Impresje

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Targi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Targi. Pokaż wszystkie posty

piątek, 23 października 2015

Rabaty na targach

W tym roku niektóre wydawnictwa/sklepy zaproponowały wreszcie sensowne rabaty, oczywiście tylko na to, co przywieźli na targi, np.:

Prószyński i S-ka - 30%
Znak - 25%
Wielka Litera - 30%
Empik - 25%
Nasza Księgarnia - 30%
Czarna Owca - 30%
Zysk i S-ka - 25%

Inne firmy umieściły obniżone ceny na okładkach, a jeszcze inne o żadnych promocjach nie informują. Jestem zainteresowana nowym tłumaczeniem "Rękopisu znalezionego w Saragossie" (stare czytałam), ale na stoisku WL w żadnym widocznym miejscu nic o rabatach nie napisano, więc jak nie, to nie, nie kupię bezpośrednio u nich, tylko w jakiejś księgarni internetowej. Uwaga: u Czułego Barbarzyńcy można nabyć nowe wydanie nowego tłumaczenia "Geparda" Lampedusy - nie wiem, za ile, bo się w końcu nie spytałam, ale na pewno taniej niż to pomarańczowe na Allegro:). Podziwiałam ilustrowane wydanie "Harry'ego Pottera", ale cena trochę zaporowa, zwłaszcza że mam w domu stare, więc szkoda mi było pieniędzy.

Do zobaczenia jutro!;)


środa, 21 października 2015

Targi Książki w Krakowie

Wybieram się. Tak jakoś na początku września przyszło mi do głowy, że może w tym roku dla blogerów również są przewidziane darmowe wejściówki - okazało się, że tak, więc się zarejestrowałam. Załapałam się też na jedno z wydarzeń dla nas zorganizowanych, czyli na sobotni zjazd blogerów połączony z ogłoszeniem wyników konkursu na Literacki Blog Roku i Złotą Zakładkę. Tak z ciekawości, bo nie biorę udziału ani nie głosuję w żadnej konkurencji. Jestem niekonkurencyjna;).

Na pozostałe wydarzenia miejsc już nie było, zresztą co ja bym robiła na spotkaniu pt. "Czy blog może zmienić życie? Dyskusja blogerów książkowych, którzy odnieśli sukces"? Autografy zbierała?;)

wtorek, 28 października 2014

Moje słuszne poglądy na wszystko II - Zjazd statystyków

Na osławionym "zjeździe" blogerów "książkowych" (oba cudzysłowy uważam za uzasadnione) poruszono m.in. niezmiennie kontrowersyjne tematy: statystyki i jakość blogów o literaturze. 

Kiedy próbujący prowadzić to spotkanie pan Sławomir Krempa z portalu granice.pl sam już nie wiedział, co dalej, mikrofon przejęła grupka blogerek (Gosiarella, Magnolie, Bałagan kontrolowany). Właściwie to dobrze, bo na spotkaniu blogerów wypowiadać się powinni przede wszystkim uczestnicy. Z tym że żadna z tych trzech dziewczyn/pań nie uważa się obecnie za blogerkę książkową, ale (pop)kulturalną - tak przynajmniej piszą na swoich stronach. Proszę więc sobie wyobrazić zdumienie większości pozostałych uczestników "zjazdu", kiedy blogerki nieksiążkowe zaczęły mówić blogerom książkowym, że ich blogi są nieoryginalne, nudne i przede wszystkim o książkach; że większość wpisów sprowadza się do opisania fabuły książki i wyartykułowania opinii o niej.

Ich wystąpienie było spontaniczne, może nie do końca to miały na myśli, może gdyby ujęły to inaczej, to powstałoby pole do jakiejś sensownej dyskusji, ale wyszło jak wyszło i odnoszę się do efektu.

