Nigdy nie rozumiałam osób, które deklarują, że nie wracają do przeczytanych już książek, bo przecież tyle nieznanych jeszcze arcydzieł czeka na odkrycie, a "stosik" liczy sobie już 5443789247 nowych tytułów. Uważam, że arcydzieł (i po prostu bardzo dobrych książek) nie ma aż tak znowu dużo, więc jeśli już się na jakieś trafi, to warto poświęcić mu trochę więcej uwagi. Poza tym często są to utwory trudne, wręcz wymagające ponownej lektury.
Istnieją też książki niewybitne, a jednak sprawiające czytelnikowi mnóstwo przyjemności. Do nich wraca się szczególnie miło.
Jestem wielbicielką Jeżycjady Małgorzaty Musierowicz od czasu, kiedy pod koniec podstawówki wypożyczyłam ze szkolnej biblioteki "Kłamczuchę". Przeczytałam większość cyklu oprócz "Sprężyny", nie dokończyłam też "Kalamburki". Szczególnym sentymentem darzę początek serii: od "Szóstej klepki" po "Opium w rosole" (ze względu na postać Gieniusi), potem bywało raz lepiej, raz gorzej. Niekiedy sięgam ponownie po te moje ulubione tomy i choć niezmiennie mi się podobają, to z wiekiem zaczęłam dostrzegać w nich pewne wady.
Realizm. Bohaterowie powieści zwykle czymś się odróżniają od przeciętnych śmiertelników - mogą to być jakieś nadzwyczajne cechy charakteru, oryginalny wygląd albo niespotykane przygody. Realizm w literaturze nie jest ostatnio modny, a już w powieściach dla młodzieży zwłaszcza.
Borejkowie są właściwie idealni. Owszem, jakieś tam drobne wady im się zdarzają, ale ich zalety przytłaczają czytelnika. Są bez wyjątku inteligentni, wykształceni, dobrzy, szczerzy, ufni i godni zaufania, kochający, przyjacielscy, przemili, wszyscy niezmiennie pałają do nich przeogromną sympatią i ich podziwiają (może oprócz pani Szczepańskiej, ale i ona zamieniła z czasem zdanie). Kłótnie i spory zdarzają się w tej rodzinie bardzo rzadko, nikt do nikogo nie żywi zbyt długo urazy, uwielbiają się wzajemnie.
Również wśród znajomych Borejków jest jakoś nadspodziewanie dużo wyjątkowych ludzi - osoby, które ledwo zaczęły liceum, wciąż rozmawiają o filozofii, etyce, teatrze, literaturze, słuchają na ogół muzyki klasycznej, czasami pójdą do kina, trochę potańczą albo się zakochają. Nie kolegują się z ludźmi z innych dzielnic.
Po śmierci oni wszyscy trafią niechybnie na ołtarze.
Wszystko to zaczyna w kolejnych tomach trochę nużyć i męczyć. Przynajmniej mnie, bo - jak wiadomo - nie lubię przesłodzenia.
Bezinteresowność. Nie wymieniłam jeszcze jednej ważnej zalety Borejków i reszty, bo chciałam omówić ją osobno. Otóż główni bohaterowie mają do dóbr materialnych stosunek wręcz ostentacyjnie lekceważący i jest to stale podkreślane. Jeszcze bym to jakoś przełknęła, gdyby z kolei osoby zaradne nie były tak jednoznacznie krytykowane, przynajmniej na początku serii. Rodzice Pawełka to para snobów ("Kłamczucha"), rodzice Tola ("Szósta klepka") - też, rodzice Klaudiusza ("Ida sierpniowa) - tak samo, właściwie tylko to o nich wiemy, a i ojciec braci Lisieckich ("Ida sierpniowa") nie powinien harować w Niemczech, tylko zająć się synami.
OK, ja wiem, że wiele osób, którym się w PRL-u wiodło, miało to i owo albo nawet sporo na sumieniu, no ale przecież nie wszyscy.
Dziwny podział. Nie byłam nigdy w Poznaniu, więc może nie mam racji, ale pewna kwestia wydaje mi się po prostu statystycznie niemożliwa. Chodzi mi o to, że opisane w powieściach Musierowicz Jeżyce jawią się nam jako enklawa intelektualistów otoczona zamieszkanymi przez prostaków blokowiskami. Bracia Lisieccy mieszkają oczywiście w blokach, mająca problemy wychowawcze i pedagogiczne Ewa Jedwabińska ("Opium w rosole") - również, a kiedy grupa ESD ("Ida sierpniowa") chce się zająć "zaniedbanymi moralnie dziećmi z okolicy", to naturalnie myślą o jakimś lokalu w jednym z bloków. Wszak w kamienicach patologie nie występują.
Kobiety i mężczyźni. W świecie stworzonym przez Musierowicz panie muszą koniecznie pół dnia spędzać w kuchni i dogadzać męskim podniebieniom. To one gotują, sprzątają, piorą, podczas gdy mężczyźni takimi trywialnymi sprawami się brzydzą i potrafią tylko marudzić (
przykład). A już pan Ignacy Borejko jest pod tym względem po prostu niemożliwy - wszystkie domowe obowiązki spoczywały na barkach jego żony i córek, które mimo tego wszystkiego wciąż go uwielbiały. Raz w życiu, przed ślubem Idy ("Noelka"), postanowił uprać firanki, a w rezultacie spadł z drabiny i tylko narobił wszystkim kłopotu. W kolejnych częściach, o ile dobrze pamiętam, wysilał się tak dalece, że "programował" zmywarkę.
Wiem, wiem, był to człowiek dobry i szlachetny, ale ja nie potrafię zachwycić się kimś, kto nigdy po sobie nie sprząta.
Z Jeżycjady wynika również, że Małgorzata Musierowicz wyjątkowo nie lubi pięknych kobiet. Ze wszystkimi olśniewającymi urodą dziewczynami coś tu jest nie tak - Julia ("Szósta klepka") to leniwa i kapryśna egocentryczka, Joanna ("Kwiat kalafiora"), kuzynka Borejkówien, jest próżna, Paulina ("Ida sierpniowa") jest dwulicowa i wyjada ludziom kurczaki, Matylda ("Opium w rosole") to wyrachowana kokietka.
Mimo wszystko do Jeżycjady będę na pewno jeszcze wracać. Uważam, że nastolatki powinny wyrzucić książki Stephanie Meyer do kosza i wziąć się za powieści Musierowicz.