominała Mary Louise Aswell. "Kiedy ten niewielki człowieczek, ten mały duszek pojawił się w redakcji, powiedziałam mu: <<Chcę zobaczyć wszystko, co napisałeś>>.
    Dał jej Drzewo nocy, historię równie poruszającą i przerażającą, jak Miriam, ale pod wieloma względami jeszcze lepszą. [...]
   "Harper's Bazaar" opublikowało tę widmową historię w październiku 1945 roku. W grudniu w "Mademoiselle" ukazał się Gąsiorek bilonu, ciepła, urocza opowieść o spełnionym życzeniu. Zestawienie dwóch utworów o tak różnej tonacji było powieleniem wzorca, którym stały się Miriam i Moja strona medalu. Do końca lat czterdziestych Truman wielokrotnie posługiwał się nim. Zamieszczał na przemian opowiadania mroczne i słoneczne, przerażające i zabawne. Oba czasopisma przez resztę dekady rywalizowały o jego teksty. Krytyk Alfred Chester charakteryzując zainteresowanie twórczością Trumana, stwierdził, że "<<Harper's Bazaar>> i <<Mademoiselle>> zamieniły się w świątynie, do których wyznawcy wkraczali co miesiąc, żywiąc rzadko spełnianą nadzieję, ze ich mały bóg opublikował nowe opowiadanie".
   W styczniu 1945 roku Truman był tylko gońcem w "The New Yorkerze", mającym przed sobą ponurą i niepewną przyszłość. Kilka miesięcy później mówiono o nim jako o potencjalnej gwieździe powojennego pokolenia pisarzy.

poniedziałek, 11 marca 2013

Kobiety w PKF

Co prawda 8 marca już minął, ale trafiłam na te fragmenty Polskiej Kroniki Filmowej dopiero dziś, przypadkiem. Szczęka opada, włos się jeży, a pięść zaciska.

czwartek, 10 maja 2012

Pisarze i grafomani

Czytanie najnowszych "Książek" zaczęłam od rozmowy Doroty Wodeckiej z Jerzym Pilchem. Wywiad, moim zdaniem, średnio udany. Nie rozumiem, dlaczego ktoś, kto nie wie nawet, co to jest lob, tak wytrwale eksploatuje temat piłki nożnej w rozmowie ze zdeklarowanym fanatykiem tego sportu. Robi się ciekawiej, gdy zahaczają o inne sprawy (podkreślenie moje):
D.W.: Pisze pan, że w Polsce pokutuje pogląd, że można być pisarzem bez języka. I przywołuje pan tabuny piszących bezbarwnym gazetowym narzeczem, branym przez nich mylnie za przezroczysty realizm.
J.P.: Tabuny? Tam i ilościowo krucho. Język jest kluczowy. Wyjście z analfabetyzmu nie jest równoznaczne z wejściem w arkana sztuki literackiej. (...)
Ha! No właśnie! Tymczasem wielu "pisarzy" nie stać nawet na gazetową bezbarwność i poprzestają na czystej grafomanii, która niejednokrotnie nie tylko nie uniemożliwia publikacji, ale bywa wręcz warunkiem koniecznym, żeby książka odniosła komercyjny sukces.

Złe książki nie są wynalazkiem naszych czasów, zawsze miały swoich autorów i swoich koneserów, ale obecnie o wiele trudniej ustrzec się przed przypadkowym sięgnięciem po twórczość tego autoramentu.
Organoleptycznie nie da się odróżnić kiepskiej książki od dobrej, jakość wydania jest porównywalna. Wskazówką może być renoma wydawnictwa, ale nie powinno się na niej tak zupełnie polegać; nawet te uznane publikują szmiry, bo z publikowania samych arcydzieł utrzymać się podobno nie da. Chaos powiększa jeszcze zjawisko self-publishingu i możliwość wydawania książek własnym sumptem - jedno i drugie ma swoje zalety, ale ma też wady.

Dopiero po lekturze można ostatecznie stwierdzić, czy ma się do czynienia z literaturą czy z nędzną podróbką w kształcie książki. Teoretycy literatury zdefiniowali ją już pewnie na sto tysięcy różnych sposobów, ale dla zwykłego czytelnika kluczowe jest subiektywne wrażenie; stąd to, co dla niektórych jest szmirą, inni uznają za arcydzieło.