Jedna ze wspomnianych blogerek zaczęła mówić o statystykach, tzn. głównie o tym, że wzrosły, odkąd zaczęła pisać na swojej stronie na tematy niekoniecznie związane z literaturą. Wtedy ktoś z sali zapytał, czy pisze dla statystyk, na co blogerka odpowiedziała, że pisze dla czytelników, bo ich kocha. Inna blogerka z sali zaczęła opowiadać, że największą "czytalność" mają jej wpisy o kocie i że pewne tematy porusza, bo jej czytelnicy są do tego przyzwyczajeni. I tak dalej. Ton tej dyskusji trochę mnie zaskoczył. Właściwie nie zamierzałam o tym tutaj pisać, ale przez blogi przetacza się właśnie fala krytyki pod adresem wszystkiego i wszystkich, więc postanowiłam dorzucić swoje trzy grosze;).


Wydaje mi się, że blogosfera książkowa coraz bardziej się różnicuje. Dla niektórych (chyba większości) blog to po prostu hobby, nic zobowiązującego, miejsce do wyrażania opinii, sposób na poznanie (choćby wirtualne) ludzi o podobnych zainteresowaniach. Inni się "profesjonalizują", ich wpisy bardziej przypominają recenzje prasowe, używają szablonów widywanych dotąd częściej na portalach niż na blogach, na poważnie współpracują z wydawnictwami. Jeszcze inni "zmieniają branżę" i stają się blogerami (pop)kulturalnymi, lajfstajlowymi i próbują na tym zarabiać.

W internecie jest miejsce dla wszystkich i krytykowanie samej formuły (a nie treści) cudzego blogu uważam za niepotrzebne i bez sensu - to wybór właściciela/autora i jego sprawa. Nie podoba mi się, to nie czytam. 


W dyskusjach na niektórych blogach przewija się też pogląd, że blogerzy, którzy deklarują, że nie przejmują się statystykami, są hipokrytami, bo statystyki to czytelnicy, a blog prowadzi się po to, żeby był czytany; osoby, które deklarują, że robią to głównie dla siebie, są nieszczere.

To niby o mnie:). Piszę o książkach, bo lubię czytać i wyrażać opinie. Blog jest rodzajem notatnika - pomaga mi uporządkować wrażenia po lekturze, sprawia, że czytam uważniej i więcej zapamiętuję. Nie zatracam też uczonej w szkole umiejętności pisemnej wypowiedzi - gdyby nie ta strona, to ćwiczyłabym ją tylko mailując w pracy:).

Moje posty są publicznie dostępne, bo to mnie trochę dyscyplinuje, kiedy je tworzę. Oczywiście jest mi miło, jeśli ktoś je skomentuje, ale też wcale nie uważam za stracony czasu, który poświęciłam na stworzenie notki, do której nikt się nie odniósł. Piszę głównie o książkach, ale jeśli zachce mi się (tak jak teraz) wyrazić swoją opinię na inny temat, to się nie krępuję i wyrażam.

Nie kocham czytelników. Nie znam ich. Cenię mniej lub bardziej albo wcale ich wypowiedzi i ustosunkowuję się do nich (albo i nie).
No dobrze: niektórych zdalnie lubię:). 

Korzystam z Google Analytics, wiem, ile osób zagląda na mój blog, ale właściwie bardziej interesują mnie słowa kluczowe - bawią mnie takie różne kuriozalne przypadki, kiedy ktoś trafił na Impresje, wpisując w wyszukiwarce np. frazę "slipy ojca gej blog" (nie przypominam sobie, żebym poruszała taki temat...)

Piszę tak, jak lubię. Zapewne nie dość intrygująco i ciekawie, ale mam prawo do bycia przeciętną. Zdaję sobie sprawę, że gdyby moje posty były krótsze, miały bardziej chwytliwe tytuły i w większym stopniu dotyczyły nowości wydawniczych, to statystyki by mi wzrosły, ale mnie naprawdę na nich nie zależy i nie życzę sobie, żeby obcy ludzie podawali to w wątpliwość tylko dlatego, że taka postawa nie mieści się w ich światopoglądzie.