O wiele łatwiej wskazać, co literaturą nie jest. Ja skreślam z tej listy utwory, których autorzy najwyraźniej nie potrafią - jeśli już nie z finezją, to choćby poprawnie - posługiwać się językiem, w którym tworzą. Wychodzi to na jaw coraz częściej, bo wydawnictwa (lub autorzy) oszczędzają na korekcie. Zachodzę w głowę, ile trzeba mieć tupetu i megalomanii, żeby wydać książkę, chociaż nie umie się poprawnie sklecić zdania. A jeszcze dziwniejsze jest to, że ktoś takie gnioty jednak publikuje, sygnuje je jakiś redaktor i korektor... choć może przybierają na takie okazje służbowe pseudonimy?

Nieuchronnie zmierzam w tych swoich rozważaniach do postawienia sobie pytania, kim w dzisiejszych czasach jest pisarz. Bardzo się to pojęcie ostatnio poszerzyło, a tym samym zdewaluowało. Przyjmuje się zwykle, że jest to ktoś, kogo twórczość została gdzieś opublikowana. Nie liczy się jakość, tylko ISBN.
I tak do grona pisarek zalicza się np. Marię Dąbrowską i Stephanie Meyer. Sukces wampirzej tetralogii autorstwa tej ostatniej dowiódł, że wcale nie trzeba umieć pisać, żeby utrafić w gust mas. Więc tysiące próbują, a ja jako konsument literatury coraz ostrożniej podchodzę do debiutów i nowości, zwłaszcza tych szeroko reklamowanych.

Nie jestem w swoich sądach o literaturze tak radykalna jak Pilch ani tak wiele od jej twórców nie wymagam. Owszem, cenię autorów, którzy wypracowali sobie własny, oryginalny i rozpoznawalny styl, wpisy o ich książkach oznaczam nawet specjalną kategorią Stylist(k)a, ale przecież język to nie wszystko - za wyrafinowanymi metaforami i eksperymentami formalnymi kryją się często pustka lub banał. Konstruowanie dobrej fabuły, tworzenie ciekawych bohaterów czy sugestywnego klimatu to też sztuka, obca wielu koryfeuszom tzw. literatury pięknej.

Moim zdaniem nie każdy pisarz musi być od razu niezrównanym mistrzem słowa, ale powinien być w tej dziedzinie co najmniej sprawnym rzemieślnikiem. Nie każda książka musi wywoływać katharsis, ale nie powinna obrażać inteligencji potencjalnych czytelników.

Nazywając pisarzami wszystkich twórców, tylko nobilitujemy grafomanię. Określenie "autor/autorka" byłoby w wielu przypadkach bardziej adekwatne. Jak sądzicie?

piątek, 25 lutego 2011

Słów kilka o Jeżycjadzie

Nigdy nie rozumiałam osób, które deklarują, że nie wracają do przeczytanych już książek, bo przecież tyle nieznanych jeszcze arcydzieł czeka na odkrycie, a "stosik" liczy sobie już 5443789247 nowych tytułów. Uważam, że arcydzieł (i po prostu bardzo dobrych książek) nie ma aż tak znowu dużo, więc jeśli już się na jakieś trafi, to warto poświęcić mu trochę więcej uwagi. Poza tym często są to utwory trudne, wręcz wymagające ponownej lektury. 

Istnieją też książki niewybitne, a jednak sprawiające czytelnikowi mnóstwo przyjemności. Do nich wraca się szczególnie miło. 
Jestem wielbicielką Jeżycjady Małgorzaty Musierowicz od czasu, kiedy pod koniec podstawówki wypożyczyłam ze szkolnej biblioteki "Kłamczuchę". Przeczytałam większość cyklu oprócz "Sprężyny", nie dokończyłam też "Kalamburki". Szczególnym sentymentem darzę początek serii: od "Szóstej klepki" po "Opium w rosole" (ze względu na postać Gieniusi), potem bywało raz lepiej, raz gorzej. Niekiedy sięgam ponownie po te moje ulubione tomy i choć niezmiennie mi się podobają, to z wiekiem zaczęłam dostrzegać w nich pewne wady.

Realizm. Bohaterowie powieści zwykle czymś się odróżniają od przeciętnych śmiertelników - mogą to być jakieś nadzwyczajne cechy charakteru, oryginalny wygląd albo niespotykane przygody. Realizm w literaturze nie jest ostatnio modny, a już w powieściach dla młodzieży zwłaszcza. 
Borejkowie są właściwie idealni. Owszem, jakieś tam drobne wady im się zdarzają, ale ich zalety przytłaczają czytelnika. Są bez wyjątku inteligentni, wykształceni, dobrzy, szczerzy, ufni i godni zaufania, kochający, przyjacielscy, przemili, wszyscy niezmiennie pałają do nich przeogromną sympatią i ich podziwiają (może oprócz pani Szczepańskiej, ale i ona zamieniła z czasem zdanie). Kłótnie i spory zdarzają się w tej rodzinie bardzo rzadko, nikt do nikogo nie żywi zbyt długo urazy, uwielbiają się wzajemnie. 
Również wśród znajomych Borejków jest jakoś nadspodziewanie dużo wyjątkowych ludzi - osoby, które ledwo zaczęły liceum, wciąż rozmawiają o filozofii, etyce, teatrze, literaturze, słuchają na ogół muzyki klasycznej, czasami pójdą do kina, trochę potańczą albo się zakochają. Nie kolegują się z ludźmi z innych dzielnic.
Po śmierci oni wszyscy trafią niechybnie na ołtarze. 
Wszystko to zaczyna w kolejnych tomach trochę nużyć i męczyć. Przynajmniej mnie, bo - jak wiadomo - nie lubię przesłodzenia.

Bezinteresowność. Nie wymieniłam jeszcze jednej ważnej zalety Borejków i reszty, bo chciałam omówić ją osobno. Otóż główni bohaterowie mają do dóbr materialnych stosunek wręcz ostentacyjnie lekceważący i jest to stale podkreślane. Jeszcze bym to jakoś przełknęła, gdyby z kolei osoby zaradne nie były tak jednoznacznie krytykowane, przynajmniej na początku serii. Rodzice Pawełka to para snobów ("Kłamczucha"), rodzice Tola ("Szósta klepka") - też, rodzice Klaudiusza ("Ida sierpniowa) - tak samo, właściwie tylko to o nich wiemy, a i ojciec braci Lisieckich ("Ida sierpniowa") nie powinien harować w Niemczech, tylko zająć się synami.
OK, ja wiem, że wiele osób, którym się w PRL-u wiodło, miało to i owo albo nawet sporo na sumieniu, no ale przecież nie wszyscy. 

Dziwny podział. Nie byłam nigdy w Poznaniu, więc może nie mam racji, ale pewna kwestia wydaje mi się po prostu statystycznie niemożliwa. Chodzi mi o to, że opisane w powieściach Musierowicz Jeżyce jawią się nam jako enklawa intelektualistów otoczona zamieszkanymi przez prostaków blokowiskami. Bracia Lisieccy mieszkają oczywiście w blokach, mająca problemy wychowawcze i pedagogiczne Ewa Jedwabińska ("Opium w rosole") - również, a kiedy grupa ESD ("Ida sierpniowa") chce się zająć "zaniedbanymi moralnie dziećmi z okolicy", to naturalnie myślą o jakimś lokalu w jednym z bloków. Wszak w kamienicach patologie nie występują. 

Kobiety i mężczyźni. W świecie stworzonym przez Musierowicz panie muszą koniecznie pół dnia spędzać w kuchni i dogadzać męskim podniebieniom. To one gotują, sprzątają, piorą, podczas gdy mężczyźni takimi trywialnymi sprawami się brzydzą i potrafią tylko marudzić (przykład). A już pan Ignacy Borejko jest pod tym względem po prostu niemożliwy - wszystkie domowe obowiązki spoczywały na barkach jego żony i córek, które mimo tego wszystkiego wciąż go uwielbiały. Raz w życiu, przed ślubem Idy ("Noelka"), postanowił uprać firanki, a w rezultacie spadł z drabiny i tylko narobił wszystkim kłopotu. W kolejnych częściach, o ile dobrze pamiętam, wysilał się tak dalece, że "programował" zmywarkę. 
Wiem, wiem, był to człowiek dobry i szlachetny, ale ja nie potrafię zachwycić się kimś, kto nigdy po sobie nie sprząta.

Z Jeżycjady wynika również, że Małgorzata Musierowicz wyjątkowo nie lubi pięknych kobiet. Ze wszystkimi olśniewającymi urodą dziewczynami coś tu jest nie tak - Julia ("Szósta klepka") to leniwa i kapryśna egocentryczka, Joanna ("Kwiat kalafiora"), kuzynka Borejkówien, jest próżna, Paulina ("Ida sierpniowa") jest dwulicowa i wyjada ludziom kurczaki, Matylda ("Opium w rosole") to wyrachowana kokietka. 