środa, 22 października 2014

Targi

Do tej pory targi książki w Krakowie kojarzyły mi się z tłokiem, zaduchem i rozczarowującymi promocjami przygotowanymi przez wystawców. Tak było, kiedy impreza odbywała się przy ul. Zapolskiej, i tak samo było przy Centralnej. W tym roku targi przeniesiono w nowe miejsce przy ul. Galicyjskiej, więc pod względem organizacyjnym może być chyba tylko lepiej. Pomyślano przy tym o blogerach i zaoferowano nam darmowe wejściówki na wszystkie dni targów (po uprzedniej rezerwacji). W sobotę odbędzie się ponadto "zjazd" blogerów połączony, jak się zdaje, z ogłoszeniem zwycięzców tegorocznej edycji nagrody eBuka. Spotkanie będzie trwało tylko godzinę, więc niewiele czasu pozostanie na dyskutowanie o "liternecie, o problemach i szansach, jakie stoją przed blogosferą książkową", ale i tak się wybiorę - z ciekawości:). 
Mniej formalne spotkanie blogerów odbędzie się jeszcze po południu na Kazimierzu.

Pozwolę sobie coś doradzić osobom spoza Krakowa, które zamierzają dotrzeć z centrum na Galicyjską publicznymi środkami transportu. Na szczęście w poniedziałek zakończył się jeden z etapów remontu Ronda Czyżyńskiego i tramwaje jeżdżą już Aleją Pokoju, ale i tak wygodniejsza będzie chyba podróż Expobusem, który będzie odjeżdżał z ulicy Pawiej, w pobliżu dworca, a właściwie Galerii Krakowskiej. Bilet kosztuje 4 zł (normalny bilet MPK 3,8 zł) i wysiada się bliżej celu.

A jeśli zostanie komuś trochę wolnego czasu, to warto odwiedzić krakowskie księgarnie - czasami w związku z targami proponują fajne rabaty. Polecam też tzw. tanią książkę (Dedalus) przy ul. Grodzkiej, między Rynkiem i Wawelem.


Tyle tytułem przydługiego wstępu;). Ale tak naprawdę chciałam dziś napisać o pewnym zjawisku, które można zaobserwować właśnie między innymi na targach książki i które mnie trochę intryguje. Mam na myśli łowienie autografów. Ludzie stoją w kolejce po podpis pisarza jak za mięsem w PRL-u. Niektórzy chcą z bliska zobaczyć lubianego autora, inni kolekcjonują autografy. Mnie nie pociągało nigdy ani jedno, ani drugie. Na ogół nieszczególnie interesuje mnie osoba pisarza. Można świetnie pisać, ale być nieprzyjemnym człowiekiem, o czym postronny czytelnik może nie wiedzieć. Po co mi podpis takiego autora? 

Zresztą ja do takich spraw podchodzę może nieco zbyt poważnie. Nigdy na przykład nie nosiłam koszulek z podobiznami zespołów czy muzyków (albo Che Guevary!), bo dla mnie obnoszenie się w ten sposób z czyjąś fotografią oznaczałoby identyfikowanie się z poglądami tych ludzi i aprobatę ich postępowania. Zabieganie o podpis jakiegoś pisarza byłoby z mojej strony wyrazem uwielbienia dla jego twórczości i charakteru, a ja nie nadaję się przecież w ogóle na bezkrytyczną fankę kogokolwiek - wszak nie ma ludzi doskonałych. 

Co można wynieść z trwającej minutę czy dwie rozmówki z pisarzem (o ile w ogóle do wymiany sensownych zdań dojdzie)? Pamiątkowe zdjęcie i podpis. Autorowi, o ile nie jest zatwardziałym mizantropem, będzie pewnie bardzo miło, ale jeśli należy do tych najbardziej obleganych, to nie zapamięta nawet jednej dziesiątej osób, które przypielgrzymują do jego stolika. 

Oczywiście niektórzy czytelnicy uważają, że własnoręczna dedykacja podnosi wartość książki; niekoniecznie wartość rynkową, ale może przede wszystkim pamiątkową, sentymentalną. Dla mnie taki wpis miałby znaczenie, gdyby nie był jednym z tych okazyjnych, hurtowych, ale jeśli wynikałby z mojej osobistej znajomości z autorem. (Z taką skłonnością do dzielenia włosa na czworo powinnam chyba zostać teolożką albo tworzyć przepisy podatkowe).

niedziela, 28 października 2012

Targi

Nie lubię Targów Książki w Krakowie (tłok, a promocje słabe), nie byłam na nich w ubiegłym roku, a i w tym się nie wybierałam. Zmieniłam zdanie, kiedy dowiedziałam się o sobotnim panelu dyskusyjnym pt. "Blogerzy książkowi - przyszłość krytyki literackiej?" Blogerzy książkowi (z paroma wyjątkami) nie mają nic wspólnego z krytyką literacką i nic nie wskazuje, że to się kiedyś zmieni, więc uznałam, że spotkanie może być zabawne. 