Mimo wszystko do Jeżycjady będę na pewno jeszcze wracać. Uważam, że nastolatki powinny wyrzucić książki Stephanie Meyer do kosza i wziąć się za powieści Musierowicz

środa, 17 listopada 2010

LubimyCzytać i różności

Założyłam sobie konto w serwisie lubimyczytac.pl. Łatwo mnie znaleźć (o ile ktoś będzie szukał;)), ponieważ i tam występuję jako Elenoir. Zamierzam jednak zachować konto na goodreads.com, przynajmniej dopóki na jego polskim odpowiedniku nie będzie ładniejszych gadżetów na bloga (te dostępne obecnie są trochę siermiężne i w ogóle nie da się wyedytować ich wyglądu w html). Mam nadzieję, że pojawi się również możliwość komentowania cudzych tekstów.

Nie mam zamiaru, oczywiście, porzucać moich Impresji, przeciwnie - na lubimyczytać będę wrzucała raczej kilkuzdaniowe opinie o książkach, ewentualnie z linkiem do tego bloga. Tam wypada się ograniczyć do typowej recenzji/opinii, a tu mogę sobie pisać, o czym mi się żywnie podoba, niekoniecznie na temat, dodawać obrazki, formatować tekst itd. Zresztą chyba nie chciałabym, żeby niektóre moje wpisy (choć nie przeceniam ich jakości) zagubiły się w tamtejszym tłumie.

***

Tematyczny news mam już z głowy, więc teraz czas na różne różności (oby mi się z tego bloga nie zrobił jakiś pamiętnik...).

TVN. Oglądam te ich "Fakty" kilka razy w tygodniu i prawie zawsze w ogromne zdumienie wprawiają mnie wydumane pointy, podsumowujące niektóre newsy. Te teksty są na ogół po prostu głupie i bzdurne. Postuluję mniej pseudoelokwentnej błyskotliwości, więcej merytorycznych informacji!

Kult relikwii. Zastanawiam się, czy nie napisać  na ten temat, choć pewnie wiele osób moja wypowiedź mogłaby oburzyć;) Chcecie?

Egzemplarze recenzenckie. Niedawno na blogu Stara szafa przeczytałam ciekawą dyskusję  mniej więcej na temat szczerości recenzji książek otrzymywanych od wydawnictw.
Subskrybuję sporo blogów o tematyce "książkowej" i widzę, że problem rzeczywiście istnieje. Nie dotyka mnie może jakoś osobiście, bo wydaje mi się, że potrafię nieszczere recenzje wyłapać, ale jednak trochę razi.

Wyobrażam sobie, że to bardzo miło otrzymywać za darmo egzemplarze recenzenckie i że tak obdarowany "mól książkowy" może próbować, nawet podświadomie, jakoś się wydawnictwu odwdzięczyć za tak wspaniały prezent. Tylko że, bądźmy szczerzy, firmy nie wysyłają samych arcydzieł.

sobota, 24 kwietnia 2010

PIT przez internet

Po raz pierwszy wysłałam PIT przez internet i zostałam naprawdę miło zaskoczona. Okazało się to znacznie prostsze, niż wcześniej sobie wyobrażałam. Administracja publiczna, mimo milionów, a może nawet miliardów, ładowanych w jej informatyzację, nie radzi sobie z nią zbyt dobrze - wszystko trzeba załatwiać osobiście, wszystkie dokumenty muszą mieć postać papierową i mnóstwo pieczątek. W sprawie PIT-ów jest, na szczęście, inaczej.

Wchodzimy na stosowną stronkę Ministerstwa Finansów, instalujemy aplikację (KTÓRA DZIAŁA NAWET POD LINUKSEM, NIEWIARYGODNE!!!), uruchamiamy ją na swoim komputerze i tworzymy swój profil, czyli wprowadzamy swoje dane, takie jak imię, nazwisko, PESEL, NIP itd. Wymagany jest Adobe Reader, ale jeśli nawet go nie mamy, to nie stanowi to problemu - jego brak jest sygnalizowany i bardzo ławo można go zainstalować. 



Dzięki aplikacji można wypełnić i wysłać PIT 36, 36L, 37, 38 i 39. Robi się to dokładnie tak samo, jak w standardowych programach do wypełniania PIT-ów. Dane, które wpisaliśmy do profilu, automatycznie się uzupełniają. Nie jest wymagane posiadanie specjalnego podpisu elektronicznego. Swoją wiarygodność potwierdzamy wpisując w odpowiednie pole wysokość przychodu z poprzedniego formularza (a więc w tym roku wpisujemy wysokość przychodu za rok 2008 - trzeba odgrzebać PIT z zeszłego roku). Można rozliczyć się wspólnie z małżonkiem i można przekazać 1% podatku na wybraną OPP. 


Można stworzyć sobie kopię roboczą formularza, którą w każdej chwili można edytować. Po wypełnieniu PIT-u wysyłamy go i wyświetla się nam jego numer referencyjny. Wysłane rozliczenie trafia do zakładki "odrzucone" lub "przyjęte". W moim przypadku trwało to zaledwie minutę, w trakcie której sprawdzano zapewne, czy kwota przychodu za 2008 rok została prawidłowo wpisana. Teraz można już wydrukować Urzędowe Poświadczenie Odbioru - dowód, że faktycznie rozliczyliśmy się przez internet. 

Na każdym etapie można wydrukować wypełniany PIT. 

Składanie korekty zeznania możliwe jest tylko z podpisem kwalifikowanym. 

Trwają prace nad usprawnieniem całej tej procedury, ale i tak, jak na coś "państwowego", działa ona całkiem nieźle, jest intuicyjna i estetyczna.

Polecam ten sposób rozliczenia się z fiskusem:)

sobota, 10 kwietnia 2010

[*] [*] [*]

Edycja z dn. 11.04.2010:

Śmierć nie uszlachetnia. Nie odmienia przeszłości. Nikogo nie czyni lepszym ani gorszym niż był za życia.

Pamiętamy dobre i złe wydarzenia związane z osobami publicznymi, które zginęły w wyniku katastrofy lotniczej w Smoleńsku, ale teraz o nich nie wspominamy. Niektórzy - dlatego, że istnieje zwyczaj niemówienia o zmarłych źle, inni - z szacunku dla cierpienia rodzin i bliskich ofiar.

We wszystkim potrzebny jest jednak umiar. Porównywanie tego zdarzenia ze zbrodnią katyńską sprzed lat, a ofiar katastrofy - do zamordowanych żołnierzy, to jakieś wielkie nieporozumienie. Nie bardzo też się orientuję, skąd się wziął ten zwyczaj przyklękania przy trumnie czy na miejscu wypadku.
Wielu z tych osób nigdy, łagodnie mówiąc, nie ceniłam. Nie życzyłam im niczego złego i teraz bardzo współczuję ich rodzinom, ale swojej opinii na ich temat nie zmienię. Ta katastrofa znajdzie się na pewno na kartach podręczników do nauki historii i mam nadzieję, że zmarli w Smoleńsku politycy i inne osoby publiczne zostaną w nich przedstawieni obiektywniej, niż to się teraz dzieje w mediach.

Absolutnie się nie łudzę, że ta tragedia zmieni cokolwiek w naszym życiu publicznym. Może na czas kampanii prezydenckiej, nie dłużej. Nie odmieni też nas, Polaków. Tak, ludzie palą znicze, idą do kościoła, wpisują się do ksiąg kondolencyjnych. Ale większość robi to na pokaz albo żeby za jakiś czas móc powiedzieć - "byłam tam", "widziałem to na własne oczy". Oglądałam telewizyjną relację z przejazdu karawanu do Pałacu Prezydenckiego. Na Polsacie pokazano żenującą scenę, w której ludzie tak się przepychali, żeby lepiej wszystko widzieć, że karetka nie mogła przejechać. W TVP tych ujęć nie było.
No i po co, no naprawdę, po co komu zdjęcia z takich uroczystości?? Wkleją do albumu obok zdjęć z wakacji, czy oprawią i powieszą na ścianie? Jedną ręką rzucali kwiaty, drugą trzymali włączony aparat albo kamerę.

Jedyny pozytywny aspekt tych wydarzeń to nadzieja na trwalszą poprawę stosunków z Rosją i Rosjanami. Co by nie myśleć o Władimirze Putinie i Dimitriju Miedwiediewie, to w tej sprawie stanęli na wysokości zadania. Miejmy nadzieję, że nasze elity polityczne pokażą podobną klasę.

wtorek, 30 marca 2010

DIABEŁ W LEGENDZIE I LITERATURZE

Tytuł: Diabeł w legendzie i literaturze
Autor: Maximilian Rudwin
Pierwsze wydanie: 1931
Tłumaczenie: Jacek Illg