Zorganizowane zostało przez BookLikes - serwis blogowy dla piszących o książkach, która niedługo zacznie działać również w Polsce. W dyskusji udział wzięli blogerzy: anek7, Jarosław Czechowicz, Dorota Jędrzejewska, przedstawicielka BookLikes Katarzyna Nowaczek oraz dwoje doktorów filologii polskiej: Emilia Kledzik z UAM i pan, którego nazwiska nie dosłyszałam (może ktoś mi podpowie?). Później dołączyli Robert Fryga oraz Rafał Niemczyk. Zabawny był moment, kiedy ten ostatni wszedł nieproszony na podest przeznaczony dla dyskutantów i dostawił tam dla siebie krzesło (czasami zazdroszczę takim ludziom tupetu). 

Poza tym było, szczerze mówiąc, trochę nudno, bo większość tych kilku spraw, które udało się poruszyć w ciągu jednej godziny, została już dawno i dokładnie przemielona przez książkową blogosferę. Ania przedstawiła pogląd wielu z nas: blogerzy nie uważają się za krytyków literackich, po prostu wyrażają swoje opinie o przeczytanych książkach. I na tym można by było zakończyć spotkanie pod wyżej wspomnianym tytułem. 

Rozmowa dotyczyła jednak czegoś innego: rosnącego, podobno, wpływu blogerów na sprzedaż książek i czytelnictwo. Świadczyć ma o tym m.in. komercyjny sukces powieści Amandy Hocking czy "Pięćdziesięciu twarzy Greya", a na polskim rynku "Margot" Michała Wiśniewskiego i "Księdza Rafała" Macieja Grabskiego. Żadnej z tych książek nie czytałam, ale z tego, co słyszałam, dwa pierwsze przykłady nie świadczą najlepiej o guście blogosfery:).

To oczywiście żart. Uważam, że nie powinno się postrzegać tak złożonej i zróżnicowanej społeczności jako całości. A raczej - nie powinno się jej oceniać jako całości, bo choć pewne zjawiska są dla większości blogosfery wspólne, to jednak na poszczególnych stronach odzwierciedlają się w bardzo niekiedy odmienny sposób. 

Ostatnio zauważyłam w sieci sporo wypowiedzi bardzo dla blogerów książkowych niepochlebnych (na panelu okazało się, że i studenci polonistyki nie darzą nas sympatią). Ich autorzy postrzegają nas jako osoby niedojrzałe, niepotrafiące poprawnie wyrażać się i pisać, niemające po prostu nic do powiedzenia. Owszem, ta charakterystyka pasuje do wielu blogerów, ale przecież nie do wszystkich. Co więcej, uważam, że o ile większość z nas nie może pretendować do bycia krytykiem literackim, to wpisy niektórych (przyznaję: raczej nielicznych) już teraz śmiało mogą konkurować JAKOŚCIĄ z recenzjami, które spotyka się obecnie w prasie niespecjalistycznej. Nie wiem, czy to dobrze świadczy o blogerach, czy raczej źle o prasie, ale fakt pozostaje faktem.


W niedzielę również wybrałam się na targi, żeby uczestniczyć w organizowanym przez Sławomira Krempę, redaktora naczelnego granice.pl, zjeździe blogerów książkowych. Uczestników było bardzo mało, bo - tak jak przewidywałam - większość była na targach w sobotę. Rozmowa dotyczyła tego, co zwykle, oraz sposobów promowania blogu (a tym samym siebie) za pomocą serwisów społecznościowych. 
Poczułam się trochę jak przedpotopowa skamielina, bo nie mam strony blogu na facebooku:). Pocieszałam się w duchu, że miałam taką nawet wcześniej niż większość, ale zamknęłam, bo mi się do niczego nie przydawała:).