Wydawnictwo Znak
Seria Mity, Obrazy, Symbole
ISBN: 83-7006-873-1
Stron: 370

Ocena: 4/5

Podobnie jak wielu Polaków nie wierzę w piekło, jednak w przeciwieństwie do większości z nich nie wierzę też w tę drugą stronę (choć, przyznaję, nie zawsze tak było). Nie mogłam jednak pozostać zupełną ignorantką w sprawach boskich i diabelskich, skoro wychowywałam się i mieszkam w kraju europejskim, w którym religia odgrywa tak znaczną rolę. Spora część naszej kultury ma chrześcijańskie korzenie. Wielu wybitnych artystów, pisarzy, poetów było osobami wierzącymi albo religię kontestującymi; w każdym razie trzeba poznać ich poglądy na te sprawy, aby właściwie interpretować ich dzieła. Dzięki Maximilianowi Rudwinowi możemy się dowiedzieć, jak zmieniał się literacki wizerunek diabła na przestrzeni wieków, do 1931 roku, w którym ta książka została opublikowana. Łatwo znaleźć w internecie informacje o innych dziełach pana Rudwina, ale o nim samym dowiedziałam się niewiele ponad to, że był doktorem na Uniwersytecie Illinois. Opisuje przede wszystkim literaturę angielską, francuską i niemiecką, ale sięga też czasami po wierzenia semickie, a i parę "polskich" wstawek się tu znalazło. W kilku miejscach sygnalizuje swoje osobiste przekonania (był osobą wierzącą), ale generalnie pisze dość obiektywnie, a wiele absurdalnych relacji dotyczących "demonów ciemności" przedstawia wyraźnie z przymrużeniem oka, nawet jeśli ich autorami były osoby duchowne czy konsekrowane.
Książkę czytało mi się przeważnie bardzo dobrze, choć utknęłam na trochę w rozdziałach dotyczących paktów z diabłem. W całym dziele, a w tych rozdziałach szczególnie, autor streszcza lub wymienia utwory zapewne dobrze znane w jego czasach, ale dla dzisiejszego czytelnika już niekoniecznie takie interesujące. 

piątek, 12 marca 2010

Urzędowe ceny książek?

Słyszałam dzisiaj w radiu, że księgarze przygotowali i złożyli w Senacie społeczny projekt ustawy, zgodnie z którą np. w ciągu kilku miesięcy po premierze książki w każdym punkcie sprzedaży detalicznej musiałaby kosztować tyle samo. Chcą w ten sposób zapobiegać takim sytuacjom, jak ta:
Pod koniec stycznia premierę miała polska wersja najnowszej powieści Dana Browna "Zaginiony symbol". Poprzednich książek o przygodach profesora Langdona sprzedało się u nas kilkaset tysięcy egzemplarzy, dlatego księgarze szykowali się na sowite zyski.

Książka, której cenę wydawnictwo Sonia Braga sugerowało na 44,99 zł, w hurtowniach dostępna była po blisko 28 zł. Jednak już kilka dni po premierze pojawiła się w sieci supermarketów Biedronka za 25,99 zł. Szefowie księgarń uznali to za dumping i nieuczciwą konkurencję. A ponieważ ich zdaniem takie sytuacje zdarzają się bardzo często, stworzyli projekt ustawy wprowadzający stałą cenę na książki. [żródło: dziennik.pl]

czwartek, 4 marca 2010

O gustach

Podobno o gustach się nie dyskutuje. Moim zdaniem wcale tak nie jest, i bardzo dobrze. Pewne wydarzenia czy sytuacje wręcz domagają się komentarza. Ten wpis nie będzie dotyczył książek, ale plakatu reklamującego tegoroczne Misteria Paschalia. To festiwal muzyki dawnej, który odbywa się mniej więcej w okresie Wielkanocy. Szczerze mówiąc nie przyszłoby mi do głowy, że można to wydarzenie tak reklamować:

piątek, 12 lutego 2010

Ku nowoczesności...

Zdałam sobie sprawę z tego, że jestem w tyle, jeśli chodzi o korzystanie z serwisów społecznościowych. Mam konto na naszej klasie, ale po pierwszym zachłyśnięciu się tą ideą rzadko tam zaglądam.
Do twiterra jakoś nie mogę się przekonać, a poza tym tam podobno długość notki jest bardzo ograniczona, więc to zdecydowanie nie dla mnie. Postanowiłam przetestować buzz i facebook i sprawdzić, który z tych serwisów byłby miłym dodatkiem do mojego bloga.
Pierwsze wrażenia są... różne.