Z ciekawości poszłam też na kolejne wydarzenie organizowane przez BookLikes, tym razem pt. "Jak zostać blogerem książkowym?" I znów tytuł okazał się w ogóle nieadekwatny do treści, powinien raczej brzmieć: "Załóż blog na BookLikes w trzy minuty, pisz pochlebne recenzje nowości wydawniczych i zarabiaj na współpracy z księgarniami internetowymi". Być może jest to niezła propozycja dla początkujących, ale dla blogerów, którzy wypracowali już sobie pewną renomę, raczej nie. 


Targi stały się dla mnie okazją do poznania niektórych blogerów osobiście (nie wszystkich. wybaczcie, zapamiętałam, ale chodzi m.in. o: Agnieszkę Taterę, Roberta Frygę, Anię, Sardegnę, Kaś, Klaudię, Viv, ElenMartę). Specjalne podziękowania należą się Kaś i Claudette za zorganizowanie sobotniego spotkania w Cafe Botanica przy Brackiej.
Z jednymi rozmawiałam dłużej, z innymi tylko chwilkę, w każdym razie było bardzo miło. Ku mojemu zdziwieniu byli wśród nich nawet tacy, którzy kojarzyli mój blog. 

Chciałabym też podziękować jednej z pań, które sprzedawały bilety uprawniające do wejścia na teren targów. W sobotę zapomniałam wziąć ze sobą portfel, co okazało się dopiero przy kasie, ale pracująca tam pani dała mi bilet za darmo:). Oddałam jej te 7 złotych, jak tylko mój P., wezwany telefonicznie, przywiózł mi pieniądze.

sobota, 6 listopada 2010

Targi

Wybrałam się dzisiaj na Targi książki w Krakowie po dwóch latach nieobecności. Organizacja nieco się poprawiła, ale pewne rzeczy będą się chyba zawsze powtarzać: tłumy, zaduch i prawie zupełny brak sensownych rabatów.

Jestem osobą raczej drobną i niewielką, toteż trudno mi się było przepychać między tymi wszystkimi ludźmi. Alejki między stoiskami wydawały się całkiem szerokie, ale jeśli w jakimś miejscu podpisywał książki znany pisarz, to niestety kolejka blokowała prawie całe przejście. Chyba nie da się skutecznie rozwiązać tego problemu. 

Wybraliśmy się na spotkanie w sali seminaryjnej, w którym uczestniczyli Jacek Dukaj, Inga Iwasiów oraz Jarosław Lipszyc. Ależ w tym pomieszczeniu było duszno! Dobrze, że wzięłam coś do picia.

Rozmawiano o roli oraz wpływie nowych mediów i nośników na proces tworzenia literatury i na jej odbiór. Jacek Dukaj powiedział ciekawą rzecz: literatura XIX-wieczna pełna była rozbudowanych opisów, ponieważ ówczesny przeciętny czytelnik nie mógł z innych źródeł dowiedzieć się, jak wyglądało jakieś miasto czy krajobraz na innym kontynencie, w jaki sposób tam się ubierano, jak mieszkano itd. Natomiast dziś, w dobie kina, telewizji, internetu, wiemy mniej więcej, jak się żyje nawet w odległych krainach, a jeśli nie wiemy, to w ciągu kilku minut możemy to sprawdzić. I przydługawe opisy stają się zbędne, chyba że chodzi o przedstawienie świata wymyślonego przez autora. Niby to wszystko oczywiste, ale jakoś nigdy o tym nie pomyślałam.
Jarosław Lipszyc podkreślał, że obecne zmiany są niskopoziomowe, tzn. że w powstanie internetu jest o wiele mniej znaczące niż samo upowszechnienie się pisma tysiące lat temu. Stwierdził też, że autorzy muszą brać pod uwagę zmiany zachodzące w czytelnikach. Podobno korzystanie z nowych mediów (zwłaszcza internetu) zmienia nam nieco budowę mózgu (to chyba jakieś uproszczenie?) i inaczej odbieramy i analizujemy dostarczone nam treści. Zdaniem Lipszyca książka w formie papierowej raczej nie zniknie, stanie się natomiast produktem niszowym.
Dukaj stwierdził, że wszystkie opowieści i tak są linearne i to się raczej nie zmieni, choćby jakaś historia była pokazywana w czterech wymiarach.